Nie wiem, czy to jest kwestia moich zmieniających się nastrojów, czy może to co widzę i rejestruję jest jak najbardziej autentycznym świadectwem postępującego zła, ale ostatnie dni robią nam wrażenie szczególnych. I wcale nie mam tu na myśli ani tych komentarzy na forum Gazety Wyborczej jeszcze sprzed dwóch lat, ani dzisiejszych popisów onetowców, ani tego strasznego kłamstwa, jakie System ufundował Solidarności na jej 30 urodziny, a nawet nie chodzi mi tu o tę nieustannie wczoraj pokazywaną Niemkę z jakiejś szwabskiej gazety, tłumaczącej mi, jak to Niemcy nie potrafią zrozumieć moich emocji w stosunku do Krzyża i że ja to powinienem uważać za swój problem. Ani ten Parulski, ani ten jego ruski sobowtór, ani Komorowski z żoną u harcerzy, ani kardynał Dziwisz u Komorowskiego, ani ten jakiś Andriej bredzący coś na temat polskich prowokacji przeciwko bolszewikom w 1920 roku, ani podpuszczający go red. Kuźniar, ani radny Golimont wyzywający mnie od chorych psychicznie. To wszystko osobno nie ma żadnego znaczenia, ale wszystko razem tworzy atmosferę i ta atmosfera mnie przytłacza.
Wczoraj na dodatek znów ktoś zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu, że nic nie mówi. Temu samemu Kaczyńskiemu, o którym co chwilę słyszę, że on już jest tylko cieniem swojego cienia. Że wysiłek, który on włożył w to, żeby zastąpić swojego zabitego brata w walce o prezydenturę, był w rzeczywistości jego ostatnim wysiłkiem. Rozmawiałem wczoraj z moją wspomnianą tu już jakiś czas temu ciocią, i powiedziała mi ona, że widziała Jarosława Kaczyńskiego niedawno w telewizji i on był jej zdaniem ledwo żywy. W tym samym czasie Onet udziela głosu jednemu ze swoich klientów, który wzywa Kaczyńskiego, żeby zapłacił za samolot, który jego brat pożyczył i nie oddał. Swoją drogą, mam tu małą uwagę do kardynała Dziwisza. Nawet ten potwór wie, że to nie był samolot prezydencki, a Ksiądz jakoś się zagapił?
No i to pytanie, które wraca z tak straszną regularnością. Dlaczego te ciała zostały aż tak zmasakrowane? Jakie zasady fizyki dopuszczają tak nieprawdopodobny rodzaj zniszczeń przy tak małej energii.
Mijają te dni, ja czuję, że zbliża się czas jakichś dramatycznych rozstrzygnięć, nie wiem, czy to co widzę to prawda, czy złudzenie, no i oczywiście, jako człowiek zainfekowany wiele lat temu tym genem szczęścia, o którym wspomina Michał no swoim blogu o Jeziorkach, staram się zachować odpowiednio dobry humor, a wraz z nim wygrzebywać z tych czarnych szczelin ślady nadziei. No i jest. Jest coś, co zupełnie paradoksalnie zakwitło na tym rozpaczliwie zwycięskim kłamstwie. To co podejrzewałem od jakiegoś już czasu, a mianowicie to, że to iż ta agresja, ta nienawiść, ta zwierzęca wręcz podłość, są czymś bardzo celowo kultywowanym wyłącznie z tego względu, że to własnie stamtąd System czerpie swoje siły życiowe, potwierdza się coraz bardziej. Wczoraj pani Toyahowa, tak jak to ona potrafi z tym swoim irytującym lekceważeniem w głosie, zwróciła mi uwagę na fakt, że to co mamy, to nic innego jak realizacja starej zasady ‘dziel i rządź’, tyle że odpowiednio dla czasów w jakich żyjemy ztuningowana. Że najpierw oni podzielili społeczeństwo na dwa w miarę silne bloki, następnie rozpalili między nimi bezprzykładną nienawiść, a wreszcie sprawili, że dla większości z nich ta nienawiść stała się jedyną realnością i jedynym sensem życia. A co może najważniejsze, że ona to stała się czymś, co pozwala wielu z nich w ogóle myśleć.
I pomyślałem sobie, że oni są wciąż jeden krok przed nami. I że styl kampanii prezydenckiej, na jaki zdecydował się Jarosław Kaczyński, i tego stylu oczywista porażka, bardzo wyraźnie i jednoznacznie pokazały, że obie strony tej batalii nie są w stanie skutecznie już działać, ale też realnie istnieć bez tej nienawiści. I że jeśli ktoś, kierując się wciąż tym starym, naturalnym pragnieniem porozumienia i zwykłej ludzkiej uprzejmości, może od razu zwinąć interes i wracać do domu. I że System, póki co, znakomicie te naturalne ludzkie skłonności wykorzystuje. Proszę zwrócić uwagę. Niemal od samego początku kampanii, ledwo parę dni po katastrofie w Smoleńsku, Jarosław Kaczyński i jego projekt spotkał się z tak niesłychanie agresywnym atakiem, że gdybyśmy żyli w nieco starszych czasach, nasza wrażliwość mogłaby tego nie przeżyć. I atak ten, prowadzony nieustannie na wszystkich możliwych poziomach, był wzorowo skuteczny. A idealnym tego dowodem i symbolem jest ów tryumfujący reklamowy billboard Kompanii Piwowarskiej wznoszący się przez całe tygodnie nad Wawelem. W tym samym czasie, gdy System realizował spokojnie swój plan, my tutaj zastanawialiśmy się, czy nasza łagodność nie jest może jeszcze za mało łagodna, i czy przypadkiem jej niejednoznaczność nie szkodzi naszym planom.
Paweł, człowiek, który jeszcze w trakcie kampanii zorganizował na rzecz prezydentury debatę blogerów, zbojkotowaną następnie przez część jego sztabu, powiedział mi kiedyś, że jego zdaniem, w trakcie telewizyjnego spotkania z Komorowskim, Jarosław Kaczyński miał od razu na samym początku zwrócić się do Komorowskiego z mniej więcej takim pytaniem: „Panie Marszałku, proszę nam powiedzieć, co pan czuje, kiedy jest pan na polowaniu, słyszy ten charakterystyczny dźwięk, świadczący o tym, że pocisk trafił, a później patrzy w gasnące oczy umierającego zwierzęcia? Wie pan, ja lubię zwierzęta i nie umiem sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji. Niech więc pan mi powie, jak to jest? Czy to jest wciąż duża przyjemność, czy tylko przyjemność, która stała się już rutyną?” Mówi mi Pawel, że miał Jarosław Kaczyński tak zacząć, a później obsesyjnie do tego pytania wracać. Z początku wydawało mi się, że to głupi pomysł, że to od razu by zostało jakoś przez Komorowskiego, a za nim przez cały medialny układ, wyśmiane, i Kaczyński i jego kampania ze tym jego dziwnym pytaniem zostaliby ostatecznie skompromitowani. Dziś jednak czuję pewność, że oczywiście, oni nie pozostaliby bezczynni, niemniej społeczna reakcja mogłaby być dokładnie taka jak być miała. Dlaczego? Dlatego właśnie, że ten rodzaj bezprzykładnej, głupiej, tępej agresji jest jedynym sposobem, by dotrzeć do większości wyborców. Z jednej i z drugiej strony. I nie jest to w żaden sposób ich wina. Oto bowiem jest świat, który im stworzono i pozwolono wybierać, czy chcą żyć tu na polu bitwy, czy gnić gdzieś na peryferiach nikomu niepotrzebnej uprzejmości.
Przyszła mi ta myśl do głowy wczoraj, kiedy oglądałem rozmowę Tomasza Nałęcza z Arkadiuszem Mularczykiem. Kiedy Mularczyk natychmiast, właściwie bez jednego słowa wstępu, w głupi, bezsensowny, niczym nieuzasadniony sposób, zaatakował Nałęcza, pomyślałem sobie, że to jest kolejny błąd. Że to zostanie bardzo źle odczytane i wyłącznie dostarczy broni Nałęczowi i jego promotorom. Jednak już pierwsza reakcja Nałęcza pokazała, jak bardzo się myliłem. Bo oto, to co było widać, to wciąż spokojny, stojący na tle pięknego Dunajca Mularczyk, a naprzeciwko niego Nałęcz, najpierw z trudem panujący nad słowami, a następnie kompletnie tracący rozum, i już wyłącznie plujący jakimiś idiotyzmami na temat szamba, brudu i smrodu, który on będzie musiał za chwile zmyć pod prysznicem. Ostateczny efekt był taki – pokazywany potem w powtórkach – że to nie Mularczyk, który wygadywał jakieś tylko dla Nałęcza i niewielu poza nim zrozumiałe głupstwa, ale plujący się kompletnym szaleństwem Nałęcz stał się bohaterem tej rozmowy. To co zapamiętali ludzie, to grzeczny Mularczyk w pieknych krajobrazach nowosączyzny i wściekły, o trzęsącym się głosie Nałęcz, plotący coś o prysznicu, który on weźmie natychmiast jak wróci do domu.
I tak to niestety działa. To jest jak ten kabaret, gdzie trzech debili rechocze bez ładu i składu, konstruując przekaz, którego i tak nikt nie rozumie, natomiast wszyscy pokładają się ze śmiechu, bo w tym potoku szaleństwa od czasu do czasu słyszą słowo ‘kaczor’, albo ‘Wawel’. A później, kiedy przyjdzie do nich albo jakiś Marek Migalski, albo sam Jarosław Kaczyński i powie im, że tego typu zachowania są podłe i niegodne, to oni z tego wszystkiego wiedzą tylko tyle, że tu, z jednej strony jest grupa wesołych kabareciarzy, którzy chcą się bawić, a z drugiej banda nadętych polityków. Podobnie jest teraz z tym biednym krzyżem przed Pałacem i ludźmi, którzy się tam wystawili na ów straszny gniew Zła. Ja wiem, że to co piszę to pewnie przesada, i faktycznie traktuję te słowa bardziej jak wzór, a nie rzeczywistą realizację jakiegokolwiek planu, ale jestem przekonany, że gdyby któryś z tych ludzi stojących pod krzyżem, w pewnym momencie, zamiast ściskać bezradnie w dłoniach ten różaniec, na chwilę go odłożył, podszedł do któregoś z tych obłąkanych plażowiczów z gumową piłką i walnął go w jego zapijaczony nos z – jak to uczy mistrz Owsiak – baśki, to przez kolejne dni TVN24 pokazywałby z uwielbieniem zapłakaną i obsmarkaną krwią, łzami i wściekłością mordę tego cymbała, a ogłupiała publiczność wiedziałaby z tego tylko jedno. Że ci od krzyża to może i wariaci, ale za to mają charakter, a przede wszystkim potrafią się zabawić.
Takie czasy. Ja ich bardzo nie chciałem dożyć, a tym bardziej stawać się ich częścią Wygląda jednak na to, że trzeba się przystosować. Wczorajszy występ w TVN24 Arkadiusza Mularczyka wskazuje na to, że nie tylko ja to rozumiem. I to jest dość dobra wiadomość.