poniedziałek, 15 grudnia 2008

O dobrych lekarzach i złych ludziach

Przyznać muszę, że do lekarzy mam stosunek niemal nabożny. Kiedy oglądam w telewizji relacje z kolejnych operacji, czy jakichś bardzo skomplikowanych zabiegów, kiedy otrzymuję informację o jakimś bardzo ciężkim wypadku i mam okazję słuchać rozmowy z lekarzem prowadzącym daną sprawę, jestem pod absolutnie niczym nie łagodzonym wrażeniem tej spokojnej i niewzruszonej fachowości. Wystarczy, że gdzieś zobaczę lekarza, o którym się dowiem, że on jest wybitnym specjalistą od oka, od dłoni, od raka, czy od serca, od razu widzę tę moc i te lata pracy, które stoją za tym pojedynczym zawodowym sukcesem. Tak mam i nic na to nie mogę poradzić. Los, czy, może boża opieka, szczęśliwie uchroniła mnie i moją rodzinę - w moim długim już przecież życiu - przed chorobami, nawet tymi lżejszymi. Ciężko może w to uwierzyć, ale nawet jednego dnia nie spędziłem w moim życiu w szpitalu. Pod tym więc względem, jestem wciąż górą, choć oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko zapewne przede mną. Jednak własnie dzięki tej szczęśliwej gwieździe, lekarzy znam wyłącznie z relacji i z tych nielicznych, bardzo mało istotnych kontaktów. I, cały czas zachowując ten - być może w dużym stopniu irracjonalny - szczególny szacunek dla szczególnych talentów lekarzy, wiem jednak, że lekarze potrafią być osobiście niezwykle trudni i często okropnie irytujący.
Nie wiem do końca, na ile moje podejrzenia są słuszne, ale mam wrażenie, że oni sami, również nie mogą zapomnieć o tym, że są pod pewnym względem wybitni i to poczucie często ich po prostu przytłacza i psuje jako ludzi. Staram się rozumieć ten stan ducha. Jeśli ja na przykład dostanę bardzo silnej gorączki, jestem niemal umierający, nie jestem w stanie ani ruszyć ręką, ani w skupieniu wykonać najprostszej czynności, doczłapuję jakoś do mojego lekarza, a on jednym ruchem długopisu sprawia, że ja po trzech dniach (dokładnie tak jak on to przewidział), bez żadnych antybiotyków, bez żadnych czarów, po prostu mnie z tego wyciągnął, to ja jestem go w stanie potraktować, jak jakiegoś Roberta DeNiro, albo choćby Ozziego Osbourne'a. I mój pan doktor o tym wie bardzo dobrze. Bo wyczytał to niejednokrotnie nie tylko z moich oczu. Więc to go oczywiście zmienia. Staram się więc i nawet to rozumieć.
Potrafią więc lekarze być nieprzyjemni, zarozumiali, lekceważący - po prostu niesympatyczni. Czasem w tej swojej wielkości, nawet po prostu niemądrzy. Mam jednak wciąż do niech ten szacunek, który konsekwentnie prowadzi mnie do uznania, że lekarze powinni zarabiać bardzo dużo pieniędzy, a jeśli wdzięczny pacjent chce im dać butelkę słodowego singla, albo nawet jakąś większą gotówkę, to powinien mieć do tego prawo, a lekarz ma prawo te single i te koperty zbierać bez żadnych wyrzutów sumienia.
Zatem sprawa doktora G. wywołała we mnie reakcje pewnie nieoczekiwane. Kiedy widziałem te butelki i te koperty, nie miałem jakichkolwiek negatywnych odruchów. Uważałem od początku, że jemu, jako lekarzowi podobno wybitnemu, to wszystko jak najbardziej się należało. A mimo to, dziś, kiedy myślę o doktorze G., czuję wyłącznie bardzo silną niechęć. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że według najróżniejszych relacji, jest on osobą wysoce paskudną. Według wszelkich relacji, on akurat należy do tej grupy lekarzy, którzy wszelkie zagrożenia, z jakimi każdy lekarz spotyka się na poziomie moralnym i czysto ludzkim, wchłonął, jak gąbka. Wygląda na to, że jakąkolwiek zawodową przywarę tego zawodu wymienimy, G. ją miał. Był bezwzględny w stosunku do swoich współpracowników, swoich pacjentów, nawet swojej rodziny. No i KAZAŁ sobie płacić za ratowanie życia. A więc był człowiekiem karykaturalnie złym.
Mam kuzyna - lekarza, który mówi mi, że on do G. ma tylko jedną pretensję. Że on podjął indywidualną, z nikim niekonsultowaną decyzję odłączenia pacjenta. Kuzyn mój - lekarz wybitny i doświadczony - twierdzi, że decyzja o odłączeniu jest tak ważna, tak nieporównywalna z jakąkolwiek inna decyzją, że żaden lekarz nie zdecyduje się jej podjąć bez konsultacji, i to konsultacji solidnej. Kuzyn mój twierdzi, że jeśli doktor G. miał sumienie uczynić ten ruch w tak beztroski sposób, to znaczy, że on był zepsuty do końca.
Jak wiem, jest w Polsce parę innych osób, którzy w stosunku do doktora G. mają jeszcze inne pretensje. Mimo to, ruch na rzecz obrony Doktora jest solidny i niewzruszony. Wczoraj wieczorem, miałem okazję wysłuchać głosu posła Kalisza, posła Wenderlicha i posła Palikota, którzy solidarnie dali do zrozumienia, że jakikolwiek będzie wyrok w sprawie lekarza, oni swojego zdania na jego temat nie zmienią. Doktor G. jest wybitnym kardiochirurgiem i ta cała afera z jego aresztowaniem i oskarżeniem tylko zaszkodziła sprawie. A sam Palikot dodał jeszcze do tego informację, że przez złe czyny i słowa Zbigniewa Ziobro, G. musi teraz się męczyć, żeby odbudować swe dobre imię.
Ja rozumiem to szaleństwo tak, że tu po prostu chodzi o Ziobro. Ludzie, którzy bronią doktora G, wielokrotnie udowodnili, że dla uzyskania najdrobniejszej satysfakcji politycznej, są gotowi spalić Polskę. Więc nie należy się dziwić, że oni, dla tych samych powodów, gotowi są darować dobre imię jednemu drobnemu złoczyńcy. Jeśli na jednej szali leży głowa Zbigniewa Ziobro, to na tej drugiej szali oni są w stanie zaakceptować wszystko. Dosłownie wszystko. I każdego.
Mam jedno niedobre wspomnienie związane ze służbą zdrowia. W roku 1983, mój śp. Ojciec zachorował na raka. Stan był beznadziejny. Ojciec w oczach umierał, kryzys nadchodził błyskawicznie. Któregoś dnia główny lekarz opiekujący się Ojcem powiedział Mu, że istnieje lekarstwo, niestety lekarstwo bardzo mało dostępne, zagraniczne, które może mu uratować życie. I sobie poszedł. Ojciec zwrócił się do nas, żebyśmy poszukali tego czegoś w aptekach. Szukaliśmy, ale bez efektu. W końcu, w akcie desperacji, mój brat zaszedł do apteki szpitalnej i spytał, jak tego szukać. Pani w aptece powiedziała, że z tym lekarstwem nie ma najmniejszego kłopotu. Ono jest w każdym szpitalu i może je dostać każdy lekarz, który je potrzebuje. Mój brat powiedział, jej, na czym polega sprawa, jej się zrobiło głupio, powiedziała, że tak bywa i na tym sprawa się skończyła. Mniej więcej w tym samym czasie, miałem okazję rozmawiać z pewnym lekarzem, ojcem kolegi, który z kolei, po zapoznaniu się ze sprawą, powiedział mi, że to coś Ojcu życia nie uratuje i każdy lekarz o tym powinien wiedzieć. I po jakimś czasie, mój Ojciec zmarł.
Ja nie sugeruję, broń Boże, że ten lekarz mojego Ojca zabił. Absolutnie. Z tego co wiem, On nie miał żadnych szans. Nie sugeruję też, lekarz ten był skorumpowany, że on od nas żądał pieniędzy za uratowanie Ojcu życia. Ani trochę. Nawet nie jestem pewien, czy to co on zrobił jakoś się da podciągnąć pod Kodeks Karny.
Ale czegoś się jednak dowiedziałem. Że lekarz opiekujący się moim Ojcem, liczył po prostu na to, że Ojciec, który jest tylko jeszcze jednym umierającym staruszkiem, bez szans na przeżycie, w desperacji, zwróci się do nas, my w desperacji, zwrócimy się do pana doktora, a on, z dobrego serca i za odpowiednią sumę, zejdzie na dół do tej apteki i przyniesie nam to lekarstwo. I tego, że dla niego, każdy sposób na to, żeby coś extra zarobić, jest dobry, o ile człowiek nie ryzykuje ludzkiego życia. Tego się dowiedziałem przed 25 laty.
Dziś słyszę, jak poseł Palikot mówi, że G. ma bardzo ciężkie życie, bo musi z takim trudem teraz odbudowywać swoją reputację i swoje dobre imię. Gdyby na miejscu doktora G. stał ten lekarz, który pragnął przy okazji tragedii mojego Ojca zarobić na chleb, a w tę jego akcję zaangażowany był Zbigniew Ziobro, domyślam się, ze Janusz Palikot mówiłby dokładnie to samo. A ja bym się czuł parszywie. Nawet gdyby miało się okazać, że ten lekarz jest jednym z największych specjalistów na świecie i że swoje życie zawdzięcza mu mnóstwo ludzi, których on, dzięki swojej fachowości, uratował. Podejrzewam, że, gdybym słyszał gadającego Palikota, albo Wenderlicha, albo Kalisza, albo czytał Gazetę Wyborczą i jej słodkie reportaże o tym lekarzu, który opiekował się moim Ojcem, dostawałbym nieustannej cholery. I myślę, że umiem sobie wyobrazić, co dziś czują wszyscy Ci ludzie, dzięki których skargom, doktor G. stanął przed sądem.
Więc co z tego wszystkiego wynika dla nas wszystkich dziś? To mianowicie, że to zło, o którym ostatnio chcemy rozmawiać, ale polityczna sytuacja tę dyskusję uniemożliwia, jest prawdopodobnie stare jak świat. Że ból, jaki można zadać drugiemu człowiekowi jest czasem zupełnie niewymierny. I że człowiek potrafi naprawdę wiele. I w jedną i w drugą stronę.
I jeszcze coś. Nie ma takiego pragnienia sprawiedliwości, które by nie przegrało ze zwykła ludzką zawiścią, pamiętliwością i politycznym planem. Że są sytuacje, kiedy przestaje się liczyć dokładnie wszystko, jeśli do głosu dochodzi władza i pragnienie zemsty. Nawet dobre imię ludzi, którzy, jakby nie było, codziennie, od tylu lat, ratują nasze życie i nasze zdrowie.

niedziela, 14 grudnia 2008

Ósme: Nie wierz falszywemu świadectwu

Kiedy Bob Dylan - poeta, muzyk, kompozytor, pieśniarz - występował po raz pierwszy na słynnym festiwalu w Newport, miał zaledwie 22 lata. Był jedynym artystą tam występującym, który śpiewał wyłącznie swoje piosenki. Przyjechał tam, stanął wśród największych z wielkich, i najzwyczajniej w świecie ukradł im show. To tam, Johnny Cash zaprosił go do siebie i dał mu swoją gitarę. To tam, zaledwie dwa lata później, wiedząc, że ta jego wielkość rozwija się tak dramatycznie, że jeśli nie dokona jakiegoś spektakularnego zwrotu, za parę lat zostanie tylko wspomnieniem, legendą, jak Joan Baez, czy Pete Seeger, czy - jak się po latach okazało - wielu, wielu innych, machnął ręką na cały ten lokalny styl i zaczął grać Like A Rolling Stone na gitarze elektrycznej. Właśnie w roku 1965, podczas koncertu Dylana i jego zespołu w Manchesterze, w pewnym momencie, siedzący na sali niejaki John Cordwell wrzasnął do Dylana: „Judasz!!! Nigdy więcej nie będę cię słuchał!" Na nagraniach, które dokumentują ten koncert, słychać, jak Dylan odpowiada mu: „Nie wierzę ci. Jesteś kłamcą!" A po chwili do zespołu: „Grajcie, kurwa, głośno!"
Zdarzenie to, sprzed ponad już 40 lat, wciąż zadziwia, wciąż jest wspominane, stało się już swego rodzaju legendą. A ja się wciąż zastanawiam, kto wtedy kłamał? Ten Cordwell, kiedy zarzucał Dylanowi, że zdradził, czy może Dylan, kiedy oskarżał Cordwella o kłamstwo. Oczywiście nie da się na to pytanie odpowiedzieć w sposób rozstrzygający, bo z punktu widzenia Cordwella, Dylan rzeczywiście zdradził. Zdradził nie tylko jego, ale wielu, wielu innych, dla których to, co Dylan zaproponował, to było zwykłe, czyste oszustwo. Z drugiej strony, kiedy Dylan krzyczał do Cordwella, że jest kłamcą, miał też bezwzględnie rację, choćby pod tym względem, że na sto procent, Cordwell nigdy nie przestał Dylana słuchać.
Więc tu niestety, musimy pozostać w sytuacji nierozstrzygniętej. Możemy jednak pokusić się o pewną refleksję nieco obok tego zdarzenia. Otóż, nie ulega wątpliwości, że ten spór, jaki miał miejsce w roku 1965 w Manchester Free Trade Hall, jest już jednym z ostatnich czystych, prostych i zupełnie nie wyrafinowanych przypadków, kiedy kłamstwo operuje na poziomie relacji człowiek-człowiek. W roku 1965, już od wielu, wielu lat, był w najpełniejszym rozkwicie cały przemysł produkujący kłamstwo na skalę nieporównywalnie większą, niż to, do czego przyzwyczaiła nas tradycja. Minęły już dziesiątki lat od czasu, gdy sytuacja, w której sąsiad okłamuje sąsiada, a uczeń koleżankę, brat siostrę, a mąż żonę stała się tak trywialna, że wręcz nie warta uwagi. Bo cóż to są za kłamstwa o tak marnej skali? O tak niewielkim stopniu szkodliwości i tak nieistotnym poziomie zła?
Minęły kolejne lata i otóż co mamy? Mamy stan, który niektórzy określają pojęciem ‘kłamstwa totalnego'. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli szukamy kłamstwa, to gdzie najprędzej je znajdziemy? Czy u nas w domu, czy w biurze, czy w szkole, czy na ulicy? Gdzie spotkamy prawdziwego kłamcę? Jeśli uczciwie się przyjrzeć, to wokół siebie, to może nam się uda znaleźć paru notorycznych kłamców, którzy kłamią ot tak, dla sportu. Ale nimi się i tak nikt nie przejmuje. Wszyscy traktują ich, jak wariatów i jeśli ktoś ich słucha, to głównie z braku lepszego zajęcia. Ktoś kogoś okłamie, bo chce ukryć jakiś drobny grzech, albo ponieważ jest mu z jakiegoś powodu wstyd, albo nie chce tego kogoś zranić, czy po prostu pragnie uniknąć kłótni. Owszem, zdarzy się, ze spotkamy na swojej drodze prawdziwego oszusta, który chce nam sprzedać coś bezwartościowego, albo pozbawić nas czegoś cennego. No ale to są peryferie. To jest zwykła patologia. Poza tym, żyjemy sobie obok siebie i jeśli czasem nam do głowy nie przyjdzie, że mamy kłopot z naszym bliźnim, to akurat nie z powodu tego, że jeden drugiego potrzebuje oszukać.
A fakt pozostaje faktem - żyjemy w epoce kłamstwa totalnego, kłamstwa strasznego, kłamstwa które zabija. Od czasu kiedy wydano Dzieła Wybrane Lenina, Hitler napisał Mein Kampf, a Komitet Centralny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w roku 1938 zredagował i zaaprobował swój słynny Krótki Kurs, świat poczynił wielkie postępy. Powstał prawdziwy rynek nie tylko ideologii. Wynaleziono najbardziej skuteczne sposoby zarabiania pieniędzy i ich efektywnego wydawania, wybudowano supermarkety, rozwinięto w sposób absolutnie mistrzowski system reklam, pokazano światu, co znaczy konsumpcja, i co znaczy prawdziwa oferta. Jeśli spróbujemy wyobrazić sobie współczesny świat w formie modelu, to z jednej strony zobaczymy tę właśnie ofertę, z drugiej już nie tyle człowieka, co konsumenta, a pomiędzy nimi pieniądz. A nad tym wszystkim, to, wspomniane już, totalne kłamstwo, które na wszystkich możliwych poziomach, absolutnie bezczelnie, z całkowicie odsłoniętą przyłbica, prowadzi swoją grę pod hasłem rozwoju i cywilizacji. Tam też - własnie tam - stara się umieścić cała światowa polityka, ze swoimi obietnicami, swoimi planami, ze swoją ‘demokracją'.
Byłoby mi jednak bardzo trudno zajmować się tu tym kłamstwem najwyższym, kłamstwem ledwo widocznym, kłamstwem-plazmą. Raz, że to jest faktycznie plazma, a dwa, że bardzo bym nie chciał uderzać w aż tak naciągniętą strunę. I tak obawiam się, że staję się tu zbyt patetyczny. Zajrzyjmy więc na ten poziom najniższy, bardzo przejrzysty, dostępny na wyciągniecie ręki. Spójrzmy na to kłamstwo, podane nam na tacy w swej pełnej okazałości, a jednocześnie tak nieprawdopodobnie niedookreślone i nieopisane. W telewizji oglądam reklamę, w której komputerowo rozmazane dziecko chce iść na mecz, ale mama mu mówi, ze „wygląda niewyraźnie", więc powinno zażyć rutinoscorbin. Dziecko zjada tabletkę, jego wizerunek komputerowo zostaje oczyszczony i chłopczyk może iść bezpiecznie na mecz. Oczywiście, każdy, choćby minimalnie rozsądny człowiek, doskonale wie, że jedyną reakcją na tę reklamę, powinno być jedynie ściszenie telewizora. A mimo to, kupujemy ten rutinoscorbin, trzymamy go w domowych apteczkach, aż minie obiecany termin ważności, i ani nam do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy już tylko tak zwanym targetem.
Filozof Kołakowski, w swoim mini-wykładze o kłamstwie, o którym pisałem wczoraj http://www.toyah.salon24.pl/106475,index.html , dzieli kłamstwo na dwa rodzaje: kłamstwo wprost i kłamstwo przez zatajenie. Ciekawy jestem, do jakiej kategorii zakwalifikowałby Kołakowski tę reklamę z rutinoscorbinem. Czy przemysł farmaceutyczny, kiedy wydaje ciężkie pieniądze na przekazanie nam informacji, że jeśli czujemy się ‘niewyraźnie', powinniśmy zażyć tabletkę rutinoscorbinu, i wtedy natychmiast poczujemy się ‘wyraźnie', robi to po to, żeby nas oszukać wprost, czy robiąc to, coś przed nami zataja?
Czy jeśli onet.pl, pisząc o bramkarzu nazwiskiem Boruc, używa - ot tak, z rozpędu - stworzonego, między innymi, przez siebie, nazwiska-hasła Borubar, to z jakiego rodzaju kłamstwem mamy tu do czynienia? Czy to jest kłamstwo w dobrej sprawie, czy w sprawie złej? Czy to jest kłamstwo nałogowe, czy okazjonalne? Czy to jest kłamstwo wprost, czy kłamstwo przez zatajenie? I dalej - idąc tym samym tropem - jeśli założymy, że prezydent Kaczyński rzeczywiście się pomylił i faktycznie był przekonany, że Artur Boruc nazywa się Artur Borubar, to czy on kłamał? Czy tylko nie wiedział? Czy on chciał nas oszukać, czy tylko okazał się gapą, albo nawet i głupkiem?
I odwrotnie, jeśli założymy, że Prezydent nie powiedział „Borubar", ale „Boruc bardzo", to czy onet.pl i ci wszyscy, wszyscy którzy od wielu długich miesięcy już ekscytują się tym Borubarem, kłamią wprost, czy coś ukrywają? I dlaczego to robią? Bo są ludźmi dobrymi, czy ludźmi złymi?
W tym samym, wczorajszym tekście, wspomniałem o ministrze Sikorskim i jego zachowaniu na wspólnej konferencji prasowej z Donaldem Tuskiem i Prezydentem. Zasugerowałem, że mój zdrowy rozsądek i dotychczasowe doświadczenie, wskazują jednoznacznie na to, że Sikorski, gadając podczas wypowiedzi Prezydenta, nie tylko robił to celowo, ale miał w tym momencie bardzo złe intencje. Mój kolega z Salonu, marek. dumle napisał mi, że Sikorski, w sposób absolutnie naturalny, nie mógł znieść ględzenia Prezydenta i gadał z nudów. I że to jego zachowanie jest całkowicie zrozumiałe, bo każdy wie, że Kaczyński jest nieznośny.
I teraz ja bym bardzo chciał poznać odpowiedź na parę kwestii. Mianowicie, czy opisana przeze mnie sytuacja to tryumf kłamstwa, czy prawdy? Jeśli to co się działo przy tym konferencyjnym stole, to była prawda w całej swojej krasie, to co będziemy musieli uznać za kłamstwo? To może, że kilka lat temu Lech Kaczyński powiedział do jakiegoś natrętnego pijaczka: „Spieprzał dziadu"? Czy musimy uznać, że Kaczyński wówczas skłamał, a dziś Sikorski świadczył prawdę? Czy marek.dumle kłamie, czy to jego okłamali? I czy jego okłamali wprost, czy przez zatajenie?
Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że - szczególnie ostatnio - moje problemy zaczynają się tam gdzie problemy wielu kończą. Ale co mam zrobić? Nagle wziąć jakieś tabletki na zgłupienie? Tego nawet współczesny przemysł farmaceutyczny nie zdążył na razie wymyślić. Ja mam już tak ustawioną wrażliwość, że absolutnie nie czuję niebezpieczeństwa związanego z kłamstwem powszednim. Mnie w ogóle nie martwi to, że okłamie mnie któryś z moich uczniów, czy któryś z moich kolegów, czy nawet któreś z moich dzieci. Ja wiem, że nawet jeśli oni mnie okłamią, to kłamstwo będzie tak niewinne i tak bez konsekwencji, że jedyny z nim kłopot będzie taki, że ktoś się będzie z niego musiał po prostu wyspowiadać. Ja nawet nie martwię się, ze przyjdzie do mnie jakiś oszust i mnie nabierze na parę złotych. No bo przede wszystkim pewnie nie przyjdzie, a nawet jeśli jakimś przypadkiem padnie na mnie, to co stracę? Dwadzieścia żłotych na coś, czego nie zobaczę na oczy?
Ja się boję kłamstwa totalnego, kłamstwa zorganizowanego, kłamstwa, które produkowane jest w zaciszu gabinetów. Ja się boję kłamstwa, o które prawdopodobnie nie do końca chodziło Panu Bogu, kiedy Mojżeszowi zsyłał tablice z przykazaniami. Którego, mam nieustanne wrażenie, Pan Bóg po prostu nie przewidział. Myślę tu na przykład o kłamstwie, z którym mamy do czynienia od paru tygodni. Kolejny już rok, rok po roku, kiedy w kościołach w całej Polsce trwa okres Adwentu, a świat organizuje tzw. okres przedświąteczny. Od końca listopada, ulice, place, supermarkety w całej Polsce zawalane są dekoracjami przedświątecznymi, tymi wszystkimi lampkami, Mikołajami, choinkami, tymi świątecznymi piosenkami, bałwankami, saniami, reniferami. A wszystko najwyraźniej po to, żeby - w ostatecznym efekcie - kiedy już przyjdzie ten dzień Bożego Narodzenia, nikt go nie zauważył. I żeby wreszcie przyszedł taki rok, kiedy Wigilia, Pasterka, kolędy, ten opłatek na stole, żeby to wszystko zostało skutecznie i ostatecznie przykryte przez to właśnie, opisywane przeze mnie, kłamstwo. Żeby jak najwięcej ludzi, najpierw kupiło sobie to co tam chcą, a później, jak już dostaną te kilka dni wolnego w pracy, pojechali za resztę pieniędzy gdzieś gdzie jest ciepło.
Mam silne przekonanie, ze gdyby Pan Bóg dziś zszedł na Ziemię, w chmurze Swej Wielkości, żeby nam dać te dwie tablice, wszystko by zostało tak jak było wtedy, te wieki temu. Z jednym wyjątkiem. Ósmego przykazania w znanym nam brzmieniu by po prostu nie było, bo Dobry Bóg nawet by nie wiedział do kogo je adresować. Do smoka? Do plazmy? Do świata? Zamiast tych uwag o kłamaniu, pewnie znalazłby się nakaz skierowany prosto do nas: „Nie daj się oszukać fałszywemu świadectwu". A z dochowaniem tego przykazania - jestem pewien - mielibyśmy o wiele więcej kłopotu, niż z ósmym przykazaniem w aktualnym , tradycyjnym brzemieniu.

sobota, 13 grudnia 2008

O drobnych mistrzach i dużych kłamcach

Jak już wspominałem w moim poprzednim wpisie, młody Toyah zdaje w tym roku maturę. W związku z tym, podobnie jak wszyscy jego kształcący się rówieśnicy, musiał pisać tak zwana maturę próbną. Dziś, tak się jakoś zgadało, że zaczęliśmy rozmawiać o maturze próbnej z języka polskiego i dowiedziałem się, ze w ramach tzw. czytania ze zrozumieniem, młodzież miała przeczytać, zrozumieć i odpowiedzieć na pytania związane z tekstem - jak wszyscy wiemy - „największego współcześnie żyjącego polskiego filozofa", mistrza Leszka Kołakowskiego. Tekst nosi tytuł „O kłamstwie" i stanowi część czegoś, co się nazywa „Mini-wykłady o maxi-sprawach", autorstwa Mistrza http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/matury_050501/polski-z.pdf.
Ponieważ moje poprzednie teksty, które pozwoliłem sobie zamieszczać tu w Salonie, a które dotyczyły spraw bardzo ogólnych i problemów bardziej aksjologicznych, niż codziennych rozróbek, w jakiś sposób nie wywołały większego odzewu, pomyślałem sobie, że jednak trzeba trochę spuścić z tonu i zająć się bardziej dniem powszednim. Ponieważ jednak te dwa porządki, ziemski i duchowy, wciąż się przeplatają, wyszło na to, że nie da się całkiem odejść od filozofowania, pomyślałem, że pofilozofuję na tematy bieżące. Tak by i wilk był syty i owca cała.
Zatrzymajmy się jednak na początek przy Kołakowskim. Przeczytałem ten jego ‘mini-wykład' i oniemiałem. Kołakowski pisze o kłamstwie stek tak nieprawdopodobnie trywialnych oczywistości, że trudno uwierzyć, że czytamy tekst - jak już tu wspomniałem - największego żyjącego polskiego filozofa, a nie po prostu bardzo zdolnego i elokwentnego ucznia liceum ogólnokształcącego. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że to, co tegoroczni maturzyści otrzymali do analizy, to tylko fragmenty refleksji Kołakowskiego, ale i tak uderzające jest, że w całym tym tekście nie ma jednego zdania, które warto by było zapamiętać, jako - nawet nie koniecznie odkrywcze - ale po prostu ciekawe.
Również pragnę tu zastrzec, że ja doskonale rozumiem, że czasem rzeczy najprostsze i najbardziej oczywiste potrafią zaskakiwać, jeśli tylko ktoś nam zwróci na nie uwagę w sposób interesujący i inteligentny. Kołakowski jednak nie tworzy żadnych odkryć, a nawet nie udaje, że to co on pisze, to jest wynik jakichś jego ekstra-przemyśleń. On po prostu przedstawia nam powszechnie znaną opinię na temat tego, czym jest kłamstwo i sugeruje - również powszechnie znaną - etyczną ocenę owego kłamstwa. A wszystko to, jak mówię, jeśli idzie o poziom odkrywczości tych refleksji, zatrzymuje się na poziomie drugiej klasy dobrego liceum ogólnokształcącego. Nawet nie koniecznie w Warszawie.
Może ktoś też powiedzieć, że te mini-wykłady Kołakowskiego nie są kierowane do jego kolegów filozofów, ani nawet do przeciętnie ambitnych studentów filozofii, ale właśnie do młodzieży, do maturzystów i do zwykłych ludzi, którzy, zajęci pracą i zakupami, nie maja czasu na szersze refleksje, a przyswajają jedynie słowa proste i jednoznaczne. I ja oczywiście ten argument też gotów byłbym przyjąć, gdyby nie fakt, że tekst Kołakowskiego, który dostali maturzyści, jest do tego stopnia intelektualnie oczywisty, ze nawet zupełnie przeciętny maturzysta, czytając go, musi zakrzyknąć: „Ależ cóż w tym takiego mądrego? Przecież to wie każde dziecko!" A to już, w przypadku kogoś o reputacji Kołakowskiego, powinno stanowić problem.
Pisze Kołakowski, że były w historii opinie, że kłamać nie wolno nigdy, ale że ten pogląd się nie utrzymuje, bo przecież w sytuacji, kiedy chodzi o ludzkie życie, na przykład, kłamać nawet trzeba. Że są dwa rodzaje kłamstwa - kłamstwo bezpośrednie i kłamstwo przez zatajenie. Że usprawiedliwianie kłamstwa wyższym interesem jest niebezpieczne, bo często źle ten interes rozumiemy. I w końcu, że nawet jeśli uznamy, że niekiedy kłamstwo jest jedynym wyjściem, to nie należy zapominać, że kłamstwo jest złem. I że powinniśmy jednak zawsze starać się mówić prawdę. I oto mamy wielkiego filozofa Kołakowskiego, który po wszystkich tych tysiącleciach, które minęły, od kiedy Pan dał Mojżeszowi tablicę z napisem „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu", informuje nas, że są dwa rodzaje kłamstwa: kłamstwo bezpośrednie i kłamstwo przez zatajenie.
To przecież nawet nie trzeba czytać Katechizmu Kościoła Katolickiego, ani nawet książeczki do nabożeństwa dla małych dzieci, żeby na ten temat wiedzieć coś więcej.
Tak się tu mądrzę i ktoś mi zaraz powie, ze, skoro jestem taki przebiegły, to może bym sam coś mądrego na ten temat powiedział. Od razu jednak muszę odmówić. Dzisiejszy tekst nie tyle jest o kłamstwie, co o Kołakowskim i o niedzielnych filozofach. Poza tym, kiedy wczoraj pisałem moje refleksje na temat świętości życia, to - przy całej mojej skromności - muszę powiedzieć, że, mimo że jestem tylko prostym magistrem filologii angielskiej, potrafiłem powiedzieć coś więcej niż to, ze piąte przykazanie jest jak najbardziej słuszne. Tym samym pokazałem, że, skoro już postanawiam zawracać głowę ludziom swoimi przemyśleniami, to robię to najbardziej uczciwie, jak potrafię.
Ale, owszem. Proszę bardzo. Mogę profesorowi Kołakowskiemu przedstawić temat do przemyśleń. Wczoraj premier Tusk i prezydent Kaczyński mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Było tak, że politycy siedzieli sobie przy stole, na publiczności siedzieli dziennikarze, telewizja transmitowała konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytanie, Sikorski rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.
Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i tego typu zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają.
Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było co oni mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas słychać było niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. JAKIŻ TO STRASZNY WSTYD!!! Tusk się zamknął, Sikorski podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak - pozbawiony opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców - kompletnie nie wiedział, co ma z sobą zrobić.
I oto nagle, po jakimś czasie, Radosław Sikorski, podczas wystąpienia Prezydenta, ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać na ucho. Tusk się roześmiał... A ja się zacząłem zastanawiać. Sikorski na sto procent wiedział, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on, a nawet premier Tusk, po prostu nie mogli się opanować i musieli gadać. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy - ten chłopak od Ożogowskiej, który cierpiał na ‘goniosłowomatyzm', to żart i fikcja. Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Ale własnie się na to zdecydował.
I teraz własnie mam pytanie do profesora Leszka Kołakowskiego. Co Pan o tym sądzi? Proszę mi powiedzieć, jak się nazywa to, co zrobił wczoraj minister Sikorski? Czy to jest zwykłe chamstwo, czy to jest dziecięca beztroska, czy to może jest zwykły, polityczny plan? A może - proszę się zastanowić - to jest po prostu kłamstwo? Zwykłe, autentyczne kłamstwo?
Dla mnie to jest kłamstwo, a Pan - jako człowiek wybitny i właściwie mistrz dla wielu - może będzie taki przytomny, żeby to kłamstwo jakoś opisać. Czy to jest kłamstwo bezpośrednie, czy kłamstwo przez przemilczenie? Czy to kłamstwo konieczne, czy kłamstwo zbędne? A może to nie jest kłamstwo? Może Pańska wielkość ma tu jakieś inne propozycje? Ale z pewnością, powinien Pan umieć z siebie wydobyc jakąś, choć jedną, myśl w tym temacie. Bo - przy wszystkich moich wątpliwościach - nie mogę uwierzyć, że taka jedna, prosta, codzienna przygoda, nie jest w Panu w stanie poruszyć ani jednej struny.

piątek, 12 grudnia 2008

Życie



Wśród wielu zjawisk, z którymi muszę się potykać przez całe moje życie, są też takie, których natury nie udało mi się nigdy zgłębić. Ponieważ, jak sięgnę pamięcią, od zawsze lubiłem wiedzieć, co i jak, i najgorsze, co mnie mogło spotkać to zdarzenia i sytuacje, nad którymi nie dość, że nie potrafiłem intelektualnie zapanować, to jeszcze często miałem wrażenie, że jestem wobec nich kompletnie bezradny. Jedną z tych rzeczy jest i zawsze było to, występujące w pewnych środowiskach, nieprawdopodobnie obsesyjne pragnienie czyjejś śmierci. I nie chodzi mi tu o to zwykłe, wulgarne życzenie śmierci dla kogoś kogo nie lubimy tak bardzo, że w pewnym momencie jedyne co nasza bezradność potrafi stworzyć, to właśnie to straszne rozwiązanie ostateczne. Oczywiście, jest tego dużo, i intensywność tego typu emocji czasem nawet mnie przeraża, ale w sumie wydaje mi się, że więcej w tych gestach i w tych słowach zwykłej złości, która równie szybko przemija, jak i przychodzi, niż czegoś ostatecznego. Więc nie o tym chcę mówić.
Kiedy myślę o tych chorych pragnieniach, to widzę przed sobą ludzi, którzy, z jednej strony, uważają się najczęściej za niezwykle światłych, pełnych współczucia i dobrych intencji humanistów, a z drugiej ich umysły są nieustannie zaprzątnięte jedną myślą. Jak by to można było zrobić, żeby tak poprawić świat, aby ogólny poziom wygody i szczęścia podniósł się znacząco, a jednocześnie jak najmniej ludzi słabszych i siłą rzeczy nie objętych tym pozytywnym wzmocnieniem, ucierpiało? Oczywiście żaden z tych specjalistów od poprawiania natury - bo tu właśnie o poprawianie natury chodzi - nigdy nie przyzna, że oni mają na celu zabijanie. A jeśli nawet wskutek ich pełnych dobrych zamierzeń działań, jakaś śmierć od czasu do czasu nastąpi, to oni zrobią wszystko, żeby znaleźć dla niej jakąś zastępczą nazwę, albo jakieś szczególnie przekonujące usprawiedliwienie. Najczęściej, w imię właśnie wyższych racji i w imię współczucia i w imię dbałości o to co najważniejsze - czyli właśnie życie. Co za pokrętność!
Ludzie o których mówię są aktywni właściwie stale, tyle że ich aktywność raz jest niższa, a raz wyższa. Potrafią całymi latami coś sobie tam dłubać, coś kombinować, od czasu do czasu rzucić parę słów, by nagle, ni stąd ni zowąd, rozpętać wielomiesięczną kampanię na rzecz albo rozszerzenia prawa do aborcji, albo ponownego zdefiniowania pojęcia eutanazji, czy wreszcie do wprowadzenia takich regulacji prawnych, żeby coś co dotychczas było ze względów biologicznych, czy prawnych niemożliwe, stało się możliwe - choćby tylko troszeczkę. Najczęściej oni wszyscy nie mają w propagowaniu tych swoich cudacznych rozwiązań żadnego osobistego interesu. Wielu z nich, jeśli chcą, żeby można było bezkarnie zabijać dzieci nienarodzone, czy żeby można było bezkarnie skracać męki, w sposób ostateczny, starszym ludziom, czy żeby - jak to ostatnio się przydarzyło pewnemu bardzo wrażliwemu i szlachetnemu posłowi z Krakowa - tak posterować procesem prokreacji, żeby ludzie, którzy nie są w stanie mieć dzieci, jednak te dzieci miały, nie robią tego dlatego, że sami mają kłopot z niechcianą ciążą, niechcianą babcią, czy okropnie chcianym dzieckiem. Oni tę całą swoją aktywność, bardzo często traktują jako działalność społeczną, prowadzoną niemal na takich samych zasadach, jak to się dzieje w przypadku Jerzego Owsiaka i jego Orkiestry. Czysta akcja szczerych serc. Uwaga do osób z tej głupszej strony - to była ironia.
Są też wśród nich tacy również, którzy po prostu zawsze byli zafascynowani tak zwanym rozwojem, tak zwanym postępem, tak zwaną nauką. To o nich, już wieki temu, pisali różni autorzy książek, a autorzy filmów, już dziesiątki lat temu, tworzyli horrory, które miały przestraszać wszystkich na tyle wrażliwych, że wiedzieli co się stanie, jeśli człowiek - w swoim szaleństwie - zacznie zastępować Pana Boga. To oni jakimś cudem przetrwali te wszystkie prawdziwe i wymyślone kataklizmy i ze zdwojoną energią, kiedy tylko widzą probówkę wypełnioną jakimś tajemniczym płynem, zaczynają nerwowo dreptać w miejscu.
Więc, jak już wspomniałem na początku, nigdy nie potrafiłem rozgryźć ich do końca. Wydawałoby się, że dla człowieka średnio inteligentnego i średnio wrażliwego, nie powinno stanowić większego kłopotu, żeby zadumać się nad tajemnicą życia, nad życia zagadką i nad tego życia niepowtarzalnym pięknem, żeby nabrać w stosunku do tego życia wystarczającej pokory i żeby raz na zawsze przynajmniej przestać przy tym życiu się niepotrzebnie kręcić. Przecież właśnie całe nasze życie jest związane z nieustannym, bardziej lub mniej mądrym, filozofowaniem. Człowiek może być głupi, może być zły, może być gnuśny i szaleńczo beztroski, ale jednej rzeczy nie można mu odmówić. Tej mianowicie, że przynajmniej raz na jakiś czas, wymyśli sobie jakąś refleksję na temat czasu, który mija, albo śmierci, która jest nieuchronna, albo świata, który jest taki piękny (lub brzydki). A tu nagle, przychodzą ludzie, z pozoru zupełnie psychicznie opanowani, i wtykają swoje spocone paluchy w sprawy absolutnie dla nich niedostępne. Co za tępota! Mówi im się, że nienarodzone dziecko jest człowiekiem i być może chce bardzo żyć. Na nic. Mówi im się, że starszy człowiek, albo choćby i młody, ale cierpiący, też tak naprawdę najbardziej potrzebuje miłości. Jak kulą w płot. Mówi im się, że jeśli ktoś nie może mieć dzieci, to dzieci mieć nie może, a jeśli nagle ktoś wykombinuje, że spróbujemy sprawę obejść troszkę bokiem i przy minimalnych stratach może jakoś się uda to chciejstwo zaspokoić, to w takim myśleniu czai się czyste zło. Pudło.
Czemu tak się dzieje? Wydawałoby się, że wszystko to jest tak oczywiste. Otóż nie. Z jakiegoś powodu, wygląda na to, że jest bardzo duża grupa ludzi, którzy, jeśli w ogóle myślą o życiu, to na poziomie supermarketu. Czyli w kategoriach tylko ceny i jakości. Ja tego nie rozumiem, ale wygląda na to, że tak to właśnie się dzieje. Nawet jeśli któryś z nich się zaduma nad życiem na poziomie nieco wyższym niż to co widzimy, to i tak efekt jest tak okropnie prostacki, że aż wstyd to komentować. Aż nie potrafię uwierzyć, że w odniesieniu do czegoś tak nam bliskiego, jak nasze życie, można osiągnąć tak nieprawdopodobny stan zgłupienia.
Pozwolę sobie na akcent osobisty. Mamy troje dzieci. Każde z nich jest tak nieprawdopodobnie inne, tak niezwykle niepowtarzalne, w tak absolutnie niewytłumaczalny sposób różne o drugiego, że czasem sam się z siebie śmieję, że każde z nich z pewnością jest od innego listonosza. Mamy ich troje. I od czasu, jak zrozumieliśmy, ze już więcej dzieci mieć nie będziemy, prześladuje mnie myśl, że ja nigdy już się nie dowiem, jakie by było to czwarte dziecko. Czy to byłby chłopak, czy dziewczynka? Czy to moje czwarte dziecko byłoby takie jak któreś z tych, które są z nami, czy może byłoby zupełnie inne? Jak wpadnę w odpowiedni nastrój, zaczynam się autentycznie denerwować. Bo, choć wiem, że to jest szaleństwo, to świadomość tego, że to potencjalne życie, ta potencjalna osoba właściwie jest na wyciągnięcie ręki, mnie paraliżuje.
I teraz wyobraźmy sobie coś, co źli ludzie lubią lekceważyć, jako płód, czy zygotę, czy plemnik. A co ludzie mniej źli starają się postrzegać w kategoriach społecznych, które - jak wiemy - są bardzo skomplikowane. O czym tu w ogóle można gadać??? Przecież tu żadne słowo się nie mieści. Tu w ogóle nie ma miejsca na dyskusję. Tu jest problem osoby. Osoby niepowtarzalnej. Osoby jedynej. Tu chodzi o boski akt stworzenia. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć? A ta myśl działa w dwóch kierunkach. Opowiem Wam coś jeszcze. Młody Toyah, kiedy miał trzy lata, może mniej, leżał kiedyś wieczorem w swoim łóżeczku i nagle zaczął okropnie płakać. Płakał tak strasznie, że nie było sposobu, żeby go uspokoić. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, powiedział nam, o co chodzi. Otóż on sobie leżał w tym łóżku, słyszał, jak życie w domu się toczy, jak starsza Toyahówna gdzieś tam łazi, jak my sobie coś tam przestawiamy i nagle on sobie pomyślał, JAKIE TO MUSIELIŚMY MIEĆ STRASZNIE SMUTNE ŻYCIE, KIEDY JEGO NIE BYŁO NA ŚWIECIE!
On sobie tak leżał, pomyślał sobie o tym świecie, kiedy on, jako osoba, jako koncepcja, jako kształt, jako dusza, jako nowe życie, był gdzieś - nie wiadomo gdzie - a nasz świat był uboższy o tę jedną, jedyną osobę. I uznał, ze to jest bardzo smutne. I się pobeczał.
Przecież to jest takie proste. Na tyle proste, że nawet trzyletnie dziecko potrafi jakoś to opisać. A tu nagle okazuje się, ze pełno mądrych, starszych, wykształconych i bardzo doświadczonych ludzi, nie jest w stanie tego nawet zahaczyć swoją myślą. Co to się dzieje? Czyżby najprostsza, najbardziej podstawowa wrażliwość była towarem aż tak bardzo delikatesowym? Może i tak. Może właśnie o to chodzi. Chodzi o wrażliwość. To by się nawet zgadzało. Młody Toyah w tym roku zdaje maturę, wcześniej ma studniówkę i skarży się, że nie ma z kim na tę studniówkę iść. Czyżby on był tak bardzo inny, że na tym przecież tak nieskomplikowanym polu on po prostu odpada? Czyżby miało być tak, że od pewnego poziomu wrażliwości, świat współczesny przestaje istnieć? Czy to możliwe, że, część z nas po prostu w pewnym momencie została z tyłu i jesteśmy już tylko obiektami muzealnymi? Jakimś odległym wspomnieniem, na które ludzie prawdziwie związani z dylematami współczesnego świata patrzą jak na dziwadła?
Biedny młody Toyah. Czy warto to było w tak młodym wieku uderzać w tak wysokie tony? Ciekawe. Warto to było?

czwartek, 11 grudnia 2008

O wyższości czarownika nad docentem



Mój wczorajszy tekst, dotyczący upadku czegoś, co się powszechnie nazywa ‘cywilizacją chrześcijańską', ku mojemu ubolewaniu, sprowokował dwojaką reakcję. Albo został zlekceważony, na co wskazywałaby bardzo niewielka liczba komentarzy, albo kazał niektórym zarzucić mi rasizm, a nawet antysemityzm (sic!). Oczywiście, napisało do mnie też kilku użytkowników, którzy skomentowali te moje refleksje w sposób przede wszystkim merytoryczny, a również czasem niezwykle przyjazny - za co jestem im bardzo wdzięczny - ale, jak mówię, ogólne wrażenie miałem takie, że jeśli ktoś w ogóle uznał, ze warto było to czytać, to głównie po to, żeby mi dosolić. Naturalną koleją rzeczy, wydawałoby się, powinno być to, że lepiej by mi było zająć się jakimś innym tematem, albo w ogóle na pewien czas zwolnić, ale co zrobić, jeśli męczy mnie ta wielokulturowość bardzo i nie daje spokoju? Trudno. Najwyżej Wy sobie trochę ode mnie odpoczniecie.
Więc zacznę tak. Kiedyś, jeszcze w zamierzchłych czasach komuny, miałem kolegę, który studiował architekturę w Gliwicach. Opowiadał mi on pewnego razu, że mają na roku takiego jednego kumpla, który pochodził z Afryki. Któregoś dnia, na wykładzie z ekonomii politycznej kapitalizmu, czy socjalizmu - wówczas to było obojętne, bo i tak chodziło o jedno - któryś z tych specjalistów od prania mózgów tłumaczył im coś na temat tego, że życie jest formą istnienia białka i że te religie i takie tam, to wszystko jest nic nie warte. I wtedy, ten jego czarny kolega powiedział, że to wszystko jest bardzo ciekawe, ale on ma inne doświadczenia. I opowiedział historię o tym, że u nich we wsi - w tej Zambii, czy gdzieś tam - jest pewien czarownik, który potrafi tak zrobić, że pokaże palcem na kogokolwiek, kogo sobie upatrzy i ten znika. Następnie, ten przebiegły czarownik pokaże palcem na tego kogoś jeszcze raz, i on się pojawia na nowo. Ponieważ ten specjalista od propagandy wprawdzie był bolszewicką swołoczą, ale nie koniecznie był głupi, zapytał studenta sprytnie, jak ten czarownik może pokazać palcem na kogoś, kogo nie widać, bo zniknął. Student wzruszył ramionami i odparł, że on nie ma pojęcia, ale myśli, że skoro on jest czarownikiem, to jakoś to potrafi. Docent w tym momencie odpadł.
Przypomniała mi się ta historia niedawno, właśnie przy okazji moich rozmyślań nad wielokulturowością, wpływem jednych kultur na inne i nad tym, jak to jest, ze jedne kultury upadają, a inne trwają w najlepsze. Otóż myślę sobie, że jest rzeczą absolutnie oczywistą, że w sytuacji, kiedy spotka się jakaś grupa ludzi, powiedzmy dziesięcioosobowa, czy - by trzymać się bliskich mi porównań - wielkości klasy szkolnej, nie ma takiej możliwości, żeby wewnątrz tej grupy panowała idealna równość i braterstwo. Oczywiście, oni mogą żyć w zgodzie, mogą nawet być bardzo solidarni i lojalni wobec siebie, mogą nawet wszyscy bardzo się przyjaźnić, ale zawsze będzie tam ktoś, a często nawet i parę osób, które będą ważniejsze i po prostu lepsze. Ktoś, kogo zdanie będzie się bardziej liczyło, niż zdanie innych, ktoś, kto będzie swoich przyjaciół reprezentował na zewnątrz i ktoś, kto będzie symbolizował tę grupę. Jak to się dzieje, że jedni zostają przywódcami, a inni nie? Jak to się dzieje, że ktoś nagle zaczyna bardziej błyszczeć niż inni? Czy jest to może wynik tego, że on jest mądrzejszy? Czy może chodzi o to, że jest bardziej bezczelny? Czy może bardziej przystojny? Oczywiście, każda z tych rzeczy ma znaczenie, ale to co się liczy najbardziej, to wewnętrzna siła, jaka emanuje z tej osoby. Ta właśnie siła, wynikająca z jego pewności siebie, wierności zasadom, świadomości racji, sprawia, że wszyscy zaczynają go szanować zgadzają się by jego poglądy, jego koncepcje i jego pomysły dominowały. Czy przywódcą może zostać chłopak lub dziewczyna, którzy od samego początku przyjmują pozycję wyczekującą i ogłaszają wszem i wobec, że oni gotowi są dyskutować? Nigdy.
Mówimy o wielokulturowości. W moim przekonaniu, jeśli idzie o ten wymiar, który powyżej przedstawiłem, nie ma większej różnicy między grupą szkolną, a wielokulturowym społeczeństwem. Nie ma takiej możliwości, że w sytuacji, kiedy spotkają się różne kultury, czy cywilizacje, uda się między nimi stworzyć taką harmonię, że każdy stara się żyć dla siebie i dzielić się swoimi bogactwami z innymi, a jak przyjdzie potrzeba, zrezygnować z czegoś w co wierzy, na rzecz kogoś innego. Nie jest to możliwe w relacjach między ludźmi, a tym bardziej w relacjach między kulturami. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że ludzie są zdecydowanie bardziej elastyczni od kultur. Kultury są stare, niewzruszone i pewne swego. Dlatego też, podobnie jak w klasie szkolnej, w sytuacji zderzenia kultur, zawsze kultura silniejsza, bardziej pewna swojej wartości, bardziej przywiązana do swojej tradycji i swojej wiary, nie dość że wygra, że pozostanie silna, to jeszcze zacznie stopniowo wpływać na kulturę słabszą, a w efekcie ją przejmować.
Parę dni temu, w telewizji, przy okazji swojej wizyty w Polsce, występował Dalajlama. Przyszedł do studia w swoim tradycyjnym pomarańczowym stroju, boso, z gołymi ramionami, odsłoniętą pachą, założył nogę na nogę w ten sposób, że jego bosa stopa była skierowana prosto w kierunku kamery. Pomyślałem sobie wtedy, że oto mamy do czynienia z kulturą w pewnym sensie wyższą. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że Dalajlama w tej naszej telewizji wyglądał wyjątkowo ekscentrycznie, ze swoją bosą stopą i wystawioną pachą, ale ani jemu, ani prawdopodobnie nikomu z widzów nie przyszło do głowy, że oto przed nami odstawia się jakąś - jak to lubią mówić młodzi - wieś. Każdy bowiem wiedział, że to co widzimy, to wielka, stara kultura, że ten który do nas mówi, to wybitny przedstawiciel tej kultury i że tak jak jest właśnie ma być.
Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby do studia telewizyjnego przyszedł Marek Jurek z dużym krzyżem na piersiach i - powiedzmy - przeżegnał się przed rozpoczęciem rozmowy? Przecież z punktu widzenia religii, którą on reprezentuje, nie stałoby się nic szczególnego. W chrześcijaństwie, znak krzyża jest gestem powszechnym i w żaden sposób nie powinien wywoływać jakichkolwiek emocji. Co tam znak krzyża! Niechby on wspomniał, że w zeszłą niedzielę, kiedy był na mszy w kościele, to coś tam się zdarzyło. Ja już widzę te rozbawione twarze ludzi, którzy kiedy patrzą na Dalajlamę, kiwają z nabożeństwem głowami i wzdychają, jakiż to święty człowiek.
No ale dobrze. Jurek to polityk - marny bo marny - ale zawsze, więc może nie wypada mu mieszać swojej wiary do występów w telewizji. Wprawdzie Dalajlama trochę też, no ale wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Pomyślmy więc, co by się działo, gdyby w tzw. dobrym towarzystwie jakiś katolik powiedział, ze on dziękuje za kiełbaskę, no bo dziś piątek. Czy to dobre towarzystwo pochyliłoby się nad katolikiem ze zrozumieniem? Ależ w życiu! Przede wszystkim wszyscy by uznali, że to jest jakiś nawiedzony wariat i dyskretnie by zaczęli chrząkać.
Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że my, jako chrześcijanie, nie zrobiliśmy dokładnie nic, żeby pokazać światu, że z nami nie ma żartów. Do częstochowskiej kaplicy włażą jacyś zagraniczni turyści w czapkach i nawet im do głowy nie przyjdzie, ze gdyby podobnego gestu bluźnierstwa dopuścili się w meczecie, w buddyjskiej świątyni, czy w synagodze, już by było po nich. Inna sprawa, że oni, gdyby planowali wizytę w Taj Mahal, albo gdzieś w tureckim meczecie, to wcześniej przeszukali by wszystkie przewodniki i strony internetowe, żeby przypadkiem nie wyskoczyć z czymś głupim.
Proszę sobie przypomniec, co się wyprawiało wśród komentatorów przed wyjazdem pana prezydenta do Japonii. Jak oni się zastanawiali, co w Japonii wypada, a co nie wypada w Korei, a jak jeść, jak stać, jak mówić, jak milczeć. I wszyscy okropnie się martwili (albo się cieszyli), co to będzie, jeśli Prezydent nagle zrobi coś takiego, że tamta kultura tego nie przyjmie. Kiedy przyjeżdża do Polski ktoś z Kuwejtu, Seulu, Jerozolimy, czy Osaki, nikt się nie zastanawia, czy ten ktoś przypadkiem nie zrobi głupstwa w postaci odmówienia kieliszeczka czystej wyborowej. Że już nie wspomnę o wystawianiu gołej nogi do kamery telewizyjnej.
Jakie więc szanse w wielokulturowym społeczeństwie ma chrześcijanin, który pragnie zamanifestować swoją kulturę, tradycję, swoją wiarę? Dokładnie żadne. Owszem, on może sobie się cichutko pomodlić, może położyć na wigilijnym stole opłatek, może nawet zaśpiewać z sercem i wiarą kolędę, ale niech nie liczy na to, że on będzie mógł to samo - z tą samą powagą - zaprezentować na zewnątrz. Natychmiast zaczną go pokazywać palcem i krzyczeć, że jest bezczelny, agresywny, nietolerancyjny, a przede wszystkim nawiedzony. I on to wie. I dlatego siedzi cicho. Nie pcha się. I efekt jest oczywisty. Wszędzie gdzie dochodzi do starcia kultury chrześcijańskiej, i kultury - powiedzmy - wschodniej, w sposób naturalny zaczyna dominować kultura wschodnia, a efektem tego jest to, że wszystko co dotychczas jakby wyrastało z chrześcijaństwa, zostaje zredukowane do jedynie obyczaju, który może być przestrzegany tylko o tyle o ile nie przeszkadza innym, natomiast wszystko co istnieje na zewnątrz tej kultury i tej cywilizacji, zachowuje pełną autonomię, a nawet - w pewnym sensie - status czegoś oficjalnego.
Blog, który prowadzę jest blogiem politycznym, więc wypadałoby jakoś przynajmniej wspomnieć o polityce. Proszę uprzejmie. Dziś mój salonowy kolega Free Your Mind (jeszcze raz, gratulacje z powodu rozpoczęcia ósmej setki) przedstawił wspaniały komentarz dotyczący zachowania grupy nawiedzonych europejskich ideologów, którzy przyjechali do prezydenta Czech Klausa i go najzwyczajniej w świecie opieprzyli http://freeyourmind.salon24.pl/106133,index.html . FYM nie może pojąć, jak coś tak oczywiście bezczelnego i chamskiego, mogło nie wzbudzić odruchu protestu u korespondenta Polskiego radia we Francji, Tomasza Siemieńskiego. Więcej - nie dość, że nie wzbudziło odruchu protestu, to wywołało wręcz brawa. FYM uważa, że są rzeczy w tak oczywisty sposób haniebne, głupie i przykre, że normalny człowiek nie powinien w żaden sposób pozostać wobec niech obojętny. Zapomina jednak mój wybitny kolega, że to nie tylko Siemieński uważa, że politycy z Brukseli postąpili słusznie. Oni sami też tak uważają. Uważam, że każdy szczerze wierzący Europejczyk nie da powiedzieć złego słowa na to, co się stało. Dlaczego? Bo oni są jak sekta. Pisałem już o tym na blogu FYM. Ale powtórzę tu raz jeszcze. Oni są po prostu jak sekta. A jeśli ich to obraża, to niech będzie - religia. Wielka, potężna, nieustraszona religia. A jej wyznawcy są jak krzyżowcy - dumni, pewni swego i gotowi polec za to w co wierzą. To że oni obstawili zło, nie ma najmniejszego znaczenia. Tu się liczy tylko siła wiary. W tej sytuacji, nie ma takiej możliwości, że Tomasz Siemieński nagle uzna, że może warto by było troszkę się wstrzymać. Mowy nie ma! Oto wiara prawdziwa.
Jestem przekonany, że gdyby któregoś dnia, jakieś brukselskie ciało postanowiło, że wszyscy urzędnicy wyższego szczebla pracujący w Brukseli, będą w czasie oficjalnych okazji występować tylko w majtkach i w łyżwach na nogach, oni nie dość że natychmiast zaczęliby się tak nosić, ale robiliby to z dumą i z poczuciem misji. Jestem również pewien, że Tomasz Siemieński w jednej chwili uznałby, że tak jak jest, jest dobrze, a ktokolwiek by stwierdził, że to idiotyzm, zostałby przez Siemieńskiego wyśmiany i oskarżony o brak tolerancji. Albo wręcz antysemityzm. A cała kupa politologów, socjologów i psychologów wyjaśniłaby w telewizji, jak to się dzieje, że polskie społeczeństwo - katolickie i zaściankowe - nie potrafi kulturalnie odpowiedzieć na wyzwania nowej ery?

środa, 10 grudnia 2008

Vineeta Gupta, czyli Polacy nie gęsi



Z wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry - no i oczywiście mój Przemyśl - moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, ze nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.
Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.
Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, w swoich garniturach, jeżdżą do pracy w City po to, żeby w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.
Niedawno w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. Bez odpowiedzi.
Parę dni temu, w Rzeczpospolitej, przeczytałem artykuł o tym, że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół, jak i Królową, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według relacji Rzepy, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i - tak naprawdę - najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie, usunął się na sam koniec kolejki.
Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale - przyznam - niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.
Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.
Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy euro, ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.
Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, ze mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. W artykule w Rzeczpospolitej, wypowiada się na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła."
Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu piszę, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje - zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny - co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta.

wtorek, 9 grudnia 2008

Kilka słów wobec ustawki

Dziś w Rzeczpospolitej wpadłem na komentarz red. Dominika Zdorta, zatytułowany „Politycy za bardzo chcą przypodobać się związkowcom". Od razu muszę się przyznać, że nie jestem w stanie napisać jednego słowa na temat tego, co red. Zdort nam mówi, z tej prostej przyczyny, ze artykułu nie przeczytałem. Nawet nie zacząłem go czytać, a więc kompletnie nie mam pojęcia, co tam słychać. Przeżyję. Choćby z tego względu, że, jeśli już mamy mówić o przypodobywaniu się, bardziej byłbym ciekawy dowiedzieć się, komu (i po co) próbują przypodobać się dziennikarze?
Temat ten interesuje mnie, choćby z tego względu, że, rzeczywiście, w ostatnich dniach, akcja przypodobywania się, podejmowana przez całe grupy dziennikarzy, w stosunku do całych grup polityków (a czasem i w drugą stronę), osiągnęła poziom dość żenujący. Co ciekawsze, potrzebę przypodobywania się również można było zaobserwować wewnątrz samych środowisk. Dziennikarze przypodobują się dziennikarzom, a politycy - politykom. Jeśli idzie o przypodobywanie polityków (czy samych dziennikarzy) związkowcom - nie zauważyłem. Raczej odnoszę wrażenie, że i jedni i drudzy, pragną głównie związkowców wykiwać.
Więc zostawmy związkowców. Oni sobie - wierzę poradzą. Szczególnie, że konkurencja marna. Chciałbym się natomiast troszkę bliżej zająć tzw. środowiskami. Ostatnio, parę razy poniosło mnie w związku z zachowaniem moich dwóch - dotychczas szczerze ulubionych - dziennikarzy. Mam tu na myśli Semkę i Wildsteina. Kto czytał moje ostatnie wpisy, wie o co chodzi, więc nie będę się powtarzał. Natomiast tutaj, chciałbym przedstawić Wam garść refleksji, które spowodowały niektóre komentarze na moim blogu, a dotyczące właśnie problemu przypodobywania się, lub - jak pozwoliłem sobie to nazwać - kapitulacji.
Od paru dni, mam bardzo silne podejrzenie, że jesteśmy, w skali ogólnopolskiej, świadkami zjawiska, które jest głównym sprawcą tej fali zachowań kapitulanckich, mianowicie czegoś, co na własny użytek nazywam ‘polityczna ustawką'. Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o coś takiego, że pewna grupa najbardziej zdecydowanych, najbardziej ideowo określonych i najbardziej wpływowych osób w kraju, postanowiła dokonać swoistej ‘ustawki', której reguły i wynik są od samego początku odgórnie ustalone. Ponieważ cała akcja została przeprowadzona bardzo perfidnie i niezwykle sprawnie, zwycięzcy i ofiary zostali również wyznaczeni jeszcze zanim się wszystko zaczęło.
W sumie, gdyby nie parę istotnych szczegółów, można by było nawet całą sprawę zlekceważyć. Jak świat światem było zawsze tak, ze jedni rządzili, a drudzy ich obsługiwali. Jedni - ci silni - ustalali plan dnia, a drudzy - ci słabi - ten cały porządek z zapałem realizowali. Niestety, w ostatnich dniach, z przykrością zauważyłem, że do ofiar, zaczęli dołączać również ci silni, a już z pewnością, paru bardzo istotnych ich przedstawicieli.
Przyjrzyjmy się tej reprezentacji. Z jednej strony, jeszcze ze starej gwardii, mamy Lecha Wałęsę, arcybiskupa Gocłowskiego, prof. Bartoszewskiego i jeszcze parę osób, którzy - gdyby tylko znaleźli w sobie wystarczającą siłę ducha - mogliby nosić z dumą głowę i pokazywać wszystkim, co znaczy wolność jednostki. Z drugiej, z kolei, strony, mamy, wspomnianych już Piotra Semkę i Bronisława Wildsteina, którzy przez naprawdę wiele lat, zachowywali niezłomność i wolę walki, a nagle, ostatnio, zdecydowali, ze może już czas odpocząć.
Jedni i drudzy - najpierw jedni, a potem drudzy - z sobie tylko znanych powodów, zgodzili się na udział w tej, wspomnianej przez mnie, ustawce i albo już dawno dostali w skórę, albo właśnie nadstawiają karku. Co tam Lech Wałęsa, co tam Bronisław Wildstein! Nawet przecież sam Dalajlama, człowiek podobno, bardzo święty, też zajął bardzo chętnie i bez najmniejszego słowa protestu wskazane miejsce na tej arenie. A ci prawdziwie mocni, patrzą tylko, czy wszystko idzie jak należy.
Jak to się dzieje, że ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni prezentować przywiązanie do zasad, do pewnych stałych wartości, do tej jednej wielkiej idei, z dnia na dzień zaczynają najpierw się niebezpiecznie wiercić, a chwilę potem już stoją pod drzwiami z biała flagą i pukają, że oni chcieli właśnie coś zakomunikować? Pisałem trochę na ten temat, ale wciąż przychodzą mi kolejne rzeczy do głowy. Z jakiegoś powodu, stało się powszechne przekonanie - szczególnie po stronie ludzi myślących i porządnych - że ta ich porządność i zdolność do refleksji jest drugiej stronie do czegoś tam potrzebna. Z jakiegoś powodu, wielu mądrych i szlachetnych ludzi, uwierzyło, ze jeśli oni tę swoja mądrość i szlachetność wyniosą na zewnątrz, to ludzie źli i jak najbardziej nie-szlachetni, pójdą po rozum do głowy i się opamiętają. Mam wrażenie, że wielu tych, dla których słowo ‘człowiek' coś w ogóle znaczy, autentycznie doszło do przekonania, że wokół nagromadziło się już tyle złych emocji, że wystarczy jeden gest, a będzie lepiej. I że to właśnie oni - ci mądrzejsi - powinni ten proces rozpocząć.
Niestety, zupełnie zapomnieli, że tu się odbywa ostra walka i, jeśli chce się brać w niej koniecznie udział, to z pewnością należy się przede wszystkim trzymać własnych zasad. A nie apelować do sumień organizatorów i ich wrażliwości.
Przypominam sobie bardzo dobrze los biskupa Życińskiego. Jeszcze wiele lat temu, kiedy był on jedynie pobożnym biskupem tarnowskim, przezwisko Filozof było znane tylko nielicznym, a on sam zaledwie aspirował do roli poważnej postaci medialnej, specjaliści od rekrutacji, już wtedy mieli na niego oko i robili wszystko, żeby go mieć zupełnie dla siebie. Biskup Życiński, korzystając ze stosunkowo spokojnych czasów, mówił co chciał, a baczni recenzenci albo go ganili, albo chwalili. Pamiętam, jak bardzo starannie oceniano każdą wypowiedź Biskupa choćby w Gazecie Wyborczej. Powiedział coś co się podobało - marchewka. Przedstawił ocenę, choć trochę oryginalną - kij. Czym bardziej był ‘po linii', tym marchewka była mniejsza, czym bardziej odstawał od standardów, kij spadał na niego z większą siłą. Ja nie mogłem w to uwierzyć, ale ten proces był wyjątkowo upokarzający. Widać było, jak biskup Życiński bardzo się stara zasłużyć na dobre słowo, a tu cisza. Jednak wystarczyło, ze coś pisnął w złą stronę, od razu w łeb. Bez litości i bez żadnych wyjaśnień. No i już. Dawne czasy.
Wczoraj znów, ten nieszczęsny Wildstein u Olejnik. Domyślam się, że, kiedy on pisał ten swój bezsensowny artykuł w Rzepie http://toyah.salon24.pl/105721,index.html , zapewne chciał dobrze. W najgorszym wypadku, chodziło mu o to, żeby może, jeśli już się brać za Niesiołowskiego, to za poważne rzeczy, takie jak obrażanie Wildsteina i jego kolegów, a nie za jakieś tam sypanie sprzed lat. No a przede wszystkim, z pewnością liczył, że jak już dojdzie co do czego, to on się zaprezentuje, jako ten rozważny, niezacietrzewiony, obiektywny. No i z tym przekonaniem, polazł do Olejnik, licząc dodatkowo na to, że tam mu dadzą powiedzieć, co mu leży na sercu.
A tu pełna klapa. Olejnik, z jednej strony wzięła sobie za psa, Tomasza Wołka, a z drugiej osobiście zaatakowałą Wildsteina z kozaczka. I nie pomogły zapewnienia, że on chce dobrze, że on chciał tylko podyskutować, że on nie chce występować w roli, która jest mu tak niesprawiedliwie przypisana. Wszystko na nic. Czy ktokolwiek jednak się spodziewał, że pani red. Olejnik naprawdę zależy na tym, żeby Wildstein się zreflektował? Ależ skąd! Dla niej, Wildstein to kanalia i jego losy jej w ogóle nie obchodzą. A może ona woli Wołka? Też nie. Ja myślę, że jeśli idzie o niego, to ona może go nawet mieć w jeszcze większej pogardzie, niż Wildsteina. Dla niej Wołek zupełnie spokojnie może być wyłącznie wspomnianym już psem. A Wildstein - owszem - nad nim można jeszcze pracować.
Po co więc ona go w ogóle zaprosiła do studia? Po co ona wynajęła na ten wieczór Wołka? Żeby pokazać, jak się kulturalnie rozmawia? Przecież nie. Tu chodziło o jedno. Wziąć Wildsteina za gardło i mu pokazać, że tak łatwo do łask się nie wraca? Szczególnie komuś takiemu, jak on. Czy ktoś może sądzi, że gdyby Jarosław Kaczyński zwariował i przyszedł do Kropki nad i (a nie ma najmniejszej wątpliwości, że Olejnik oszalałaby z radości, gdyby tak się stało) i na dodatek zaczął - być może pod wpływem nauk specjalistów od nie-agresji - się deklarować, jako gołąbek pokoju, ona by go powitała z otwartym sercem? Pierwsze, co by Kaczyńskiego spotkało, to pogardliwe spojrzenie, jakaś przykra uwaga, a następnie szlag z piąchy. W końcu, jak ustawka, to ustawka, prawda? Dlaczego tak by się stało? Dlatego mianowicie, że pierwszym efektem tej przemiany Jarosława Kaczyńskiego - do której go tak bardzo najlepsi przyjaciele namawiają - byłoby to, że Monika Olejnik straciłaby do niego szacunek, który aktualnie, jak najbardziej ma. Bo trzeba Panu, panie Bronisławie, wiedzieć, że właśnie to Pana spotkało. Ona wcześniej się Pana bała. Dziś już Panem gardzi. Dziś już się Pna nie boi.
A więc co my, te niedobitki walki o przetrwanie, mamy? Niewiele. Ale to jedno - owszem. Mamy nasza agresję i naszą wolę walki. Mamy nasze przekonania i naszą wiarę. A przede wszystkim mamy pełną świadomość, kto to taki stoi naprzeciwko nas i jak się nazywa ta zabawa. Jesteśmy nieustępliwi, nietolerancyjni dla zła i kłamstwa. I chamscy. Tak właśnie. Jesteśmy chamami. Jak trzeba, jesteśmy po prostu chamami. I ostatnia rzecz, na jakiej nam zależy, to to, żeby źli ludzie nabrali przekonania, ze my jesteśmy skłonni do kompromisu. I żeby nas polubili. Damy sobie radę bez ich sympatii. I to jest naszą siłą.
Są tu w Salonie osoby, które potrafią naprawdę walczyć. Osoby, których wielu nienawidzi. Ale którzy budzą i szacunek i lęk. Nie tylko ona, ale też moja koleżanka Maryla. Tyle już było głosów, że Maryla jest nieznośna, że się nie da z nią rozmawiać, ze jest niegrzeczna, że jest agresywna, że jest zafiksowana. Przyznaję, że ja osobiście mam inny temperament. Ja bardzo niechętnie przeganiam ze swojego bloga ludzi, którzy są po prostu źli i głupi. O wiele chętnie z nimi dyskutuję. W ogóle, mam wrażenie, ze jestem od Maryli dużo łagodniejszy i dużo bardziej otwarty. Ale jednocześnie uważam, że najgorsza rzeczą, jaka Maryla mogłaby zrobić, to uznać, ze właściwie fajnie by było, gdyby ci, co jej nienawidzą, zobaczyli, że ona jest w gruncie rzeczy miłą osobą. Oni tego nigdy nie zechcą zobaczyć. A w momencie jak jej zacznie zależeć, już jest po niej. Bo na zewnątrz czekają wilki.
Taka to już jest sytuacja. Pewnie, że bym wolał, żeby to wszystko inaczej wyglądało. Żeby się dało normalnie rozmawiać. Żeby nie było tego chamstwa i tej agresji. Ale jest jak jest. Zorganizowali nam ustawkę i albo się z niej w ogóle wyłączymy, albo staniemy do walki. Ale to jest właśnie walka, a nie zaloty. Ani konferencja z okazji 25 rocznicy Nobla.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...