poniedziałek, 20 września 2010

Zrób to sam: Budujemy służącego

Wiadomość o upadku ojca Zięby powinna mnie właściwie ucieszyć, a przynajmniej połaskotać odrobiną satysfakcji. Ów nieszczęśnik bowiem dręczy mnie niczym kolec w bucie od lat, a więc od czasu kiedy zrzucił szaty zakonne i zaczął się lansować w tych marynarkach i sweterkach, a wiadomości jakie na jego temat do mnie spływały, nie pozostawiały wiele miejsca na domysły. Oczywiście było mi przy tym przykro, bo to zawsze jest przykre widzieć, jak życie wykańcza człowieka, który kiedyś – choćby przez drobny moment swojego życia – miał szansę na to, by pokazać, że jest człowiekiem. I pokazał, by już chwilę później pozostawić wszystkich w poczuciu złudzenia. Oglądałem przez cale lata ojca Ziębę, słuchałem jego mowy i czułem dokładnie to, co czuje wielu z nas, gdy widzi zjawisko, nad którym nie potrafi ani intelektualnie ani emocjonalnie zapanować. Dziś, kiedy wszystko się skończyło, kiedy już oficjalnie wiemy, że ojciec Zięba jest pijącym alkoholikiem i wszystkim tym, co z tego jego skrywanego alkoholizmu musiało wyniknąć, nie czuję ani satysfakcji, ani współczucia, ani żalu. To wszystko już było. Dziś jest tylko czas na zimne refleksje.
Parę już razy, przy okazji tekstów, które tu powstają, zastanawialiśmy się nad tą niezbadaną tajemnicą zachowań ludzi, na temat których – wydawało nam się – mamy pewną wiedzę, a która to wiedza nagle ni stąd ni z owąd leżała w ruinach. Wydaje mi się, że gdyby ten dręczący nas dylemat i tę rozterkę streścić w jednym zdaniu, to zawsze byśmy mogli wrócić do kwestii, którą kiedyś poruszył mój śp. Ojciec, człowiek ani szczególnie intelektualnie ambitny, ani tym bardziej wykształcony, gdy któregoś czarnego peerelowskiego wieczora, patrząc w telewizor, spytał mnie „Powiedz mi, czy on wie, że on kłamie?” Bo tak naprawdę, to wszystko zawsze sprowadza się do tego samego zmartwienia, które dręczy ludzi dobrych i mądrych. Czy oni wiedzą? Obserwowaliśmy więc przez tyle lat ojca Ziębę, i przeżywaliśmy stale powracające pytanie – choćby nie wiadomo jak różnie formułowane – tworzyło wciąż tę sam problem. Czy on wie? Ale przecież to nie tylko chodziło o Ziębę. On tak naprawdę w tym całym nieszczęsnym Systemie funkcjonował wyłącznie jako pewien dodatek, ozdoba, pewna wymówka. Krótko mówiąc, Zięba był zawsze nikim. I to jest właściwie straszne. Ktoś kto miał wszelkie powody, żeby być Kimś, stał się nikim. Aż boję się pomyśleć, jak musiały wyglądać na przykład telefony jakie on otrzymywał z zamówieniami na kolejny set.
Tak naprawdę jednak nigdy nie chodziło o Ziębę, a tym bardziej już dziś nie chodzi o niego – człowieka skończonego, wystawionego na oczy ciekawskiego tłumu, ż tym jego pijaństwem i z tymi zdefraudowanymi pieniędzmi – lecz o całą masę innych, dziś jeszcze w jak najlepszym nastroju, z jak najlepszą prezencją, i o jak najznakomitszej pozycji osob, którzy póki co z ojcem Ziębą mają tylko tyle wspólnego, że zdumione oczy dobrych ludzi gapią się na ich – tak jak jeszcze niedawno na jego – zachowania, i zadają sobie to stare pytanie: Czy on wie? Mógłbym tu oczywiście zacząć wymieniać nazwiska tych wszystkich dziwnych, tajemniczych, wręcz magicznych osób, którzy pojawiali się w tym miejscu wielokrotnie, i zawsze w tym samym kontekście. Mógłbym to zrobić, ale po co? To właśnie szczególny charakter zjawiska, jakie oni symbolizują, sprawia, że każdy z czytających te słowa świetnie wie, o kim mówię. Dopiero co, w sposób jak najbardziej naturalny, zniknął z publicznej przestrzeni problem Krzysztofa Piesiewicza. Pamiętamy dobrze, jak przez jakiś czas po tym co mu się przydarzyło, część komentatorów próbowała zgadywać, na ile jego przypadek jest przypadkiem jednostkowym, a na ile manifestacją pewnej tendencji. Bardzo często dominujący głos informował nas, że on jest zaledwie jednym z wielu. No ale, jak mówię, wszystko stopniowo umilkło.
Alkohol i kobiety. A więc nałogi i uzależnienia. Pragnienie posiadania. I zwykła ludzka słabość. Też tu już nie raz o tym rozmawialiśmy. Nie ma większej i bardziej niszczącej siły jak pieniądze, seks i nałóg. Nie ma też łatwiejszej drogi by dojść do serca człowieka – każdego człowieka – niż tą własnie drogą. Trzeba tylko mieć dobry powód i minimalne umiejętności. Tak było zawsze i jeśli ktoś się tu dziwi, lub oburza, to lepiej niech chwilę pomyśli. Jestem pewien, że jeśli idzie o seks, pieniądze i alkohol, wszystkie drogi są już skutecznie wydeptane. Wszędzie tam gdzie można było coś na tym polu zdziałać, zostało już to wszystko do końca przetestowane. Pozostaje jeszcze to, co spotkało Krzysztofa Piesiewicza, a nie ma najmniejszego powodu, żeby myśleć, że to tylko on, nieborak, tak się fatalnie tu zaplątał. Mam na myśli kokainę.
Ja bym się dziś ani trochę nie zdziwił, gdyby miało się okazać, że w świecie który nas tak intryguje, i który wciąż nas stawia przed tak poważnymi wyzwaniami, kokaina stanowiła bardzo istotny element tego wystroju. No bo czemu nie? Proszę mi powiedzieć, czemu nie? Jeśli zgodziliśmy się na pieniądze, jeśli przyjęliśmy eleganckie, pierwszej klasy prostytutki, jeśli – jak się nagle w tak okrutny sposób okazało – alkohol uzależnia, to jakie są powody, żeby nie pójść o krok dalej? Zwłaszcza gdy, jak wiemy, życie jest ciężkie, pełne wyzwań, czasu mało, a człowiek już też nie ten co kiedyś.
Pamiętam jak przed kilku laty pracowałem w liceum tak zwanym społecznym – a więc płatnym. Nie chcę powiedzieć, że los mój kazał mi codziennie zdejmować sobie z głowy kosz. Nic podobnego. Wręcz przeciwnie. Moi uczniowie byli oczywiście bardzo niechętni do nauki, nie za bardzo też do tej nauki zdolni, ale jakoś sobie radziliśmy. Powiem więcej. Przychodziły dni, czy to przy okazji szkolnych wycieczek, czy jakichś szkolnych imprez, kiedy mogliśmy sobie nawet zupełnie po ludzku pogadać. Były jednak też jeszcze chwile, kiedy kontakt nie istniał. I to nie tylko na poziomie fizycznym, ale zwyczajnie na poziomie intelektualnym. Niektórzy z nich, od czasu do czasu osiągali stan, którego ja oczywiście nie rozumiałem, który mnie pozostawiał w stanie maksymalnego zdziwienia, a który sprowadzał się do tego, że oni zachowywali się po prostu dziwnie. Oczywiście, wielu z nich piło – tak jak to według doniesień badaczy robi większość szkolnej młodzieży – wielu było uzależnionych od innych sportów, ale – jak się okazało – byli tam też i tacy, którzy zwyczajnie ćpali. I oni potrafili być naprawdę dziwni. Nie będę tu wchodził w szczegóły. Proszę sobie wyobrazić człowieka, który permanentnie zachowuje się dziwnie.
Proszę mnie dobrze zrozumieć. To nie było tak, że oni wszyscy przysypiali na lekcjach, albo wygadywali jakieś głupstwa. Nie było tak, że zrywali się z miejsca i biegali bez sensu po klasie. Oni na ogół siedzieli na miejscu, uśmiechali się uprzejmie, tyle że na przykład, każdy miał obok siebie rolkę papieru toaletowego zwiniętą ze szkolnej ubikacji. No i że zachowywali się inaczej. Trochę. Zawsze. I że przychodziły chwile, kiedy oni robili wrażenie, jak by byli w stanie zrobić wszystko.
Przypominają mi się dziś ci moi uczniowie, kiedy myślę o ojcu Ziębie i o innych ważnych uczestnikach naszego życia publicznego. Ale też przypomina mi się Ozzy Osbourne, który jest tu niemal stałym gościem. Pamiętam, jak w jakimś wywiadzie opowiadał on, że w czasach jeszcze wczesnego Black Sabbath przy nich zawsze był człowiek z walizką wypełnioną białym proszkiem. A jeśli z jakiegoś powodu go nie było, wystarczyło zadzwonić i już był. Mówi Ozzy, że on dziś nawet nie wie, czy to rzeczywiście było to co wszyscy myślimy. Może to był tylko sproszkowany cukier, albo cholera wie co. Ale to nie miało znaczenia. Czasy były bowiem takie, że to właściwie mogło być wszystko. Byleby było. A więc – jak może się domyśleć każdy nawet mało skupiony czytelnik – rynek tworzy klienta i to nie od dziś, ale zawsze i wszędzie. Różnica polega na tym tylko, że i rynek różny i klient nie zawsze ten sam.
Do czego zmierzam? Otóż z każdym nowym dniem, kiedy na moich oczach pojawiają się i znikają postaci, których zachowania i słów nie rozumiem z punktu widzenia czysto ludzkiego, którzy wszystko co robią – każdym swoim gestem i każdym niemal oddechem – udowadniają, że przekroczyli już dawno granicę za którą jeśli wciąż jest człowiek, to z pewnością nie ten, którego znałem całe swoje życie, to zjawisko musi mieć inne przyczyny niż te, że ja jestem naiwny, a ludzie różni. A przyczyna – całkiem to możliwe – to mówiąc prostym językiem, baby, wóda i coś pod nosek. A więc oczywiście i pieniądze, ale z całą pewnością nie przede wszystkim. Całe masy dobrych ludzi, przez kolejne lata obserwowały stopniowy upadek ojca Zięby i zastanawiały się, czy to z nim coś nie tak, czy może to my powinniśmy się przestać zadręczać? I oto nagle okazuje się, że Zięba najzwyczajniej na świecie chleje. Że kiedy on jeszcze parę lat temu stał naprzeciwko nas, i z jednej strony mając Kwaśniewskiego, a z drugiej Wałęsę, zwyczajnie sprawiał nam ból, to on już wtedy prawdopodobnie był między jednym a drugich chlupnięciem. I co grosza, obaj jego kumple świetnie to wiedzieli. I oczywiście nie tylko oni. Bardzo nie tylko.
Obawiam się – i te moje obawy graniczą z pewnością – że w takich krajach jak nasza dzisiejsza Polska, na pewnym poziomie działalności publicznej, pokusy muszą być tak wielkie, że oprzeć się im może tylko ktoś, dla kogo kwestie moralne są znacznie wyższe niż wymagają standardy. Jestem niemal pewien, że w pewnych obszarach naszego życia publicznego, przychodzi ten moment, że albo się powie „nie”, albo się w jednej chwili leży. I że jeśli ktoś ma na tyle mocny charakter, że się tego „nie” wręcz obsesyjnie czepi , przetrwa. Jeśli nie – już jest po nim. Jestem wreszcie zupełnie pewien, że wokół nas jest mnóstwo ludzi, dla których sensem zawodowej działalności, sensem życia i gwarancją życiowego powodzenia jest to, żeby pewni ludzie tych obsesji nie mieli. I że zrobią wszystko, żeby tę ich niepewność skutecznie wykorzystać. I jeśli ktoś kocha swoją żonę i dzieci, a wódki nie lubi, albo nie lubi kaca, albo uważa, że chlanie to obciach, zawsze można mu dać coś innego. Coś co mu się z pewnością spodoba. Coś dyskretnego, a co najciekawsze czystego. I będzie git.
Kiedy zaczął pić ojciec Zięba? Dlaczego pić w ogóle zaczął? Kto mu stawiał pierwsze drinki i po co? Kiedy przestano mu lać, żeby pokazać mu jak jest fajnie w naszej kompanii, a kiedy zaczęto mu lać, żeby się wreszcie przestał tak przejmować? Kto mu dał tę fuchę Dyrektora Centrum? Kto wiedział, w jakim on jest stanie, i co ten ktoś z tą wiedzą robił? Czy Andrzej Wajda, kiedy ostatnio przed telewizyjnymi kamerami siedział obok Zięby i obaj wzajemnie prawili sobie komplementy, to Mistrz wiedział, czy nie wiedział? A jeśli wiedział, to czy mu współczuł, czy nim gardził, czy może go rozumiał lepiej, niż nam wszystkim się może wydawać? I co o Mistrzu wiedział Ojciec? I czy mu współczuł? Oto przed naszymi oczami przesuwają się całe czwórki takich samych ludzi jak ci dwaj. Wielkich autorytetów, mentorów, ekspertów, artystów, a każdy z nich budzi w nas magiczny lęk. Chcemy ich pojąć i nie umiemy. Proponuję, żebyśmy wszyscy dali sobie wreszcie z nimi spokój. Natury nikt nie pokona.

Powyższy wpis ukazał się w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie.

sobota, 18 września 2010

O skuteczności modlitwy

Niewątpliwą zasługą naszego przyjaciela LEMMINGA było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu już raz zwrócić uwagę na to coś, co odkrył dla nas LEMMING, ale najwidoczniej albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym szacunku – uważam że jest wyjątkowo niemądre.
A zatem to by były zasługi LEMMINGA. Przejdźmy do moich. Otóż ja postanowiłem zająć się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych zainteresowań polska polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne. Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki takie sobie, a resztę ja Wam opowiem.
Chodzi mianowicie o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary, z całą pewnością jeszcze sprzed katastrofy komiks wyprodukowany przez jakiegoś Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć, jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot. Opublikował więc on ten komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy. Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się, że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już polewano ich benzyną i mieli podpalić, pojawili się komandosi i ich uratowali. W 1911 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale wybuchła tzw, afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to, że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie. No i to utopiło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krawat i okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy „Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z Pałacu Kultury. Na szczęście, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb i zaprowadzili porządek.
To wszystko są wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem ludzie po kryjomu wymalowali obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną „Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.
Jak mówię, komiks ten został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to, że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem – w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu – u mnie na tym blogu właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego na celu zniszczenia jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć, ale słowem. Zwykłym słowem. To tu to tak słychać zdanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to skutecznością modlitwy. W dopowiedzi na te sugestie, wielu ludzi wpada w autentyczne oburzenie i zadają pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego skierowanych do Pawła Kowala. Kowal odpowiedział, że tak. Że słowo potrafi zabić. Jeśli komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia, możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie.
Co natomiast, jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy pomysł. I staje się już wyłącznie ową desperacka próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota, Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu, który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest wyłącznie margines i przykry wypadek. Że życie toczy się daleko poza tymi ekscesami, że on to ktoś kto nawet już za bardzo nie jest częścią Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.
Kiedy zaczynając pisać ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego powieszonego „za flaki” na jakimś pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na zawsze. Jako znak i odwód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią. Będzie już tylko to.
Powiem jeszcze jaśniej, o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten wyjaśnił dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się zająć normalną zwykła polityką, a zamiast wciąż rozstrzasać jakieś i tak nie do wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w Rzeczpospolitej, Joanna Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z Kaczyńskiego.
Otóż ja wszystkim im mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej. Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku przestało mnie interesować.

piątek, 17 września 2010

Jan Tyrawa - Homilia

Don Paddington, w swoim niezwykłym komentarzu, który zamieściłem dziś przed południem, zwrócił uwagę na kazanie ordynariusza bydgoskiego ks. bp. Jana Tyrawy którą ten wygłosił w sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu w czasie V Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja, 2 września 2010 r. Ci którzy są przekonani, że radio ma ryja, a Ojciec Dyrektor nazywa się Rydzyk, a nie Zięba, oczywiście mogą zająć się czymkolwiek innym. Ci natomiast których irytuje to, ze zamiast pisać kolejny tekst, oddaję na pewien czas ten blog wybranym księżom i biskupom, niech sobie dla przykładu poczytają tekst o nawiedzeniu, zamieszczony tu ledwo co wczoraj. Skoro im się dotychczas nie chciało, dziś będą mieli jak znalazł. Resztę gorąco zachęcam.
Pierwszy czwartek miesiąca września gromadzi nas na Eucharystii w sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Ten dzień został obrany jako pielgrzymkowy słuchaczy Radia Maryja i Telewizji Trwam. Hasło tej pielgrzymki to: "Błogosławiony Jerzy Popiełuszko obrońcą życia poczętego - Kto broni człowieka poczętego, będzie bronił każdego". Sądzę, że dla ważności tego tematu dobrze będzie nakreślić współczesne jego tło, które czyni go ciągle aktualnym i koniecznym. To właśnie tło stwarza nowe zagrożenia i domaga się nowych przemyśleń, aby je obnażyć i im zaradzić.
Kardynał Joseph Ratzinger w przeddzień wyboru na Papieża zauważył coś, nad czym nie wolno nam przejść obojętnie: "Wyznawanie jasno określonej wiary, zgodnie z Credo Kościoła, jest często określane jako fundamentalizm. Natomiast relatywizm, to znaczy poddawanie się 'każdemu powiewowi nauki', jawi się jako jedyna postawa godna współczesnej epoki. Tworzy się swoista dyktatura relatywizmu, który niczego nie uznaje za ostateczne i jako jedyną miarę rzeczy pozostawia tylko własne ja i jego zachcianki". W komentarzu do tej uwagi napisano: "Marsz w kierunku totalitaryzmu rozkłada się na trzy etapy. Pierwszym jest negacja prawa i prawdy obiektywnej, czego konsekwencję stanowi zrównanie dobra i zła, grzechu i cnoty. Drugim - instytucjonalizacja dewiacji moralnych objawiająca się w przemianie prywatnej niegodziwości w publiczną cnotę. Trzecim wreszcie - wprowadzenie ostracyzmu społecznego i prawnej karalności dobra. Do tego momentu właśnie doszliśmy. Żyjemy w społeczeństwie hołdującym swoistemu antydekalogowi, w którym dozwolone jest wszystko poza publicznym deklarowaniem wierności zasadom porządku naturalnego i chrześcijańskiego". I dalej: "Dyktatura relatywizmu to w swych ostatecznych konsekwencjach odrzucenie światła rozumu i wzgardzenie łaską Bożą. Po drodze rezygnuje się z wiary i praw Boskich, potem praw wpisanych w ludzką naturę, by wreszcie pozbyć się samej filozofii, która stawia pytania o prawdę i sens bytu. Tak rodzi się na naszych oczach największy w historii totalitaryzm ze swym podstawowym zakazem stawiania pytań".
Wyrazem owej dyktatury jest między innymi sprawa krzyża. Mam tu na myśli nie tylko krzyż spod Pałacu Prezydenckiego i wszystko to, co mu towarzyszy, lecz również to, co go poprzedza w świetle sentencji Trybunału ze Strasburga. Trybunał nakazał zdjąć krzyż ze ścian w szkole we Włoszech po zaskarżeniu jego obecności w miejscu publicznym przez emigrantkę z Finlandii, która nie umiała dostrzec, że ten sam krzyż widnieje na jej ojczystej fladze narodowej. Po tym zaskarżeniu odezwały się podobne głosy także w Polsce, a nawet proces w sądzie już rozstrzygnięty. Wiele rządów europejskich wypowiedziało się za pozostawieniem krzyży w szkołach. Rząd Polski jak dotąd tego nie uczynił. Wnosi się postulat usunięcia krzyża ze ścian w miejscach publicznych czy w ogóle z przestrzeni publicznej, właśnie dlatego, że są to miejsca publiczne i że urąga to zasadzie rozdziału państwa od Kościoła. Stwierdza się wprost, że krzyż znajduje się tam wbrew prawu, bezprawnie, że państwo ma być światopoglądowo neutralne. Przy tej okazji zauważmy, że rozumienie przestrzeni publicznej, w której miałoby nie być miejsca na krzyż, rozszerza się na sprawę obecności religii w szkole, uczestnictwo w uroczystościach państwowych i w ogóle obecność symboliki religijnej. Dodajmy na marginesie, że w ostatnim czasie zdjęto krzyż z Rysów, gdzie postawili go GOPR-owcy w stulecie swojej organizacji dla upamiętnienia tych, którzy w górach zostali na zawsze.
Przypatrzmy się temu bliżej. Po raz pierwszy zasadę rozdziału państwa od Kościoła postawiła rewolucja francuska. Uczyniła to jednak w bardzo dwuznaczny i niebezpieczny sposób. Kościół oddzielony od państwa został wyeliminowany ze sfery publicznej. Pozostało w niej samo państwo, które rzekomo nie grzeszy, którego nikt nie ma już prawa upomnieć w jego grzechu. Takie państwo dokonuje rzezi chłopów w Wandei bez żadnych dla niego konsekwencji. Zasadę rozdziału państwa od Kościoła głosi jednak także sam Kościół. Rozumie ją jednak całkowicie inaczej. Państwo i Kościół są dwiema niezależnymi i autonomicznymi instytucjami, nawzajem się uzupełniającymi. To Kościół dostarcza wartości, które wypełniają demokrację, aby nie przerodziła się w kolejny totalitaryzm. Czy obecność krzyża w szkole, urzędzie, szerzej - w przestrzeni publicznej, łamie ową zasadę? Przecież szkoła czy jakikolwiek urząd są instytucjami państwowymi, gdzie państwo mianuje urzędników, określa zadania i programy, przeprowadza kontrole. W Sejmie ustanawia prawo, uchwala programy polityczne i ekonomiczne. Wszystko to dzieje się bez bezpośredniego udziału Kościoła. To nie Kościół podnosi podatki. Kościół mówi jednak, że ich niepłacenie jest niemoralne. Katechetę wizytuje dyrektor szkoły i urzędnik z kuratorium. Jeśli chce uzyskać kolejny stopień awansu zawodowego, musi się podporządkować przepisom państwowym.
Za postulatem usunięcia krzyża z przestrzeni publicznej stoi w rzeczywistości nie egzekwowanie rozdziału państwa od Kościoła, lecz próba rozdziału społeczeństwa od religii. Tego rozdziału społeczeństwa i religii dokonać się nie da. Swoistym dowodem na to jest fakt, że usunięcie krzyża, usunięcie jednego symbolu religijnego, tworzy automatycznie drugi symbol religijny czy antyreligijny - pustą przestrzeń. Ta pustka w przestrzeni publicznej staje się religijnym symbolem m.in. owej dyktatury relatywizmu, o czym mówiliśmy wcześniej. Staje się symbolem ateizmu. Czyż większość wypowiedzi domagających się jego usunięcia nie jest tego właśnie ducha? Tymczasem krzyż w przestrzeni publicznej umieściło społeczeństwo, a nie państwo, które jest na służbie społeczeństwa i tkwi w niej od tysiąca lat, a zatem w imię jakiej racji ma być zdjęty? Warto przy tej okazji przypomnieć słowa Jana Pawła II: "Postulat neutralności światopoglądowej jest słuszny głównie w tym zakresie, że państwo powinno chronić wolność sumienia i wyznania wszystkich swoich obywateli, niezależnie od tego, jaką religię i światopogląd oni wyznają. Ale postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze światopoglądową neutralnością" (Lubaczów, 3 czerwca 1991 r.). Do tej pustej przestrzeni jeszcze powrócimy.
Czym jest sam wyrok sądowy nakazujący usunięcie krzyża czy ogłaszanie, że tkwi bezprawnie, wbrew prawu? Należy tu widzieć bardzo niebezpieczną tendencję - zredukowanie całego życia społecznego do prawa. Prawa, które jest najniższą płaszczyzną życia społecznego, najbardziej grubiańską i prymitywną. Powyżej niego plasuje się moralność, kultura, smak, zwyczaj, religia, które są przecież bardziej subtelne niż prawo. Kiedy wszystko zredukowane jest do prawa, kiedy prawo ma o wszystkim decydować, w rzeczywistości unieważnia wszystkie pozostałe płaszczyzny, po prostu je niszczy. Prawo, które niszczy kulturę, unieważniając ją, niszczy też kulturę prawną. Niszczy elity odpowiedzialne za te sfery. Czy o pięknie muzyki może decydować ktoś, kto w ogóle nie ma słuchu? Tymczasem o sztuce nie decydują elity, tylko sędzia, który nie umie rozróżnić, co jest prawdziwą sztuką, a co skandalem - bo skąd to ma umieć? To sędzia ma decydować o tym, która z naukowych książek ma się ukazać, a która nie. W ten sposób jednoosobowy sędzia czy nawet wieloosobowy zespół staje się nieformalnym organem ustawodawczym, wprowadza nowe prawo i jako organ ustawodawczy czyni zbędnymi pozostałe właściwe organa. Dokładnie w taki właśnie sposób, wyrokiem sądu, w Stanach Zjednoczonych wprowadzona została aborcja. Dzisiaj na naszych oczach wprowadza się prawo, w myśl którego związki homoseksualne są małżeństwami. I tak prywatny pogląd sędziego, nawet wielce niemoralny, staje się publicznym prawem.
Doskonałym przykładem może być także wyrok Trybunału w Strasburgu w sprawie pani Alicji Tysiąc, o którym to wyroku Javier Borrego, sędzia tegoż Trybunału, zgłaszający votum separatum do tegoż wyroku, napisał: "Trybunał zdecydował, że istota ludzka urodziła się ze względu na naruszenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Zgodnie z tym rozumowaniem, jest w Polsce dziecko, które ma sześć lat, którego prawo do urodzenia jest w sprzeczności z Konwencją. Nigdy nie sądziłem, że Konwencja mogłaby zajść tak daleko, i uważam, że to przerażające".
Odwoływanie się do prawa, którego treścią miałby być rozdział państwa od Kościoła, też jest nieuzasadnione. Podstawą miałaby być Konstytucja, która jednakże stwierdza, co następuje: "Kościoły i inne związki są równouprawnione. (...) Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniają swobodę ich wyrażania w życiu publicznym". Nie mówi się o rozdziale państwa od Kościoła, ale o bezstronności. Bezstronność państwa wzmacniana jest klauzulą wolności sumienia. Władze państwowe i publiczne "gwarantują swobodę uzewnętrzniania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych w życiu publicznym". Oczywiście odwoływanie się do sumienia w konsekwencji - co bardzo istotne - niesie w sobie wezwanie do odpowiedzialności tak jednej, jak i drugiej strony. Nie możemy o tym zapomnieć.
Usunięcie krzyża, symbolu religijnego, tworzy inny symbol religijny: pustą przestrzeń społeczną. Czyż już raz nie mieliśmy pustej przestrzeni społecznej, wolnej od krzyża? A czymże był w rzeczywistości wiek XX, realizujący swoją ideologię w dwóch zbrodniczych systemach totalitarnych, począwszy od haseł rzuconych przez Komunę Paryską? Cały wiek wydaje się czasem dostatecznie długim, aby można było zweryfikować prawdziwość rzuconych haseł, tym bardziej że całe państwo ze wszystkimi swoimi organami i całą potęgą militarną było zaangażowane w ich realizację. Co się zrodziło z tej pustej przestrzeni społecznej? Czyż nie jedno z największych ludobójstw, jakiego świat do tej pory nie znał? Poznał dopiero w wieku XX.
W tym miejscu - w naszej refleksji nad tym problemem - chciałbym odwołać się do Leszka Kołakowskiego. Do końca życia nie przystąpił do Kościoła katolickiego, nie przyjął chrztu, a w młodości nawet zwalczał Kościół. Wolno zatem powiedzieć, że wszystko, co na temat wiary mówił, nie było czynione z perspektywy Kościoła katolickiego, lecz na podstawie własnych przemyśleń i wnioskowania. Jest to ważne, bowiem dziś każda uwaga, nawet najbardziej słuszna, czyniona przez wierzącego deprecjonowana jest zarzutem konfesyjności i rzekomo nie może obowiązywać niewierzącego. Ciekawe, że do dzisiaj we Francji trzeci tom zasadniczego jego dzieła "Główne nurty marksizmu" nie został wydany. Sprzeciwiła się temu Nowa Lewica. Jestem ciekawy, czy nowa lewica w Polsce przeczytała ten tom, a tak mocno nawołuje do dialogu.
Właśnie pustka najpełniej charakteryzuje miniony okres. Pustka, której pierwszym źródłem stał się brak konkretnych wartości w imię tolerancji i otwartości. Czy jednak otwartość może być "neutralna aksjologicznie"? Czy oznacza bezkrytyczne otwarcie na wszystkie poglądy i pociąga za sobą zgodę na każde stanowisko? Nie. I właśnie dlatego Leszek Kołakowski z całym przekonaniem mógł stwierdzić: "Ludzkość nigdy nie wyzbędzie się potrzeby identyfikacji w kategoriach religijnych: kim jestem, skąd się wziąłem, gdzie jest moje miejsce, dlaczego mogę wybierać, jaki sens ma moje życie, jak stawić czoło śmierci? Religia jest kluczowym aspektem ludzkiej kultury. Potrzeb religijnych nie da się z kultury ekskomunikować za pomocą racjonalistycznych zaklęć. Nie samym rozumem człowiek żyje". I jeszcze jedna uwaga: "Wraz z zanikiem świętości pojawia się jedno z najgroźniejszych złudzeń naszej cywilizacji: że ludzkie życie można poddać nieograniczonym przemianom, że społeczeństwo jest 'zasadniczo' bytem nieskończenie plastycznym i że kwestionowanie tej plastyczności i tej doskonałości oznacza kwestionowanie całkowitej autonomii człowieka, a tym samym kwestionowanie wartości samego człowieka".
Zakwestionowanie religii i zakwestionowanie "świętości" - przez co rozumieć należy wewnętrzną pracę człowieka nad samym sobą i jego doskonalenie duchowe - dokonało się w imię nauki. Wszystko miało być naukowe. Naukowe miało być pojęcie dyktatury proletariatu. Naukowy miał być światopogląd. I nie to okazało się najgroźniejsze. Owa pustka okazała się "wielką fantazją" nie dlatego, że obiecywała lepsze życie, ale dlatego, że odwoływała się do niezbywalnych duchowych pragnień człowieka i łudziła ich spełnienie - bez krzyża! W tym sensie marksizm pełnił "istotne funkcje religijne i skuteczność jego ma religijny charakter. Dostarczał ślepej ufności co do wspaniałego świata, którego oczekuje ludzkość tuż za rogiem". I tak pusta przestrzeń po zdjętym krzyżu okazała się religijnym symbolem minionej epoki. Mało tego, jak zauważono, w imię owego religijnego symbolu odwołano się w ostateczności do tkwiącego w ludziach łajdactwa. W imię symbolu pustej przestrzeni społecznej. Jakie są szanse jego przezwyciężenia?
Współczesny człowiek coraz bardziej stara się wypełnić tę pustkę właśnie prawem, często byle jakim. Czyni to także za pomocą techniki. Przez to staje się jednak jeszcze bardziej zagrożony egzystencjalną pustką. Zauroczenie technologią sprawia, że całość ludzkiej egzystencji sprowadzona zostaje do techniki i konsumpcji. Technika staje się nawet miarą moralności. Wszystko, co technicznie wykonalne, jest przecież dobre, jak próbuje się nas przekonać. Właśnie dlatego aborcja jest dobra, bo technicznie wykonalna. Jednakże człowiek nie jest algorytmem. Stąd też miłość, ofiara, poświęcanie się, przebaczenie, to właśnie, co nazywamy świętością, niczym nie da się zastąpić. Tym bardziej nie potrafią ich zastąpić egoizm, ludzka próżność, irracjonalizm czy wspomniane wyżej łajdactwo.
Dodatkowym argumentem za świeckością państwa, które usuwa religijne symbole z przestrzeni publicznej, ma być europejskość. Domagają się tego europejskie standardy. Europa ma być świecka, wolna od religijnych symboli. Ma to być znakiem demokracji i wolności Europy. W Polsce nie jest to problem nowy. Spotkaliśmy go podczas IV pielgrzymki Papieża Jana Pawła II do odradzającej się Polski w 1991 r., kiedy to ateistyczne, laickie elity prawie wprost ogłosiły osobę Ojca Świętego w Polsce jako persona non grata, osobę niepożądaną. Mówił o tym Papież w książce "Przekroczyć próg nadziei". Słyszeliśmy wówczas także odpowiedź Jana Pawła II pełną bólu i smutku: "A co ma być kryterium, co ma być kryterium wolności? Jaka wolność? Na przykład wolność odbierania życia nienarodzonemu dziecku?".
"Moi Bracia i Siostry, ja pragnę jako biskup Rzymu - mówił Ojciec Święty - zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy; Europy Zachodniej. To obraża ten wielki świat kultury; kultury chrześcijańskiej, z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli, współtworzyli także za cenę naszych cierpień. Tu, na tej ziemi kujawskiej, tu, w tym mieście męczenników, to musi być powiedziane głośno. Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach i u nas w ostatnich dziesięcioleciach. Tak tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia, tak jak Chrystus. Tak jak Chrystus, jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie, dlatego że dał swoje życie za nas wszystkich. Ma prawo obywatelstwa wśród nas i wśród wszystkich narodów tego kontynentu i całego świata przez swój krzyż" (Włocławek, 7 czerwca 1991 r.).
Europę stworzyło chrześcijaństwo na kanwie syntezy, jakiej dokonało. Różne były źródła, z których czerpało chrześcijaństwo. Ale trzy źródła okazały się najważniejsze: grecka filozofia, rzymskie prawo i Objawienie zapisane w Starym i Nowym Testamencie. Na bazie tej syntezy chrześcijaństwo ukazało prawdę o tym, że człowiek jest osobą i niesie w sobie niezbywalną godność. Pierwszą definicję osoby ludzkiej podał chrześcijański filozof Boecjusz. Pojęcie godności ludzkiej poza chrześcijańskim obszarem kulturowym jest nieznane. To dlatego tak trudno jest zbudować w niechrześcijańskim świecie demokrację. Na kanwie tej syntezy zrodziły się nauka i technika oraz miłosierdzie. Nie jest zwykłym przypadkiem, że w nowożytnym tego słowa znaczeniu pierwsze uniwersytety powstały właśnie w Europie. Właśnie dlatego, że Europa była chrześcijańska, uniwersytety te mogły powstać. Jeśli Europa jako pierwsza budowała szpitale i przytułki, to mogła to czynić dlatego, że była chrześcijańska. Dlatego też Heinrich Böll mógł powiedzieć: "Nawet najbardziej zły świat chrześcijański wysunąłbym przed najlepszy pogański, ponieważ w chrześcijańskim świecie istnieje przestrzeń dla tych, którym żaden świat pogański nigdy nie przyznał przestrzeni: dla kalekich i chorych, starych i słabych; i więcej jeszcze, jako przestrzeń dał im miłość, tym, którzy dla pogańskiego, jak i bezbożnego świata wydawali się i wydają bezużyteczni. Wierzę w Chrystusa i wierzę, że osiemset milionów chrześcijan na tej ziemi mogło odmienić oblicze tej ziemi, i polecam to do przemyślenia i mocy wyobraźni współczesnym, aby wyobrazili sobie świat, w którym Chrystus nie byłby dany". Czy można wyobrazić sobie świat bez chrześcijaństwa?
W tych dniach świat, nie tylko chrześcijański, obchodzi 100-lecie urodzin Matki Teresy z Kalkuty. Matka Teresa jest doskonałym przykładem na to, co powiedziano wyżej o chrześcijaństwie. Kiedy przybyła po raz pierwszy do Kalkuty i rozpoczęła swoją działalność, z której zasłynęła na cały świat, to ją po prostu z niej wyrzucono. Jej działalność była sprzeczna z tamtejszymi religiami, była wbrew tamtejszym religiom. Religie te widzą sens ludzkiego życia w reinkarnacji, tzn. w wielości wcieleń - poprzez kolejne wcielenia w coraz to wyższe kasty dochodzi się do nirwany, do bezosobowego rozpłynięcia się człowieka w bezosobowym kosmosie, co można byłoby nazwać buddyjskim rozumieniem zbawienia. Zatem jeśli ktoś urodził się jako parias w slumsie, tam także musi umrzeć i nie można mu pomóc, aby nie przeszkodzić mu w reinkarnacji, w drodze do nirwany.
Dzisiaj na to chrześcijańskie pojęcie osoby ludzkiej powołują się także ateiści i niewierzący. I dobrze. Ale łatwo równocześnie zauważyć, że to ich powoływanie się na godność osoby jeszcze samego człowieka nie chroni. Nie chroni w przypadku aborcji, eutanazji czy in vitro. Jaki zatem musiałby zaistnieć przypadek, aby godność osoby okazała się mocniejsza niż zamach na człowieka? Prawdopodobnie istnieje tylko jeden, kiedy taki zamach miałby dotyczyć nas samych, osobiście.
Moi Drodzy! Na zakończenie chciałbym przytoczyć jeszcze jedną wypowiedź Jana Pawła II ze spotkania z roku 1979 ze studentami i profesorami KUL na Jasnej Górze: "Można sprawę Chrystusa osłabić, można jej zaszkodzić niekoniecznie przez wybór światopoglądu, ideologii diametralnie przeciwnej. Każdy człowiek, który wybiera światopogląd uczciwie, według własnego przekonania, zasługuje na szacunek. Natomiast niebezpieczny, powiedziałbym, dla jednej i dla drugiej strony, i dla Kościoła, i dla drugiej strony - nazwijcie ją, jak chcecie - jest człowiek, który nie wybiera ryzyka, nie wybiera wedle najgłębszych przekonań, wedle swojej wewnętrznej prawdy, tylko chce się zmieścić w jakiejś koniunkturze, chce płynąć, kierując się jakimś konformizmem, przesuwając się raz na lewo, raz na prawo, wedle tego, jak zawieje wiatr. Ja bym powiedział, że i dla sprawy chrześcijaństwa, i dla sprawy marksizmu w Polsce jest najlepiej wówczas, kiedy są ludzie zdolni przyjmować to ryzyko, ewangeliczne ryzyko życia, przyznawać się do swojej prawdy ze wszystkimi konsekwencjami". Papież powiedział nam wówczas, abyśmy nie wstydzili się chrześcijaństwa, abyśmy wiedzieli, że dla chrześcijaństwa w Europie nie ma alternatywy, gdyż w przeciwnym przypadku Europa przestanie być sobą. Naukę religii można ze szkoły usunąć i wprowadzić świecką etykę, ale nie można unieważnić Bożych przykazań. Nie można powiedzieć, że "nie zabijaj" odnosi się do wierzących, a niewierzący mogą to czynić. Nie można powiedzieć, że "nie cudzołóż" odnosi się do wierzących; nam, niewierzącym, można to czynić. Przecież i niewierzący, kiedy dowie się, że jest zdradzany przez współmałżonka, często prosi o rozwód. Nie można powiedzieć, że "nie kradnij" odnosi się do wierzących; nam, niewierzącym, można to czynić. Papież mówił nam także, że przyszłość chrześcijaństwa mogą tworzyć i pielęgnować je tylko silne osobowości o silnej tożsamości. Osoby, które będą się w tym kierunku kształcić, wychowywać. Tylko takie silne osobowości o silnej tożsamości zdolne są do dialogu, nie boją się dialogu i zdolne są tworzyć wspólną przestrzeń współżycia w pluralistycznym społeczeństwie. To samo dotyczy jednak także ludzi niewierzących. Cynizmem, ironią i kpiną z wiary, religii zgodnego życia społecznego się nie stworzy. Najgorsze, co może się stać, to niejasność postaw i tylko rzekoma tolerancja.
Na zakończenie módlmy się w intencji naszej Ojczyzny słowami modlitwy ks. Piotra Skargi. W 2012 r. przypada 400. rocznica jego śmierci. Przed stu laty legendą Piotra Skargi, roznieconą m.in. przez Adama Mickiewicza w jego "Prelekcjach paryskich", żyła cała Polska, przypominając sobie "Kazanie sejmowe", w którym Skarga zapowiadał zmartwychwstanie Polski, co się dokonało dokładnie po 6 latach.
"Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przynosiła Imieninowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości. Wszechmogący, wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”.

Tekst homilii za http://www.radiomaryja.pl/

Don Paddington: Gdy serca lodem skute

Poniższy tekst stanowi komentarz, jaki – ze względu na swoją długość – z powodów czysto technicznych, nie mógł zostać opublikowany pod odpowiednim wpisem na naszym blogu, a który nasz Ksiądz zechciał mi uprzejmie przysłać droga e-mailową. Ze względu na z jednej strony naszą stałą i oczywistą wdzięczność, a z drugiej na równie oczywistą wyjątkowość tej refleksji, pragnę ją tu przedstawić i prosić wszystkich o skupienie.
Jak powszechnie wiadomo, w minione dni karierę w Polsce usiłowało zrobić słowo „kondominium”. Piszę „usiłowało”, ponieważ wydaje mi się, że nie do końca potencjał tego wyrazu został politycznie i medialnie wykorzystany. Jakoś tak w przekazach medialnych i komentarzach częściej słyszało się słowo „zawieszenie” (a propos p. Jakubiak), czy „pochodnie” (a propos wieczornego wiecu pisowców). A przecież słowo „kondominium” nie jest trudne, brzmi ładnie, a zabawne jest w nim to, że można je pomylić np. ze słowem „kondom”. Niektórym zaś obdarzonym co żywszą imaginacją politykom i publicystom, wyrażenie „kondominium” bez trudu jak sądzę, mogłoby się skojarzyć z wyrażeniem „aluminium”. Te ucieszne wyrazowe podobieństwa, nie zostały niestety wyzyskane medialnie, co budzi wielkie moje zdziwienie. Owszem, wypowiedź prezesa PiS o kondominium spotkała się ze zgodnym odporem przedstawicieli Partii i jej Stronnictw Sojuszniczych, ale czymże jest oklepane i mało oryginalne określanie poglądów Kaczyńskiego jako skandalicznych, obraźliwych, niszczących wszystko co udaje się zbudować, bezpodstawnych i szkodzących Polsce – w porównaniu z rzuconą mimochodem uwagą, że Kaczor bredzi coś o prezerwatywach i to w dodatku aluminiowych?
Tak czy inaczej, nawet jeśli mój patent z aluminiową gumą nie został należycie wykorzystany, to i tak wszyscy wiedzą, że Jarosław Kaczyński odznacza się złą wolą i popada w obłęd. Wypowiedź o kondominium jasno to ukazała, a kolejne idiotyzmy prezesa o jakiejś odpowiedzialności moralnej, zapaści państwa i bombowcu, najzwyczajniej w świecie to potwierdziły.
A przecież – powiedzmy to sobie szczerze – istnieją dostateczne powody, by wszyscy Polacy odczuwali wielką dumę, że mieszkają w demokratycznej, coraz bardziej zasobnej, oraz bezdyskusyjnie suwerennej Polsce, a u steru władzy stoją inteligentni, sympatyczni i autonomiczni w swych działaniach ludzie. No, trochę w ostatnich tygodniach z ową dumą kłócił się Krzyż przed Pałacem Namiestnikowskim, oraz całe to gromadzące się wokół Niego oszołomstwo. Dzisiaj jednak już wiemy, że dzięki mądrym w treści i eleganckim w formie poczynaniom Kancelarii Prezydenta RP, ten akurat problem mamy już za sobą. Bo nawet jeśli jacyś opętani nienawiścią i fanatyzmem osobnicy, gromadzić się będą na Krakowskim Przedmieściu, to przecież w sytuacji braku Krzyża nie będą mogli powołać się na ten dogodny pretekst, że przychodzą oddać cześć Krzyżowi, bo jak można oddawać cześć czemuś, czego nie ma? Jeśli się więc oni pojawią, to tylko i wyłącznie dlatego, że stać za nimi będzie złowroga postać Jarosława Kaczyńskiego. W sposób więc ewidentny będziemy mieć w takiej sytuacji do czynienia nie z jakąś religijną, czy nawet „pseudoreligijną” imprezą, lecz jak najbardziej polityczną, szkodzącą Polsce i Jej interesom polityczną awanturą. A czy Polska w tej chwili potrzebuje awantur? Nie! Polska potrzebuje zgody i porozumienia wszystkich konstruktywnych sił i środowisk.
W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję, dotyczącą blogu toyaha. Nasz Gospodarz, we wszystkich bez mała swoich notkach pisze właściwie o tym samym: o wszechobecnym i wszechogarniającym systemowym kłamstwie, które niszczy w ludziach to co dobre, a znieprawiając ich dusze produkuje osobniki, technicznie określane na tym blogu mianem „ruskich buców”. Nie wypowiadam się w tym momencie, na ile obserwacje Toyaha są trafne, ale jest faktem, że wielu czytelników tego bloga aprobująco reaguje na te teksty głębokim wzruszeniem i tzw. świętym gniewem. Gwoli sprawiedliwości należy wspomnieć także o tych czytelnikach (niestety dość nielicznych), którzy odporni na ogłupiające dźwięki toyahowego fletu, nie pozwalają wyprowadzić się z umysłowej równowagi i na zamieszczane tutaj notki reagują delikatną drwiną i pogodną ironią. Tak czy inaczej, jedno o tym blogu można powiedzieć na pewno: to nie jest przestrzeń, w której hołubi się dumę Polaków, że – jak wyżej to już zaznaczyłem – mieszkają w demokratycznej, coraz bardziej zasobnej, oraz bezdyskusyjnie suwerennej Polsce, a u steru władzy stoją inteligentni, sympatyczni i autonomiczni w swych działaniach ludzie.
Warto jednak zauważyć, że Toyah, cokolwiek by nie powiedzieć o jego analizach (a raczej pseudoanalizach), ostatnio zaczął dość trzeźwo patrzeć na to, co się w Polsce dzieje. Oczywiście ciągle gada o jakimś kłamstwie i Systemie, ponieważ najprawdopodobniej tak się do tego przyzwyczaił, że nie potrafi już sobie wyobrazić żadnej swojej notki, w której by do owego mitycznego Systemu i towarzyszącego mu rzekomo kłamstwa nie nawiązywał. Trzeba jednak Toyahowi oddać sprawiedliwość, że zauważył (i coraz śmielej o tym pisze), iż jedynym właściwie problemem dzisiejszej Polski jest – nota bene uwielbiany przez niego – Jarosław Kaczyński. Więcej nawet: Toyah nie zamyka oczu na fakt, że ten problem musi być jak najszybciej – dla dobra Polski – rozwiązany. Nie wiem w jaki sposób Toyah tego rodzaju konstatacje godzi z deklarowanym, a przywołanym wyżej uwielbieniem dla swego przywódcy. Być może jest to zwiastunem nadchodzącego nieuchronnie rozłamu nie tylko na pisowskich szczytach, lecz także w pisowskich dołach.
Z wielu ostatnich tekstów naszego Gospodarza można też wysnuć wniosek, że równie jak Jarosław Kaczyński, są dla Polski (a także okazuje się dla Kościoła) szkodliwe te wszystkie postawy i słowa, w których nie ma jasnego i jednoznacznego potępienia prezesa PiS-u. Wspomniałem tutaj o Kościele, ponieważ ostatnie tygodnie jasno pokazały, że Jego pomoc w zaprowadzeniu w Polsce porządku jest właściwie nieodzowna, a potrzeba ukrócenia politycznego awanturnictwa i szkodnictwa, leży w interesie tak państwa, jak i Kościoła.
Koniec dygresji. Przejdźmy do adremu, którego punktem wyjścia będzie właśnie tekst Toyaha, dotyczący potępienia – dla dobra Polski i Kościoła – Jarosława Kaczyńskiego.
Pod koniec sierpnia, Toyah w notce „Gdy Krzyż trafił na margines”, pisze następujące słowa: „Na Jasnej Górze pojawili się biskupi i przynieśli nam z dawna wyglądane rozwiązanie naszych zmartwień. Otóż powinno dojść do spotkania prezydenta Komorowskiego, Donalda Tuska, Bufetowej, Waldemara Pawlaka, Grzegorza Napieralskiego i Jarosława Kaczyńskiego i oni wszyscy powinni uradzić, co zrobić z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu.”
Dalej, Toyah zwraca uwagę, że powyższy apel księży biskupów nie do końca przypadł do gustu politykom rządzącej partii, czemu w poniższy sposób dał wyraz pan Graś, rzecznik rządu: „To przykre i smutne, że nie doczekaliśmy się ze strony Kościoła zajęcia stanowiska w sprawie krzyża. Czekaliśmy na ten głos, bo to była ostatnia szansa na zajęcie przez Kościół odpowiedzialnej postawy.” Ten nieco demonstracyjnie okazywany przez rządzących dystans wobec stanowiska biskupów, zdziwił nieco naszego Gospodarza, który apel naszych hierarchów odczytał wszak jako zawoalowany przekaz następującej treści: „Arcybiskup Michalik zaproponował rozwiązanie niemal idealne. Powtórzę. Niech Komorowski, Tusk, Pawlak i Napieralski zgodzą się spotkać z Jarosławem Kaczyńskim i go najzwyczajniej w świecie opierdolą, kopną w dupę, a na koniec za nim zwyczajnie spluną. Niech wypierdala. A jak się będzie rzucał, to dostanie w ryj tak, że ani nie piśnie.”
Jak widać, Toyah dokonał swoistej interpretacji (przyznajmy: interpretacji brutalnej) rzeczonego apelu wyartykułowanego przez arcybiskupa Michalika. I choć dla niektórych zabrzmi to szokująco, być może ordynariusz przemyski apelując w imieniu biskupów o powołanie jakiegoś Komitetu, miał na myśli właśnie dokładnie to, co sugeruje nasz Szanowny Gospodarz,. Z drugiej strony, być może Przewodniczący Episkopatu miał na myśli coś dokładnie przeciwnego, co np. inteligentnie i dowcipnie sugeruje w wywiadzie dla Rzepy biskup Pieronek (http://www.rp.pl/artykul/530003.html). I bardzo możliwe, że to jednak (ku – jak mniemam – zaskoczeniu niektórych czytelników tego bloga) biskup Pieronek ma rację, biorąc pod uwagę chociażby kazanie biskupa Tyrawy (nie polecam: jest długie, nudne, przeintelektualizowane i siejące nienawiść), wygłoszone do pielgrzymki Rodziny Radia Maryja (http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22773). Tak czy inaczej wygląda na to, że skoro ów apel przez osoby tak bystre jak biskup Pieronek i Toyah, mógł zostać zrozumiany w sposób tak diametralnie różny, to tym samym apel ten jest wieloznaczny.
Nie wiem, czy ta wieloznaczność była czymś zamierzonym, tym niemniej świadczy ona o tym, że niektórzy hierarchowie naszego Kościoła, wzorem pewnego zmarłego klasyka polskiej dyplomacji, nieźle opanowali sztukę poruszania się po schodach: nie wiadomo czy wchodzą, czy schodzą. I myślę, że jeśli panu Grasiowi – jak to można zauważyć w zacytowanej wyżej wypowiedzi – coś w apelu biskupów nie odpowiadało, to owym czymś była właśnie wieloznaczność, woalka, kwiatki, poprzez które hierarchowie do nas mówią. Bo jak to pokazały ostatnie dni, czas wieloznaczności i kwiatków minął. Skoro nawet Pierwszy Premier niepodległej RP, porzuciwszy swą zwyczajową flegmę, wprost, odważnie i tak jak należy daje popalić temu nikczemnemu, kłamliwemu sekciarzowi (http://wyborcza.pl/1,75248,8326332,Mazowiecki_o_J__Kaczynskim__nikczemnosc__cynizm__wyrzadza.html), to jest to znak, iż nie ma już miejsca na żadne wahania, a nieustanne próby siadania na płocie okrakiem, mogą dla biskupów skończyć się kalectwem. Ba, dzisiaj jest już chyba czymś niewystarczającym samo opowiedzenie się za obozem rządzącym: temu opowiedzeniu się musi towarzyszyć (jak to Toyah w swej interpretacji wypowiedzi hierarchów zaznaczył) jednoznaczne, nie budzące wątpliwości potępienie Kaczyńskiego i odrzucenie tego wszystkiego, co ma (lub mieć może) z prezesem PiS cokolwiek wspólnego. A im bardziej Kaczyński jest mocniejszy i pewny siebie (a niestety, nieustannie miesza ludziom w głowach, prezentując się jako silny i pewny siebie), tym bardziej jednoznaczność w potępianiu i brak wątpliwości w odrzucaniu są pożądane.
Gdy więc nasz Gospodarz, wziąwszy za punkt wyjścia swoją brutalną interpretację apelu księży biskupów, wyraził zdziwienie, iż rzecznik rządu na ów apel kręci nosem i w związku z tym spytał pana Grasia: „I co w tym było nie tak?” – to przy założeniu, że owo pytanie stawia nie jakaś propisowska menda internetowa, lecz zdezorientowani i zagubieni w meandrach polityki księża biskupi, owa odpowiedź mogłaby brzmieć następująco: „Czcigodni księża Biskupi! Sugeruję, by w poczuciu odpowiedzialności za Kościół i Ojczyznę, zechcieli księża jasno i otwarcie określić, jakie tak naprawdę jest stanowisko Episkopatu. By uniknąć nieporozumień chciałbym w tym miejscu z całą mocą zaznaczyć, że dopóki w swoim upublicznionym stanowisku, otwartym tekstem i maksymalnie jednoznacznie księża Biskupi nie zachęcą społeczeństwa, by Kaczyńskiego opierdoliło, kopnęło w dupę i za nim splunęło; dopóki w sposób jawny i bez niedomówień księża Biskupi nie staną w pierwszym szeregu tych, którzy Kaczyńskiego chcą stąd wypierdolić; dopóki w sposób nie budzący żadnych wątpliwości księża Biskupi nie pouczą ludzi, że walenie Kaczora w ryj (bo się rzucał) i to walenie tak, że ani nie piśnie, jest czymś całkowicie uzasadnionym i usprawiedliwionym – dopóty Kościół w Polsce nie może liczyć na jakiekolwiek względy. I jeśli ideologiczna wojna w Polsce będzie się nasilać (wróci na publiczną wokandę sprawa aborcji, eutanazji, in vitro, konkordatu, związków homo, pedofilii wśród księży, agentury wśród księży, katechezy w szkole, obecności w sferze publicznej religijnych symboli itd.), a rząd w trosce o finanse państwa zacznie poważnie się zastanawiać, czy stać nas na pensje dla katechetów i na pomoc w dziele renowacji zabytkowych kościołów (a przecież z góry wiadomo, że nas nie stać), to – Drodzy Księża Biskupi: miejcie pretensje do siebie.”
Czy nasi księża biskupi, komentarz pana Grasia do swego jasnogórskiego apelu mogą rozumieć właśnie w powyżej zaprezentowany sposób? Przyznaję, że – przynajmniej dla niektórych purpuratów – może się to okazać trudne. W takim razie powie ktoś: „Jeśli rząd, ustami swego rzecznika, domaga się od biskupów jednoznaczności, to czy sam, w swoich komunikatach skierowanych do Kościoła, nie powinien być równie jednoznaczny?” Oczywiście to jest kwestia dyskusji, czy rządowi możemy pod tym względem coś zarzucić. Myślę, że Biuro Prasowe Rządu i w ogóle koalicja rządząca, dokładają wszelkich starań, by pod tym względem nie było żadnych uchybień i wynikających z nich niejasności. Trzeba jednak pamiętać, iż w naturze komunikatu jest to, że poza jego nadawcą, jest także odbiorca. Nadawca może bardzo się starać, jeśli jednak odbiorca z jakichś powodów jest w absorpcji komunikatu ograniczony, to owe starania nadawcy mogą nie przynosić oczekiwanych efektów. Sądzę, że strona rządowa zdaje sobie z tych trudności sprawę i właśnie dlatego, w ostatnich dniach – w ramach partnerskiej pomocy – komunikat skierowany do księży biskupów powtórzyła.
Owo cierpliwe powtórzenie, jakiej postawy Kościoła ekipa rządząca oczekuje, wiąże się z upublicznionymi ostatnio wesołymi perypetiami O. Macieja Zięby. Wiem, że O. Zięba z jakichś tajemniczych względów nie cieszy się sympatią Toyaha, ale ważniejsze jest w tym momencie to, że brak sympatii do zacnego dominikanina dotknął też peowskich decydentów na Wybrzeżu, a być może także decydentów w Centrali. Bo choć z punktu widzenia sekciarskich miłośników tego bloga, niechęć Toyaha do O. Macieja jest jakoś tam zrozumiała, to niechęć do zakonnika ze strony władzy, jest jednak czymś zaskakującym. Tłumaczenie bowiem, że O. Zięba się do czegoś nie nadaje, bo jakiś organizowany przez niego koncert okazał się być drogim knotem, albo podnoszenie faktu, że nie potrafi zarządzać tego rodzaju strukturą jak ECS, czy też wskazywanie na okoliczność alkoholowej słabości dominikanina – jest wersją, która nie wytrzymuje żadnej krytyki. Gdyby bowiem przyjąć, że PO (a należy sądzić, że nie tylko PO) będzie ze swego grona eliminować ludzi, którzy produkują jakieś tam knoty, robią to zbyt drogo, nie potrafią zarządzać i zbyt dużo piją, to przecież taka partia, a z nią rozmaite urzędy i instytucje, musiałyby – z braku kadr – ulec likwidacji.
W związku z powyższym należy więc domniemywać, że w całym tym zamieszaniu związanym z O. Ziębą, chodzi o coś zupełnie innego. Otóż sądzę, że przypadek O. Macieja został przez władzę poręcznie wykorzystany, do przekazania stronie kościelnej kolejnego, czytelnego sygnału, w sprawie głównego problemu który dziś gnębi Polskę. Bo kim jest O. Maciej Zięba? Otóż jest on duchownym katolickim, o którym można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że sprzyja PiS-owi i odczuwa sympatię do Kaczyńskiego. Raczej wręcz odwrotnie. Więcej nawet: okazuje publiczny zachwyt Wałęsą, dystansuje się od dzisiejszej „Solidarności”, a osoby takie jak Tusk, Komorowski i Borusewicz to jego – może nie kumple – ale na pewno bliżsi ideowo i towarzysko niż Kaczyński, czy choćby nawet Kurski. Takie są fakty. Wynika z nich, że O. Maciej, jest znacznie mniej wieloznaczny niż biskupi. I co? I nic. Okazało się to niewystarczające. Wyleciał. Dla dobra Polski. Bo tam gdzie jest dobro Polski, tam nie ma sentymentów. I właśnie dlatego pokazano ludności kwity na jego alkoholizm. A przecież, gdyby publicznie, wzorując się na pani Henryce, nawkładał coś Kaczorowi, to dzisiaj ECS nie musiałoby myśleć o nowym szefie, a zacny nasz dominikanin stałby się kolejną ikoną ruchu solidarnościowego.
Jeśli więc tego rodzaju człowieka władza postanowiła odsunąć na boczny tor, a jego rzeczywiste, bądź domniemane grzechy owego odsunięcia nie wyjaśniają, to w jaki sposób można to wydarzenie zinterpretować? Myślę, że sens tego wszystkiego, co stało się z O. Ziębą jest wytłumaczalny tylko wówczas, jeśli przyjmiemy teorię komunikatu rządu, skierowanego do Kościoła. Komunikat ten brzmi następująco: „Czcigodni księża Biskupi! Apelujemy, by w poczuciu odpowiedzialności za Kościół i Ojczyznę, zechcieli księża jasno i otwarcie ustosunkować się do poprzedniego komunikatu rządu. Z całą mocą podkreślamy, że brak jednoznacznego potępienia szkodnictwa Jarosława Kaczyńskiego, w formie sugerowanej we wspomnianym komunikacie, może skutkować wspomnianymi weń konsekwencjami. Jednocześnie uprzejmie informujemy, że pewne formy poparcia dla linii koalicji rządzącej – formy wyrażające się w okazywaniu publicznego zachwytu Prezydentem Wałęsą, dystansowaniu się od dzisiejszej „Solidarności”, czy okazywaniu ideowej i towarzyskiej bliskości z najbardziej prominentnymi osobami Partii i Państwa – choć same w sobie miłe, to jednak na obecnym etapie są stanowczo niewystarczające. Wyrażamy nadzieję, że stanowisko rządu spotka się ze zrozumieniem i aprobatą księży Biskupów.”
Ja też mam taką nadzieję. I oczekuję – wraz z całą Polską – że biskupi zareagują właściwie. Przyznam się, że jestem tym żywotnie i osobiście zainteresowany. Jestem proboszczem małej parafii, której najzwyczajniej w świecie nie stać na gruntowny remont zabytkowego, drewnianego kościoła, którym się szczycimy. Będziemy w tym roku występować do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z wnioskiem o dofinansowanie dzieła renowacji naszej świątyni. Na samą myśl, że księża biskupi swoim zadymieniem mogliby w tym dziele przeszkodzić, wpadam w wielki niepokój, a nawet gniew. Niestety, mój niepokój jest uzasadniony mętnymi wypowiedziami niektórych przedstawicieli Kościoła, dotyczącymi tak przecież potrzebnego i przez wszystkich oczekiwanego usunięcia Krzyża, sprzed prezydenckiego pałacu. Obawiam się, że postawa zwerbalizowana przez nieszczęsnego biskupa Tyrawę, może w Kościele zwyciężyć. Nie daj Boże, by biskupi ulegając politycznym emocjom, zignorowali apele naszego rządu. Jest bowiem tak, że niestety, może pojawić się jakiś biskup, który w przypływie jakiegoś szaleństwa powie mniej więcej coś takiego: „Uwzględniając coraz bardziej widoczne tendencje obecne w dominującej części tzw. establishmentu polityczno-medialnego, oraz w niektórych grupach społecznych, należy stwierdzić, że od czasów komunistycznych, sytuacja naszej religii i Kościoła w Polsce jeszcze nigdy nie było tak zła, jak obecnie.”
Co konstatuję ze smutkiem…

czwartek, 16 września 2010

Gdy dziady awansują

Choć muszę przyznać, że byłem pod pewnym wrażeniem, zeszłotygodniowy występ prezydenta Komorowskiego w podkrakowskich Tomaszowicach postanowiłem zlekceważyć. Trochę dlatego, że zawsze jest dużo zdarzeń znacznie bardziej inspirujących od tego, że to tu to tam nagle wyskoczy ten dziwny człowiek i jego wąs, ale też i z tego powodu, że od czasu jak on zaczął pokazywać się bardziej publicznie, a już zwłaszcza w roli Prezydenta RP, pomyślałem sobie, że najlepszym sposobem, by okazać mu swoją pogardę, będzie traktowanie go jak worek foliowy zawieszony przez wiatr na przydrożnym drzewie. Tak samo szpeci, choć bezpośrednio nie zawadza.
Dziś jednak nie widzę możliwości, żeby nie powiedzieć na jego temat paru słów, a to z jednej strony w związku z tym, że on odważył się jednak wydrzeć ludziom ten krzyż, a fakt że zrobił to otwarcie i z dumą, stawia go daleko przed tamtymi esbekami, którzy owszem, też zabrali krzyż spod Kopalni Wujek, tyle że ponieważ swej podłości się wstydzili, to zrobili to dyskretnie i pod osłoną nocy, a ze strony drugiej poprzez to, że kiedy już dokonał owego aktu barbarzyństwa, zdecydował się na oświadczenie, którego szczególność wkleja go na wieki w dzieje ludzkiego, ale i nie tylko ludzkiego, upadku.
We wspomnianej wypowiedzi, Bronisław Komorowski oświadczył ni mniej ni więcej tylko to, że dalsza obecność krzyża pod Pałacem Prezydenckim „groziłaby daleko idącymi stratami dla autorytetu państwa i Kościoła”. Przede wszystkim, ja bym serdecznie prosił człowieka, który został prezydentem mojego kraju wyłącznie z tego powodu, że ktoś mu wcześniej z prawdziwie ruskim sprytem wyczyścił przedpole, że skoro już przyszło mu dbać o autorytet mojego państwa, to niech się przynajmniej odpieprzy od Kościoła. Sytuacja bowiem, kiedy taki to człowiek i to sprawujący swój urząd w taki sposób, i to w dodatku w takiej sytuacji, zaczyna nagle wypinać klatę i informować wszystkich, że on teraz będzie wspierał autorytet czegokolwiek, a Kościoła w szczególności, jest najzwyczajniej w świecie upokarzająca. Bardzo więc go tu proszę, niech się w jednej chwili odpierzy przynajmniej od naszego Kościoła.
Czytałem te zdumiewające słowa i przypomniała mi się ta zeszłotygodniowa impreza w Tomaszowicach, którą jakimś cudem miałem okazję zahaczyć w telewizji. Wszyscy wiemy, co to za zjawisko ten nasz pan prezydent. Doskonale się w formacie, który on reprezentuje, orientują nawet ludzie, którzy na niego głosowali. Jestem pewien, że dziś nawet Donald Tusk nie jest w stanie go przebić. To jest upadek wzorowy, i co do tego dyskusji być nie może. Wiemy więc wszyscy, jak on na przykład głosi swoje mowy. Po pierwsze czyta. Wszystko co mówi – czyta. A ponieważ najwyraźniej nie rozumie, albo też nie myśli o tym co mu tam z tych literek się układa, jego wystąpienia wyglądają mniej więcej tak: „JESTEM mały (ruch ręką w prawo) oficerek. Mam buziaka JAK (dłonie uniesione do czoła) cukierek. Która PANNA (prawa dłoń na piersi) chce cukierka, NIECH lewa ręka wali w pulpit) całuje oficerka”. To jest absolutnie niesamowite. Mieliśmy w polskiej polityce idiotów niemal doskonałych. Niektórzy z nich naprawdę potrafili zaskakiwać. Żaden z nic jednak, pomijając może tylko szefa platformerskiej młodzieżówki, nie osiągnął nigdy tego stanu intelektualnej bezradności. Miałem kilku takich kolegów w podstawówce, no ale oni nie byli politykami.
No ale to już znamy. Wiemy, że kiedy Bronisław Komorowski mówi, to musi to co mówi czytać, no i oczywiście na tym co czyta nie potrafi się ani na moment skupić. Jak idzie jednak o to wystąpienie na temat roli Kościoła wobec Unii Europejskiej – wygląda na to, że przez sprawę smoleńskiego krzyża, religia stał się ostatnio jego konikiem – to co mnie uderzyło jeszcze mocniej, to fakt, że on tak się rozpędził, że czytał nawet śródtytuły. Daje słowo – Komorowski, wygłaszając swoją mowę na tym eleganckim spotkaniu – zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, czytał śródtytuły. Ta sytuacja była tak poruszająca, że ja w pewnym momencie zacząłem się bać, że on nagle powie coś w stylu „teraz, panie prezydencie, niech pan przewróci kartkę”, albo zacznie czytać numery stron. Proszę mi wierzyć. To było mocniejsze niż wszystkie dowcipy o niejakim Kononowiczu (Jasna cholera! Word mi tego nie poprawił – dalekośmy dojechali, prawda?)
I pewnie na tym można by było skończyć, gdyby nie jeszcze jedno, coś może nawet najważniejszego. Symbolicznie tak poruszające, że przy tym gaśnie wszystko. Jak wiemy, prezydenci z reguły występują przy specjalnych mównicach. Jeśli mówią jako prezydenci, ponieważ reprezentują majestat państwa i narodu, stawia ich się za mównicą na której jest godło państwowe i pełny tytuł urzędu. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale sądzę że tak. Że w nawet najbardziej mikroskopijnych i nicnieznaczących republikach, prezydent zwraca się do tych, którzy go słuchają z odpowiednią oprawą przed sobą. Jeśli z jakiegoś powodu – może podczas wizyty na szkolnej akademii, albo gdzieś w polu – jeden z drugim nie może przywieźć swojej pieczęci, będzie przemawiał na czystym tle, bez niczego, albo przynajmniej przy czym maksymalnie neurtalnym. Prezydent Komorowski tymczasem odstawiał ten swój ruski bełkot, prężąc wąsa nad dumnym napisem „Dwór w Tomaszowicach”. W tym momencie brakowało już tylko, żeby ktoś mu przylepił do czoła kartkę z napisem: „Catering w przystępnych cenach”.
I dziś ten typ ma czelność oświadczać publicznie, że on nie może pozwolić, żeby marnował się autorytet państwa i Kościoła. To jest dopiero chamstwo! Ktoś, kto ostatnim razem jak słyszał słowo ‘autorytet’ to zapewne wtedy gdy dostał od Palikota pod choinkę jego książkę, pcha się tam gdzie jego obecność budzi wyłącznie grzeszną niechęć, i zaczyna coś mruczeć na temat mojego komfortu, czy dyskomfortu.
Ponieważ prezydent Kaczyński został przez System, którego przedstawicielem jest Bronisław Komorowski, już skutecznie spacyfikowany, czuję się w obowiązku zwrócić się do obecnego prezydenta również – o czym jestem szczerze przekonany – w jego imieniu – „Spieprzaj dziadu!!!”. A jeśli obok niego akurat, w co akurat osobiście z różnych przyczyn bardzo wątpię, stoi pani Kaszalotowa, to niech ona tę prośbę zechce też wziąć do siebie.

P.S. Drobna errata do niedawnej notki dziękczynnej: Przede wszystkim z rozpędu zapomniałem (co za wstyd!) o moich wiernych paypalowcach Marku i Mirku. Bardzo dziękuję i równie bardzo przepraszam. Druga sprawa: Jolu, oczywiście wiem, że z Sieprawia. Nie te lata. Nie ten mózg. Odpowiednie miejsca zostały uzupełnione.

O nawiedzeniu, o opętaniu, i o Panu, Który chodzi Swoimi ścieżkami

Muszę Wam zdradzić pewną tajemnicę, jeśli idzie o naszego kolegę LEMMINGA. Jest to tajemnica bardzo wstydliwa i myślę, że przez niego bardzo skrywana, ale co mi tam! Niech świat się dowie. Otóż LEMMING codziennie i zapamiętale studiuje blog Janusza Palikota. Ot tak! I oto ledwo co wczoraj dostałem od LEMMINGA esemesa, w którym mnie poinformował, że Palikot przekroczył własnie kolejną granicę, i że warto mi zobaczyć, jak to przekroczenie wyglądało. Zajrzałem. Cały wpis to komiks, narysowany jeszcze przed 10 kwietnia, w bardzo żartobliwej formie pokazujący, jak jeden po drugim, w sposób bardzo przemyślny, zostają mordowani kolejni politycy PiS-u, by wszystko zakończyć bardzo spektakularna śmiercią obu braci Kaczyńskich i napisem ‘happy end’. Komiks, jak mówię, został napisany jeszcze przed Katastrofą, natomiast Janusz Palikot postanowił go opublikować teraz i to w taki sposób, że on stanowi jedyną treść tego wpisu. Żadnego komentarza, żadnej informacji o autorze. Nic. Tylko ten – należy podkreślić, że bardzo zawodowo zrobiony – komiks.
Niedawno tu wspomniałem, ze sprawy toczą się tak szybko, a ich natężenie zmienia się tak bardzo, że właściwie udało nam się przyzwyczaić już do wszystkiego. Że gdybyśmy nagle zostali przebudzeni, a ten dym został z naszych serce i mózgów zabrany, moglibyśmy się nagle bardzo zdziwić. Póki co jednak, radzimy sobie świetnie, i chyba nawet nad tym naszym radzeniem sobie za bardzo się nie zastanawiamy. W końcu, nawet jeśli czegoś jeszcze nie było, to za chwilę z pewnością będzie, więc o czym tu dumać?
Dziś z kolei z samego rana spadła na mnie wiadomość, że krzyż smoleński został przez ludzi Prezydenta zabrany, i że już nie stoi na przed Pałacem, lecz w prezydenckiej kaplicy, razem z tymi tablicami, które tam zostały niedawno wrzucone. Trochę ze smutkiem, trochę jednak ze zdziwieniem, zauważyłem, że ta informacja jakoś mnie nie poruszyła. Czy to sprawił ten wczorajszy Palikot, czy może świadomość, że to wszystko i tak szło właśnie w tę stronę, a jedyny problem jakiśmy mieli, to kto i kiedy odważy się go ruszyć, nie wiem. Dziś w każdym razie sobie siedzę, piszę ten tekst i mam wrażenie, że to co widzimy, to już jest czyste, niczym obcym nieskażone zło. Wreszcie je mamy. Realne, żywe, kto chce może je niemal dotknąć.
Jednak w tym całym zamieszaniu, między Palikotem i okrucieństwami w których on się nurza, a tym atakiem na Krzyż, pojawiło się coś jeszcze, co nadało temu jeszcze bardziej dramatyczny wymiar. Otóż, jak czytam w oświadczeniu wydanym przez Kurie Warszawską „Krzyż w obecnej sytuacji nawiedzi Kaplicę Prezydencką oraz miejsce katastrofy smoleńskiej, aby ostatecznie stanąć w Kaplicy Loretańskiej kościoła św. Anny”. Okazuje się mianowicie, że to, że dziś banda rozjuszonych pogan wyrwała modlącym się ludziom z rąk krzyż i naciągnęła go gdzie nikt nie będzie na niego już nawet patrzył, to jest akt nawiedzenia! Krzyż dziś nawiedza Kaplicę Prezydencką! Oto dziś nad ranem doszło do aktu nawiedzenia Prezydenckiej Kaplicy przez smoleński krzyż. Tu już tylko może nam towarzyszyć ciężka, najcięższa cisza… albo słowo pocieszenia. Niech zatem padnie to słowo. Posłuchajcie.
Dziś do szkoły w której trochę pracuję, jeden z uczniów przyszedł w czarnym t-shircie z białym napisem OJCIEC DYREKTOR. Ponieważ napis mnie nieco zaintrygował, powiedziałem mu, że to niesamowite, że producenci koszulek z napisami potrafią tak szybko reagować, natomiast nie bardzo rozumiem, w jaki sposób to logo komentuje bieżącą sytuację. Że gdyby tam było napisane, że Ojciec Dyrektor też lubi się napić, albo że Ojciec Dyrektor wie, gdzie rozdają konfitury, albo coś innego w tym guście, to ja bym rozumiał to szyderstwo i to oburzenie. Ale tak? „Ojciec Dyrektor”? I co z tego? To już lepiej nosić zwykłą koszulkę z napisem ‘Joy Division’. Uczeń mój najpierw robił wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, o co mi chodzi, a później powiedział, że ona znowu taka nowa nie jest i zapytał: „A to Rydzyk chleje?”
Muszę uczciwie tu przyznać, że ja mojego ucznia zaczepiłem w sposób jak najbardziej prowokacyjny. Chodzi o to, ze ja świetnie od początku wiedziałem, że ta koszulka nie została zaprojektowana ostatnio na cześć ojca Zięby, lecz już dość dawno temu, i to akurat na okazję tego, że cała Polska postanowiła szyderstwem i ironią zniszczyć projekt o nazwie Radio Maryja. Nie zmienia to oczywiście faktu, że literacko-intelektualny, że tak to ujmę, pomysł na te koszulki, breloczki, kubki, czy cholera wie co jeszcze, od początku mnie intrygował. No bo nie ukrywajmy. W końcu powiedzieć ‘Ojciec Dyrektor’ na ojca Dyrektora, to nie jest absolutny szczyt inteligentnej złośliwości. Jeśli natomiast tylu młodych ludzi dało się kupić tej propagandzie, i to kupić tak tanio, to chyba wyłącznie na takiej zasadzie, jak kiedyś w polskich kabaretach wystarczyło powiedzieć głośno ‘CCCP’, lub ‘czerwony’, żeby wszyscy klepali się po brzuchach z uciechy. Całkiem to zresztą możliwe, że to im w zupełności wystarczy. Wczoraj, całkowicie niewinnie poprosiłem ich o przetłumaczenie zdania: „Co się stanie jeśli kaczki nie będą mogły znaleźć pożywienia?”, i od razu było widać, że nie jest źle! To jest dopiero wypasiony kolo z tego anglika!
No ale, jak by nie patrzeć i co by nie mówić, jeśli idzie o tego ‘Ojca Dyrektora’, historia pięknie zatoczyła koło. Tyle lat takich wysiłków, tyle najwybitniejszych mózgów harowało dzień i noc, żeby znaleźć idiotom zabawkę idealną, taką zabawkę, że będą się nią mogli bawić przez cale lata dzień w dzień, i za każdym razem odkrywać w niej dodatkowe, nieznane dotąd przyjemności… i oto nagle okazuje się, że to cholera nie ten! I proszę spojrzeć – wszystko się jak najbardziej zgadza. Ojciec? Ojciec. Dyrektor? Jak najbardziej. Lans jest? Jest. Kasa jest? Jest. Tyle że, kurwa jego mać – to nie ten. I jak to teraz odkręcić? Chodzą ci biedacy, wypinają te swoje zapadnięte klaty, szczerzą zęby w pełnym najbardziej bystrej satysfakcji uśmiechu, a tu, kurde, nagle się okazuje, że ten pociąg już odjechał. I to jeszcze jak!
Oczywiście nie powinniśmy mieć złudzeń. Oni jeszcze przez dłuższy czas będą sobie jakoś radzili. Przede wszystkim, nie mając bladego pojęcia, kim jest ojciec Zięba i co on zrobił ze swoim życiem. Że co? Że on jest zjawiskiem obyczajowo bez porównania ciekawszym od ojca Rydzyka? To akurat nie ma najmniejszego znaczenia. Już widać bardzo wyraźnie, jak całe media, a za nimi kultura popularna, wykazują przypadkiem ojca Zięby całkowity brak zainteresowania. Więc, jak mówię, jakiś czas oni sobie będą radę dawać. A biedny Zięba zsunie się delikatnie i dyskretnie ze sceny, tak samo jak kiedyś przed laty został na nią przez bardzo złych i podłych ludzi wciągnięty. I wciąż będzie tylko Rydzyk i radio które ma ryja.
Tyle że nie do końca. Kropla, jak to mówią, drąży skałę. Jeden znak, jeden gest, jedno słowo, tworzą cały wodospad słów, gestów i znaków. I tego zatrzymać się już nie da. Dziś słyszę, że TVN nakręcił film o Wałęsie, w którym już prosto miedzy oczy walą nam prawdę o tym dziwnym człowieku z wąsem i jego pokrętnych przypadkach. Rozumiem, że Donaldowi Tuskowi już niedługo przyjdzie zębami zedrzeć sobie z klaty ten kretyński znaczek. Boże! Jakże beznadziejnie oni muszą się czuć.

środa, 15 września 2010

Sthach zżeha sehce

Gdyby ktoś mi kiedykolwiek powiedział, że przyjdzie dzień, kiedy Monika Olejnik zainspiruje mnie do refleksji pozytywnych, nawet jeślibym wziął taka możliwość pod uwagę, to bardzo bym się przy tym zafrapował. A tu nagle dziś wieczorem patrzę jak rozmawia ta kobieta z premierem Tuskiem i widzę coś takiego: pyta red. Olejnik Donalda Tuska, czy on być może widział, jak na smoleńskim lotnisku leżą i niszczeją szczątki polskiego rządowego samolotu, a jeśli tak, to czy nie przyszło mu do głowy, ze coś tu jest nie tak. Tusk jak to Tusk, wali utartym tropem: „amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”. Olejnik na to, że może by tak polski rząd zdecydował się powiedzieć Rosjanom, żeby zechcieli ten samolot choćby przykryć brezentem? „Amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”. Niezmordowana pani redaktor drąży dalej: „To niech pan zorganizuje konferencję prasową, stanie przed kamerami i powie publicznie i wyraźnie, że to skandal, że nie można się doprosić o taki drobiazg. Tak choćby jak dziś zrobili Rosjanie, kiedy to publicznie opieprzyli nas za to, że organizujemy Kongres Czeczeński”. Premier Tusk trzyma sprawdzoną postawę: „Amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”. Olejnik wali dalej: „No to niech pan weźmie za telefon, zadzwoni do premiera Putina i mu powie. Zwyczajnie niech pan mu powie, że to jest kwestia naszej godności i że niech on do jasnej cholery przykryje ten samolot brezentem!” Premierowi nawet nie drży powieka: „Amatohsko gham w piłkę nożną, a po 10 kwietnia wszyscy ciehpimy thaumę”.
Najmłodsza Toyahówna pyta mnie, co ja bym mu powiedział? O co bym ja zapytał Tuska? Mówię więc jej, że pewnie dokładnie o to samo, o co go pyta Olejnik, tyle że pod sam koniec bym mu powiedział, że skoro on nie chce na ten temat gadać, to ja rozumiem jego trudną sytuację i nie będę go dalej dręczył. I zapytałbym, co tam ciekawego w domu? Jak się miewa żona i co słychać u dzieci? A gdyby zaczął pyskować, to bym mu powiedział, że to ja już dziękuję i skończył tę rozmowę po dziesięciu minutach.
No ale każdy wie, że nie ma o czym gadać. To jest towarzystwo, które się sobą wzajemnie żywi i tak się to będzie ciągnęło aż do momentu, gdy nagle wszystko runie. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy tu zastanowili się, dlaczego to Donald Tusk tak bardzo nie chce poprosić Putina, żeby choćby przykrył te zwłoki brezentem. Dlaczego on się tak zaparł, że jest gotów robić z siebie idiotę, zamiast wziąć i wykonać pozornie przecież bardzo prosty i nicnieszkodzący gest. Putin przecież nie jest beksą, więc by się nie obraził, samemu Tuskowi od razu by skoczyło w sondażach, a te nieszczęsne resztki naszych rodaków, którzy jakimś cudem jeszcze go lubią i szanują, mieliby dobre alibi, żeby się swoich obsesji w dalszym ciągu bezpiecznie trzymać. Czemu on tego nie robi?
Jeśli ktoś sądzi, że ja mam na to pytanie jakąś konkretną i skuteczną odpowiedź, jest niestety w błędzie. Ja nie mam pojęcia, dlaczego Donald Tusk się fajda na dźwięk słowa ‘Rosja’, ‘Putin’, czy ‘Smoleńsk’. Autentycznie nie wiem, jak dokładnie wyglądają dziś relacje między sumieniem Donalda Tuska, a ruską pięścią, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że relacje te są jak najbardziej napięte. Jestem absolutnie przekonany, ze Donald Tusk, nawet jeśli Rosjanie dla czystej frajdy podrzucą mu pod drzwi tego jego nędznego mieszkania w Sopocie worek zgniłych ziemniaków, on nie dość że nie piśnie, to nawet nie mrugnie. Przecież jest oczywiste, ze Rosjanie nie mogą mieć jakichkolwiek problemów z przykryciem naszego samolotu bylejaką szmatą. Że to nie jest tak, że wykonanie tego gestu wymagałoby od nich jakichś szczególnych logistycznych przedsięwzięć, a sam premier Putin któregoś dnia musiałby na tę okazję zerwać się godzinę wcześniej. Jeśli oni tego nie robią, to dla nich to musi być wyłącznie kaprys i taka zwykły dziecięcy chichot, że głupi Polacy potrafią być aż tak komiczni. A z kolei, jeśli Donald Tusk tu z takim zawzięciem milczy, to znaczy, że on świetnie wie, że jemu zwyczajnie tej zabawy Rosjanom zakłócić nie wolno. Bo w momencie jak im się tam wkręci, to dostanie w nos tak, że się nie pozbiera.
Czego on się boi? Właśnie mówię, że nie wiem. Faktem jest jednak to, że oni się nie boją. On się boi. Oni nie. To on się boi.. A bać może się wszystkiego. Tego na przykład, że oni jednak przyślą te skrzynki. Albo że do tych dokumentów wsadzą jeszcze jakieś inne, których wcześniej obiecywali nie wsadzać. Albo że nagle zrobią jakąś konferencje prasową i powiedzą, że oto własnie odnaleziono pewne dowody wskazujące…
Aaaaaaaaaaaaaaa!!!
Co za życie!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...