niedziela, 22 sierpnia 2010

Chyba jednak będziemy lać z baśki

Nie wiem, czy to jest kwestia moich zmieniających się nastrojów, czy może to co widzę i rejestruję jest jak najbardziej autentycznym świadectwem postępującego zła, ale ostatnie dni robią nam wrażenie szczególnych. I wcale nie mam tu na myśli ani tych komentarzy na forum Gazety Wyborczej jeszcze sprzed dwóch lat, ani dzisiejszych popisów onetowców, ani tego strasznego kłamstwa, jakie System ufundował Solidarności na jej 30 urodziny, a nawet nie chodzi mi tu o tę nieustannie wczoraj pokazywaną Niemkę z jakiejś szwabskiej gazety, tłumaczącej mi, jak to Niemcy nie potrafią zrozumieć moich emocji w stosunku do Krzyża i że ja to powinienem uważać za swój problem. Ani ten Parulski, ani ten jego ruski sobowtór, ani Komorowski z żoną u harcerzy, ani kardynał Dziwisz u Komorowskiego, ani ten jakiś Andriej bredzący coś na temat polskich prowokacji przeciwko bolszewikom w 1920 roku, ani podpuszczający go red. Kuźniar, ani radny Golimont wyzywający mnie od chorych psychicznie. To wszystko osobno nie ma żadnego znaczenia, ale wszystko razem tworzy atmosferę i ta atmosfera mnie przytłacza.
Wczoraj na dodatek znów ktoś zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu, że nic nie mówi. Temu samemu Kaczyńskiemu, o którym co chwilę słyszę, że on już jest tylko cieniem swojego cienia. Że wysiłek, który on włożył w to, żeby zastąpić swojego zabitego brata w walce o prezydenturę, był w rzeczywistości jego ostatnim wysiłkiem. Rozmawiałem wczoraj z moją wspomnianą tu już jakiś czas temu ciocią, i powiedziała mi ona, że widziała Jarosława Kaczyńskiego niedawno w telewizji i on był jej zdaniem ledwo żywy. W tym samym czasie Onet udziela głosu jednemu ze swoich klientów, który wzywa Kaczyńskiego, żeby zapłacił za samolot, który jego brat pożyczył i nie oddał. Swoją drogą, mam tu małą uwagę do kardynała Dziwisza. Nawet ten potwór wie, że to nie był samolot prezydencki, a Ksiądz jakoś się zagapił?
No i to pytanie, które wraca z tak straszną regularnością. Dlaczego te ciała zostały aż tak zmasakrowane? Jakie zasady fizyki dopuszczają tak nieprawdopodobny rodzaj zniszczeń przy tak małej energii.
Mijają te dni, ja czuję, że zbliża się czas jakichś dramatycznych rozstrzygnięć, nie wiem, czy to co widzę to prawda, czy złudzenie, no i oczywiście, jako człowiek zainfekowany wiele lat temu tym genem szczęścia, o którym wspomina Michał no swoim blogu o Jeziorkach, staram się zachować odpowiednio dobry humor, a wraz z nim wygrzebywać z tych czarnych szczelin ślady nadziei. No i jest. Jest coś, co zupełnie paradoksalnie zakwitło na tym rozpaczliwie zwycięskim kłamstwie. To co podejrzewałem od jakiegoś już czasu, a mianowicie to, że to iż ta agresja, ta nienawiść, ta zwierzęca wręcz podłość, są czymś bardzo celowo kultywowanym wyłącznie z tego względu, że to własnie stamtąd System czerpie swoje siły życiowe, potwierdza się coraz bardziej. Wczoraj pani Toyahowa, tak jak to ona potrafi z tym swoim irytującym lekceważeniem w głosie, zwróciła mi uwagę na fakt, że to co mamy, to nic innego jak realizacja starej zasady ‘dziel i rządź’, tyle że odpowiednio dla czasów w jakich żyjemy ztuningowana. Że najpierw oni podzielili społeczeństwo na dwa w miarę silne bloki, następnie rozpalili między nimi bezprzykładną nienawiść, a wreszcie sprawili, że dla większości z nich ta nienawiść stała się jedyną realnością i jedynym sensem życia. A co może najważniejsze, że ona to stała się czymś, co pozwala wielu z nich w ogóle myśleć.
I pomyślałem sobie, że oni są wciąż jeden krok przed nami. I że styl kampanii prezydenckiej, na jaki zdecydował się Jarosław Kaczyński, i tego stylu oczywista porażka, bardzo wyraźnie i jednoznacznie pokazały, że obie strony tej batalii nie są w stanie skutecznie już działać, ale też realnie istnieć bez tej nienawiści. I że jeśli ktoś, kierując się wciąż tym starym, naturalnym pragnieniem porozumienia i zwykłej ludzkiej uprzejmości, może od razu zwinąć interes i wracać do domu. I że System, póki co, znakomicie te naturalne ludzkie skłonności wykorzystuje. Proszę zwrócić uwagę. Niemal od samego początku kampanii, ledwo parę dni po katastrofie w Smoleńsku, Jarosław Kaczyński i jego projekt spotkał się z tak niesłychanie agresywnym atakiem, że gdybyśmy żyli w nieco starszych czasach, nasza wrażliwość mogłaby tego nie przeżyć. I atak ten, prowadzony nieustannie na wszystkich możliwych poziomach, był wzorowo skuteczny. A idealnym tego dowodem i symbolem jest ów tryumfujący reklamowy billboard Kompanii Piwowarskiej wznoszący się przez całe tygodnie nad Wawelem. W tym samym czasie, gdy System realizował spokojnie swój plan, my tutaj zastanawialiśmy się, czy nasza łagodność nie jest może jeszcze za mało łagodna, i czy przypadkiem jej niejednoznaczność nie szkodzi naszym planom.
Paweł, człowiek, który jeszcze w trakcie kampanii zorganizował na rzecz prezydentury debatę blogerów, zbojkotowaną następnie przez część jego sztabu, powiedział mi kiedyś, że jego zdaniem, w trakcie telewizyjnego spotkania z Komorowskim, Jarosław Kaczyński miał od razu na samym początku zwrócić się do Komorowskiego z mniej więcej takim pytaniem: „Panie Marszałku, proszę nam powiedzieć, co pan czuje, kiedy jest pan na polowaniu, słyszy ten charakterystyczny dźwięk, świadczący o tym, że pocisk trafił, a później patrzy w gasnące oczy umierającego zwierzęcia? Wie pan, ja lubię zwierzęta i nie umiem sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji. Niech więc pan mi powie, jak to jest? Czy to jest wciąż duża przyjemność, czy tylko przyjemność, która stała się już rutyną?” Mówi mi Pawel, że miał Jarosław Kaczyński tak zacząć, a później obsesyjnie do tego pytania wracać. Z początku wydawało mi się, że to głupi pomysł, że to od razu by zostało jakoś przez Komorowskiego, a za nim przez cały medialny układ, wyśmiane, i Kaczyński i jego kampania ze tym jego dziwnym pytaniem zostaliby ostatecznie skompromitowani. Dziś jednak czuję pewność, że oczywiście, oni nie pozostaliby bezczynni, niemniej społeczna reakcja mogłaby być dokładnie taka jak być miała. Dlaczego? Dlatego właśnie, że ten rodzaj bezprzykładnej, głupiej, tępej agresji jest jedynym sposobem, by dotrzeć do większości wyborców. Z jednej i z drugiej strony. I nie jest to w żaden sposób ich wina. Oto bowiem jest świat, który im stworzono i pozwolono wybierać, czy chcą żyć tu na polu bitwy, czy gnić gdzieś na peryferiach nikomu niepotrzebnej uprzejmości.
Przyszła mi ta myśl do głowy wczoraj, kiedy oglądałem rozmowę Tomasza Nałęcza z Arkadiuszem Mularczykiem. Kiedy Mularczyk natychmiast, właściwie bez jednego słowa wstępu, w głupi, bezsensowny, niczym nieuzasadniony sposób, zaatakował Nałęcza, pomyślałem sobie, że to jest kolejny błąd. Że to zostanie bardzo źle odczytane i wyłącznie dostarczy broni Nałęczowi i jego promotorom. Jednak już pierwsza reakcja Nałęcza pokazała, jak bardzo się myliłem. Bo oto, to co było widać, to wciąż spokojny, stojący na tle pięknego Dunajca Mularczyk, a naprzeciwko niego Nałęcz, najpierw z trudem panujący nad słowami, a następnie kompletnie tracący rozum, i już wyłącznie plujący jakimiś idiotyzmami na temat szamba, brudu i smrodu, który on będzie musiał za chwile zmyć pod prysznicem. Ostateczny efekt był taki – pokazywany potem w powtórkach – że to nie Mularczyk, który wygadywał jakieś tylko dla Nałęcza i niewielu poza nim zrozumiałe głupstwa, ale plujący się kompletnym szaleństwem Nałęcz stał się bohaterem tej rozmowy. To co zapamiętali ludzie, to grzeczny Mularczyk w pieknych krajobrazach nowosączyzny i wściekły, o trzęsącym się głosie Nałęcz, plotący coś o prysznicu, który on weźmie natychmiast jak wróci do domu.
I tak to niestety działa. To jest jak ten kabaret, gdzie trzech debili rechocze bez ładu i składu, konstruując przekaz, którego i tak nikt nie rozumie, natomiast wszyscy pokładają się ze śmiechu, bo w tym potoku szaleństwa od czasu do czasu słyszą słowo ‘kaczor’, albo ‘Wawel’. A później, kiedy przyjdzie do nich albo jakiś Marek Migalski, albo sam Jarosław Kaczyński i powie im, że tego typu zachowania są podłe i niegodne, to oni z tego wszystkiego wiedzą tylko tyle, że tu, z jednej strony jest grupa wesołych kabareciarzy, którzy chcą się bawić, a z drugiej banda nadętych polityków. Podobnie jest teraz z tym biednym krzyżem przed Pałacem i ludźmi, którzy się tam wystawili na ów straszny gniew Zła. Ja wiem, że to co piszę to pewnie przesada, i faktycznie traktuję te słowa bardziej jak wzór, a nie rzeczywistą realizację jakiegokolwiek planu, ale jestem przekonany, że gdyby któryś z tych ludzi stojących pod krzyżem, w pewnym momencie, zamiast ściskać bezradnie w dłoniach ten różaniec, na chwilę go odłożył, podszedł do któregoś z tych obłąkanych plażowiczów z gumową piłką i walnął go w jego zapijaczony nos z – jak to uczy mistrz Owsiak – baśki, to przez kolejne dni TVN24 pokazywałby z uwielbieniem zapłakaną i obsmarkaną krwią, łzami i wściekłością mordę tego cymbała, a ogłupiała publiczność wiedziałaby z tego tylko jedno. Że ci od krzyża to może i wariaci, ale za to mają charakter, a przede wszystkim potrafią się zabawić.
Takie czasy. Ja ich bardzo nie chciałem dożyć, a tym bardziej stawać się ich częścią Wygląda jednak na to, że trzeba się przystosować. Wczorajszy występ w TVN24 Arkadiusza Mularczyka wskazuje na to, że nie tylko ja to rozumiem. I to jest dość dobra wiadomość.

sobota, 21 sierpnia 2010

Ich zdaniem, waszym zdaniem, naszym zdaniem...

Kiedy wczoraj dowiedziałem się, że pani sędzia – ta pani sędzia – uznała, że jeśli Stefan Niesiołowski powiedział, że to Jarosław Kaczyński politycznie zlecił Cenckiewiczowi napisanie książki o Lechu Wałęsie, to nie należało jego słów traktować dosłownie, ale jakoś inaczej, machnąłem na tę wiadomość ręką, i pewnie bym w tym geście już pozostał, gdyby nie fakt, że mój wpis o Solidarności spotkał się z odzewem tak marnym, że aż zawstydzającym. Pani Toyahowa pojechała ze swoim ojcem myć groby, dzieci na wciąż przerywanych wakacjach, więc zaglądałem do tej notki, widziałem, że pies z kulawą nogą się tymi refleksjami nie interesuje, a więc wreszcie pomyślałem, że może zobaczę, co na temat tego wyroku pisze Onet.
Nie byłem na Onecie od wielu, wielu miesięcy, jedyny kontakt jaki z nim miałem w ciągu minionego roku, to konkurs na Blog Roku, a poza tym to już tylko właśnie dzięki moim dzieciom, które od czasu do czasu przynosiły mi jakieś mniej istotne, ale za to odpowiednie nakręcające informacje. Muszę więc przyznać, że ta wizyta zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Kiedyś napisałem tu tekst zatytułowany „Przepraszam Onet”- przypomniałem go przed chwileczką, w poprzedniej notce (bardzo polecam) – w którym wyraziłem opinię, że w porównaniu z tym, co się wyprawia na dyskusyjnym forum Agory, Onet to wzór elegancji i społecznej kultury, i że w związku z tą obserwacją postaram się traktować Onet jako propozycje wprawdzie dla debili, wciąż jednak mieszczącą się w jakimś standardzie. Dziś tam zaglądam i widzę, że od tamtego dnia przeszliśmy naprawdę daleką drogę. Wprawdzie wciąż jeszcze nikt tam nie mówi, co należy zrobić „temu idiocie”, ale kierunek jest określony należycie. Wiem, że to z mojej strony jest wobec czytelników tego bloga zagranie paskudne, ale trudno. Proszę zrobić ten eksperyment i czytać to uważnie, komentarz po komentarzu.
Kacze nieszczęście! kolejna porażka! Ludzie co toto za nieudacznik życiowy, jego klientela taka sama kompleksy, frustracje.
Tu wpisz poparcie pod wnioskiem o delegalizację organizacji o nazwie pis! Polskę należy zdekaczyzować i odpisić!!!!
!przepraszać Kaczyńskiego? to jakby w burdelu żony szukać
<<<< CUDOWNY ŻYWOT JARA >>>>> PRZECZYTAJ I DZIĘKUJ BOGU I RODAKOM ŻE NIE ZOSTAŁ PREZYDENTEM RP Cudowny żywot Kaczyńskich
Mucha plujka jest pewnie zadowolony. POlskie sądy działają POprawnie
Jaruś znowu przegrał? Coś ten XXI wiek nie dla niego. Może tak z kotkiem do mamusi?
Jaro odzejdz i pozwol ludziom normalnie zyc mamy dosc Twoich prywatnych, egoistycznych dzialan.
AMEN Ten wyrok cieszy. Nie będzie Kłamczyński pozywał ludzi.
Dlaczego pisowcy nie szanują prawa, sądów, Polski i Polaków ??
BRZYDZĘ SIĘ KACZYZMEM bo to okrutne zło i wstyd dla Polski
"Nierząd Tüski" prześladuje patriotów a promuje NiesiołoPOdobne nędzne miernoty które niszczą naszą Ojczyznę i opluwają Polaków.
Czy Kacyńskij to Kalkstein? Takie to czysto Polskie nazwisko.
Iniesiołłowski @@@@@ Znów będzie się wymądżał co to nie on za komuch
BRAWO Brawo Niesiołowski - wont z Kaczyńskim.
Sądy są niezawisłe, bo żaden sędzia nigdy nie zawisł.
Dopoki Kaczynski bedzie przy wladzy to Polske czekaja awantury. Ten karzelek jest oblakany.
Jarosławie Kaczyński!!! To tyś, żałosny człeku, powinien przeprosić Polskę i Polaków(nie katolskich oszołomów)
To Jarosław powinien przeprosić za zbeszczeszczenie Wawelu. Do kompletu pis powinien wystąpić o pochowanie w tym samym miejscu tatusia Ziobry. Na co czekacie obaj pasują do siebie, byli tacy sympatyczni ,a to /według Pisu wystarczy do pochówku na Wawelu.
A ten fachowiec od motyli , już dawno powinien tylko po łące latać z siatką na kiju.
Czwarta z rzedu przegrana spowodowala,ze rozumek Jaroslawa nie wytrzymal i facet zbzikowal. To szaleniec.
I KŁAMCZYŃSKI ZNOWU RECYDYWA ! CZY NA OSZCZERSTWA KONFABULACJE TEGO "PANA" NIE MA BATA ?!!
KŁAMSTWA TO CHLEB POWSZEDNI PSYCHOPATY KACZYŃSKIEGO!
Jarosław Wybitny Prawnik - wszystko hurtem przegrywa.
Jasne że Zyzak pisał brednie " pod obstalunek" PIS-iorów . Panie kaczyński prawda ze to pan chce byc Wałęsą ??
ZIOBRO, KACZOR, MACIEREWICZ itd. Oj drogo Nas kosztują takie nawiedzone pokraki.
O "niesiolowskim": Mozna zmienic nazwisko, ale charakteru juz nie!!Szczur zostanie szczurem.
KAŻDY DZIEŃ JEST POTWIERDZENIEM,ŻE KACZYZM I PIS TO NIESAMOWITE ZŁO, WSTYD I HAŃBA DLA POLSKI I POLAKÓW.
Kaczyński nie wpływał na IPN, tylko czystym przypadkiem ś. p. Kurtyka był jego człowiekiem. Pis skisł.
Oczywiscie ze Kaczynscy za tym nie stali. Oni wszelkie polecenia w swojej partii i dla swoich sluzek wydają na siedząco.
raz za razem kaczynskiemu udawadniaja awanturnictwo a ciagle jest zbyt wielu ludzi, ktorzy mu sprzyjaja
Nie rozumię dlaczego profesora Niesiołowskiego nie tytułują profesorem?
KŁAMCZYŃSKI znowu dostał kpa
opluwanie Wałęsy to motto zyciowe karła moralnego.
brzydze się kaczyńskim i tą PiSdebilowatą watachą świrów elektorat PiSu to debile, kretyni, muzułmany i oszołomy
Brawo Panie Profesorze Stefanie!!!!. Proszę dalej obnażać pisowską obłudę tylko bardziej zdecydowanie. Naród jest z Panem!!!!!!!!!
ach ten Jarek... pewnie już jest sfrustrowany do granic wytrzymałości.
To ile jużwyroków ma kłamca hak judasz ?
jak ma przepraszać za prawdę to kaczy prezes mściciel zrobił paszkwil na Wałęsę
Jarku Kaczyński, Aliku - nie idźcie tą drogą !!!!!!!!!!!!!
pis Panie Stefanie bardzo się cieszę gdyż bardzo Pana lubię.
To wspaniała nowina ! Prezes Kaczyński chyba gotuje się ze złości.
Biedny Jaro! w trybie przedwyborczym też przegrał 2 razy
Jego kłastwa i mściwość co raz więcej sie kurczy to w/g. wzrostu co raz to niżej.
No co psiarnia dostanien teraz obłędu? Powyjcie sobie i poszczekajcie na pana marszałka, macie do tego prawo bo jest demokracja, o którą ten bohater walczył. Ja wolałbym dyktaturę taką, że wszyscy byliby zadowoleni, a tacy jak wy dawno by milczeli. Amen!
Yaro zapomina ze Sady nie sa juz w rekach ZIOBRY i PIS-U tylko niezalezne stad znowu POrazka prawna
Brawo Stefanie !!!! TAK TRZYMAĆ !!!! Brawo Stefanie !!!! TAK TRZYMAĆ !!!!
Wpisywać się fani Niesiołowskiego facet ma trzeźwe spojrzenie na otaczającą rzeczywistość
prezes Prawa i Sprawiedliwości pewnie teraz miota się jak lew w mysiej norze.
Niesiolowski jest globalista i ma kontakty z masonami probujacymi utworzyc Biblijny rzad swiatowy.
Niesiołowski to bardzo chamski facet Palikot a Niesiołowski to jak bracia kłamią.
zawzieta wredota nie popusci bedzie skladac odwolanie
Ktoś się mnie spyta o co chodzi. Po ciężką cholerę tracę czas i wkładam jeszcze tyle wysiłku, by cytować tę bandę idiotów dyskutującą na temat polityki? Kto inny może też być ciekawy, dlaczego wśród tych głosów, postanowiłem dać też szansę paru tzw. naszym, a jeszcze kto inny będzie chciał wiedzieć, czemu tylko tylu? Otóż jest tak że ja nie planowałem pokazywać, jaka to nienawiść została zbudowana przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, ani też nawet skarżyć się, że Onet jest tu głównym budowniczym. Moim celem było i jest zwrócenie uwagi na to, w jakim stanie znajduje się debata publiczna w ogóle. Niezależnie od tego, czy po stoimy tej czy po tamtej stronie. Oczywiście, jeśli przejrzeć te tysiąc, czy może więcej komentarzy, to można zauważyć, że niemal wszystkie z nich są skierowane przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, ale również że te nieliczne, próbujące znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, są w gruncie rzeczy równie głupie i zawstydzające. Można nawet powiedzieć, że one się od tamtych różnią tylko tym, że są okropnie jednakowe, bo 90% z nich właściwie powtarza tylko jeden tekst – że ta sędzina była nagrzana. Ale to wszystko jest bez znaczenia. To co mną tak poruszyło, to to, że my tu, na tym blogu sobie elegancko rozmawiamy, od czasu do czasu przyjdzie ktoś, kto chce tę rozmowę odpowiednio popsuć, ale generalnie pewien poziom jest zachowany. Natomiast okazuje się, że kiedy wyjrzeć odrobinę na zewnątrz, to widzimy już autentyczną katastrofę. Zatytułowaną przez faktycznych jej autorów niemal szyderczo: „WASZYM ZDANIEM”.
Obawiam się – bardzo się obawiam – że to jest rzeczywisty kształt polskiej debaty. Nie jakaś medialna wojna polsko-polska, nie konferencje prasowe Jarosława Kaczyńskiego i kolejne wpisy na blogu Janusza Palikota. Nie te czarne instrukcje płynące do ucha jakiegoś Kajdanowicza, Pochanke, czy Kuźniara. Nawet nie chore pojękiwania Stefana Niesiołowskiego, czy obśliniony jęzor Tomasza Nałęcza. Nie dzielna Solidarność i nie wściekły liberalizm. Nie Kwaśniewski i nie Wałęsa. To nieszczęście jakie nam zaserwowano jest tu, wśród nas. Nagle widzę tak bardzo jasno, jak niepostrzeżenie staliśmy się w większości bezrozumną masą najzwyklejszych kretynów, i że to co się stało przez następne wiele lat jest już nie do odwrócenia. I nie ma znaczenia, czy kolejne wybory znów przegramy, czy może nagle Platforma rozpadnie się na kilka części i przestanie istnieć, czy może do władzy wróci SLD, a może nagle jakimś cudem PSL. Nie ma znaczenia dzisiejsza informacja, że przez najbliższe pięć lat nauczyciele w Polsce nie dostaną ani grosza więcej i że chleb zdrożał, a nie staniał. To wszystko jest obojętne. Bo problem pozostaje tylko jeden – najważniejszy. Przez ostatnie kilka lat daliśmy z siebie zrobić kupę idiotów. I nie widzę z tego wyjścia.
Wczoraj do Szkła Kontaktowego zadzwoniła jaka kobieta i powiedziała, że nikt nie umiera, jeśli Ban Bóg sobie tego wcześniej nie zażyczy. Że kiedyś – ona to świetnie Lech Kaczyński palił kukłę Wałęsy i proszę! Wałęsa ciągle żyje. Natomiast Kaczyński spłonął w tym samolocie. I dziś stoi już przed prawdziwym sądem. Redaktor Miecugow pogardliwie się skrzywił i powiedział tej pani, że to co ona mówi, to „myślenie magiczne”. Tak jej powiedział. To jej właśnie wytłumaczył. W ten sposób postawił kolejny krok. Mógł jej oczywiście wszystko wyjaśnić, no ale przecież on jest tylko obiektywnym dziennikarzem, więc co ma się wtrącać? A poza tym wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć, że wszystko gra. Więc po co to ruszać?
Wspominam tę starą dyskusję na forum Gazety Wyborczej, czytam znów te wypowiedzi z dzisiejszego Onetu, ponownie patrzę na ten kpiący tytuł: „WASZYM ZADNIEM” i staram się w tym dojrzeć choć ślad nadziei. I czuję, że on mi wciąż umyka. I boję się, że jest mi właściwie już niemal wszystko jedno, czy nagle moje ukochane Prawo i Sprawiedliwość wróci do władzy, a Jarosław Kaczyński, którego od dwudziestu lat nie opuściłem nawet na jedną chwilę ponownie zostanie premierem. Bo wiem, że jest tak: Lech Kaczyński nie żyje. Wreszcie nie żyje. A nasza radość z tego powodu jest tym większa im bardziej nie do poznania jego ciało zostało rozszarpane przez ten straszny wybuch. Polityka trwa w najlepsze, słońce świeci, nasza młodzież już niedługo rozpoczyna rok szkolny, a nasi studenci wracają z wakacji, by się uczyć i robić kariery. Miasta szykują się do Euro2012, Donald Tusk wraca z urlopu, Palikot zakłada partię, a nad tym wszystkim unosi się twarz odmóżdżonego na własne życzenie idioty w biało-czerwonej czapce, z biało-czerwonym szalikiem z napisem „Polska”.

Przepraszam Onet - wspomnienie

Ponieważ pojawił się odpowiedni nastrój – równie dzięki Waszemu zaangażowaniu w sprawę naszej Solidarności – przypominam stary, jeszcze sprzed dwóch lat wpis, a już za moment wklejam nową notkę, nawiązującą do tej w sposób jak najbardziej bezpośredni. Proszę czytać.
Ostatni raz, jak korzystałem z usług Onetu, to, o ile pamiętam, było po wypadku polskiego autokaru z pielgrzymami pod Grenoble. Do dziś pamiętam ten świst, z jakim wylatywały z sieci komentarze internatów, prześcigających się w konstruowaniu najbardziej wymyślnych sekwencji, by jak najlepiej wyrazić satysfakcję z tego powodu, że kolejny moher podobno wykitował. Pomyślałem sobie, że ten Onet, to faktycznie miejsce szczególne. Że właściciele portalu wyhodowali sobie publiczność i to, że obecnie nie potrafią sobie ze swoimi wychowankami poradzić, to nie musi być mój problem, więc machnąłem na cały ten Onet ręką.
Wspominałem o Onecie od czasu do czasu tu, na tym blogu, wyłącznie jednak w bardzo negatywnych kontekstach i głównie po to, żeby polecić któremuś z moich bardziej nieprzytomnych polemistów miejsce, które, w moim przekonaniu, byłoby dla każdego z nich o wiele bardziej odpowiednie. Poza tym, Onet mnie nie interesował.
Wczoraj, kiedy zamieściłem swój wpis na temat sytuacji, w jakiej znalazły się ostatnio parowskie działania Platformy Obywatelskiej, mój salonowy kolega spiskowy, wysłał mi komentarz, w którym wyraził obawę, że twardy elektorat Platformy czuje się bardzo pewnie i, jako dowód, wkleił serię komentarzy politycznych, które znalazł na dyskusyjnym forum portalu wyborcza.pl.
Gdyby ktoś nie wiedział, wyborcza.pl i gazeta.pl to oczywiście to samo agorowe towarzystwo. Różnica jest taka, że ponieważ stara gazeta.pl w pewnym momencie tragicznie się stabloidyzowała i coraz bardziej zaczęła się kojarzyć z portalami typu pudelek, właściciele Agory uznali, że trzeba podtrzymać dawną reputację i stworzyć alternatywę dla gazety.pl, która będzie apelowała do bardziej świadomej, wykształconej, a w rezultacie, bardziej kulturalnej części fanów - jak mi się w pewnym momencie wydawało - Trzeciej RP.
Uczciwie powiem, że powyższe informacje jeszcze do niedawna były dla mnie zupełnie obce. Ani gazeta.pl, ani wyborcza.pl, nie stanowiły nigdy przedmiotu mojej troski, więc siłą rzeczy wszystko, co na temat obu tych pomysłów mogłem sobie myśleć, było ściśle związane z tym, co sobie myślałem na temat papierowej Gazety Wyborczej. Jednak, przygotowując się do pisania niniejszego tekstu, zajrzałem do Internetu i sobie poszukałem odpowiednich danych. Stąd właśnie wiem, że wyborcza.pl to portal z klasą.
Jak już wspomniałem, wczoraj, blogger spiskowy przesłał mi serię wypowiedzi internatów związanych ze środowiskiem wyborczej.pl na temat wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Bielsku-Białej i okolicach. Wszedłem w link: http://wyborcza.pl/1,76842,5793027,Prezydent_w_Beskidach__Ale_o_co_chodzi_.html, który spiskowy dołączył do swojego komentarza i znalazłem się na stronie wyborczej.pl Duże kolorowe zdjęcie Prezydenta z głupkowatą, oczywiście, miną, a pod spodem podpis: „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje". Niżej, artykuł pani Ewy Furtak z lokalnej Gazety, w którym czytam:
„Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał.Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości."
Po tym sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów, i tu już skorzystam z bardzo rzetelnej pracy spiskowego i za nim przytoczę, najbardziej reprezentatywne dla całości wypowiedzi. Poprawiłem tylko, co bardziej irytujące błędy językowe i literówki.
***
Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach tez są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga "zaprotestuje"....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by ty k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd! (to jest dobre, tak jakby sam sie pchal do szkla... - spiskowy)
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!!Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi.Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem.Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie.Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu.Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.
Od razu chciałbym oświadczyć uroczyście, że absolutnie nie mam ochoty dyskutować na temat tych wszystkich dziwadeł, które zamieszczają w wyborczej.pl swoje przemyślenia. Raz, że nie oni są tu problemem, a dwa, że nawet, gdyby tym problemem byli, to i tak to, co oni piszą nie jest dla mnie szczególnym zaskoczeniem. Ja doskonale znam rodzaj emocji i typ człowieczeństwa prezentowany dziś akurat tutaj, ale na co dzień spotykany praktycznie wszędzie. Nie mówię, że dominuje on w naszym codziennym życiu, ale oczywiście jest na tyle agresywny, że rzuca się od czasu do czasu w oczy i uszy i - owszem - może i czasem zaniepokoić.
Bardziej zainteresowało mnie co innego. Dotychczas sądziłem, że głównym azylem dla najbardziej czarnej części tak zwanego społeczeństwa obywatelskiego jest Onet. Jeśli idzie o Agorę i jej poszczególne ekspozytury, wydawało mi się, że oni przyciągają, oczywiście w dużej części tę najbardziej intelektualnie spauperyzowaną część Narodu, jednak nie podejrzewałem, że Grupa ITI jest w jakikolwiek sposób w tej konkurencji zagrożona. Dziś widzę, że się fatalnie myliłem.
I przypominam sobie, jak przy okazji emisji przez TVN filmu o Maleszce, kiedy zastanawiałem się, czemu Walter postanowił akurat się zainteresować starą ubecją, ktoś tu w Salonie (oczywiście!), podsunął mi myśl, że to jest wojna między właśnie starą ubecją, reprezentowaną przez Gazetę Wyborczą, a Grupą ITI, która reprezentuje interesy nowych służb wojskowych. Pomyślałem sobie nawet wtedy, że chyba jednak to ten Walter jest mi w tym sporze bliższy, bo jednak jego projekt stanowi jakoś element tej nowej Polski, choćby nie wiadomo jak skorumpowanej, ale jednak Polski nowej. Tymczasem Gazeta to po prostu stary, zbutwiały smród ubeckich katowni.
Pozostałem jednak wciąż na moich starych pozycjach. I Onet i Gazetę i TVN i całe to ubecko-wojskowe towarzystwo starałem się odsuwać od siebie jak najdalej. Choć - przyznaję - z tym zastrzeżeniem, że od TVN24 jakoś specjalnie oderwać się nie potrafiłem.
Czuję się dziś zatem ogarnięty tym dziecięcym zachwytem, który pojawia się zawsze, gdy się czegoś dowiadujemy, czegoś szczególnie zaskakującego, czegoś, co w pewnym sensie zmienia naszą dotychczasową optykę. I wiemy, że jeśli tę informację potrafimy dobrze wykorzystać, obróci się ona z pewnością na naszą korzyść. Odkrywam bowiem, że się myliłem. Wróg bowiem jest stary. Nie ma nowego wroga. Wróg jest wciąż ten sam. I to jest dla mnie cenne odkrycie.
Onet, TVN, całe to ITI, oczywiście, może kiedyś osiągnie poziom zbydlęcenia dotąd nieznany, ale jednak na dziś pierwsze miejsce jest zajęte. Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby tego rodzaju opinie, napisane z tego rodzaju emocjami, znalazły się na portalu onet.pl , zostałyby z pewnością natychmiast usunięte przez administratora. Nie dlatego, że ci, którzy trzymają kontrolę nad wizerunkiem onetu, nie podzielają opinii przytoczonych powyżej. Myślę, że wielu z nich skrytości ducha może i nawet życzy Prezydentowi śmierci. Wiedzą oni jednak, jako - jakby nie było - efekt tych bardziej pozytywnych zmian cywilizacyjnych, że nowe czasy wymagają nowego stylu i nowych metod.
To jest trochę tak, jak z Palikotem i jego ryjem. On, jako element cywilizacji prymitywnej, nie umiał wyczuć tego, co mu grozi, jeśli się nie powstrzyma przed demonstrowaniem swojej szczególnej kultury. Redaktorzy TVN, pracujący w tych swoich szklanych, niebieskich, błyszczących wnętrzach, właśnie dlatego są na niego dziś obrażeni, że on wszedł w ten blichtr Trzeciej RP, ze swoim siermiężnym, bolszewickim chamstwem, a tym samym wprowadził w to, o co ITI walczy, bardzo ciężki dysonans.
Tu jest podobnie. Czy to Gazeta Wyborcza, czy wyborcza.pl, czy gazeta.pl, czy - prawdopodobnie - którykolwiek z agorowych projektów, to wszystko cuchnie najbardziej cuchnącym PRL-em i w gruncie rzeczy, dla tych wszystkich, którzy budują tę nieszczęsną Trzecią RP, są niewątpliwie bardzo uciążliwym balastem. I myślę sobie, że taki Mariusz Walter musi naprawdę czuć się niekonfortowo, kiedy z jednej strony ma tych ubowców, a z drugiej idzie już kolejna, nowa, tym razem IV Rzeczpospolita.
I myślę sobie, że gdyby udało się im jakoś pokonać obóz patriotyczny, następnym krokiem byłaby już tylko totalna wojna między tymi dwoma projektami. projektami tam już nie byłoby żartów, Tam już nie byłoby awantur, kto poleci na szczyt do Brukseli i którym samolotem. Tam już tylko byłby świńskie łby, zdechłe ryby, końskie głowy, no i pewnie coś jeszcze, o czym jednak nawet tu boję się wspominać.
Czy jest jednak coś w tym wszystkim pocieszającego? Oczywiście. Wszystko. Jak się okazuje, czasy są takie, że jedni i drudzy - póki co - boją się nie siebie najbardziej. Jedni i drudzy - póki co - najbardziej boją się nas. A te czarne, sflaczałe mózgi, które wypluwają swoje smutki na forum Onetu, na forum Wyborczej, a czasem i przecież w naszym Salonie, to autentyczny folklor. Oni wszędzie tkwią w swojej smutnej, czarnej samotności, tyle że w Onecie i tu, są natychmiast wycinani. Bo oni należą do tej starej, ubeckiej Polski, dla której miejsca nie ma ani w Trzeciej, ani w tej nadchodzącej, Czwartej Rzeczypospolitej.
Oni wychodzą pod wieczór ze swoich czarnych, codziennych zajęć, zasiadają w tych swoich smutnych, czarnych mieszkaniach, przy tych smutnych, czarnych pecetach i wylewają te swoje czarne myśli. I problem tylko w tym, kto to wszystko uważa za interesujące.

piątek, 20 sierpnia 2010

Solidarności - z wdzięcznością i szczerym wzruszeniem

Mam już na tyle swoje lata, że pamiętam świetnie nie tylko Polskę lat osiemdziesiątych, ale i piękne czasy Edwarda Gierka i jego dobroczyńcy Leonida Breżniewa. Więcej nawet – pamiętam też widok i dźwięk ruskich samolotów lecących w 68 na Czechosłowację i tych samych żołnierzy stacjonujących w Katowicach niedaleko Parku Kościuszki. W ogóle dużo pamiętam. To pewnie ta pamięć powoduje we mnie ów irytujący dla wielu odruch mądrzenia się i przyjmowania pozycji kogoś, kto po prostu wie lepiej. Nie moje nauczycielstwo, ale właśnie ta pamięć. To ona sprawia, że kiedy oglądam to co się wokół mnie dzieje, mam poczucie, że kiedy jedni znają się na piłce nożnej, inni na tenisie, jeszcze inni, kiedy patrzą na most, lub świeżo wybudowaną drogę, od razu widzą co jest tam nie tak, to ja akurat właśnie tu jestem jak najbardziej na swoim terytorium.
Właśnie w związku z tą pamięcią i, w konsekwencji, z tą wiedzą, kiedy przez ostatnie dwadzieścia lat, za każdym razem jak zbliża się kolejna rocznica powstania Solidarności, a wraz z tym zbliżaniem się, słowo ‘Solidarność’ zaczyna być nagle używane przez wciąż to samo szemrane towarzystwo w kontekście pozytywnym, jednak już tylko jako wspomnienie czegoś pięknego, wspaniałego i godnego dobrej pamięci, to doskonale się orientuje , o co w tym wszystkim chodzi. Za każdym razem rozpoznaję wciąż te same twarze i te same głosy i wciąż te same stare pretensje i świetnie wiem, kto, jak i po co zbudował to kłamstwo, które każe nam o Solidarności myśleć wyłącznie na dwóch płaszczyznach – raz jako o pięknej historii przyjaźni, tolerancji i wzajemnego zrozumienia, a innym razem, jako o hołocie, za brudne pieniądze niszczącej nasz wspólny dorobek i wspólne nadzieje na dobry rozwój.
I wreszcie to właśnie z powodu tej pamięci, bardzo dobrze się orientuję dlaczego od dwudziestu już lat, kiedy trzeba pokazywać Solidarność, jako ten ohydny wrzód na III RP, jako coś co jest już tylko przeszłością, to karmieni jesteśmy nikomu nie potrzebnym zbiorem dziwnych, nieznanych nazwisk, ale każdego roku, czy to pod koniec sierpnia czy w przeddzień rocznicy zbrodni na Wujku, nagle okazuje się, że Solidarność to Lityński, Frasyniuk, Wujec, Lis, Janas, Wałęsa, Celiński i Rulewski. Ja świetnie wiem, o co wtedy chodzi.
Pamiętam tamten rok, kiedy Solidarności udało się skutecznie wyrwać z rąk polityki w najgorszym znaczeniu tego słowa. Był to rok 1990, kiedy to grupa owych dziwnych inżynierów skupionych wokół Tadeusza Mazowieckiego postanowiła przejąć Solidarność na własność i użyć ją do przejęcia władzy w Polsce na bardzo długie lata niezagrożonego i kompletnie bezkarnego rządzenia. To wtedy właśnie ktoś – może to był Geremek, może Michnik, a może jeszcze ktoś inny – wymyślił, że jeśli uda się stworzyć z Solidarności partię, która przez szereg kolejnych politycznych posunięć, zagospodaruję całą główną przestrzeń publiczną w Polsce, będzie można zdobyć władzę może i już na zawsze. Stworzono tak zwane Komitety Obywatelskie i natychmiast zorganizowano taki system naboru, który miał z Solidarności wykluczyć i Wałęsę i wszystkich tych, którzy nie należeli do spisku. I wtedy właśnie ci, którzy wymyślili ten straszny plan, przegrali. To właśnie rok 1990 stał się początkiem nowej Solidarności, Solidarności jaką znamy dzisiaj. Solidarności tych, którzy mieli być z niej wykluczeni i wyrzuceni na margines politycznego i społecznego życia. To właśnie wtedy, 20 lat temu, Solidarność cofnęła Gazecie Wyborczej swoją autoryzację i kazała zdjąć z jej tytułu swoje logo. I to właśnie wtedy dawni działacze Solidarności, jak wymienieni wyżej Lityński, Wujec, Celiński, Lis, Frasyniuk, czy Janas zostali z tej Solidarności w jak najbardziej demokratyczny sposób wyrzuceni na zbity pysk. To właśnie wtedy, kiedy nie udało się zaprząc Solidarności w służbę Systemu, oni wszyscy przestali być Solidarnością. Po paru latach dołączył też do nich i Lech Wałęsa. Dziś dołącza do nich Buzek, któremu jeszcze paręnaście lat temu, ku uciesze zidiocianego tłumu, pewien pajac Systemu pokazywał goły tyłek.
Jest czymś przedziwnym, jak od dwudziestu już niemal lat, rok w rok, popularna propaganda z jednej strony przedstawia Solidarność jako melodię przeszłości, a z drugiej strony żywy ruch, na czele którego wciąż w rzeczywistości stoją tak wielcy przywódcy, jak Frasyniuk, czy Wujec. Jest czymś też niesłychanie oburzającym, jak to każdego roku dowiadujemy się, że oto właśnie stało się coś strasznego z Solidarnością, i przez bezwzględne manipulacje grupy wynajętych politykierów, ta dotychczas piękna idea wzajemnego braterstwa i postępu została zniszczona. Każdy normalny człowiek, który pamięta i wie, czym była i jest Solidarność, i jakie były jej losy, dostaje jasnej cholery słuchając na jej temat wypowiedzi ludzi, którzy od dwudziestu lat mają z nią tylko tyle wspólnego, że próbują ją utopić w gównie najpierw swoich chorych ambicji, a później już tylko rozczarowań.
Solidarność nigdy nie była nawet w najmniejszym procencie ich własnością. Oni od samego początku byli wyłącznie do Solidarności przyklejeni i jeśli kiedykolwiek robili wrażenie szczerych bojowników, to wyłącznie na takiej zasadzie, jak to się dzieje, gdy trzeba się przystosować, by chwilę później wszystkich wokół pozabijać. Jesteśmy tu na blogu, w Internecie i myślę, że jest to równie dobry moment jak każdy inny, żeby powiedzieć, że rola jaką w Związku pełnili kiedyś i usiłują dziś pełnić ludzie tacy jak Frasyniuk, czy Lityński, to jest najczystszy przykład trollingu. To są trolle. Zwykle bezczelne trolle.
Wczoraj w telewizji – a jakże! – wystąpił i jeden i drugi, by z uporem szaleńców i bezczelną dumą na twarzach, tłumaczyć ogłupiałej publiczności, jak to kiedyś w latach jeszcze 80-tych było pięknie, gdy Solidarność stanowiła ruch niemal na miarę dzisiejszej Orkiestry Owsiaka. Jak to z otwartymi rękoma witano wszystkich – ubeków nie ubeków, milicjantów nie milicjantów, partyjnych nie partyjnych. Bo rzekomo taka właśnie była Solidarność. A ja, jak mówię, pamiętam wszystko. I nie myślę tu akurat o tym, że zarówno Michnik jak i Kuroń funkcjonowali w powszechnej świadomości jako ludzie, których celem było wszystko, tylko nie kompromis. Jak Frasyniuk czy Rulewski, w głowie – a może tylko na jęzorach – mieli tylko jedno, mianowicie, żeby namówić ludzi, żeby szli wieszać komunistów. Oni, jak się okazuje, już wtedy byli tylko sobą. Dziś to właściwie już jednoznacznie potwierdza Frasyniuk, jak opowiada o swojej solidarnej otwartości nawet na esbeków z pałami w rękach, i z kastetami w kieszeniach. Dziś już właściwie można mieć niemal pewność, że to społeczeństwo czekające z utęsknieniem, aż to całe ruskie towarzystwo weźmie jasna cholera, było wyłącznie wózkiem, na którym ci spryciarze chcieli się przejechać do władzy. To więc byli oni – Kuroń, Frasyniuk, et consortes.
Natomiast ja jeszcze pamiętam ulicę. Pamiętam Solidarność w Katowicach na ulicy Stalmacha. Pamiętam Solidarność na spotkaniach w kościołach. Pamiętam wreszcie Solidarność w podziemnych gazetkach i na rozganianych przez milicję i SB demonstracjach. Pamiętam Solidarność czasów PRL-u. Tę Solidarność, o której dziś słyszę, że to tam właśnie wykuwała się ta nędza o nazwie III RP. Otóż tam nie było śladu tej miłości, tolerancji i zrozumienia dla różnorodności, o której dziś plotą ci łgarze. Tam były tylko zawzięte usta, błyszczące oczy, zaciśnięte pięści i rządza najbardziej sprawiedliwego mordu. Oczywiście, kiedy staliśmy razem, byliśmy zjednoczeni i solidarni, ale z całą pewnością nie z tymi, którzy stali naprzeciwko. Solidarność jaką pamiętam – a pamiętam ją świetnie – to była właśnie ta sama Solidarność, która i dziś, tak jak co roku, świętuje z dumnie podniesioną głową tę nieśmiertelną nadzieję, a która jest tak opluwana przez zarówno przez tych zaprzańców, jak i przez System, któremu ci zdrajcy dziś postanowili służyć.
Przewodniczący Śniadek w tych dniach powiedział, że Solidarność nigdy dotąd nie była tak solidarna i jednomyślna jak dziś. Na co System odpowiedział, że on kłamie, a słudzy tego Systemu oświadczyli, że on za te swoje słowa bierze pieniądze. Właśnie tak. Pieniądze. Te pieniądze pojawiały się zawsze. Ja słyszałem o nich przez całe lata 80-te. Podobnie zresztą, jak słyszałem o tych cholernych krzyżach, z którymi trzeba coś zrobić, o warchołach i awanturnikach, o leniach, o bezużytecznym marginesie, o rozsądnych księżach i nawiedzonej dewocji, o wariatach, i oczywiście o wiecznej potrzebie przyjaźni z Rosją. Ale wczoraj pojawiło się jeszcze coś nowego. Otóż Władysław Frasyniuk zakomunikował, że 13 grudnia powinno być obchodzone, jako święto radości, bo on i jego koledzy pokazali wtedy, jacy są dzielni. I to jest nowa jakość. Do tego marginesu, który dziś jest tak strasznie tępiony przez tych, którzy przejęli Polskę niemal na zasadzie „znalezione, nie kradzione”, próbuje się dołączyć tamte groby. Również tamte groby. Już nie tylko te najświeższe, ale i tamte. W imię tej radości, jaka ich wszystkich rozsadza. W imię tego sukcesu, jaki oni odnieśli. Niedługo się wezmą za grudzień 70, za październik 56, a nawet może za sierpień 44. W końcu, czemu nie? Zimny Lech zwycięża.
Niech zatem dziś wszyscy Ludzie Solidarności przyjmą tu podziękowania za wierność, odwagę i wytrwałość. I sierpniowe zapewnienie, że ten blog jest przede wszystkim dla Was.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Modlitwa za Nałęcza

Poza ogólnym wstrząsem i natychmiastowo powszechną medialną wrogością, nie pamiętam dziś już, w jaki sposób System rozpoczął na dobre i oficjalnie niszczenie osoby Lecha Kaczyńskiego. Czy temu debiutowi towarzyszyła sprawa owego szaleńca z Łodzi chyba, który oświadczył, że właśnie uruchomił procedurę rezygnacji z polskiego obywatelstwa, czy może informacja, że za tym niefortunnym wynikiem wyborów stało poparcie Samoobrony i komunistów, czy może jakaś starannie zaprojektowana wypowiedź któregoś z politycznych komentatorów, czy może jeszcze coś, czego już dziś nie pamiętam? Jakkolwiek by te początki wyglądały, wiemy dziś jedno, i jest to wiedza powszechna, że to się zaczęło natychmiast i to z takim impetem, że już na całe kolejne lata ustabilizowało całą przestrzeń publiczną.
Co ciekawe, nienawiść jaką System uruchomił w stosunku do Lecha Kaczyńskiego, w żaden sposób nie przypominała tego, co jednocześnie wyprawiano z jego bratem, Jarosławem. O ile bowiem Jarosław Kaczyński był niszczony jako polityk, człowiek bezwzględny, żądny władzy, kłamca i despota, Prezydenta traktowano bardziej osobiście. Skupiano się raczej na tym, by pokazać go jako półprzytomnego idiotę, który osiągnął tak wysoką pozycję właśnie dzięki przemyślanej grze swojego brata. Od samego początku nikt nie twierdził, że Lech Kaczyński to człowiek zły i groźny, ale zwykły głupek, całkowicie uzależniony od swojego otoczenia i tej maszkary, swojej żony.
Ktoś zaprotestuje, że nieprawda! Prezydentową wszyscy kochali i szanowali i nikt nawet marnego słowa na nią nie powiedział. Otóż nie. Z jakiegoś powodu, dopiero w późniejszych okresach tej tak fatalnie zakończonej prezydentury, ktoś postanowił, by zacząć panią Kaczyńską przeciwstawiać jej mężowi. To że ona jest sympatyczna i grzeczna, świetnie wykształcona, że zna języki, że się pięknie i gustownie ubiera, Polska dowiedziała się dopiero po jakimś czasie. Wcześniej było tak, że on był małym, grubym, bezrozumnym bratem swojego brata, natomiast ona głupią, brzydką wieśniara noszącą za nim kanapki. Do dziś pamiętam ten prześmieszny dowcip o tym, że Jarosław Kaczyński się nigdy nie ożenił, bo najbrzydszą dziewczynę wyrwał mu jego brat.
A zatem ton tej kampanii pogardy i nienawiści został ustalony już na samym początku, a reszta, to już zwykły efekt domina. Tak to własnie zostało zorganizowane, że kiedy pojawił się Irasiad, ten niemiecki „kartofel”, ów odwrócony szalik, pamiętny „Borubar”, czy wreszcie cała wieloletnia, trwająca zresztą do dziś kampania Palikota związana z rzekomym alkoholizmem Prezydenta, grunt już był dawno przygotowany. Kiedy ten ktoś – jak bardzo bym chciał wiedzieć, kto – wpadł na pomysł z „Borubarem”, i kiedy Palikot zaczął coś przebąkiwać o alkoholu, ale też o rzekomych kłopotach żołądkowych Prezydenta, czy wreszcie wręcz o chorobie Alzheimera, wielu nawet się nie dziwiło, ale przeciwnie – traktowało każdą nową wiadomość, jako potwierdzenie czegoś, co wiadomo było od dawna. Proszę jeszcze raz zwrócić uwagę na fakt, że nikt by się pewnie nie odważył, by spróbować szydzić z Jarosława Kaczyńskiego, że on, głupek, musi co chwilę obsrany biegać do ubikacji. W to nikt by nie uwierzył, bo Jarosław to był zawsze tylko bezwzględny morderca.. Inaczej było z Lechem. Przez fakt, że on przez tyle lat stał trochę z boku polityki i kojarzył się z wszystkim, tylko nie walką, jego zaatakowano bardziej bezpośrednio. Plując mu zwyczajnie w twarz.
Był taki moment, kiedy nienawiść do Lecha Kaczyńskiego przybrała rozmiary wręcz karykaturalne. Kiedy zaczęto już nie tylko z niego kpić i zastanawiać się kiedy wreszcie „ta niezguła” – takiego oto epitetu użyto na okładce jednego z popularnych magazynów – spadnie ze schodów i skręci sobie kark, ale nawet pierwszoszeregowi politycy i komentatorzy zupełnie poważnie zaczęli rozważać możliwość formalnego usunięcia Prezydenta ze stanowiska. Przyszedł wreszcie czas, wraz z ostatnimi już miesiącami życia Lecha Kaczyńskiego, gdy, mimo że, jak to dziś lubią powtarzać liczni przeciwnicy jego prezydentury, nie miał on najmniejszych szans na zwycięstwo w wyborach, nawet wtedy nie dano mu spokoju, ale ze zwielokrotnioną siłą postanowiono przedstawić go publiczności, jako kogoś, kto nie tylko nie zasługuje na to, by być prezydentem, żeby posiadać choć skromny tytuł naukowy, żeby nawet się cieszyć zwykłym ludzkim szacunkiem, ale nawet, żeby mieć prawo do życia. Jeśli ktoś ma tu jeszcze wątpliwości, niech sobie przypomni choćby aktywność Janusza Palikota, aktywność jak najbardziej autoryzowaną przez jego partię, w trakcie ostatnich już miesięcy życia Prezydenta. Ów finał był bowiem zaledwie o jeden stopień niższy pod względem emocji od tego, co nam już po ostatecznej śmierci Lecha Kaczyńskiego zafundowali ci klauni od „zimnego Lecha” i „krwawej Mary”. Ledwie minimalnie niższy, natomiast dokładnie w tym samym nastroju.
Przypominam tu dziś te straszne lata, tę nienawiść – nienawiść zorganizowaną i systemową - i to cierpienie, ze względu na wypowiedź Tomasza Nałęcza, człowieka ostatnio zatrudnionego przez prezydenta Komorowskiego na stanowisku doradcy do spraw historii i czegoś tam, który zechciał oświadczyć, że to co on dziś obserwuje wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu budzi jego najwyższy niepokój, ponieważ bardzo mu przypomina atmosferę nienawiści, jaka zapanowała w społeczeństwie polskim tuż przed zabójstwem Gabriela Narutowicza. Dziś Tomasz Nałęcz boi się, że Polacy, przy pomocy tego krzyża mogą spróbować zamordować Bronisława Komorowskiego. On wie, że takie niebezpieczeństwo jest wysoce realne, bo jest wybitnym historykiem, no a przede wszystkim posiada wybitny dar obserwacji i wnioskowania. Widzi więc tych ludzi, ściskających różańce i śpiewających religijne pieśni, i drży, ponieważ wie, że ten krzyż i ten różaniec potrafi wzbudzić tak złe emocje, że nawet ta rozradowana młodzież grająca tuż obok w piłkę plażową, może ich nie wygasić. Emocje takie, że nawet te wesołe żarty na temat Krwawej Mary mogą nie załagodzić owych złych obyczajów.
Wspomnienie prezydenta Narutowicza pojawiło się już na tym blogu, zdaje się w zeszłym roku. Nie pamiętam, czy związane to było z kolejnym tygodniem medialnego roztrząsania stanu zdrowia prezydenta, czy może wspomnianym już tu niezguła w prasowym tytule, czy może jakimś bardziej już jednoznacznym żądaniem śmierci. Ale – owszem – problem, o którym dziś nagle zaczął mówić Tomasz Nałęcz, normalnym ludziom znany jest od dawna. Czy Tomasz Nałęcz to wie? Jakiś czas temu, miałem okazję słuchać dyskusji między którymś z polityków i nim właśnie, Nałęczem. I wtedy to właśnie, na sugestię, że wokół osoby Lecha Kaczyńskiego przez ostatnie lata panowała atmosfera nienawiści, Nałęcz otworzył szeroko oczy i najzupełniej szczerze powiedział, że on o niczym takim nie wie. Wydaje mi się, że on rzeczywiście mógł nic nie zauważyć. I wyjaśnienie tego dziwnego faktu może być tylko jedno – on był w samym środku tego szaleństwa, które ostatecznie wymodliło tamtą słodką mgłę i ten cudowny dźwięk rozszarpywanych ciał. On, Tomasz Nałęcz, musiał przez te wszystkie lata być tak głęboko wsłuchany w ten przyszły jęk rozrywanych na strzępy serc, że się zwyczajnie zasłuchał. Dopiero niedawno się ocknął, zaczął ciekawie zerkać to tu to tam, i zobaczył ten krzyż. I się posrał ze strachu.
Jeśli idzie o niego, dopóki żyje, będę bardzo cierpliwy. Postaram się czekać spokojnie i z nieskończoną ufnością. Każdy nowy dzień będę zaczynał spokojnie od sprawdzenia, co u niego słychać. I będę dalej czekał bardzo cierpliwie. A co do wspomnianych tu dziś tak boleśnie Lecha Kaczyńskiego i biednej Marii Kaczyńskiej, konającej obok niego i wtedy, w tym samolocie, ale i wcześniej, w każdej sekundzie tej przeklętej prezydentury, niech Dobry Pan Bóg wejrzy na ich cierpienie i zechce ich przyjąć do Swojego Królestwa.

Oczywista oczywistość, czyli Faktów część 1

Wśród osób łaskawie wspierających ten blog, jest pewien Paweł, który mniej lub bardziej regularnie – częściej bardziej – przesyła na moje konto czasem pięć, czasem dziesięć, a czasem nawet i dwadzieścia złotych. Ten gest robi na mnie zawsze niezwykłe wrażenie, bo za każdym razem, kiedy widzę te pieniądze, mam poczucie, że w nich nie ma absolutnie nic przypadkowego, ani tym bardziej chaotycznego, że – wręcz przeciwnie – każda wpłata jest bardzo głęboko przemyślanym aktem zakupu i to zakupu bardzo rozsądnego. Idzie człowiek ulicą, widzi kiosk Ruchu, za szybą coś sobie leży, i robi wrażenie czegoś, czym warto się zainteresować. Człowiek patrzy na cenę i myśli sobie: „Biorę”. No i bierze. Albo odwrotnie – patrzy na cenę i myśli: „E tam! Niech się wypchają”. I nie kupuje. Paweł bardzo często kupuje. I to mnie napawa dumą i wdzięcznością. Dziękuję Ci, Pawle. Myślę sobie, że warto pisać choćby tylko dla Ciebie.
Kiedy tak sobie myślałem o tych sprawach, przyszło mi do głowy, że gdybym miał więcej czasu, pieniędzy, a przede wszystkim zdolności, to mógłbym redagować gazetę. Oczywiście, prowadzenie tego bloga to radość i satysfakcja nie lada, ale to są wyłącznie pojedyncze refleksje, żale, smutki, ubrane w literacką formę. I myślę sobie, jak by to było, gdyby ten blog znalazł sposób na to, by pełnić również funkcje użytkową, a więc dostarczyciela informacji, naturalnie z odpowiednio wesołym komentarzem. Myślę o czymś, co mogłoby skutecznie skłonić kogoś do tego, by nie oglądać telewizji, nie kupować gazet, nie zadręczać się tą nędzną onetową manipulacją, nie słuchać tych codziennych, często tak bardzo bezmyślnych i nikomu niepotrzebnych medialnych przekazów, ale by sobie rano pomyśleć: zajrzę do Toyaha i zobaczę co nowego. To by dopiero była frajda!
Jakby to mogło wyglądać? W formie oczywiście bardzo surowej, mniej więcej tak:
*
Klich Number Two właśnie wrócił z Moskwy i powiedział, że nic nie przywiózł. Co za ból! Kiedy mój Tato jeździł do Warszawy, zawsze mi coś przywoził. Biedny Klich. Mam nadzieję, że mu Ruscy przynajmniej flaszkę postawili.
*
Może to był błąd, że on tam pojechał sam, bez Grasia. Ten by może jeszcze raz Ruskich po rusku przeprosił, to może by i za tę flaszkę nie kazali płacić.
*
Bardziej wymierny od flaszki efekt jednak jakiś był. Jak donoszą media, Ruscy przykryli wrak naszego samolotu szmatą i postawili dookoła płot. To bardzo dobra wiadomość. A z drugiej wstyd, cholera, na cały świat. Oni nam flaszkę i szmatę, i do tego płot, a my nawet nie potrafimy godnie, po chrześcijańsku, postawić pomnika bolszewickim gierojom.
*
W Warszawie jakiś staruszek posmarował kupą tablicę. Staruszek. Rozumiecie? Nie jakiś młody, wykształcony, z miasta. Staruszek. A więc Toruń, panie. Rydzyk, cholera ciężka! No i co, pisiory? Jakieś wyjaśnienia?
*
Paweł Kukiz akurat ani młody, ani wykształcony z miasta, ale z całą pewnością nie staruszek z kupą w słoiku. Wystąpił wczoraj u Kuźniara i obaj doszli do wniosku, że wprawdzie Komorowski odznaczył stopniem generalskim jakąś PRL-owską szuję, ale cóż to znaczy przy Kaczyńskim, który zrehabilitował Gierka? Przykład, proszę Państwa, idzie z góry.
Panie Kukiz, Pan syszał, że Ruscy rozdają flaszki?
*
Prezydent Komorowski udzielił wywiadu Rzepie i oświadczył, że nie widzi powodu, by być innym prezydentem niż Lech Kaczyński, a wcześniej Kwaśniewski. Może być trudno, ale intencje przecież też się liczą. Inna sprawa, że wychodzi na to, że marchewki też nie będzie? Ciekawe tylko, co na to Kaszalot?
*
Wczoraj, na samej granicy Gdańska i Sopotu odsłonięto nowa halę sportową i na otwarcie, polscy siatkarze zagrali z Brazylią. Hala piękna, mecz porywający, na widowni przewodniczący Buzek i dwóch biskupów, jeden nawet z żółtą opaską na ręce… i tylko pana premiera zabrakło. Gdzie Donald? Czyżby po telefonicznej rozmowie z Putinem, musiał wyjechać do wód?
*
Swoją drogą, strasznie ciekawie się te losy układają. Wygrał Donald Tusk te wybory w 2007, tak pięknie się wszystko zaczęło rozwijać, Pałac na Krakowskim Przedmieściu stał niemal otworem… i nagle – jak mawiał dziadek Poszepszyński – trzask, prask, i po wszystkim. Po Pałacu ani śladu, na piersi ta żmija Arabski, którą sobie człowiek sam wyhodował, a tu jeszcze przychodzą jacyś nieznajomi, przyprowadzają Putina i mówią: „To twój nowy przyjaciel. Z pewnością się polubicie”. Brrrr!
*
Mamy dziś dokładnie trzydziestą rocznicę strasznej kolejowej katastrofy pod Otłoczynem. TVN24 poświęcił sprawie kilkuminutowy reportaż, z którego – poza zwykłymi, najczęściej, przerażającymi oczywistościami – dowiedzieliśmy się, że przez peerelowskie krętactwa, jakie towarzyszyły temu nieszczęściu, pojawiło się całe mnóstwo teorii, które następnie zaczęły żyć własnym życiem, jak najdalej od faktów. Reporter TVN-u zasugerował, ze to bardzo źle, kiedy między społeczeństwem, a państwem pojawia się tak wielka nieufność. Ach ten Gierek! I pomyśleć, że Kaczor go postanowił aż tak bronić.
*
Swoją drogą, ciekawe, że wciąż, jak się okazuje, nie wiadomo, kto odpowiada za tamtą katastrofę. Wydawało się dotychczas, że to oszalał maszynista pociągu towarowego. Dziś słyszę z najsłodszych ust samego TVN-u, że odpowiedzialność śp. Mieczysława Roschka, to jedno z tamtych starych, komunistycznych kłamstw. Pomyśleć – 30 lat… Bezczelność trzyma się mocno.
*
Niestety wciąż też bardzo mocno trzyma się pamięć o katastrofie. Okazuje się, że przed tragicznym wylotem samolotu z Prezydentem, grzebali w nim Ruscy. Nic nie rozumiem. A kto miał grzebać? Nasi? A cóż oni wiedzą o zabijaniu?
*
Nic. Ale tak to już jest na świecie, że głowa jest zawsze jedna.
*
Znacie Państwo Jacka? Tego łysego staruszka od spraw międzynarodowych. No wiecie, tego co to kiedyś o Janie Pawle II powiedział, że to „późny papież”. I słusznie – w gazecie wyraźnie stało ‘late’, a każdy głupi wie, że ‘late’ to ‘późny’. Otóż Jacek poinformował, że „eeee… w Iranie… eeee… eeee…eeee… ukamienowano … eeee… pewną parę za to, że …. oni … eeee… cudzołóstwo…eeee… I myślę sobie, proszę państwa, że u nas też coś takiego może się zdarzyć, bo my tez mamy swoich Talibów, co mogliśmy zobaczyć w ostatnich dniach”. Jakiż to piękny dowód na to, że człowiek powinien gadać wyłącznie o tym, na czym się zna. Można by jednak Jacka skierować do spraw krajowych?
*
Jednak, co gwiazda, to gwiazda. Klich Numero Duo zakomunikował, że jemu wprawdzie Ruscy nic nie dali, ale on nie potrzebuje, bo i tak wszystko wie. Otóż on zna „12 przyczyn katastrofy Tupolewa”. Mało tego. To wszystko, to są tak chytre przyczyny, że gdyby tylko jedną z nich wyeliminować, jedenaście pozostałych nie miałoby nic do gadania i katastrofy by nie było. Czy to możliwe, że ten Klich to zwykły wariat?
*
Chociaż może i on mówi prawdę? Ja na przykład znam aż 2387 przyczyn katastrofy rządowego samolotu. I jestem pewien, że gdyby tylko jedną z nich – tylko jedną – wyeliminować, Prezydent by wciąż żył. Tę jedną.
*
Jednak Klich to burak. General Parulski, to dopiero chłop na schwał! Pojechał, przywiózł co trzeba i Klich może te swoje „dwanaście przyczyn” wsadzić w nos. Właśnie gada w telewizji, że dowiedział się od Ruskich, że współpraca jest bardzo dobra, a nie jak mówią głupi ludzie, zła. Donald może wracać. Brazylijczycy podobno wciąż są na miejscu. A Kaczyński jest głupi.
*
W telewizji występuje jakiś Zwagincew. Po Parulskim ani śladu. Nic dziwnego. Pewnie pobiegł do Klicha zobaczyć, czy we flaszce coś jeszcze zostało. Jednak niech Tusk jeszcze nie wraca. Brazylijczycy jeszcze przez jakiś czas pograją, a zdrowie jednak najważniejsze.
*
Zwagincew. Jasna cholera! Fajnych mają tych nowych kumpli. Odpadłem…
No i jak? Że niby taki sobie Mazurek z Zalewskim? Ja wolę siebie.

środa, 18 sierpnia 2010

Jest pomnik

Pisałem tu bardzo niedawno o krzyżach – dwóch wtopionych w siebie krzyżach – jakie wznoszą się nad murem Kopalni Wujek. Pisałem o tych krzyżach, dzieliłem się swoimi na ich temat, i na temat ich historii refleksjami, i jakoś nie starczyło miejsca i okazji, by wspomnieć jeszcze o pewnym bardzo istotnym i niezwykłym bardzo wydarzeniu, jakim było zamknięcie dla ruchu ulicy prowadzącej obok kopalni. Pamiętam, jak kiedyś, dawno jeszcze, zanim Kopalnia Wujek znalazła swoje miejsce we współczesnej historii Polski, pod kopalnią jeździły samochody, i właśnie pod kopalnią jeździły autobusy z Katowic do Ligoty na przykład. Pamiętam też jednak, jak w pewnym momencie System uznał, że ten drewniany krzyż, który tam sobie stał i nie chciał ani spłonąć, ani zgnić, ani choćby się przewrócić, stanowi element niebezpieczny i że, skoro nie da się go stamtąd zabrać, to przynajmniej należy go jakoś zasłonić. Domami, betonem, drogą, krzakiem – obojętne. Byleby jak najmniej oczu na niego patrzyło.
Pamiętam tę satysfakcję, jaką wówczas wszyscyśmy czuli. Satysfakcję z tego powodu, że ten krzyż okazał się tak ważny – a przy okazji tak straszny i budzący taki niepokój – że już nie wystarczyło postawić tam mundurowe i cywilne służby, które legitymowały każdego, kto tamtędy przechodził i postanowił na chwilę przystanąć, nie mówiąc już o tych, którym wpadł do głowy niemądry pomysł, by zapalić tam świeczkę, albo coś głośno powiedzieć, ale trzeba było jeszcze zrobić coś więcej, a mianowicie nie dopuścić do tego, by ktokolwiek, jadąc tamtędy autobusem, rzucił na ten krzyż okiem. Ależ to była satysfakcja! Że mało im było tych potłuczonych zniczy. Trzeba było jeszcze zasłonić ludziom oczy.
Dziś patrzę na miejsce przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, kompletnie puste, odgrodzone od świata rzędami stalowych barierek, chronione przez policję i służby miejskie…. I ten drewniany krzyż, ledwo widoczny wśród tej dziwnej konstrukcji. I pamiętam ten nieustanny ruch, ten tłum przesuwający się od rana do wieczora tam i z powrotem, tych ludzi pozujących czy to na tle Pałacu, czy może przed Poniatowskim na koniu, te wciąż tam obecne kamery, czekające aż może za chwilę wyjedzie Prezydent, lub wyjdzie któryś z jego urzędników i coś zechce nam powiedzieć, a pokazujące głównie spacerowiczów chcących pomachać swoim bliskim przed telewizorami. Patrzę na ten przedziwny gest strachu władzy i jej przeraźliwej niekompetencji i myślę sobie, że niech tak jeszcze jakiś czas będzie. Niech tak zostanie. Niech ten obraz zapadnie w pamięć ludzi. Niech wstrząśnie umysłami.
I nagle słyszę, jak któryś z urzędników zapowiada, że być może, jeśli ludzie z różańcami, szepczący swoje modlitwy, nie odejdą sprzed okien Pałacu Prezydenta, jeśli dalej będą patrzeć się na ten krzyż, trzeba będzie coś zrobić, żeby tam też przestały jeździć te autobusy. Ciekawe, co się stało? Czy to możliwe, że w pewnym momencie ktoś z obsługi Pałacu zauważył, że kiedy przejeżdża autobus, wszystkie głowy zwracają się w stronę tego krzyża? Czy może jest tak, że ludzie w autobusach, mijając Pałac, nagle się żegnają, albo układają palce w znak zwycięstwa, a może bystry wzrok któregoś z tych ludzi w oknie zauważył, że oni coś mówią i odczytał z ruchu warg jakieś groźne przesłanie? Czyżby znów poszło o te oczy?
A więc, jak się okazuje, może się zdarzyć, że ta szara konstrukcja na Krakowskim Przedmieściu jeszcze bardziej poszarzeje i w tej swej szarości zatryumfuje.. Że już nie tylko nie będzie jej ubarwiał płomień świecy, czy blask kwiatów, ale nawet czerwień przejeżdżających autobusów. I przyjdzie też w końcu ten dzień, kiedy już nawet odejdą ludzie sprzed tych stalowych barier, zabiorą te swoje brzozowe patyki, i pojawi się ktoś z miasta z miotłą i uprzątnie puste znicze, a z nimi tę kartkę papieru z namalowanym krzyżem. I wtedy wreszcie powstanie prawdziwy pomnik. Pomnik pamięci 96 ludzi pomordowanych w Smoleńsku. Pomnik najbardziej piękny i adekwatny, bo idealnie symboliczny i tak bardzo żywy swoim śmiertelnym chłodem.
I tak będziemy na niego patrzeć, dzień po dniu – my tu z tej strony, a oni stamtąd, przez swoje okna, lub przez przyciemnione szyby wyjeżdżających stamtąd i powracających samochodów. Pani Toyahowa – gdybyście ją znali! – znów się dziś roześmiała i powiedziała coś takiego: „A to jaja! Kaszalot wziął pewnie go na stronę i powiedział: ‘Słuchaj Broniu, to tak być nie może. Niech oni tu nie łażą. To nasz domek. Ja tu będę sadzić marchewkę. Zrób coś. I przestań się już zajmować ta polityką…” No i się rozgadała. I popłynęła ta nie kończąca się, szydercza pieśń pani Toyahowej, której nikt inny nie potrafi tak jak ona zaśpiewać, a ja nie jestem nawet w stanie powtórzyć. Ale która daję tyle wiary i radości. Don Paddington z pewnością byłby z niej dumny.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...