niedziela, 6 grudnia 2009

A teraz, drogie dzieci, pani Rowling zrobi wam bliznę

Wczoraj dałem klapsa młodszej Toyahównie, ponieważ zachowała się nieładnie. Mówiąc „dałem klapsa” mam na myśli to, że ją walnąłem w tyłek. Efekt był taki, że ona – czując wcześniej, co się święci – wykonała półobrót, klaps mi źle siadł, w związku z tym mnie ręka zdecydowania bardziej zabolała, niż ją pupa, a Toyahowa się na mnie obraziła, że ona sobie nie życzy, żebym bił jej córkę. Oczywiście, swoje trzy grosze musiało dorzucić moje dziecko, mówiąc mi, że ona ma szesnaście lat i mam jej nie bić. Na co ja odpowiedziałem jej, że nawet jak ona będzie miała sześćdziesiąt lat, a ja jeszcze będę żył, jak mi coś zmaluje to będą ją lał bez mrugnięcia okiem, bo jest moim dzieckiem, które kocham i kropka.
Ten akurat fragment udał mi się mniej więcej tak samo, jak sam klaps, bo Toyahówna poczuła rozbawienie i zaczęła chichotać. Rozumiecie? Ją bardzo rozśmieszył pomysł, że jako leciwy staruszek, będę ją sobie ustawiał. Co za bezczelność! Ja nie jestem śmieszny!!!!! Wypraszam sobie!
W każdym razie, dziś, kiedy robie gołąbki dla niej i dla reszty mojej rodziny, chodzi mi po głowie ten klaps i różne poboczne myśli. Ponieważ akurat gotuje się druga kapusta, siadłem na chwilę, żeby chociaż zacząć ten dzisiejszy wpis. I przypomina mi się film, polski, zrobiony jeszcze wtedy, gdy polskie filmy dało się z przyjemnością oglądać, zatytułowany Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy.Chodzi o to, że Maklakiewicz gra człowieka, który właśnie wyszedł z więzienia, mieszka z matką staruszką, która go utrzymuje i od czasu do czasu, ponieważ go bardzo kocha, daje mu parę złotych na to, żeby on mógł się z kolegami schlać. Któregoś dnia, pod klasyczną PRL-owska budką z piwem zaczepia go dzielnicowy i pyta, czy mu nie wstyd być na utrzymaniu starej matki: I wówczas Maklakiewicz mówi tak: „Dopóki człowiek ma matkę, pozostaje dzieckiem. Gdy ją straci, dba o swoje utrzymanie. Tu wiek nie ma nic do rzeczy”. Scena ta, z punktu widzenia dzisiejszych standardów, a pewnie i wszelkich standardów, jest absolutnie horrendalna. Jeśli się nad nią zastanowić, to od czasu jak Jezus powiedział ewangelistom o niebieskich ptakach, nie było zdania równie porażającego w swoim przesłaniu. Jak by ktoś nie wiedział, to dodam tylko, że za tym akurat stoi Jan Himilsbach. Podobnie jak Maklakiewicz, pijak. I podobnie jak ja – degenerat.
Przypomniał mi się ten cudowny polski film, a po nim, natychmiast inny, już nie polski, ale normalny – hollywoodzki. Też stary, z 1984 roku, a zatytułowany Miejsca w sercu. Sally Field gra kobietę, której mąż nagle umiera, zostawiając ją z czworgiem chyba dzieci. Dzieci jak dzieci – zwykłe. Ani bardzo grzeczne, ani bardzo niegrzeczne. Tyle że, może dlatego, że akcja filmu dzieje się jeszcze w starych bardzo czasach, nie chodzą w bejsbolówkach, ani w kapturach, ani nie mają tatuaży, ani kolczyków w nosie i w pępkach. A ona też – klasyczna wdowa, która całe życie doskonale wiedziała co ma robić, żeby rodzina funkcjonowała, ale też świetnie wiedziała, że są rzeczy, o które ona dbać nie musi, bo od tego ma męża. Pewnego razu, najstarszy syn chuligani się i wypada go ukarać. Niestety Field nie wie, jak, a przede wszystkim, jakie kary, się wyznacza i wymierza,. Więc zwraca się do tego niegrzecznego, najstarszego syna z kluczowym pytaniem: „Co by zrobił ojciec?” I wtedy ten chłopak najpierw się zastanawia i szczerze odpowiada, że o ile on dobrze pamięta to by mu wlepił pięć (a może dziesięć – tym razem ja nie pamiętam) pasów na tyłek. No i je zbiera, praktycznie wymuszając je na biednej matce.
Co mi strzeliło do głowy, żeby opowiadać filmy? Część tej zagadki została już wyjaśniona. Ale oczywiście, powodów jest więcej i z pewnością ważniejszych. Pierwszy jest taki, że obiecałem napisać, dlaczego podoba mi się książka A.A. Milne o Kubusiu Puchatku, i dlaczego nie podoba mi się cykl książek o Harrym Potterze. A żeby cokolwiek napisać, należy to pisanie jakoś zacząć. A zatem, proszę potraktować to co wyżej jako wstęp. Jest jednak i inny powód takiego a nie innego wstępu. Chciałem najlepiej jak umiem pokazać, co mnie przyciąga, jeśli idzie o sztukę, taką jak film, czy literatura, a więc jeśli idzie o wykreowaną opowieść, lub obraz. Chodzi bowiem zawsze tylko o to, żeby to przede wszystkim było coś tak prostego, że aż zwalającego z nóg. A poza tym, żeby to było opowiedziane w taki sposób, że słuchając tej opowieści, człowiek zapomina że oddycha. A to jest zadanie nie do wykonania przez byle kogo. Tego się nie da zrobić tak, że ktoś w ramach pijackiej, albo po-pijackiej przygody, przeżyje coś, co wyda mu się zabawne i uzna, że to on w takim razie napisze na ten temat całą książkę, albo nakręci o tym cały film. Dodatkowo, nie może być tak, że ktoś, zastanawiając się nad własnym życiem, wpadnie na pomysł, że właściwie, skoro nie udało mu się dostać na medycynę, czy zatrudnić w banku, można by zostać artystą i od tego czasu zaczyna się wyłącznie zajmować szukaniem odpowiednich kontaktów. Krótko mówiąc, jeśli chce się malować obrazy, pisać książki, układać piosenki, kręcić wielkie filmy, czy grać piękne melodie na instrumencie i liczyć na to, że się to sprzeda, trzeba być jednym ze stu tysięcy, a nie jednym z dziesięciu.
Albo trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. A to miejsce i czas, wcale nie muszą być wybrane bardzo uczciwie. Nie wiem na pewno, czy to co opowiada o sobie ani Rowling jest prawdą, ale oficjalna wersja jest taka, że ona kiedyś nabazgrała parę słów w knajpie na chusteczce do nosa i jej wyszedł Harry Potter. Z tym świstkiem bibułki poszła do któregoś wydawcy i w ten sposób stała się najsłynniejszą i najbogatszą autorką książek dla dzieci na świecie. I to jest pierwszy powód, dla którego twierdzę, że całą tą histerią związaną z Potterem stoi zwykłe oszustwo. Przypadki się zdarzają, ale nie w taki sposób. Talenty również spadają na nas z nieba, ale nie ot tak sobie. Najlepszym dowodem na to, że cudów nie ma, a wszystko jest bardzo starannie planowane, jest choćby kompletnie zapomniany i zlekceważony talent człowieka o imieniu Schmaletz, o którym kiedyś tu wspomniałem. Nawet Al Cooper i Mike Bloomfield, kiedy nagrywali z Dylanem Highway 61 Revisited, byli wielkimi gitarzystami już wcześniej, a Cooper na tyle wybitnym i zdeterminowanym muzykiem, że nawet mógł sobie pozwolić na to, by grać nagle na organach.
Ale wracajmy do Pottera. Jego wyjątkowa bylejakość opiera się nie na jednym filarze – czyli na bylejakości talentu jego autorki – lecz na trzech bardzo mocnych podstawach. Jeden, to wspomniany już styl pisarski. Ta książka napisana jest w taki sposób, że każdy przeciętny copywriter w każdym przeciętnym wydawnictwie umie tak pisać. Tam nie ma jednego zdania, które wskazywałoby na to, że ona potrafi więcej, niż ktokolwiek inny, będący w tym zawodzie. Co więcej, skoro już pojawił się ten copywriter, cała narracja i cała fabuła tej ksiązki prowadzona jest tak, jakby pisała ją nie jedna osoba, lec kilka. Efekt jest taki, że Harry widzi lustro, nagle z lustra wychodzi potwór, ale kiedy już go ma zabić, Harry wypowiada zaklęcie i w tym momencie zamienia się w sowę i wylatuje przez okno. Tymczasem okazuje się, że sowa, w którą on się zamienił nie umie latać, bo kiedy wypowiadał zaklęcie, coś mu się pomyliło i przez tą swoją pomyłkę sprowadził Valdemorta i zmienił go w sowę i teraz Harry jest Valdemortem … i tak to się ciągnie. Dokładnie na zasadzie telenoweli. Albo jeszcze gorzej: Kiedyś grałem na komputerze Atari w taką grę, gdzie trzeba było wybierać jedną z dróg. Idziesz albo do lasu, albo na polanę? Wybierasz las. W tej sytuacji rozpalasz ognisko, czy zbierasz grzyby? Zbierasz grzyby. Skoro zbierasz grzyby – znajdujesz złotą monetę, czy pięknego grzyba? Znajdujesz monetę… I w ten sposób do usranego końca. Oto fabuła Harrego Pottera. Nie istnieje żaden logiczny i przemyślany plan, lecz wyłącznie seria epizodów, z których każdy wynika z poprzedniego i które można ciągnąć w nieskończoność, do czasu jak ktoś nie powie: „Panowie, kończmy” i wtedy wszyscy giną, albo się żenią, albo ulatują w kosmos.
Obrońcy Harrego Pottera twierdzą, że to wszystko jest nieważne, bo to jest książka dla dzieci i liczy się przygoda i przesłanie. A przesłaniem jest przyjaźń, wierność, miłość, więc dzieci – czytelnicy tej książki – mają wszystko co trzeba, żeby się przez nią stać lepszymi i mądrzejszymi ludźmi. A to, że świat przedstawiony w książce, to świat czarów i czarodziei, tylko wzmacnia dziecięcą wyobraźnię i też przez to czyni ich lepszymi. Tyle że to nieprawda. W przygodach Harrego Pottera nie ma ani miłości, ani przyjaźni, ani wierności, ani nawet zdrady. Jedyne co tam jest to kompletny chaos i przypadek, który jest wynikiem tego że w tamtym świecie hula nieustanna magia, gdzie wszyscy rzucają na siebie zaklęcia i wszyscy wszystkich chcą zniszczyć, lub uratować. Każdy w każdym momencie może stać się dobry, albo zły, zależnie albo od fantazji osoby, która aktualnie pisze kolejny rozdział, albo od potrzeb scenariuszowych. Dodatkowo jeszcze, ta magia, która trzyma w kleszczach jakikolwiek sensowny kształt tej opowieści, i która się nigdy nie kończy, bo wszyscy są magikami równie wybitnymi jak i kompletnie nieudanymi, nie jest magią prawdziwą, a więc magią na widok której moglibyśmy sobie pomyśleć, że oto jest coś o czym nigdy wcześniej nawet nie pomyśleliśmy, ale magią w takiej postaci, jak ją mógłby sobie wyobrazić każdy głupek. A więc lustra, z których coś wyłazi, albo stoły, które zaczynają chodzić, albo samochód, który fruwa. I to ma rozbudzać wyobraźnię dzieci? Dziękuję bardzo. Wolę Lethal Weapon IV. Przynajmniej tam ktoś jest lepszy, lub silniejszy, lub mądrzejszy i nie jestem wystawiony na rozwiązania takie, jakie są w Potterze, gdzie nawet największy czarodziej świata, czyli Dumbledore co drugi dzień jest głupi, niesprawiedliwy, albo kompletnie nieprzytomny, a jedyne co potrafi naprawdę, to robić magiczne sztuczki prosto z programu David Coppperfielda Show.
No i jest jeszcze jeden aspekt tej ksiązki, czy serii książek, który sprawia, że ona stała się tak popularna i która uczyniła z Rowling gwiazdę. Chodzi mi o ten podstawowy, a zarazem jedyny pomysł na ten projekt. W normalnych bajkach było zawsze tak, że istniał świat realny i świat czarodziejski. Przygoda polegała na tym, że niekiedy świat czarodziejski przenikał do świata naszego i z tego się coś tam ciekawego rodziło. Tu, jak się zdaje, po raz pierwszy zostało zaproponowane takie rozwiązanie, że to wszystko jest naszym światem, z tą różnica, że – jak się okazuje – niektórzy z naszych sąsiadów i znajomych to czarodzieje. I oni są od nas lepsi, więksi, szlachetniejsi, jakby wybrani. Oni są elitą. Okazuje się, że istnieje może i tu, za rogiem, świat równoległy, gdzie niektórzy z nas spędzają czas wtedy, kiedy ich nie widzimy. Oczywiście, przygody Harrego Pottera nie mogły pokazać tamtego świata w sposób zbyt egzotyczny, raz że autorzy tej ksiązki ani by tego dobrze zrobić nie potrafili, ani im by się nie chciało, a przede wszystkim dlatego, że ci czarodzieje muszą być tacy jak my, bo inaczej dziecięcy czytelnik nic by z tego co tam się dzieje nie zrozumiał. A więc oni ściągają na lekcjach, na święta mają choinkę, jedzą jajecznicę, i oczywiście jeżdżą pociągiem z przedziałami. Mimo to jednak, tylko pozornie sa tacy jak my, ponieważ kiedy ich zobaczymy na tle zwykłych ludzi, czyli tzw. mugoli, którzy są po prostu nicnieznaczącym robactwem, zobaczymy, że między nami a nimi jest cały kosmos. Oni są wybrani.
I to jest własnie aksjologia powieści Rowling. Jeśli chcesz się wydostać ze świata mugoli, musisz stać się czarodziejem. A do tego nie potrzebujesz ani inaczej się ubierać, jeść tego czego nie lubisz, więcej się uczyć, mieć mniej wad, czy słabości, być ładnym, czy przystojnym, Wystarczy że się zdeklarujesz, że chcesz do nich przystąpić. A więc zostać czarodziejem. Ciekawa sprawa w Kamieniu filozoficznym Dumbledore mówi w pewnym momencie tak: „Scars can come in useful.I have one myself above my left knee which is a perfect map of the London Underground”, co po polsku brzmi tak: “Blizny mogą się przydać.Sam mam jedną nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra”. O co chodzi z tym metrem i z tymi bliznami. Co ta głupkowata z pozoru informacja może powiedzieć dziecku, które jedyne co z tego wszystkiego wie, to to, ze chciałoby zostać czarodziejem, jak Harry Potter? Dokładnie nic. Fakt jest jednak taki, że dla światowej masonerii, londyńskie metro stanowi symbol ich zwycięstwa i władzy. Plan londyńskiego metra dokładnie bowiem odzwierciedla układ kabały, a więc jednego z podstawowych dla masońskiej symboliki znaku http://www.johncoulthart.com/pantechnicon/kabbalah.html. A to, że o tej „koincydencji” w swojej piosence Station to Station nie do końca popowy piosenkarz David Bowie śpiewa "Here are we, one magical movement from Kether to Malkuth", wcale nie trywializuje problemu, lecz wręcz przeciwnie.
Pomijając ogólne wrażenie, wynikające z całego szeregu śladów, tropów i okoliczności, jest to jedyny dla mnie całkowicie jednoznaczny dowód, że Harry Potter ma ukryte inspiracje masońskie. I nawet jeśli w kolejce do komentowania tego wpisu stoi już cała masa osób, które gotowe są mi zarzucać obsesje i brak powagi, ja mam wciąż jedno pytanie: Po ciężką cholerę Dumbledore w powieści Rowling ma tę bliznę? Tak sobie? To taki żart? Taki kaprys? To jest nic nie znacząca zabawa? Dziękuję bardzo, ale ja się w kabałę bawić nie mam ochoty. Szczególnie gdy ona jest mi wrzucana podstępnie. A ja jeszcze wiem coś więcej. Że w tej „wspaniałej” książce jest ich prawdopodobnie dużo więcej, tyle że proszę ode mnie nie wymagać za wiele. Na tym akurat się nie znam i nawet nie mam odpowiednich ambicji. Zwłaszcza że celem tego wpisu tak naprawdę nie jest szukanie satanistycznych inspiracji dla literackich osiągnięć J.K. Rowling, lecz wykazanie, że to jest po prostu nędzna literatura, od której każdego roku na świcie powstaje cały szereg mądrzejszych i lepiej napisanych książek. Choćby takich jak cykl opowieści Johna Bellairsa o Louisie Barnavelcie, o której jednak pies z kulawą nogą nie słyszał, bo w jej sprawie w księgarniach na całym świecie nie rozdawano czapek i różdżek. I jeszcze wyrażenie zdziwienia, że ludzie z pozoru inteligentni, wrażliwi i myślący, bez mrugnięcia okiem przyjęli aż tak nachalną manipulację.
Ktoś może zapytać, dlaczego, skoro za sukcesem Harrego Pottera stały aż tak wielkie wpływy, czemu w efekcie powstało coś tak taniego i płytkiego? Przyznam się że nie wiem. Są jednak na to dwa wyjaśnienia. Jedno to takie, że oni są mocni wyłącznie w starciu z tak nędznym przeciwnikiem, co by akurat było dość pocieszające. Drugie jest znacznie smutniejsze. Oni wiedzą, że przy takim przeciwniku, mogą działać nawet na ćwierć gwizdka. A i tak, to co chcą – skutecznie osiągną.
Harry Potter. Kiedyś będziemy się tego wstydzić.
W trakcie minionej dyskusji o literaturze, filmie i sztuce w ogóle, proszono mnie, żebym coś powiedział na temat książki A.A. Milne. Daję słowo, że chciałem. Ale już mi się odechciało. Przynajmniej na razie. Choćby z tego powodu, że Kubuś Puchatek jest skromną książeczką napisaną przez ojca dla swojego synka, której bohaterem jest własnie to dziecko i jego zabawki. Nie chce mi się tu pisać o Kubusiu Puchatku, bo to jest książka wręcz dokumentalna, a jej wielkość polega na tym, że jest to dokument o świecie dziecięcej wyobraźni. Jest to dokument jak najprawdziwszy i ani w jednym momencie nie zmanipulowany. Dokument, który nie ma ukrytych zamiarów, nieczystych intencji i nieszczerych deklaracji. To jest książka z jednym, prostym celem – okazać miłość dziecku i oddać hołd światu, który bezpowrotnie tracimy. Czy to jest wielka literatura? Nie wiem. Może i nie. Zwłaszcza że Musil, Canetti, Lowry, Rosendorfer – to nie lada zawodnicy. Ale jest to bezsprzecznie literatura. W odróżnieniu od czarnych podszeptów.

czwartek, 3 grudnia 2009

O Fredzi Phi-Phi i jej dzieciach

PRL kojarzy mi się głównie źle i nawet jeśli inżynierowie nowych czasów zaczną wprowadzać kolejne usprawnienia w tempie dziesięciokrotnie przyspieszonym, a parówki i kaszanka będą już robione wyłącznie z papieru gazetowego, niezmiennie będę utrzymywał, że naprawdę źle już było. Teraz, co najwyżej, może być też źle, ale mimo to inaczej. A to inaczej, oznacza między innymi to, że przynajmniej można mieć iluzje, że coś jeszcze gdzieś tam możemy.
Weźmy takiego Kubusia Puchatka. Książka A.A. Milne, przez całe moje świadome życie w PRL-u – obok cudownie dopiero co przypomnianych przez tayfala Dzieci z Bullerbyn – stanowiła dla mnie cel i sens życia, niemal w tym samym stopniu, co kupowanie w Pewexie J&B i cameli. Tłumaczenie Ireny Tuwim wprawdzie tworzyło dla mnie taką samą całość jak angielski oryginał, co jednak nie zmieniało faktu, że raz na jakiś czas przychodziło mi do głowy, ze gdybym miał cokolwiek do gadania, to tu i ówdzie bym coś poprawił. I oto, już pod sam koniec tego nieludzkiego eksperymentu, chyba w roku 1988, jakieś lubelskie wydawnictwo (wszystko pamiętam bardzo dobrze do dziś) wydało obie części Puchatkaw tłumaczeniu kobiety, o nazwisku Adamczyk. Moniki Adamczyk. Okazało się, że według nowych pomysłów, Puchatek już nie będzie Puchatkiem, lecz Fredzią Phi-Phi. Dlaczego tak? Nie chce mi się wchodzić w tok rozumowania tłumaczki, niemniej tak to ona sobie wymyśliła. Tu mogę tylko zapewnić wszystkich zainteresowanych, że wymyśliła głupio, i to głupio potrójnie. Mało tego, Krzyś nie nazywał się już Krzyś, lecz Krzysztof Robin, całość była drętwa jak cholera i w dodatku nie występowały zdrobnienia, bo pani Adamczyk zauważyła, że skoro w oryginale nie ma zdrobnień, to i ona ich nie będzie stosowała.
Dziś, ile razy myślę o PRL-u, to – pomijając oczywiście kupę społecznie bardziej poważnych nieszczęść, niż te dwie smutne książeczki – wspominam tę nieszczęsną Fredzię Phi-Phi i atmosferę kompletnej niemocy. Już wtedy umiałem ładnie pisać, więc napisałem porządną, bardzo wnikliwą i rozbudowaną recenzję tego „lubelskiego” (przepraszam Cię, Kochanie) eksperymentu, wysłałem do jedynego wydawnictwa, które dawało szansę na publikację, ale bez najmniejszego efektu. Nie przypominam sobie też, żeby ktokolwiek, gdziekolwiek poza mną i moją szufladą, zwrócił uwagę na to co się stało. Tyle wszystkiego, że – jak się zdaje – nikt oprócz mnie tej książki nie kupił, więc prawdopodobnie cały nakład został ostatecznie zmielony, przerobiony, i użyty już w następnym roku do produkcji Gazety Wyborczej. Ale, jak mówię, nie stało się nic.
Cokolwiek bym miał nie mówić o tym, co nam zaserwowano w zamian, jedno muszę przyznać. Gdyby ktoś dziś zgłupiał do tego stopnia, by wydać tę Fredzię Phi-Phi, to TVN24 i wszystkie pozostałe media, by to tłumaczenie, razem z jego autorką, rozszarpały. No, powiedzmy, prawie. Gdyby akurat nie chodziło o jakąś Monikę Adamczyk, lecz na przykład o Bożenę Walter, lub któreś z jej dzieci, możliwe, że akurat TVN24, by siedział cicho. Ale za to z całą pewnością wzięły by się za nią pozostałe redakcje, włącznie ze starą ubecją z Gazety. No i, oczywiście, ja sam bym tę swoją recenzję opublikował tu w Salonie. Ktoś mi powie, że to są wyłącznie pozory i złudzenia. Jestem nawet gotów się z tym zgodzić, zwłaszcza że sam na ten problem niejednokrotnie zwracałem uwagę. Mimo to, twierdzę, że akurat pod tym względem – a to jest naprawdę nie byle co – jest lepiej.
A jednak są chwile, kiedy o PRL-u myślę z rozrzewnieniem. I wcale mi nie chodzi tu o to, że byłem wówczas dużo młodszy. W końcu, we wczesnych latach 90-tych byłem też znacznie młodszy i – patrzę na stare fotografie, więc wiem – przede wszystkim ładniejszy, a i tak jestem pewien, ze to był czas tak fatalny, że ja już chyba wolę wyleniałego Donalda Tuska. Tusk i odświeżone KLD. Oni – przynajmniej mam taką nadzieję – nie zabijają ludzi. Więc to nie to. Nie ma też pewnie aż takiego znaczenia fakt, że ta whisky i te camelenigdy wcześniej i już nigdy później, nie smakowały tak jak wtedy, ani to, że jednak – co by nie powiedzieć – czytało się wspomnianego już Kubusia Puchatka i Dzieci z Bullerbyn, a nie Harrego Pottera i magazyn Glamour. Mój sentyment do tamtych czasów wynika przede wszystkim z tego, że wtedy z całą pewnością łatwiej było ocenić, co jest dobre, co złe, co głupie, co mądre, a przez to choćby zachowywać postulowaną przez Don Paddingtona wzniosłość. Wystarczy przypomnieć, że były to czasy, kiedy nawet Adam Michnik był swój chłop, nie mówiąc już o Lechu Wałęsie. A więc, nienawidził człowiek komuny i wszystko grało. Nie mówię już o tym, że nikt człowieka nie strofował za to, że jak może – będąc chrześcijaninem – aż tak nienawidzić.
Oczywiście, zdarzały się wypadki, szczególnie w okresie tuż przed stanem wojennym, kiedy ten powiew wolności sprawiał, że kiedy ludzie mijali się na ulicy, to niemal widać było te płomienie, a w efekcie tego, niekiedy dochodziło do spięć zupełnie nieprawdopodobnych. Pamiętam – chyba już o tym pisałem – jak polazłem na jakieś spotkanie z Leszkiem Moczulskim, ale ponieważ go akurat zapudłowali, zamiast niego przyszła pani Moczulska. Na sali był kwiat naszego wolnego przez chwilę rycerstwa, a atmosfera panowała taka, że kiedy ja – daję słowo, że już nie pamiętam, co – w pewnym momencie powiedziałem coś takiego, nie bardzo w harmonii, to bałem się, ze zostanę rozerwany na strzępy, jeśli nie przez te ręce, to z pewnością przez to przeciągłe buczenie: „Ubek!!!”.
No ale to były wyjątki. Na ogół bowiem, czy to był budynek na Stalmacha, czy Wolna Europa, czy Głos Ameryki, czy Tygodnik Mazowsze, czy jakakolwiek możliwa bibuła, człowiek był otoczony wyłącznie przez dobrych ludzi i przyjaciół. To dopiero za nowej Polski, okazało się, że do tego by być dobrym człowiekiem i przyjacielem, trzeba znacznie więcej, niż parę oczywistych poglądów. I to, w moim najgłębszym przekonaniu, jest sytuacja bardzo niekomfortowa. A im bardziej ona się rozwija, tym bardziej jeszcze się robi źle i niewygodnie. Jest jeszcze gorzej. Nie wystarczy mieć dobre poglądy, chodzić do kościoła i nie lubić czerwonych, żeby być człowiekiem dobrym i przyjacielem. To nawet jest za mało, żeby sobie zagwarantować, że się nie jest idiotą i chamem.
Jeśli w tym momencie ktoś myśli, że ja do czegoś zmierzam, to nie będę protestował. Owszem. Ja zmierzam do czegoś bardzo konkretnego i dość dla mnie nieprzyjemnego, a mianowicie ściśle związanego z pisaniem tu w Salonie. Już wcześniej, pozwoliłem sobie na parę refleksji dotyczących mojej coraz większej – rosnącej wraz z doświadczeniem – niechęci do określania swoich sympatii i antypatii według kryteriów ideologicznych. To co chcę powiedzieć dziś, jest w dużym stopniu związane właśnie z tamtym tematem, jednak znacznie bardziej oparte na relacjach osobistych i ocenach całkowicie indywidualnych. A zatem, to co chce powiedzieć, to czysta praktyka, bez najmniejszego śladu teorii. Kiedy zacząłem tu pisać, zostałem w jednej chwili otoczony przez bardzo znaczne grono komentatorów, którzy z jednej strony poklepywali mnie po plecach i mówili, jaki to ze mnie jest swój człowiek, a z drugiej takich, którzy ani mnie nie poklepywali, ani nawet nie dyskutowali, tylko wyłącznie próbowali mnie zezłościć i tym samym wyprowadzić z równowagi. I wtedy właśnie, pomyślałem sobie, ze oto z jednej strony mam swoich przyjaciół, z drugiej swoich wrogów i niech się tak dalej plecie. Po pewnym czasie, ze względów absolutnie dziś dla mnie oczywistych, tak zwani wrogowie zostali stąd pogonieni i zostałem z samymi przyjaciółmi. A to stworzyło właśnie taką atmosferę, jaką pamiętałem z PRL-u. Czyli wszystko jasne – można żyć. Tyle że z jedną, małą różnicą; wtedy nie wiedziałem nic, a dziś wiem niemal wszystko, a przynajmniej wszystko to, co jest mi na dzisiejszy dzień potrzebne.
Było kilka sytuacji takich, kiedy nachodziły mnie podejrzenia, że wcale nie jest tak słodko, jak by się wydawało, ale za każdym razem zwalałem to na karb bardzo szczególnych różnic technicznych. Dopiero pewnego dnia, kiedy osoba, która wielokrotnie wcześniej komentowała na moim blogu, o ile pamiętam, zwykle w tonie standardowo pozytywnym, najpierw się na mnie obraziła, a później kazała mi iść do lóżka macać się z moją żoną – dosłownie w ten sposób – wiedziałem już na pewno, że to jest zupełnie inny problem. Że to, że ja się nie zadaje z Ryszardem Kaliszem, ale z jakąś wrażliwą, pełną serdecznej niechęci do bolszewii osobą, nie gwarantuje mi absolutnie nic. Zorientowałem się, że w tej wojnie o lepszą Polskę, przeciwko tym konowałom z Platformy Obywatelskiej, sojuszników – a przy okazji tez zwykłych dobrych kolegów – należy sobie dobierać znacznie staranniej. Co więcej, jeśli chce się mieć pełną satysfakcję z prowadzenia tego blogu, szukanie sojuszników też nie wydaje się być zadaniem priorytetowym. Wystarczy rozpoznać po prostu miłego, grzecznego, w miarę inteligentnego człowieka. A jeśli on przy okazji, okaże się twoim towarzyszem broni – tym lepiej.
I dalej, nie wiedzieć dlaczego, potoczyło się już naprawdę szybko. W ‘marylowym’ portalu, człowiek, który przez całe miesiące zachowywał pełną klasę i imponował wrażliwością, ni stąd niż owąd, wyłącznie z tej przyczyny, że okazałem się lubić malarstwo Picassa i wczesne filmy Zanussiego, dostał na mnie takiego szału, że nagle zaczął się zachowywać jak zwykły komunistyczny dupek. I proszę zwrócić uwagę: i w poprzednim wypadku i w tym też, przyczyną dla którego ci antykomuniści i patrioci stracili cały swój czar i wdzięk leżała wyłącznie w napięciu ściśle politycznym. W tamtym wypadku poszło o Kukiza i jego artystyczne serce, które on poświęcił dla sprawy Katynia, a w tym o Picassa-sowieckiego agenta i komunistę. I podobnie, w każdym następnym, których od tamtego czasu było już tylko więcej. Na przykład na Blogmediach24,raz za razem, pod moim blogiem pojawia się komentarz kogoś, kto – nie to, że się ze mną nie zgadza – ale by mnie udusił gołymi rękami za to, że piszę w „tym” Salonie, albo że… cholera właściwie wie co?
I absolutnie porażające w tym wszystkim jest to, że ci sami ludzie, którzy jeszcze parę miesięcy temu gotowi byli – gdyby je tylko mieli – wyłożyć ciężkie sumy, by ktoś zechciał opublikować te teksty, a przy okazji demonstrowali klasyczny umiar, wdzięk i elegancję, dziś osiągają intelektualny, kulturowy i czysto ludzki poziom… ja wiem? Jest ich paru. Tych dotychczas najlepszych. Nie wymienię ich jednak, bo nie chcę nikogo za bardzo obrażać.
Bracia Polacy. Koń by się uśmiał.
Piszę więc sobie te teksty, zbliżam się już pomaleńku do kolejnej setki i przede wszystkim czuję niezwykłą satysfakcję i prawdziwą wdzięczność dla tych wszystkich, którzy ten blog wzbogacają swoim sercem, swoimi przemyśleniami, swoim talentem publicystycznym, swoim poczuciem humoru, swoimi cudownym złośliwościami i jednocześnie tym cudownym podejściem, który Anglicy nazywają ‘don’t give a damn attitude’. I strasznie się cieszę, że jest Was coraz więcej. Nawet tych, którzy – tak, to do Ciebie – uważają moje poglądy za mocno błędne. Ależ to się zrobił piękny blog!
Bo tu właśnie leży cały sens dobrego samopoczucia. I wyłączna satysfakcja. Wcale nie w ideologicznej zgodzie, choć skoro już jest, to czemu nie, ale w tym, że można się spotkać i pogadać z bardzo przyjemnymi ludźmi. I myślę, że skoro – jak już zauważyłem – zbliżamy się tu razem do szóstej setki, można to uznać za bardzo dobry moment, żeby Wam o tym powiedzieć.

poniedziałek, 30 listopada 2009

O łysiejących politykach i nikomu niepotrzebnych emerytach

Dzisiejszy dzień, ledwo się zaczął, a już przyniósł dwie tzw. ‘sensacyjne' wiadomości. Tak się dziwnie składa, ze żadna z nich nie dotyczy ani Lecha Kaczyńskiego, ani Zbigniewa Ziobro, ani nawet nowych zeznań Janusza Kaczmarka. Powiedziałbym, ze wręcz odwrotnie - chodzi o premiera Donalda osobiście i działań jaśnie nam panującej władz. Okazało się bowiem, że Platforma Obywatelska miała jakąś naradę, zamkniętą przed mediami, i z tej właśnie narady ‘wyciekły' taśmy, na których premier Tusk skarży się, że gdyby on wiedział, ze rządzenie jest tak niefajne, to by się do tego nie pchał. Dodatkowo jeszcze, Donald Tusk popłakuje, że teraz z tych wszystkich stresów on wyłysieje i mu spadnie w sondażach. Jeśli kogoś to interesuje, to całość relacji jest w Onecie http://wiadomosci.onet.pl/1871836,11,item.html.
Patrząc na pierwsze reakcje, nie mogę nie zauważyć, że powszechna opinia na temat tego wystąpienia Premiera jest taka, że „facet jest git". A to natychmiast powoduje u mnie włączenie lampki alarmowej i rosnących podejrzeń, że powyższy 'przeciek' był przeciekiem kontrolowanym. Uważam, że platformowi piarowcy, znając doskonale intelektualny poziom wyborców Platformy, a jednocześnie widząc, że skala poparcia dla rządu mocno się chwieje, postanowili wykonać gest, który dla przeciętnie inteligentnego obserwatora jest zupełnie samobójczy, ale - jak powiada znane powiedzenie - „biały człowiek ich nie zrozumie". A więc - w moim odczuciu - jest niemal pewne, że przez najbliższe dni, sprzymierzone z Donaldem Tuskiem media, będą chichotać i udawać, że „ależ to Donald wykonał wpadkę!", a drugiej strony wszyscy będą bacznie obserwować wzrost poparcia, jeśli już nie dla rządu, to przynajmniej dla „wypasionego kola z Sopotu".
Ja - wiedząc, że moje słowa niewiele zmienią, bo siła otępienia bywa wielka - chciałbym jednak wtrącić tu parę słów prawdy. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość wygralo wybory w roku 2005 i przejęło władze, mówiło się, ze oto Polska wpadła w ręce ludzi, którzy mają wszystko, tylko nie determinację do zmieniania państwa i do uczciwego, ciężkiego rządzenia. Powszechna opinia była taka, ze partia, która mogła się autentycznie skupić na tym co istotne, nieszczęśliwie dla Polski przegrała wybory. Kierunek ataku propagandowego przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości był taki, że PiS zajmuje się wyłącznie organizowaniem konferencji prasowych i podlizywaniem się najmniej wymagającym umysłom, ale na szczęście tuż za rogiem stoją siły pod kierunkiem Donalda Tuska, przygotowane, wykwalifikowane i zdeterminowane do tego pierwszego po 18 latach autentycznego gestu na rzecz Polski. Tego historycznego skoku. Zresztą sam Donald Tusk lubił wielokrotnie mawiać, jak to on wie, że rządzenie to nie zabawa, ale ciężka praca. Praca nie na pokaz, ale praca dla powszechnego dobra.
I oto dziś, po roku rządzenia, Donald Tusk ogłasza, że on w ogóle się nie spodziewał, ze rządzenie jest tak nieprzyjemne i że jemu już włosy z tej mitręgi wypadają i że to pewnie mu obniży popularność. Co jednak najciekawsze, istnieje uzasadnione podejrzenie, że te słowa mu podsunął jakiś Eryk Mistewicz, bo z wyliczeń mu wyszło, że to będzie dobre 'story'.
Pisałem tu nie tak znowu dawno temu o Margaret Thatcher. Pozwolę sobie przypomnieć jej słowa komentujące pierwsze chwile po tym, jak ona wygrała wybory i stanęła przed najcięższym wyzwaniem w życiu. Kiedy stanęła przed zadaniem wyciągnięcia Wielkiej Brytanii z trwającego dekady kryzysu.
„W obliczu tak dramatycznej sytuacji, na którą złożył się wspomniany już długotrwały upadek gospodarczy, wyniszczające skutki socjalizmu i rosnące niebezpieczeństwo ze strony Sowietów - z pewnością każdy nowy premier mógł żywić pewne obawy.
Także i ja, tego pamiętnego wieczora, gdy jechaliśmy do domu przy Flood Street, powinnam była odczuwać większy lęk wobec przejęcia takiej spuścizny.[...] Lecz wtedy, przewrotnie niemal, wszystkie te wyzwania napawały mnie doprawdy szczerą radością.[...]
Muszę się tu przyznać, że istniało jednak coś jeszcze - coś niezwykle osobistego - co również dawało mi radość i siłę. Chatham kiedyś świetnie zauważył: ‘Wiem, że mogę ocalić ten kraj i że nikt inny tego nie potrafi. Byłoby zarozumialstwem z mojej strony, gdybym porównywała się do Chatham, lecz nie byłabym do końca szczera, nie przyznając, że wgłębi duszy żywiłam podobne przekonania'."
Oto przywództwo. Oto wielkość człowieka. A tu co mamy? My nie dość, że mamy premiera, który mówi, że to cale rządzenie to coś niezwykle paskudnego, to jeszcze mówi to z - jak się okazuje - słusznym przekonaniem, że te słowa w sumie świadczą o nim jak najlepiej.
Jest też dziś jednak i drugi news, na który warto zwrócić uwagę. Otóż Platforma Obywatelska postanowiła wyjść z czymś, co się nazywa ‘testament życia'. Chodzi o to, ze moja córka, albo syn, albo może nawet i ja, jeśli tylko zapragniemy, możemy złożyć oficjalne oświadczenie, że jeśli kiedykolwiek znajdziemy się w takiej sytuacji, że życie nam zacznie doskwierać, to my prosimy o coś skutecznego i ostatecznego.
Ja już się nie będę znęcał nad samą nazwą tego niezwykłego projektu. Do tego rodzaju fałszu i zakłamania, jaki się manifestuje w nazywaniu śmierci życiem, przywykliśmy już dawno, choćby po przeczytaniu Orwella. Do pokręconych ścieżek tego rządu - również.
Mnie bardziej jednak porusza inna refleksja. Oto rządzenie. Ciężka praca dla dobra innych. Jeśli idzie o konkrety,to mamy już pierwszy. Jeśli tylko zechcemy, możemy zdechnąć. Rząd Donalda Tuska nam to prawo gwarantuje. Dla dobra tych, co szczęśliwie pozostaną i ich emerytur. Może nawet i pomostowych.

O kasie i talentach

Jestem w rozterce. Napisałem krótki tekst, na wyraźne żądania ze strony przyjaciół - i natychmiast pojawiły się głosy, ze ma być szerzej. Nawet otrzymałem e-mail w tej sprawie. Mam zatem dwie wiadomości: obie złe. Będzie znów za krótko i za długo. A poszło o Mam talent. Mam talent to program rozrywkowy, który jakiś czas temu - dzięki moim dzieciom - znałem z filmików na youtubie, a który od pewnego czasu nadaje TVN. Wczoraj program Mam talent miał swój finał. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, w czasie wielotygodniowych eliminacji, mieliśmy okazję oglądać najróżniejsze osoby, wykazujące się najróżniejszymi talentami, z których część odpadała, a część awansowała dalej. Ostatecznie, na ringu zostało dziesięć osób i dziś właśnie został wyłoniony zwycięzca. Największy polski talent.
Muszę przyznać, że oglądałem program z zainteresowaniem od samego początku, wyłącznie ze względu na niezliczona liczbę uczestników, z których każdy - no, może prawie każdy - miał jakiś talent. I ten talent niezmiennie mi imponował. Oglądałem ten program ze względu na utalentowanych uczestników i wbrew prowadzącym. Jeśli idzie o osoby prowadzące program, było trzech jurorów i dwóch tzw. wodzirejów. Nazwisk nie będę wymieniał, bo mi się nie chce. Wystarczy, kiedy powiem, że osobą najbardziej znośną z tej piątki była piosenkarka Agnieszka Chylińska.
Ja wiem, że w niektórych środowiskach - i nie mam o to pretensji - iluzjoniści, żonglerzy, cyrkowcy i każdy kto umie coś, czego nie umiem, przykładowo, ja (a są ich miliony), uważani są za obciach. Wiem, że jest mnóstwo ludzi, w tym wielu moich znajomych i przyjaciół, którzy uważają, że na przykład ktoś kto potrafi pięknie tańczyć, lub zaledwie wyginać, stanowi nic ponad prowincję. Ja się jednak jakoś nimi wszystkimi zachwycam. Dlatego, oglądałem program Mam talent i z zainteresowaniem kibicowałem moim faworytom. Myślałem sobie przy tym, jak bardzo czułbym się spełniony, gdybym tak jak oni, umiał cokolwiek w sposób szczególny.
Była jednak jedna rzecz, która - poza oczywiście występami Marcina Prokopa i Małgorzaty Foremniak - przez całe te tygodnie mnie nieustannie irytowała. Chodzi mi mianowicie o wieczne przypominanie, że gra się toczy o sto tysięcy euro i sto tysięcy złotych. Ile razy słyszałem te idiotyczne wzmianki o tym, że na najbardziej utalentowanego uczestnika konkursu czeka czek na 100 tysięcy euro, dostawałem szału. Oto przed nami dziesiątki ludzi absolutnie wyjątkowych w jakiejś dziedzinie, nieprawdopodobnie zdolnych, niezwykłych, którzy przyszli tu głównie po to, żeby się pokazać i żeby ktoś powiedział: „Tak. Jestem pod wrażeniem." A organizatorzy przez cały czas machają im i nam przed nosem czekiem na 100 tysięcy euro. Kogo, do ciężkiej cholery obchodzą pieniądze, kiedy na szali jest pasja?
Wczoraj konkurs został rozstrzygnięty. Wygrał duet akrobatów (wiem, że to słowo nie oddaje całej wartości pokazu) tak niezwykłych, że brakuje słów, żeby opisać to, co oni potrafią. Drugie miejsce zajęła dziewczynka o głosie, jak dzwon. O głosie, autentycznie, jak dzwon. Po całych tygodniach zmagań między ludźmi, z których każdy - niemal każdy - miał swój indywidualny, niepowtarzalny talent, zostało tylko tych dwoje (a raczej troje). Najlepsi. Wybrani. Utalentowani.
I w tym momencie, zwyczajnie, po prostu, jeden z TVN-owskich wodzirejów, gratulując zwycięstwa duetowi Melkart Ball, wypalił: „I jak to jest, kiedy się ma taką kasę?".
Ja oczywiście wiedziałem, że temat tych euro powraca, ale mimo to byłem porażony. Ci dwaj artyści dowiadują się właśnie, że wygrali nie tylko z tą niezwykłą dziewczynką, ale i z wieloma innymi ludźmi z talentem (wiecie, o czym mówię, prawda?), a tu przychodzi to coś i pyta: „To jak, niezła kasiorka, hę?"
Z jednej strony się dziwię, a z drugiej ja doskonale wiem, że nie ma się czemu dziwić. Przecież to właśnie o to chodzi. Kogo obchodzi człowiek, kogo obchodzi prawdziwe człowieczeństwo, kogo obchodzi talent? Kasa! Oto cel. Oto przyczyna. Oto droga. A oni nawet nie wiedzą, jacy są biedni.
Chwilę później przełączyłem na TVN24 i akurat leciał reportaż o człowieku, który o mało co, nie wygrał miliona złotych w Milionerach. Już prawie miał tę ‘bańkę', ale nie chciał ryzykować, więc wygrał 500 tysięcy. Reporterzy TVN-u oczywiście, tropem wydarzenia, wyszli na ulicę, żeby dowiedzieć się, co o takiej fortunie myśli przeciętny Polak. Podeszli więc też do pewnego - na pierwszy rzut oka - bardzo wykształconego obywatela i spytali, co on by zrobił, gdyby wygrał 500 tysięcy złotych. Odpowiedź była krótka i - jak mówią Anglicy - ‘to the point': „WYJECHAŁBYM Z TEGO KRAJU".
Własnie tak. Dokładnie tak. I to jest właśnie to. To jest to, o czym pisze tu, w Salonie od wiosny 2008 roku. I za co zbieram baty, ale też i wyrazy solidarności. Tych drugich na szczęście jest dużo więcej. Dziękuję Wam za nie. To nas wszystkich trzyma mocno razem.

O tym, czego nie zna piekło

Pisząc swój poprzedni tekst, byłem jednocześnie w nastroju bojowym, bo i bojowy był sam temat (karabiny, Biblia, trupy – te sprawy), i w głębokim poczuciu, że to co mówię, powiedziane być musi, bo pora jest właśnie taka, że pewne rzeczy wymagają świadectwa. Inna sprawa, ze nie pierwszy to już raz na tym blogu i nie ostatni. Okazało się, że wewnętrzne napięcie samego tekstu, jak i to napięcie zewnętrzne, które on wysyłał na zewnątrz, stworzyły taką mieszankę wybuchową, ze najpierw Administracja uznała, że wpis ów trzeba zawiesić na tak zwanej ‘jedynce’, by już chwilę później dojść do wniosku, że on powinien jednak spaść z głównej strony Salonu na mordę, co w pierwszej chwili uznałem za znak tego, że okazał się on po prostu niebezpieczny. I właściwie się ucieszyłem, bo cóż może być bardziej przyjemnego dla aspirującego publicysty, jak informacja, że to co on wymyślił, ludziom mózgi rozwala na pół? Dokładnie zresztą na pół.
Oczywiście, to co wyżej napisałem, to były tylko moje przypuszczenia. To znaczy, ja tylko przypuszczałem, że poszło o coś naprawdę poważnego. Przypuszczałem, a jednocześnie miałem nadzieję, że nie było tak, że ktoś się pomylił już na samym początku i wyeksponował ów tekst przez własne gapstwo, a jak tylko się zorientował, to szybko naprawił ten błąd i uznał, że teraz dopiero jest okay.
Pytano mnie już tu kilka razy, czemu ja się tak dopominam o tę ekspozycję. Tłumaczyłem więc sprawę najlepiej jak umiem, ale skoro może trzeba jeszcze raz, to proszę bardzo. Ja robię to co robię, a więc pisze te swoje refleksje i je tu przedstawiam, nie dlatego, że to jest taka moja zabawa, ale dlatego, że ja to wszystko traktuje bardzo poważnie. Dla mnie, z jednej strony świadomość, że akurat pisać potrafię, a z drugiej fakt, ze te teksty, w porywach, czyta do 3000 osób dziennie, są niesłychanie istotne i mobilizujące. Podobnie, poczucie, że kiedy tylko one zostają – z dowolnego zresztą powodu – ukryte, zaglądają do nich już tylko ci, którzy o nich i tak już wiedzą wystarczająco dużo, bardzo mnie deprymuje. To znaczy, doznaję bardzo silnego poczucia, że coś się marnuje. I najgorsze, że nie wiadomo za bardzo z jakiej racji. A zatem dopominam się o więcej miejsca, tak jak się dopominają o więcej miejsca ci, dla których przestrzeń jest kwestią podstawową, a nie tylko wynikającą ze zwykłej próżności, czy z nudów.
A zatem, ów poprzedni tekst – tak jak większość ostatnich z tych tekstów, traktujący o wartościach – poleciał i, mimo kierowanych przeze mnie w tej sprawie pytań, przez dłuższy czas pozostawał bez żadnego wyjaśnienia. Spojrzałem więc na to, co zostało. I z lekkim przestrachem zauważyłem, że zostało to co zostaje zawsze. A więc polityka i pranie się po pyskach. Zacząłem się zatem zastanawiać, czy gdybym i ja wrócił do pisania o Tusku, Piterze, Gosiewskim, Karpiniuku, to stałbym się mniej kontrowersyjny, czy może po prostu ciekawszy? A może po prostu mądrzejszy? I właśnie wtedy, sam Szef objaśnił mnie, że cała sprawa była wynikiem pomyłki i kazał te moje biblijno-pakistańskie przemyślenia przywrócić. I super! I pięknie! Tyle że co się pomyślało, to się pomyślało, i to już jest i będzie. No a poza tym, pomyłki też nie zdarzają się ot tak sobie, i mają swoje przyczyny. Warto by więc może było popróbować coś lżejszego. Choć ten jeden jedyny raz. Nie tylko dla samego eksperymentu, ale też dlatego, że jest akurat dobry moment i dobry temat, a przy okazji to co mi chodzi po głowie jest wystarczająco irytujące i wystarczająco przy tym uniwersalne, żebym na ten temat pisząc, zachował czyste konto. Spróbujmy więc.
Otóż w sobotę jechałem autem w charakterze pasażera, i włączone było radio. Chyba Zet. I w wiadomościach poinformowano, że projekt ustawy antykorupcyjnej, dla którego dwa lata temu została powołana do rządu Julia Pitera, został wreszcie przeczytany i wyrzucony jednogłośnie na śmietnik. Okazało się, że efekt pracy Pitery jest tak niski, że nikt ani z opozycji, ani z rządu, ani z koalicji, nie chce ani na niego więcej patrzeć, ani nawet o nim dyskutować. Usłyszałem, że to co przedstawiła Pitera do tego stopnia się nie nadaje, że nawet marszałek Komorowski musiał w trybie natychmiastowym przygotować coś ratunkowego. Najciekawsze jednak powiedziano na koniec. Otóż okazuje się, że choć każdy wie, że za tę bumelkę Pitera powinna polecieć, to ona nie poleci, bo jak to zgrabnie wyjaśnił jakiś anonimowy polityk Platformy, nie ma nic gorszego niż „wyrzucona i obrażona Pitera”. Dokładnie tak. Ciekawe, prawda?
Każdy kto czytał Shakespeara, zna tę piękną linijkę, która informuje, że „piekło nie zna furii kobiety odrzuconej”. A więc, można by było sądzić, że właściwie nie dzieje się nic. Sprawa jest jasna, prosta i oczywista. Platformawywali Piterę, bo jest kiepska, to ona zrobi takie piekło, że Donald Tusk będzie już tylko prosił o jakąś nową aferę korupcyjną. A to i tak już mu nie pomoże, bo ta wściekłość przykryje wszystko. I to będzie koniec.
Wydawałoby się więc, że nie ma o czym gadać. Natury nie zmienimy, więc musimy z nią żyć. Tyle tylko, że to nie jest – wbrew temu co się wydaje tym, którzy twierdzą, że od czasu, gdy Koalicja 21 październikaprzejęła Polskę w zarząd – Polska jest własnością prywatną paru piłkarzy i kilku typków z pieniędzmi, którzy owym piłkarzom dostarczają piłkę i kawałek trawy. Po prostu nie. Tak się może wydawać im, jak i tym wszystkim, którzy tworzą dla nich całą tę wyborczą obudowę, ale prawda jest nieubłagana. Polska nie jest wartością i własnością prywatną. To jest dokładnie taka sama sytuacja jak z Polańskim i jego kumplami. To że on brutalnie zgwałcił dziecko, nie jest problemem jego i Daniela Olbrychskiego, a zatem będzie tak, że on z tą obrożą ma chodzić, a Olbrychski ma siedzieć cicho. A jeśli jest inaczej, to nie jest norma, ale patologia.
Podobnie właśnie, nie jest normą, lecz wyłącznie patologią, kiedy Sławomir Nowak z Donaldem Tuskiem nie chcą ruszyć Pitery i gotowi są ją utrzymywać, karmić i hołubić za publiczne pieniądze tylko dlatego, że ona ma coś z głową i wszyscy się jej boją, że ona się pobeczy i im wydrapie oczy. To nie jest standard. To jest kompletne szaleństwo i jeśli nad Polska jeszcze nie rozległo się przeciągłe i niekończące się buczenie, to wyłącznie dlatego, że tym co mogliby buczeć ktoś bardzo skutecznie poprzestawiał wszystkie śrubki i oni są póki co wyłączeni.
Też w sobotę – co za dzień! – w studio TVN-u odbył się ostatni półfinał konkursu pod nazwą Mam talent. Wystąpiła śpiewająca dziewczyna, która na co dzień nie śpiewa, lecz sprzedaje gwoździe w sklepie, zaśpiewała piosenkę Janis Joplin i zaśpiewała ją mniej więcej tak, jak by ją mogła zaśpiewać właśnie Joplin, gdyby dopiero zaczynała karierę, a póki co sprzedawała gwoździe. A więc tylko i aż talent. Ponieważ publiczność przed telewizorami, która miała swoimi esemesami głosować na trzy najlepsze występy, jakoś tej dziewczyny od gwoździ nie zauważyła, Kuba Wojewódzki – jeden z jurorów programu – dostał kompletnego szału i powiedział, że ludzie są idiotami pozbawionymi gustu i że jemu jest przykro. A ja się trochę jednak dziwię tej wściekłości, i gdybym miał okazję spotkać się z tym Kubą, to zanim bym go kopnął w jego słodki tyłeczek, bym go zapytał: „Panie, co pan chcesz od ludzi? Przecież to wszystko to pańscy fani. Sól tej ziemi i gust tej ziemi. Pańska osobista hodowla. Odpieprz się pan od nich!” A gdybym miał okazję z nim pogadać dłużej, to bym mu jeszcze wrzucił informację zupełnie podstawową. Nie można, jak to mówią, mieć ciastka i je zjeść. Albo – albo. Albo Pitera, albo ta dziewczyna. Właśnie tak. I wtedy bym dopiero użył mojego buta.
Tekst ten pisałem w nocy, a dziś już jest nowa informacja. Okazuje się, że – jak podaje Onet- w sobotę w Mam talent doszło do „skandalu”. Ludzie, i to ludzie najlepsi z najlepszych, mimo tego, że sam ich mistrz powiedział im wyraźnie, jak się sprawy mają, nie złapali aluzji. I to wyłącznie z tak banalnego powodu jak ten, ze ich gusta są ciut za cienkie jak na Janis Joplin. Nawet choćby tylko podrabianą. Szykuje się więc kolejna afera. Tyle że już znacznie poważniejsza. Może na skalę europejskiej konstytucji. Może więc się stać i tak, że trzeba będzie cały półfinał powtórzyć. Jak irlandzkie referendum.
Zostajemy więc z Piterą. I nie tylko z nią. Z Tuskiem, Grupińskim, Grasiem, Sekułą, i całą resztą tego nieszczęścia. A ludzie? Na razie nie jest najlepiej, ale niewykluczone, że ta mgła się jednak rozejdzie. No bo jakże inaczej? Musi się rozejść. Bo tu nie ma już nawet miejsca na dyskusję. Stąd w pewnym momencie ten blog stał się taki inny. Ale skoro dla niektórych to jest wciąż za trudne, to spytam uprzejmie. Platforma jest do bani, prawda? I mam nadzieję, że tym razem nie okazałem się zbyt kontrowersyjny?

niedziela, 29 listopada 2009

Krótki tekst o zabijaniu

Ponieważ ostatnio parę razy zwrócono mi uwagę, że piszę teksty zbyt długie, jak na salonowe standardy, sprawdziłem i potwierdzam. Wszystkie wpisy, do jakich zajrzałem były zdecydowanie krótsze. Postanowiłem, więc pokazać wszystkim, że też potrafię.
W dzisiejszym Dzienniku Robert Mazurek rozmawia z panią poseł Elżbietą Kruk i oczywiście pyta ją o jej sławne już pijaństwo. Elżbieta Kruk jednoznacznie zaprzecza, jakoby była pijana. Przyznaje natomiast, że dzień wcześniej miała urodziny i po przyjęciu rzeczywiście - jak to po przyjęciu - była zmęczona. Mogę potwierdzić - przyjęcia potrafią być wyczerpujące, nawet jeśli się pije troszeczkę, albo nawet w ogóle. Wiem, bo bywam.
Ciekawy jest natomiast inny fragment wypowiedzi posłanki Kruk:
„Wie pan, czego się najbardziej bałam? Że po wyjściu z restauracji napierający na mnie dziennikarze zrzucą mnie ze schodów i się najnormalniej w świecie wywalę. To byłby dopiero piękny obrazek, prawda? A popychało mnie, bez przesady, kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym kilku naprawdę nieźle zbudowanych kamerzystów. Cudem się nie przewróciłam [...]To była absurdalna sytuacja. Siedziałam tam na kawie i co chwila przybiegali jacyś posłowie i mówili, że Sejm jest już całkowicie oblężony przez dziennikarzy, że są wszędzie, że nie można się ruszyć. Im więcej tego słuchałam, tym bardziej głupiałam i nie wiedziałam, co zrobić."
Ktoś powie, że pani poseł najzwyczajniej świecie kłamie. Wszyscy bowiem wiedzą, ze była pijana, a Szkło Kontaktowe nawet już ukuło nowe polskie powiedzenie ‘nawalony jak Kruk'. Nie wiem. Może i tak. Ale ja dziś nie o tym. Dziennik przeprowadza rozmowę z Elżbieta Kruk, w której ona przede wszystkim zaprzecza, że była pijana, a przy okazji opowiada, jak to okropnie się bała, ze ten tłum dziennikarzy, pragnący jedynie jej głowy, zrzuci ją ze schodów. Bała się tak bardzo, że przez kilka godzin siedziała w sejmowej restauracji, piła kawę za kawą, nie wiedząc co zrobić, i czekała aż to stad hien wreszcie pójdzie do domu.
Czy wiecie, jak Dziennik tytułuje rozmowę z panią poseł? „BAŁAM SIĘ ŻE SPADNĘ ZE SCHODÓW". To jest tytuł tej rozmowy. Tytuł, na który nie rozpisywano konkursu. Tytuł, który ktoś wymyślił, a później zaakceptował.
Ktoś się spyta - o co chodzi? A co, nie bała się? A co, że nie ze schodów? Owszem, bała się, że spadnie ze schodów. Więc o co chodzi? O nic. Ja tylko zaświadczam.
Minął tydzień. Sprawa Kruk się powoli kończy. Kończy się tzw. ‘incydent gruziński'. Niedługo Palikot wyjdzie z czyś nowym. Na razie w TVN24, na czerwonym pasku leci informacja, ze prokurator Wełna oskarżył ministra Święczkowskiego o naciski.
Akcja trwa.
Ktoś się zapyta, po co ja to w ogóle piszę. Już mówiłem. Chodzi o świadectwo. W rezultacie zawsze chodzi o świadectwo. Szczególnie kiedy już na nic innego nie można liczyć.

Kupa i pieniążek, czyli dobry koniec pewnego etapu

Ciekawa sprawa. Przydarzyły mi się już wczoraj dwie pozornie kompletnie błahe rzeczy, które, może przez swój trochę ukryty sens, a może przez to, że obie w zupełnie przypadkowy sposób dotyczyły dokładnie tej samej kwestii, spowodowały we mnie tak intensywny bieg myśli, że pomyślałem sobie, że zarwę wieczór, a może i noc, i spróbuję opisać to, co mi chodzi po głowie, nie czekając do niedzieli. Tak się jednak składa, że, jak wspomniał bardzo inteligentnie przed laty John Donne, „nikt nie jest samotną wyspą”, a ja dodam przytomnie, że szczególnie ten, któremu żona i dzieci codziennie muszą przypominać, że ma wziąć tabletkę na serce, więc w takich oto razach, nie pozostaje mi nic innego, jak zacisnąć zęby i poczekać na bardziej sprzyjający moment. Choć może jednak i na tę noc, kiedy wszyscy już będą spali. No i ostatecznie tak to się właśnie dzieje. Oni śpią, ja to piszę, a jutro z rana, kiedy już wszystko starannie przemyślę, wstawię te słowa tam gdzie ich miejsce.
Stało się mianowicie tak, że po południu obejrzeliśmy sobie z Toyahową kawałek dokumentalnego filmu telewizji BBC, w którym Michael Palin oprowadza nas po okolicach Himalajów. Trafiło na Pakistan. Palin prowadzi nas do pewnego miasteczka, gdzie w pewnym miejscu, w samym tego miasteczka centrum, znajduje się miejsce, gdzie można sobie zamówić dowolną sztukę broni palnej. Nie jest to sklep z bronią, ale warsztat, w którym tę broń się produkuje. Na zamówienie. Przychodzisz, prosisz o kałasznikowa i oni ci tego kałasznikowa wykonują jak należy za w sumie niewielkie pieniądze. Wszystko zupełnie oficjalnie, na oczach ruchliwej ulicy. Wkoło słychać co chwilę nawet pojedyncze, czy seryjne wystrzały, bo ktoś gdzieś sprawdza, czy towar jest sprawny. Film jest sprzed dobrych kilku lat, więc niewykluczone, że ten biznes się już tak dobrze nie kręci, jednak to co tam widzimy, robi oczywiste wrażenie. I nagle Palin pyta człowieka, który go oprowadza, kto kupuje te karabiny i po co, i na to dostaje niezmienną odpowiedź, że to jest wszystko związane z plemienną tradycją. Broń jest po to, żeby nią zabijać. Ot i cała filozofia.
W nieco innym miejscu, ktoś Palinowi tłumaczy, że w Pakistanie on nie ma się absolutnie czego bać, bo ludzie są bardzo przyjaźni i gościnni. I tak, faktycznie zresztą, jest na każdym kroku. Ludzie, z którymi on rozmawia, są naprawdę sympatyczni, przyjaźni i gościnni. Jednak w którymś momencie, ktoś precyzuje, że to co tam się dzieje, wsparte jest jakby na dwóch filarach, z których jeden to gościnność, a drugi to zemsta. Gościnność i zemsta. Oto cała konstrukcja tamtej kultury. Gościnność i zemsta.
Myślałem sobie o tych dwóch wymiarach, nie potrafiłem o nich zapomnieć, wspominałem wszystko, co dotychczas na temat tego Pakistanu i w ogóle kultur niechrześcijańskich miałem okazję słyszeć, przypomniałem sobie również mój dość stary już tekst zatytułowany „Mukhtar Mai, czyli splendor na maksa” (polecam!), ale i tak wciąż mi wracała ta sekwencja, jak jakaś obsesja – gościnność i zemsta.
I oto młody Toyah zaprosił mnie, oczywiście za moje pieniądze, do kina. Od razu, jeśli ktoś ma wobec mnie jakiekolwiek podejrzenia, muszę poinformować, że nie był to ani najnowszy polski hit, zatytułowany Rewers, ani też amerykański łamacz serc z Willem Smithem o siedmiu duszach. Poszliśmy na zupełnie nowy film Law Abiding Citizen, o przedziwnym polskim tytule Prawo zemsty. Przepraszam, ale muszę opowiedzieć choć troszeczkę. Sprawa polega na tym, że jest człowiek, który ma żonę i córeczkę i któregoś dnia przychodzą do jego domu bandyci i mordują obie. Bandyci zostają ujęci, ale ze względu na, z jednej strony, błędy proceduralne, a z drugiej zagmatwane kwestie prawne, główny bandyta zostaje skazany na jakieś pięć lat, a zdecydowanie mniej winny – na karę śmierci. Nie chcę i nie mogę tu wchodzić w szczegóły, ale to co w tym filmie wyprawia system sprawiedliwości, woła o pomstę do nieba. Przez kolejne dziesięć więc lat, człowiek, któremu źli ludzie zamordowali rodzinę, a System odmówił sprawiedliwości, najpierw przygotowuje się, a wreszcie budzi się do… otóż nie zemsty. Najciekawsze w tym filmie jest to, że w ogóle nie chodzi o zemstę. On nie chcę się mścić. On chce spalić System, a z nim cały świat. I wtedy zaczyna się coś, co on sam określa bardzo znamiennym i niezwykle w tym kontekście interesującym słowem ‘biblical’!
Film, który mnie zainspirował do dzisiejszego tekstu jest o tyle ciekawy, że w całym cyklu filmów o zemście, on wyznacza całkiem nowy etap. Otóż zemsta jest niczym. Tu już nie ma się na kim mścić. Tu wyłącznie chodzi o to, żeby stopniowo, metodycznie, bezlitośnie, a co najważniejsze, w pełnym poczuciu egzekwowania sprawiedliwości, rozbić System.
Ktoś bardzo podejrzliwy powie mi, że przenoszę swoje obsesje na coś, co jest zdecydowanie obok mnie. Nieprawda. W filmie, o którym piszę, słowo ‘System’ pada – albo bezpośrednio, albo w sposób zdecydowanie sugerujący – niezliczona ilość razy. To jest zupełnie niewiarygodne! Dzisiejszy Hollywood wyprodukował zwykły, sensacyjny, w sumie bardzo klasyczny film popularny, który opowiada o tym, że świat doszedł do tego miejsca, gdzie jeśli znajdzie się ktoś, kto go w swojej szczerej i jak najbardziej usprawiedliwionej furii zechce spalić, zasłuży na miano bohatera. Mamy faceta, którego, w sumie, nie spotkało nic takiego baaaaardzo wyjątkowego. Bandyci zamordowali mu rodzinę, a wymiar sprawiedliwości się nie popisał. Mieliśmy to tyle razy! Jednak tu nie mamy do czynienia ze zwykłym death wish. Nasz bohater nie zabija tylko złych ludzi. On zabija wszystkich tych, którzy dla niego reprezentują właśnie System. Nawet tych z pozoru zupełnie niewinnych. Zwykłych urzędników. A co najciekawsze, scenariusz tego filmu jest tak skonstruowany, że to jemu, a nie sędziom, policjantom, prokuratorom, urzędnikom widz kibicuje. Najbardziej okrutnemu mordercy, który stanął w obliczu Systemu.
I ja się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w czasach, gdy już zdawałoby się nie ma miejsca dla rozważań na temat zbrodni i kary, sprawiedliwości i jej braku, prawdy i kłamstwa, popularna kultura ni stąd ni z owąd podejmuje taki temat? I to jeszcze z tak okropnie politycznie podejrzanym zacięciem. Bo – powtarzam – w tym akurat filmie nie chodzi o to, że stało się zło, ktoś kto miał się nie pomylić, pomylił się, więc trzeba było błąd naprawić ręcznie. Tu nie chodzi o błąd. Tu sprawa dotyczy Systemu, którego już się naprawić nie da. Więc, co im strzeliło do głowy? Czy jest może tak, że oni – bo to przecież, nie oszukujmy się, są ONI – uznali, że to co się wokół nas dzieje zmierza w bardzo złym kierunku i trzeba chyba trochę odpuścić i zmienić kurs, czy może oni dalej uważają, że całe to gadanie o prawie i sprawiedliwości jest głupie, niepotrzebne, a przede wszystkim bardzo staroświeckie, ale ludzie zaczynają się denerwować, więc trzeba im od czasu do czasu rzucić, niczym ochłap, jakieś złudzenie, żeby się choć na moment zamknęli?
Uważam, że bez względu na to, która z tych opcji jest prawdziwa, przekaz, który uzyskujemy jest bardzo pozytywny. Bowiem, tak czy inaczej, wygląda na to, ze to co stanowi naturalny kształt świata i naturę człowieka, jest nie do pokonania. Choćby całe zespoły mędrców i proroków nowych czasów użyły wszystkich swoich talentów i umiejętności, choćby nawet zaprojektowali najbardziej kłamliwą manipulację i tę manipulację zastosowali wobec całych społeczeństw, jest coś co sprawia, że tego co prawdziwe, pierwotne i niewzruszone, nigdy się już nie zmieni. Bez względu na to, czy uznali swoją porażkę, czy może tylko próbują przegrupować siły, Amerykanie robią wrażenie – nie po raz pierwszy zresztą ostatnio – jakby zobaczyli, że z żywymi ludźmi nie ma żartów. Właśnie Amerykanie. Bardzo to moim zdaniem jest ciekawe i znamienne.
Opowiedziano mi wreszcie – w sposób z całą pewnością bardzo subiektywny i strywializowany – o czym jest, wspomniany nie tylko wyżej, najnowszy polski film Rewers. Chodzi o to, że młoda Buzkówna je jakąś cenną monetę, następnie robi z niej kupę, później ją myje, zjada i znów ją wydala… i tak bez końca, do końca życia. Taki to jest film. Moneta i kupa. Jak mówię, biorę pod uwagę, że ten film jest o wiele głębszy, niemniej w jedno nie uwierzę – że on jest tak głęboki, że gdzieś obok tej kupy stawia przed nami problem Systemu, braku sprawiedliwości i próby tej sprawiedliwości wyegzekwowania. A już na pewno, nie na poziomie powrotu do wymiaru prawdziwie biblijnego. A więc najbardziej prawdziwego.
Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Obserwując bardzo uważnie wszelkie znaki i wszelkie gesty, słuchając wszelkich słów, które dochodzą do nas od strony tak zwanego establishmentu, mam nieustające wrażenie, że tam już jest tylko kupa. Kupa i jedzonko. A wszystko na poziomie czystego grepsu. Weźmy choćby jednego z wybitnych przedstawicieli owej society, Daniela Olbrychskiego. Wystąpił ów mędrzec parę dni temu u Moniki Olejnik i po raz kolejny wygłosił obronę Romana Polańskiego. Nie wiem, czy może nie przeoczyłem czegoś wcześniej, niemniej mam wrażenie, że tym razem Olbrychski posunął się dalej niż dotąd, pod każdym względem. Mianowicie najpierw powiedział, że on uważa, że skoro Polański już został za swój czyn sprzed trzydziestu lat skazany, należałoby mu dać już spokój, a następnie – kiedy red. Olejnik parokrotnie zapewniła go, że Polański nie został wcale skazany, oświadczył – troszkę zdziwiony, bo nie wiedział! – że on i tak Polańskiego będzie bronił bez względu na wszystko, bo to jest jego przyjaciel! Co dodatkowo jeszcze może się wydawać bez znaczenia, ale dla mnie jakoś uzupełnia całość, Daniel Olbrychski, rozmawiając z Olejnik, siedział przez cały czas odwrócony do niej tyłem, patrzył w niebo jak na scenie i wypowiadane przez siebie zdania najzwyczajniej w świecie recytował. Słowo daję! Siedział więc tyłem i pokazywał najbardziej wyraźnie jak tylko to możliwe, że on ani nic nie wie, ani nic nie rozumie, ani nic nie czuje, i że prawdopodobnie nie jest już nawet człowiekiem, a jedynie nakręcanym pajacem, pozbawionym nawet już duszy.
Moneta i kupa. Oto zakręt, na którym znaleźli się oni, a z nimi, niestety, my wszyscy, w naszej drodze do nowej cywilizacji. Nie wiem, czy akurat Amerykanie ten etap w ogóle przeszli, czy może jakoś tylko im przemknął. Wiem jednak, że są już dziś od niego bardzo, bardzo daleko i zdecydowanie wychodzą na prostą. Europa – a za nią oczywiście my, pod przewodnictwem naszych elit – jak najbardziej wciąż się kręci wokół tych dwóch filarów. Pieniążka i kupy. Już było dziś o filarach. Kompletnie innych – o gościnności mianowicie i zemście. Ja wiem, że tu też jest nie do końca bezpiecznie, ale skoro już mam wybierać, to jednak bym się chyba zdecydował na ten Pakistan. Przynajmniej do czasu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...