niedziela, 18 października 2009

Śpijcie spokojnie. To się nie dzieje.

Wciąż jeszcze nie wróciłem do domu ze spotkania, więc właściwe refleksje - skierowane do czytelników tego bloga - pojawią się dopiero jutro. Dziś bardzo krótko, na tyle na ile pozwala mi edytor w komórce. Zaledwie parę słów z pociagu Warszawa-Katowice, adresowanych do tych, których głos pojawił się w Salonie, a którzy są zaniepokojeni faktem, że Jarosław Kaczyński jednak stawił się na rocznicy, a jednocześnie roztrzęsieni oczywistą manipulacją organizatorów.
Kochani! Bez paniki. To nie ja się tam wypowiadałem, ale agent Tomek przebrany za mnie i z doczepionym brzuchem. Głos leciał z taśmy wcześniej nagranej przez CBA. Podobnie ma się sprawa z zaproszonymi gośćmi. Wprawdzie Gowin był prawdziwy, ale już Kaczyński - zgodnie zresztą z wcześniejszymi przewidywaniami kolegi Infidela - wystąpił w postaci swojej woskowej figury z wbudowanym komputerem.
Na sam już koniec, dobra informacja dla wszystkich drżących o los kraju. Jarosław Kaczyński tak naprawdę nie istnieje. To fantom stworzony przez CBA i Watykan w jednym celu. Żeby utrzymywać najświatlejszą część społeczeństwa w stanie permanentnej paranoi.

czwartek, 15 października 2009

Stacja Pruszków

Właśnie się dowiedziałem, że Janusz Palikot został przez posłów Platformy Obywatelskiej (chyba taka jest procedura?) wybrany wiceszefem ich parlamentarnego klubu. Jest to już dla mnie druga dobra wiadomość w ciągu ostatnich dni. Pierwsza to ta, że przewodniczącym klubu zostaje Grzegorz Schetyna, czyli człowiek, który – nawet jeśli mu nie zostaną postawione zarzuty korupcyjne – choćby został szefem Fundacji Diamentowego Serca, czy jak się nazywa to coś, co pozwala zarabiać na swoje osobiste potrzeby Bożenie Walter, i tak już się nie wygrzebie spod tych ‘kurew’, o których sobie opowiadał przez telefon ze swoim kumplem-gangsterem. Dziś dowiadujemy się, że oni będę działać w parze. Grzesiek i Janusz.
Dlaczego ta informacja jest dla mnie tak sympatyczna? Otóż wczoraj oglądałem w telewizji rozmowę, jaką z Palikotem przeprowadził red. Rymanowski i jedna rzecz w wypowiedzi Palikota autentycznie mnie zainteresowała. Obok zwyczajowych zaklęć na temat tego, że Mariusz Kamiński powinien trafić do więzienia, a prezydent Kaczyński jest już skończony, i całego tego ruskiego lansu, którym Palikot epatuje na codzień, w tym co on mówił – a należy pamiętać, że on od jakiegoś czasu jest faktycznym szefem najbardziej rozwojowego skrzydła Platformy Obywatelskiej, więc skoro mówi, to wie – znalazła się bardzo ciekawa informacja na temat szczególnego stanu, w jakim obecnie znajduje się Platforma. Otóż ze słów Palikota wynikało jednoznacznie, że tam wszystko wisi na jednym włosku, i jeśli Palikot i jego grupa nie dostaną czego chcą, to PiS wraca do władzy. On tę zapowiedź przekazał właściwie w formie czystej. Z tego co on mówił, wynikało jednoznacznie, że oni, a więc grupa Schetyny i grupa ‘lubelska’, w sposób modelowy się nienawidzą. A ponieważ, jak wszystko na to wskazuje, Tusk ze swoimi chłopakami z Pomorza są tam już wyłącznie figurantami, i jedyne co mogą robić, to odgrywać, na użytek trefauenowskiej gawiedzi, napisane im przez medialnych doradców role, prawdziwe decyzje podejmowane są na linii Wrocław – Lublin. W tej sytuacji, przyszłość Platformy jest właściwie już tylko w rękach Palikota, a Sopot pozostaje już tylko punktem na mapie pogody, i to też – tak się składa – wyłącznie w telewizji państwa Walterów.
Dziś się dowiaduję, że Janusz Palikot został i wiceszefem Klubu i, ponownie, przewodniczącym tego cyrku o – zdecydowanie odpowiedniej do sytuacji nazwie – Przyjazne Państwo. Co z tego wynika? Moim zdaniem, informacja jaką otrzymaliśmy jest jednoznaczna. Dalsze losy Platformy wciąż wiszą na wspomnanym już włosku, Tusk nie ma do gadania absolutnie nic, i jedyne co w tym całym przedsięwzięciu jest wciąż niejasne, to jedna tylko kwestia: po ciężką cholerę to coś jeszcze istnieje?
Prawie. Jest bowiem jeszcze coś, co akurat gryzie mnie od pewnego już czasu, a o czym już miałem okazję wspomnieć tu na blogu. Otóż chodzi mi o szczury. O szczury, które nie uciekają z tonącego statku. Zarówno ja sam w którymś miejscu, jak i czytelnicy tego bloga w swoich komentarzach, sugerowaliśmy, że to z czym mamy tu do czynienia, to zwykłe opętanie. Opętanie nawet nie koniecznie na poziomie znanym nam z literatury, ale zwykłe opętanie, które spotykamy w przypadku ludzi, którzy nagle widzą, że już nie tylko chcą, ale też muszą. I oczywiście to może być odpowiedź. Opętanie.
To musi być opętanie, bo – z punktu widzenia normalnego człowieka – nie jest zrozumiałe wystawianie łba na deszcz, łażenie po błocie, upijanie się, jak to mówi młodzież, ‘do porzygania’, czy łażenie nocą po okolicach, gdzie grasują bandyci. Pamiętam dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości. Akurat przez ten cały czas i przez miesiące po utracie władzy, partia zachowała siłę jako całość, niemniej byliśmy wszyscy świadkami kilku bardzo spektakularnych dezercji. Czy to Jurek, czy to Mężydło, czy to jakaś mniejsza lub większa drobnica, ludzie z PiS-u od, najczęściej motywowani konfliktem moralnym, od czasu do czasu z partii odchodzili. Ja tych gestów nie rozumiałem i się z nimi nie zgadzałem, jednak starałem się przyjąć, że z punktu widzenia ich autorów, coś na rzeczy być musiało. I dziś nawet jestem skłonny przyznać – okay, zgoda, PiS-owi brakowało tego czegoś, czego uczciwi ludzie potrzebują, by czuć się tam zawsze pewnie i dobrze.
Weźmy dwie osoby, w pewnym sensie symboliczne. Marka Jurka i Antoniego Mężydłę. Obaj uczciwi, zasłużeni, czyści i historycznie jak najbardziej autoryzowani. Marek Jurek odszedł w niebyt, pozostając nawet bardzo z tyłu za swoimi kolegami, Zawiszą i Piłką, którzy najpewniej dorabiają odpowiednio na boku. Mężydło wiernie służy swojemu nowemu panu. Któremu? Nie umiem powiedzieć. Może Tuskowi, ale może i Schetynie, a może i Palikotowi. Marek Jurek dla idei postanowił zesłać się na margines polityki. Uznał, że sumienie każe mu wykonać ten gest i go wykonał. Mężydło – niewykluczone, że troszeczkę skuszony tymi obietnicami formułowanymi jeszcze przez niegdysiejszego Jana Rokitę – o bramie wysypanej specjalnie dla niego, bohatera polskiej wolności, kwiatami, postanowił zostać ważnym i wpływowym politykiem Platformy. Był nim może przez parę dni. Po tym czasie stał się jednym z wielu szarych posłów. Nie ma go ani w telewizji, ani na sali sejmowej, ani nawet w medialnych wzmiankach. Niedawno pojawił się na chwilę w wieczornym programie TVN24 tylko po to, żeby wygłosić absolutnie porażającą deklaracje wiary w wielkość swojej partii.
Ja na to mówię ‘opętanie’. Jednak mam mocne poczucie, że to nie może być cała odpowiedź. Jak to się stało, że przez dwa lata rządów Platformy Obywatelskiej, które wyłącznie już tylko dla tych najbardziej zaczadzonych medialną propagandą obserwatorów, stanowić mogą atrakcyjną propozycje polityczną, czy choćby tylko ludzką, ta konstrukcja nie wykazała jakichkolwiek pęknięć? Ktoś powie, że PiSdla porządnych ludzi nie jest żadną alternatywą. Niech będzie. Nie zgadzam się, ale niech będzie. Ja jednak nie mówię o alternatywie. Mnie chodzi o zwykły, ludzki gest protestu. Żeby w tym całym towarzystwie znalazł się choć jeden człowiek – a mówią mi, że tam porządnych ludzi kilku jednak jest – który powie, że te pojedynki na linii Wrocław-Lublin-Gdańsk, z przystankami w pewnych bardzo szczególnych polskich miasteczkach, go zniesmaczyły i że jest zawiedziony. Ani Mężydło, ani Gowin, ani nikt! Prawdziwą ironią jest fakt, że, o ile mi wiadomo, jedyną taka osobą – troszeczkę – w Platformie był sam Palikot, który wczoraj ogłosił w TVN-ie, że, w pierwszym odruchu po otrzymaniu informacji o korupcji, chciał odejść z polityki, ale jednak się powstrzymał. Cała reszta, włącznie z tymi, którzy uchodzą tam za ostatnich sprawiedliwych, nie dość że nie protestują, to dają się wystawiać do pierwszej linii, jako najbardziej żarliwi obrońcy swojej partii.
Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Jest to dla mnie zagadka, z którą sobie zwyczajnie nie radzę. Jeśli odrzucić tezę o opętaniu – co zrobiłbym z największą radością - pozostaje mi już tylko jedna opcja. Otóż może być też tak, że pozycja Tuska, choć już wyłącznie teoretycznie istotna, wciąż jest pewnym faktem. Może być tak, że dla tych, którzy pełnią tam funkcję osłonową na rzecz elektoratu bardziej tradycyjnego, racją bytu jest obrona Donalda Tuska, którego oni uważają – z jakiegoś kompletnie chorego powodu – za kogoś, kogo warto wspierać. Może tak. Ale nawet, jeśli faktycznie tak jest, to tym bardziej świadczy to o tym, że to już naprawdę koniec. A na horyzoncie pojawia się już wyraźny napis: Pruszków.

środa, 14 października 2009

Kolagen



Moja starsza córka, jak może niektórzy wiedzą, studiuje biotechnologię, a jest to nauka, z mojego punktu widzenia, tak kosmicznie obca i abstrakcyjna, że nie mam sposobu, żeby choć w przybliżeniu nawiązać z nią kontakt na poziomie ściśle zawodowym. Na szczęście, jak wszystkie moje dzieci, jest ona bardzo mądra i wyrozumiała, więc ile razy porusza wobec mnie tematy związane z chemią białek, lub z genetyką molekularną bakterii, stara się przemawiać do mnie jak do dziecka, żebyś, tatusiu, wszystko zrozumiał. W ten sposób, rozmowy z moją córką są dla mnie zawsze bardzo pożywne i wzbogacające. Przychodzi ona do mnie i pyta, na przykład: „Czy ty wiesz, dlaczego oczy…?”, albo „Czy zauważyłeś, że kiedy człowiek…?” i tak dalej w tym kierunku. A ja wiem, że wszystko co ona mi powie, będzie bardzo ciekawe.
Dziś, moja córka opowiedziała mi o kolagenie. Mam nadzieję, że większość z nas mniej więcej wie, co to jest ten kolagen i do czego on ma służyć, ale na wszelki wypadek, bardzo ogólna informacja. Kolagen jest to białko, które znajduje się w ludzkiej skórze i sprawia, że ta skóra nie jest pomarszczona, lecz gładka. Niestety, jest też tak, że, najczęściej z wiekiem, tego kolagenu ubywa i starsi ludzie dostają na przykład zmarszczek. Takie życie.
W tej sytuacji, przemysł kosmetyczny wymyślił, że będzie produkował kremy z dodatkiem kolagenu i sprzedawał je kobietom za ciężkie pieniądze, żeby one sobie owe kremy wcierały i przez to ich skóra stawała się piękna, czyli gładka. Otóż moja córka powiedziała mi, że problem z kolagenem jest taki, że on złożony jest z trzech łańcuchów, a więc przez to jest zbyt duży, żeby przeniknąć w głąb skóry. W tej sytuacji, zdając sobie sprawę z utrudnień, przemysł farmaceutyczny wymyślił, że należy te łańcuchy jakoś pociąć i rozdrobnić, i tym sposobem umożliwić penetrację. Ogłosił też przy tym, że kiedy już ten pocięty kolagen zostanie wchłonięty przez pomarszczoną skórę, już tam w środku ulegnie reaktywacji i zacznie skutecznie działać.
Córka moja twierdzi, a ja nie mam powodu, żeby jej nie wierzyć, że do tej reaktywacji nie ma prawa dojść. Zniszczony kolagen w tych warunkach nie jest w stanie się odbudować, a więc to całe nacieranie, smarowanie i wklepywanie tej mazi jest absolutnie nieskuteczne. Z kolagenem, czy bez, krem który sobie pomarszczone panie kupują, daje tylko taki efekt, że te ich zmarszczki nawilża i przez to sprawia, że kiedy sobie po nich przejadą równie pomarszczoną dłonią, to poczują ten aksamit, który – już zaglądając do innej beczki – mogą skutecznie skosztować, pijąc któryś z jogurtów, czy smarując chleb masłem. Ot i cała filozofia.
Któryś z bardziej intelektualnie posuniętych i cynicznych czytelników tego bloga powie mi, że się zajmuję głupstwami, bo każde dziecko wie, że reklamy kłamią. Oczywiście, samo już takie podejście bardzo mi się nie podoba, bo uważam, że nie ma nic bardziej wstrętnego, niż popisywanie się swoją przenikliwością w stosunku do człowieka, który chce sobie zwyczajnie ponarzekać. Ale w tym akurat wypadku, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ja bowiem doskonale wiem, że reklamy kłamią i że to jest fakt aż nudny w swej oczywistości. Wiem jeszcze coś więcej. Że to nieludzkie namawianie ludzi zagrożonych rakiem, lub zawałem serca, do tego, by sobie poszli do apteki i kupili pastylki, lub ewentualnie do spożywczego i nabyli któryś ze wspomniany tu już aksamitnych jogurtów, cuchnie ewidentnym kryminałem. I to, że ten świat, który wielu z nas tak bardzo imponuje, postanowił ten proceder autoryzować, jest strasznym grzechem. I że, prędzej czy później, natura ludziom odpowiedzialnym za to kłamstwo, jeszcze zdąży zademonstrować, jak można się naprawdę bać.
Ale dziś chodzi mi po głowie tylko ten kolagen. Kiedy widzę te gładkie fryzury i te pięknie skrojone garnitury. Gdy słucham tych słów, tak pięknie sklejonych zwykłym kłamstwem. Kiedy przyglądam się tym twarzom wykrzywionym w tryumfalnym poczuciu przynależności. Kiedy oglądam te rzędy równych, białych zębów, sączących wiadomość o tym, że oto udało się zrobić następny krok. Gdy widzę tych zdrajców, puchnących z dumy, że wyczuli odpowiedni moment, żeby być tam, gdzie podejmowane są decyzje, myślę sobie, że zbliża się coś niezwykle spektakularnego. Parę razy ostatnio zastanawiałem się, jak to się dzieje, że niektórzy z nas podejmują wybory absolutnie wbrew nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale – o zgrozo – naturze. Że akceptują zło i w jednej chwili w nim toną tak głęboko, że nie mają już stamtąd możliwości wyjścia. Jak to jest?
Dziś już wiem. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który każe niektórym wierzyć, że można zatrzymać czas. Że, jeśli tylko się człowiek postara, to – zapewniając sobie tę odrobinę codziennej satysfakcji – przy okazji i powstrzyma naturę. To jest ten kolagen. I proszę mi wierzyć. Jeśli dziś myślę o przemyśle, to z całą pewnością nie o przemyśle farmaceutycznym.

poniedziałek, 12 października 2009

Kto się boi Jarosława Kaczyńskiego?

Dzisiejszy wpis chciałbym zacząć od prośby do Administracji Salonu24. Gdyby przyszło Państwu do głowy umieszczać dziś mój tekst na głównej stronie, to proszę sobie ten gest darować. Przyczyna tego mojego apelu jest prosta. Teksty które piszę w Salonie już od tylu miesięcy są lepsze lub gorsze, głupsze lub mądrzejsze, jednak wszystkie je łączy jedna cecha. One wszystkie są śmiertelnie poważne, pisane z serca i – co może w tym wypadku najważniejsze – szalenie uczciwie. A jeśli uczciwie, to z całą pewnością, na ich początku stoi zawsze duży wysiłek emocjonalny, intelektualny i warsztatowy. Dziś natomiast, nie mogłem nie zauważyć, że ktoś z obsługi Salonu uznał, że dzień zapowiadanego odwołania Mariusza Kamińskiego wymaga szczególnego zaangażowania na całym postępowym froncie i swoje uczestnictwo w akcji postanowił zademonstrować, zapełniając całą praktycznie górną część SG najbardziej radykalnymi głosami przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu i CBA.
Jestem osobą, wbrew może pozorom, szalenie wyrozumiałą, więc w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że skoro to miejsce jest na ogół, w sposób oczywisty, zdominowane, i ilościowo i jakościowo, przez przedstawicieli tzw. prawicy, nic nie zaszkodzi, jeśli od czasu do czasu i druga strona, poczuje, że o nich też się tu dba. Nawet jeśli każdy z nich w zasadzie ani nie potrafi pisać, ani myśleć, ani nawet poruszać się w miarę zgrabnie tam gdzie toczy się poważna debata. Czarę goryczy przelał jednak tekst napisany przez użytkownika o nicku mr off, tak fatalny zarówno pod względem argumentacyjnym jak i czysto technicznym, a trzymany przez Administrację na jedynce – jak się zdaje, wyłącznie dla uczczenia, dzisiejszego święta – przez dobrych kilka godzin. Obawiając się więc, że nagle zechcą Państwo wsadzić to co dziś napiszę pod tym offem – lub jakimś innym rozemocjonowanym, niedzielnym antykaczystą – proszę na dziś jednak o mnie zapomnieć. Ja bym tego upokorzenia mógł nie unieść.
Zabrałem się do dzisiejszego wpisu, powodowany dwoma zdarzeniami. Pierwsze to takie, że, odrabiając w trakcie weekendu zaległości prasowe, trafiłem na wypowiedz byłego wizerunkowego doradcę Platformy Obywatelskiej, Wojciecha Jabłońskiego, który w Rzeczpospolitej tłumaczy, że obecny kryzys nawet jeśli zaszkodzi Platformie, to z pewnością nie pomoże PiS-owi http://www.rp.pl/artykul/375062_Tusk_przegra__PiS_nie_wygra.html. A będzie tak z tej prostej przyczyny, że PiS, podobnie ja cała klasa polityczna, już się wcześniej skompromitowała, a poza tym, korupcja to z punktu widzenia obywateli to temat passe. Głupie? No, głupie. Ale nie to jest w tekście Jabłońskiego najmocniejsze. On w pewnym momencie, sugerując, że to Cimoszewicz może być beneficjentem obecnego zamieszania, pisze tak: „Jeśli Cimoszewicz stwierdzi, że sondaże są dla niego korzystne, to zapewne zdecyduje się kandydować. A po aferze hazardowej dla wyborców kandydat lewicy będzie miał nad Tuskiem jedną istotną przewagę: nie ciągnie za sobą worka przyjaciół z Grzegorzem Schetyną na czele”.
Ciekawe w tej wypowiedzi jest to, że o ile Jabłoński mówi o przewadze Cimoszewicza nad Tuskiem, i ją starannie uzasadnia, to jakoś nie wspomina o przewadze komunisty nad Kaczyńskim. Czy dlatego, że akurat w tym wypadku trudno by mu było tę przewagę wyjaśnić? No bo, jeśli spojrzymy – nawet oczyma Jabłońskiego – na scenę polityczną i jej ogląd przez wyborców, to widzimy, że PiSjest skompromitowany przez afery, którymi społeczeństwo się oczywiście w ogóle nie interesuje, Platformarównież, natomiast, jak idzie o Cimoszewicza, to on jest czysty jak łza, a do tego ma jeszcze tę przewagę nad Tuskiem, że „nie ciągnie za sobą worka przyjaciół”. Ja jednak chciałbym wiedzieć dwie rzeczy. Jakie to kompromitacje PiS-u Jabłoński ma na myśli i czy uważa, że PiS również ciągnie za sobą worek przyjaciół? No i jeszcze dwa, może podstawowe, pytania. Czy on uważa, że to iż Cimoszewicz mieszka w puszczy, oznacza, że nie ma przyjaciół? I czy, jego zdaniem, społeczeństwo, nie interesując się korupcją, interesuje się tym, kto ma jak pełny worek kumpli na plecach?
Oczywiście niczego nie rozjaśnił, bo rozjaśnić nie mógł, ale za to pięknie uzupełnił ten fragment wypowiedzi Jabłońskiego, wczorajszy program Rymanowskiego Kawa na ławę. Otóż wystąpiło tam pięciu polityków, Jacek Kurski, Ryszard Kalisz, Sławomir Nitras, Eugeniusz Kłopotek i Paweł Piskorski. Oczywiście wszyscy sobie dokuczali, i się, jak należy, nienawidzili, ale przy okazji nie pozostawili najmniejszych wątpliwości co do tego, że są idealnie skumplowani. A więc i był Jacek i Gienek i Rysiek i Paweł, i – jakże by inaczej – Sławek. Wszyscy – dosłownie wszyscy – kiedy tylko udało im się zapomnieć o konwencji programu, walili do siebie przez ty. Oni zachowywali się wszyscy, jak – nie przymierzając – pan prokurator z panem adwokatem i panią sędzią, kiedy wychodzą z sali rozpraw i idą wspólnie na ciasteczko.
Do czego zmierzam? Otóż, o ile się orientuję, wśród polskich polityków, jest jeden, do którego mówi się per ‘ty’ wyłącznie na bardzo szczególnych zasadach. Mówi się do niego w ten sposób, jeśli się jest dla niego osobą szczególnie bliską, z tym zastrzeżeniem, że aby stać się taką osobą nie wystarczy być jego kolegą z pracy. Mam tu na myśli Jarosława Kaczyńskiego. Ja sobie nie wyobrażam, żeby w studio TVN24,w niedzielne przedpołudnie zasiadł Jarosław Kaczyński (żeby w ogóle tam zasiadł) i żeby jakiś Kalisz zaczął do niego walić per ‘Jarek’, nie wywołując przy tym efektu uniesionych brwi. Kaczyński bowiem jest, o ile dobrze oceniam sytuację, jedynym polskim politykiem, który po prostu nie rozumie, w jaki sposób to, że on działa w polityce ma wpływać na jego życie osobiste w większym stopniu niż jest to konieczne. Kaczyński jest człowiekiem, który ma jeden jedyny cel – działać dla Polski i mieć satysfakcję z tego, że działa dla niej uczciwie i skutecznie. Ja sobie nie wyobrażam, żeby Kaczyński miał odebrać telefon od jakiegoś biznesmena, gdzie ten mówi do niego w stylu; „Jareczku, jest, kurwa, taka sprawa, że ostatnio widziałem się z Jackiem i on mi, kurwa, mówi, że są jakieś kłopoty”. Bez problemu umiem sobie wyobrazić w tej sytuacja na przykład Donalda Tuska, czy Aleksandra Kwaśniewskiego, czy Andrzeja Olechowskiego, ale nie Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego taka sytuacja jest nie do pomyślenia? Dlatego, że Jarosław Kaczyński, to nie jest ten kierunek. I to akurat wiedzą wszyscy. Nie jest też prawdopodobne, by zadzwonił do Kaczyńskiego jakiś jego zaprzyjaźniony współpracownik – powiedzmy Przemysław Gosiewski – i uderzył w ten sam ton. Bo, wszystko na to wskazuje, że Jarosław Kaczyński za taki numer nie miałby żadnego problemu z tym, żeby Gosiewskiego ze swojego otoczenia wyrzucić. A że go na różne, niestandardowe gesty stać, pokazał jasno na przykładzie Ludwika Dorna.
Chodzi o to, że Jarosław Kaczyński właśnie taki jest i zdają sobie z tego doskonale wszyscy. Wszyscy, którzy mają głowy, a w tych głowach oczy i uszy, wiedzą, że on jest prawdopodobnie jedynym polskim politykiem, którego nie da się ani skorumpować, ani oszukać, ani – co najważniejsze – wystawić do wiatru. Bo Kaczyński jest silny, inteligentny, uczciwy i skupiony w sposób naturalny wyłącznie na sprawach ważnych. A, z jego punktu widzenia, wśród tych spraw nie ma ani domu na Florydzie, ani nawet szwajcarskiego zegarka za 100 tys. czegokolwiek. Co najwyżej, mama, brat, kot i Polska. I, jakkolwiek będziemy się z tego chcieli śmiać, fakty są nieubłagane. Jarosław Kaczyński, dla III RP i jej przedstawicieli nie jest żadnym partnerem. On jest kimś, z ich perspektywy, z innego świata. Więc, jeśli ktoś chce z nim współpracować, ma przyjąć jego zasady i nie liczyć na cuda. A jeśli ktoś chce z nim walczyć, to może oczywiście walczyć, ale pamiętając przy tym, że tu na cuda liczyć jest jeszcze bardziej głupio.
Ale oczywiście walczą. Walczą na śmierć i życie. Bo wiedzą, że Jarosław Kaczyński jest jedyną przeszkodą na drodze do pełni szczęścia. Że jest przeszkodą poważną i niezgłębioną. A przy tym przeszkodą, której żaden z nich nijak nie może dotknąć. Zatrudnili cały przemysł medialny, całą kulturę popularną, wszystkie możliwe służby. I nic. Nie potrafią go dotknąć. Ani Rysiek, ani Grzesiek, ani Sławek, ani Andrzej. Bo co do niego podejdą, to widzą poważną twarz człowieka, który nie musi nic, ale chce bardzo wiele. I doskonale wie, jak to zrobić. I stąd ta furia.
Skończyłem pisać ten tekst, zajrzałem na główną stronę Salonu i widzę, że coś drgnęło. Dopóki jednak jest tam i ten off i Azraeli Infidel, a atmosfera wciąż napięta, to ryzyko jest wciąż za duże. Możemy na dziś sobie darować.

niedziela, 11 października 2009

O wywiadowcach, lodziarzach i idiotach

Myślałem na początku, że Administracja Salonu, jak idzie o apel efektownie zatytułowany HazardWatch, nie powinna na mnie liczyć właściwie z jednego powodu. Ja tu jestem wyłącznie do wyrywania sobie kawałków serca, a nie do intelektualnych analiz. A więc również, jeśli idzie o tzw. dziennikarstwo śledcze, to z całą pewnością mogę być łatwo, i znacznie skuteczniej, zastąpiony przez dziesiątki innych komentatorów. I – jak widać – zupełnie dobrze sobie w moim skromnym postanowieniu radziłem. Do dziś.
Sprawa wygląda tak, że właśnie obejrzałem sobie w telewizji Pawła Grasia, który – jeszcze wczoraj chyba – wypowiedział się na temat już nowego przekrętu, związanego tym razem z handlem stoczniami, a dokładniej, na temat uczestników owego geszeftu. Powiedział on mianowicie, że oni wszyscy powinni zostać surowo ukarani nawet nie za to, co zrobili, ale za to że byli takimi „idiotami”. Na czym polegał ich idiotyzm? Na tym otóż, że według tego co twierdzi Graś było tak, że łaskawie nam panująca władza, wiedząc, że z prywatyzacji stoczni jest do wyciągnięcia bardzo znaczna gotówka i z całą pewnością mogą się przy tej operacji pojawić różni ‘lodziarze’, całą operację objęła tak zwaną ochroną kontrwywiadowczą. W tej sytuacji, Graś uważa, że ci wszyscy urzędnicy premiera Tuska, orientując się przecież w sytuacji, musieli być „kompletnymi idiotami”, skoro uznali, że można spokojnie działać, jak gdyby nigdy nic.
A więc, skoro jest jak jest, ja, przyłączając się do akcji, może już nie HazardWatch, lecz – bardziej ogólnie, choć wciąż z angielska – IcecreamWatch, muszę zabrać głos. Przede wszystkim, chciałem wziąć w obronę wszystkich tych urzędników, których minister Graś tak brzydko nazwał. Oni w żaden sposób nie są idiotami. Taka możliwość zwyczajnie nie wchodzi w grę. Nie ma na świecie złodzieja, który idzie rabować posterunek policji wypełniony uzbrojonymi policjantami, o ile nie jest pewien, że wszyscy ci policjanci to jego kumple, w dodatku z nim umówieni. Nie ma na świecie takich złodziei i nie ma na świecie takich idiotów. Paweł Graś, po prostu plecie bzdury. I, przy okazji, obraża Bogu ducha winnych ludzi. W moim odczuciu, osoby próbujące zarobić na sprzedaży stoczni albo nie wiedziały, że jest jakaś osłona – kontrwywiadowcza, czy jakakolwiek inna – co jest mało prawdopodobne, albo wiedzieli, tyle że doskonale tez przy tym zdawali sobie sprawę z tego, że to nic nie szkodzi.
Oni musieli wiedzieć, że jeśli Premier mówi, że „uwaga, obstawiam całą operację moimi agentami”, to on albo wie co mówi, albo nie wie co mówi, a w jego wypadku to jest dokładnie wszystko jedno. W wypadku premiera Tuska, ta informacja była równie pusta merytorycznie, jak każde inne słowo, jakie on wypowiedział przez minione lata. Oni musieli wiedzieć, że jeśli ABW, CBŚ, schetynowi policjanci, czy kto tam jeszcze spośród tych piłkarzy bawi się w agentów, biorą się do roboty, to w sytuacji poważnych ruchów na szczytach poważnego biznesu, to wszystko jest czystą kpiną. A więc robiąc, to co sobie zamierzyli, postępowali jak najbardziej racjonalnie. I jeśli zrobili cokolwiek głupiego, to najwyżej to, że uznali iż ta osłona, o której wspomniał ich premier, powinna ich osłonić głównie przed Mariuszem Kamińskim i jego Biurem. Tyle że to nie jest w żaden sposób idiotyzm, lecz ufność oddanie swemu panu. A to przecież nie jest niemądre z automatu. Prawda, panie Grasiu?
W moim odczuciu, jeśli ktoś się zachował jak idiota, to wyłącznie sam pan minister, ujawniając fakt, że owa operacja była zabezpieczana przez podległe Premierowi służby. Oczywiście, dzięki temu, my wiemy znacznie więcej niż wiedzieliśmy wcześniej – i to jest dla Polski dobrze. Natomiast jestem też pewien, że ta nasza wiedza dla samego Donalda Tuska i jego chłopaków jest jak psu na budę.

sobota, 10 października 2009

W bok od Żyrardowa

Zostałem dziś skierowany do pewnego artykułu w Rzeczpospolitej, który mnie poruszył, jak w ostatnich czasach mało co. I wiem, że nigdy bym pewnie go nie przeczytał, gdyby nie to własnie skierowanie. Powiem więcej. Obawiam się też , że zapewne nigdy bym nawet się nie dowiedział o sprawie, która, z jednej strony, jest pewnie równie trywialna jak wiele innych, a z drugiej, gdyby świat w którym żyjemy nie był tak przepełniony złem, a z kolei kraj w którym żyjemy nie był wobec tego zła tak bezbronny, mogłaby stanowić głośny znak i symbol. Dlaczego więc jestem, tak bardzo bez wiary? Właśnie dlatego. Bo taki jest ten nasz świat i taki tez jest też ten nasz kraj.
Stało się jednak, że z artykułem Mai Narbutt, zatytułowanym wręcz zniechęcająco z punktu widzenia potrzeb normalnego czytelnika – Dziewczyna i cyjanek – zapoznałem się i wiem, że przez kolejne dni nie będę miał spokoju http://www.rp.pl/artykul/2,375609.html. O co chodzi? Otóż gdzieś w Polsce, w bardzo okrutny sposób, zamordowana została młoda kobieta i wszelkie służby uprawnione do wyjaśniania tego typu spraw, uczyniły wszystko, by tej tragedii nie wyjaśnić. Mówiąc o służbach, mam na myśli lekarzy, prokuratorów, policję, a – biorąc pod uwagę fakt, że Rzeczpospolitapisze o tym co się stało w grudniu 2007 roku dopiero dziś – to również i media. Wszystkie odpowiedzialne za wyjaśnienie tajemnicy tej śmierci służby stanęły na głowie, by najpierw ogłosić, że to nieszczęście nastąpiło z przyczyn niewyjaśnionych, następnie, że była wynikiem samobójstwa, i żeby w końcu zademonstrować swoje zniecierpliwienie pretensjami rodziny ofiary i sprawę ostatecznie zamknąć.
Nie będę szczegółowo opisywał tego, co się zdarzyło, w jakich okolicznościach i jaką gehennę do dziś przeżywa rodzina tej młodej kobiety. Kto chce, może sobie przeczytać artykuł w Rzepie. Nie sądzę, żebym nawet potrzebował nagle wracać do stających się już powoli nudnych rozważań na temat tego nieszczęścia, jakie od wielu już lat musimy znosić na poziomie polskiego wymiaru sprawiedliwości i wszelkich innych służb, które ręka z nim w rękę, przynajmniej w sytuacjach kryzysowych, muszą uczestniczyć w najbardziej brudnych interesach. Dopiero co przez kraj przewaliła się kolejna fala spekulacji, ocen i rytualnych już okrzyków oburzenia, w sprawie porwania, uwięzienia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. A więc cóż można powiedzieć więcej?
A więc może tylko tyle. Że nasza Polska miała krótki bardzo okres prawdziwej szansy na to, że będzie można choćby zacząć proces naprawy tego wszystkiego co było przez tyle lat niszczone przez tę straszną chorobę, której na imię III RP. Te dwa lata, to był czas gdy można było ocenić sytuację i rozpocząć jakieś, choćby bardzo skromne ruchy. Ruchy siłą rzeczy skromne, bo wszyscy wiemy, jak ciężko jest się poruszać nie dość że we mgle, to i jeszcze po kolana w błocie. Ale coś się przynajmniej zaczęło. To wszystko zostało przerwane jedną, krótką i bezwzględną akcją. Skutki tej akcji widzimy oczywiście od kilkunastu już dni na poziomie całego państwa. Ale również, jak się w tak ponury sposób okazało w ten deszczowy weekend, na poziomie jakiegoś – cholera jasna! – Żyrardowa. Z przyległościami.

piątek, 9 października 2009

Flaszka

Przychodzę dziś do Was, Moi Kochani, w sprawie niecodziennej. Chciałem mianowicie skorzystać z tego forum, by zwrócić się akurat nie do Was, lecz do mojej rodziny, a ściśle rzecz biorąc do mojej żony i dzieci. Jeśli ktoś z Was zapyta, dlaczego nie pogadam z nimi osobiście, bez korzystania z pośrednictwa Salonu, to mogę się tylko życzliwie uśmiechnąć i poprosić wszystkich, by nie próbowali na siłę i bez żadnej potrzeby, niszczyć tego zaufania, które dotychczas pozwalało nam się tu spotykać, i nie zadawali mi pytań przepełnionych złą wolą i zwykłą, ludzką nieżyczliwością. Wszyscy znacie moją skromność i bezinteresowność i uważam, że tu akurat żadne słowa nie są potrzebne.
A więc, teraz już zwracam się bezpośrednio do Was moi najbliżsi. Nie muszę Wam przypominać, jak to się stało, że poprosiłem Was o uważne wysłuchanie tego, co mam do powiedzenia i uczciwe przemyślenie moich słów. Wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że skutkiem naszych wspólnych zaniedbań, rodzinę naszą spotkała wielka przykrość. I od razu, chciałem do Was zaapelować, spróbujmy wszyscy choć na chwilę zapomnieć o naszych osobistych ambicjach, o naszej urażonej dumie i o tym wszystkim, co zawsze pomagało nam wierzyć, że ze wszystkich rodzin na naszej ulicy, to my jesteśmy tymi, którzy mogą chodzić z podniesionym czołem. Bo przyszedł czas, kiedy ci wszyscy, którzy dotychczas byli z nas dumni i pełni satysfakcji, że to właśnie my jesteśmy ich sąsiadami, mogą czuć zawód jedynie i rozczarowanie.
I powiem Wam coś jeszcze. Jeśli ktokolwiek z Was uważa, że zgodzę się na to, byśmy, zamiast bić się we własne piersi, i próbować zrozumieć, co zrobiliśmy źle, będziemy przerzucać nasze winy na innych, to niech od razu przestanie czytać ten tekst. Dość już pustosłowia i fałszu. Musimy wreszcie zrozumieć, że nie możemy dalej iść tą drogą.
Kiedy zaczynaliśmy nasz wspólny marsz, dumni, że to my, spośród wszystkich innych rodzin z naszej ulicy, możemy godnie reprezentować nasze środowisko, podjęliśmy pewne zobowiązania, przyjęliśmy pewne zasady i ślubowaliśmy, że tym zasadom będziemy wierni. Jeśli dziś wszyscy patrzą na nas z pogardą, na nasz widok przechodzą na drugą stronę ulicy, a Wasze koleżanki i koledzy – to do Was te słowa, do Was – rzucają w Was kamieniami, nie to jest niczyja wina jak tylko nasza. Jeśli dziś nie jesteście w stanie wejść spokojnie do żadnego z okolicznych sklepów, by nie narażać się na cierpkie uwagi ze strony personelu, jeśli nie jesteście w stanie wsiąść do autobusu, nie ryzykując jednocześnie ostentacyjnych gestów ze strony współpasażerów, w postaci łapania się za kieszeń i teatralnego przytrzymywania torebek, to jest to wyłączną winą tego, że w chwili prawdy żadne z nas nie stanęło na wysokości zadania.
Nikt nie jest święty. Wszyscy mamy swoje drobne pokusy i swoje osobiste grzechy. Szczególnie jeśli lubimy się od czasu do czasu napić. Jeśli spojrzymy choćby na naszych sąsiadów, nie znajdziemy nikogo, kto byłby od nas lepszy, równie jak my uczciwy, czy tak jak my godny szacunku. Ale nie pozwolę, żeby ta myśl i ta świadomość przesłoniła nam to co w tej chwili najważniejsze. A najważniejsze jest to, że zgrzeszyliśmy i powinniśmy tę naszą winę wyznać. Więcej – wyznać ją, za nią przeprosić i spróbować pokazać wszystkim, że jesteśmy w stanie – jak nikt inny – tę winę odkupić. I teraz powiem parę słów do Ciebie. Ty wiesz, ile zawsze miałem do Ciebie sympatii i szacunku. Ale wiesz też, że wziąłem Cię za żonę dlatego, że wierzyłem – przez Twoje zapewnienia, że nie zrobisz nic, co by spowodowało, że ta opinia o nas, jako o najbardziej szlachetnych reprezentantach naszej ulicy zostanie kiedykolwiek narażona na szwank – że pomożesz nam wszystkim cieszyć się sławą ludzi dumnych i szlachetnych. I proszę, nie wierz w to, że przez zasłanianie oczu będziesz umiała zasłonić też prawdę. Prawdę o sobie, o naszych dzieciach i o nas samych. A prawda jest znana. Nie zdaliśmy egzaminu.
Przepraszam Was wszystkich za te wszystkie gorzkie słowa, które do Was dziś kieruję. Wiecie dobrze, że jako człowiek niezwykle skromny, uczciwy i pełen wewnętrznej pokory, wolałbym, żebyście to Wy mówili. Ale wiem też, że to ja muszę wziąć na siebie ciężar tej przykrej sytuacji, do której przez naszą własną nieroztropność wszyscy wspólnie doprowadziliśmy. Wiem, że jeśli nie spojrzymy prawdzie w oczy i nie rozliczymy się z naszych win i błędów, nie zrobi tego już za nas nikt. A wówczas nasza pozycja, już nie tylko na naszej ulicy, ale i w całej dzielnicy, zostanie podkopana na długie bardzo lata. Pamiętajmy. Tylko prawda, skromność i odwaga może nas wydobyć z tego miejsca, gdzie przez nasz grzech się znaleźliśmy. Jestem tu po to, żeby Wam to powiedzieć.
Doskonale znamy naszych wrogów. Wiemy, jak są bezwzględni i okrutni. Znamy ich agresję i ich wszystkie możliwości. I mimo że zdajemy sobie sprawę z tego, że to właśnie oni, przez swoją czujność i spryt, sprawili, że dziś możemy lepiej zrozumieć nasze błędy, nie możemy nigdy im wybaczyć tego, na jakie przykrości nas skazali. Zwłaszcza że nie ma żadnej pewności, że to ja zrobiłem to, o co się dziś mnie oskarża. Nie ma najmniejszych powodów, by przyjmować bezkrytycznie wszelkie zarzuty, jakie pod moim adresem są kierowane przez tych, którzy jedyne co naprawdę potrafią to zazdrościć i złorzeczyć. Kiedy zakładałem naszą rodzinę, na początku tej naszej drogi, wiedziałem że nie będzie nam łatwo, mimo nawet tego – a może własnie dlatego – że to my zostaliśmy wybrani i przez to wyróżnienie i ten zaszczyt, spadły na nas obowiązki szczególne. I dziś, mimo że mógłbym się skarżyć i pokazywać palcem prawdziwe zło, zamilknę. Przez swoją skromność i poczucie odpowiedzialności. I powiem tylko jedno. Nie będziemy tam już więcej kupować alkoholu. Znajdziemy sobie miejsce bardziej przyjazne i bardziej odpowiadające naszej naturalnej godności.
A teraz, pozwólcie że się napiję. Zdaje się, że mam jeszcze jedną buteleczkę, która się zachowała po tej mojej niefortunnej akcji. A Wy popatrzcie sobie na telewizję. Może dają coś ładnego.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...