poniedziałek, 14 lipca 2008

Jeszcze raz o Wołyniu, jeszcze raz o pamięci, jeszcze raz o zapominaniu

Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie.
Nic podobnego. Dzisiejsza Rzeczpospolita na pierwszej stronie informuje o tym, że kombatanci Wołynia są rozgoryczeni postawą Lecha Kaczyńskiego, na drugiej publikuje komentarz Rafała Ziemkiewicza, też w tonie ciężkiego rozgoryczenia, a wewnątrz numeru, zamieszcza wkładkę z chirurgicznie bardzo precyzyjną analizą ukraińskiego mordu.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że swoje już miałem okazję powiedzieć i prawdopodobnie nic nowego nie wymyślę, ale z drugiej strony jest faktem, że wszyscy już swoje zdążyli powiedzieć, włącznie z red. Ziemkiewiczem, który wcześniej swoje poglądy wyraził w tej samej Rzeczpospolitej w tekście na dodatek bez porównania bardziej obszernym niż dziś, a mimo to wszyscy gadają, jak nakręceni. Więc ja pozwolę sobie raz jeszcze, tym razem – obiecuję – może krócej.
Wśród osób zajmujących się sprawą barbarzyńskiego mordu, pojawiają się dwa rodzaje emocji. Jeden to ten, gdzie obsesyjnie wręcz powraca się do opisywania męki polskich ofiar okrucieństwa UPA, z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, a następnie potępienia wszystkiego, co za nią stoi.
Z drugiej strony z kolei, mamy ludzi, którzy nadal, z – dla mnie nie do końca zrozumiałym – upodobaniem wbijają do naszych serc te straszne obrazy, a jednocześnie zapewniają, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy.
Uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, a boję się, że oprócz błędu, pewna bardzo nieprzyjemna intencja.
O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się odrzucić tę swoją straszliwą historię. Może, jak powtórnie kiedyś wpadnie w łapy Rosji, to dla jakich swoich nieistotnych w tej chwili ciemnych interesów, Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA. Póki Ukraina jest wolna, nie ma takiego sposobu.
Ten błąd jest ściśle powiązany z kolejnym. Jeśli Ukraina nie zmierzy się uczciwie ze swoją – choćby i jednorazową – podłością, to właśnie przez fakt, że nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to jest to wystarczająco duża i wpływowa część Ukrainy, żeby sprawa została uznana za zamkniętą.
To jest błąd. Natomiast to, co nazywam brzydką intencją, to właśnie to detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, że trzeba ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami nie dawali zapomnieć.
Sam Rafał Ziemkiewicz pisze w swoim oryginalnym artykule:
"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".
No i sprawa jest zupełnie jasna. Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w potocznym rozumieniu człowiek, jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastycne? To nazywam nieładną intencją.
Ale oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Częściowo na to pytanie odpowiada mój kolega z Salonu kontrrewolucjonista:
“Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo.
Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie.
Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na kresach, więc uznała ze jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug.
To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni.”
Dlaczego mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni.
Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak.
Ale jeżeli ‘bo tak’, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą.
A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na część pamięci.
Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
I jeśli nie wezmą, prezydent Kaczyński zdecydowanie powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
A nie wezmą. Bo pani premier Tymoszenko - owszem - bez najmniejszego wysiłku może spuścić swoje śliczne oczy nad śmiercią Bronisława Geremka i powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, ale na tym jej możliwości współczucia się kończą.
I w tej zupełnie nowej sutuacji, prawdopodobnie większość tych, dla których sprawa Wołynia jest jedynym miernikiem ludzkiego patriotyzmu z jednej strony, a skuteczności polityki międzynarodowej z drugiej, będzie usatysfakcjonowana.
A pan red. Rafał Ziemkiewicz nie będzie musiał pisać tak ciężkich głupstw, jak to, które mu się przydarzyło w dzisiejszej Rzepie, gdzie w jednym zdaniu, z tylko sobie znanych powodów, popadając w kłamstwo zupełnie niezwykłe, pisze, niemal explicite, że w imię pojednania z Ukrainą Polska jest gotowa “zapomnieć” i przyjąć “ukraińską wersję” historii.
Piszę, że Ziemkiewicz kłamie. Ale może być też tak, że nie kłamie. Może on faktycznie wierzy, że dopóki prezydent Kaczyński nie posadzi prezydenta Ukrainy, panią premier Ukrainy, oraz przewodniczącego ukraińskiego parlamentu przed sobą, nie pokaże im dodatku do dzisiejszej Rzepy wraz z odpowiednią kolekcją zdjęć i nie każe im trzem złożyć pod każdym z nich swoich podpisów, to tym samym zarówno zapomina, jak i uznaje.
Ale wówczas nie potrafię uwierzyć, że to ten sam Ziemkiewicz, który w jednym ze swoich gorszych okresów, uznał za stosowne napisać i wydać książkę "Polactwo".

O pożytkach z nauki języka polskiego

Trzy ostatnie dni minęły mi w Salonie na sprawach bardzo poważnych. Poważnych i jednak wyczerpujących. Debata była tak siarczysta, że w pewnym momencie zrobiłem ortograficzny błąd. Prosty, prościusieńki, wręcz dziecinny. No ale zrobiłem.
Skończyło się na tym, że - ostatnio postać dla mnie zjawiskowa - Mireks, go wypatrzył i dał mi pałę.
Jestem w tym momencie pełen wstydu, ale i najszczerszego podziwu, bo mimo, że wiedziałem, że Mireks, to człowiek pracowity - w końcu pisać dwa długie teksty każdego dnia, dla kogoś, kto pisać nie umie, wydawałoby się zadaniem ponad siły - ale nie spodziewałem się, że grzebiąc po moich ponad stu wpisach i wielokrotnie większej liczbie komentarzy, znajdzie Mireks ten jeden błąd. Zwłaszcza, że nie uwierzyłbym, że on wie, że "zauważyć" oznacza dostrzec, a "zwarzyć" może się mleko.
No ale znalazł. A przypominam - on musiał jeszcze w tym samym czasie pisać swój blog. A jak mówię, w jego wypadku zadanie to wielkie.
Ja wprawdzie nigdy nie zauważyłem u Mireksa ani jednego błędu ortograficznego, ale podejrzewam, że to wyłącznie z tego względu, że zawsze skupiałem się na odgadnięciu logicznego sensu pojedynczych zdań, połączeń tych zdań w jeden rzeczowy ciąg, no i ostatecznie w odgadnięciu ogólnego zamysłu autora.
Bo trzeba Ci wiedzieć, że Mireks pisze w sposób szczególny. O ile Ty siadasz do swojego tekstu, ponieważ chcesz podzielić się ze mną czymś, co Cię boli, a może bawi, albo czymś, co właśnie odkryłeś i nie chcesz tego trzymać dla siebie, albo po prostu chcesz mi coś opowiedzieć, Mireks pisze wyłącznie po to, żeby napisać zdanie jedno, potem drugie, następnie trzecie i tak dalej, aż wreszcie, jako zakończenie każdego wpisu (zgodnie ze szkolną zasadą, że każdy tekst musi mieć zakończenie), napisać ‘Pozdrawiam".
owiem szczerze, że nie bardzo byłem pewien, czy wypada mi poświęcać cały wpis polemice z jednym z blogowiczów, ale wczoraj, kiedy zobaczyłem, że mój ‘wołyński' tekst doczekał się, wprawdzie bez wymieniania mojego imienia, dwóch niezależnych i osobnych wpisów, pomyślałem, że czemu nie.
Tu wprawdzie nie będę się koncentrował na merytorycznej stronie publicystki Mireksa, no ale to już nie moja wina. Nie można opisywać czegoś, co nie istnieje. U Mireksa jest tylko forma. Czysta forma.
Oto jeden wybrany akapit z ostatniego wpisu Mireksa. Mireks pisze o Salonie. Proszę się trzymać siedzeń:
"Dla mnie osobiście, miejsce to jest pewnego rodzaju dowodem, a wręcz pewnego rodzaju wzorcem ludzkich osobowości. Osobowości, to być może zbyt górnolotne słowo. Oczywiście mam tu na myśli polityczne spostrzeżenia i związane z tym indywidualne emocje, choć niejednokrotnie zasłyszane wypowiedzi dość precyzyjnie dają obraz właśnie na temat osobowości danego blogera. Bo skoro kogoś chce się wieszać, wyzywa się go od zdrajców narodowych i odbiera mu się miano człowieka za odmienność poglądów i brak sympatii dla bliźniaków oraz wypowiada się te słowa bez zmrużenia oka, to niewątpliwie każdy racjonalny czytelnik zwróci uwagę nie tylko na poglądy komentatora, ale także na osobę jako człowieka. Jednym słowa metodyka, styl przekonywania oraz użyta retoryka skłania czytelnika o odmiennych poglądach, z definicji do nie utożsamiania się z głoszącymi dany pogląd (być może wyjaśniony w inny sposób dający oczekiwany rezultat)"
Kiedy pierwszy raz przeczytałem mireksowy wpis, autentycznie nie wiedziałem, o co chodzi. Przeczytałem więc te serię sekwencji kilka razy, dokonałem ich bardzo dogłębnej analizy i doszedłem do celu. Mireksowi chodzi o to, że to, co kto mówi i sposób, w jaki to mówi, świadczy o osobowości autora. Oto odkrycie, jakiego w swój kolejny dzień pracy publicystycznej dokonał Mireks i, które tak mu zaimponowało, że postanowił się tym odkryciem podzielić. Ponieważ muszę przyznać, że jest to skrawek czegoś, co możemy nazwać treścią, to dla porządku i polemicznej uczciwości informuję Mireksa - tak, zgadzam się, to prawda.
A teraz już przypatrz się samej formie.
Pisze Mireks: "miejsce to jest pewnego rodzaju dowodem, a wręcz pewnego rodzaju wzorcem ludzkich osobowości". Dowodem, a wręcz wzorcem. Ja bym proponował jeszcze inaczej, na przykład: syntezą, a wręcz przykładem. Albo: obrazem, a wręcz zaprzeczeniem, etc. etc. No ale jest dowodem, a wręcz wzorcem, więc niech będzie.
Zdanie następne: "Osobowości, to być może zbyt górnolotne słowo". Oczywiście, tu są same górnolotne słowa, na przykład ‘dowodem', ‘wręcz', no a słowo 'ludzkich' jest już zdecydowanie bardzo górnolotne.
Fragment kolejny: "Oczywiście mam tu na myśli polityczne spostrzeżenia i związane z tym indywidualne emocje". To znaczy, że jak to czytamy? Salon24 jest dowodem i wzorcem nie tyle osobowiści, co politycznych spostrzeżeń i indywidualnych emocji. Aha!
Pędźmy dalej: "choć niejednokrotnie zasłyszane wypowiedzi dość precyzyjnie dają obraz właśnie na temat osobowości danego blogera". Więc chociaż "osobowość" to słowo zbyt górnolotne, zasłyszane wypowiedzi (przez kogo i gdzie zasłyszane?) dają obraz na temat (obraz na temat!!! Ho-ho!) osobowości blogera.
Pozbierajmy więc tę myśl do kupy. Salon24 jest dowodem i wzorcem nie tyle osobowości, co politycznych spostrzeżeń i indywidualnych emocji, ale zasłyszane wypowiedzi dają też obraz na temat osobowości blogera.
Zapraszam dalej. Zdanie jest długie, no ale, jak mówiliśmy, Mireks trenuje, więc bywa, że zdanie wyjdzie długie. Szczególnie, gdy nie wiadomo, jak postawić kropkę, skoro, nie wiadomo gdzie.
"Bo skoro kogoś chce się wieszać, wyzywa się go od zdrajców narodowych i odbiera mu się miano człowieka za odmienność poglądów i brak
sympatii dla bliźniaków oraz wypowiada się te słowa bez zmrużenia oka, to
niewątpliwie każdy racjonalny czytelnik zwróci uwagę nie tylko na poglądy komentatora, ale także na osobę jako człowieka".
Ja wprawdzie nie wiem, co to znaczy "osoba, jako człowiek", no ale pewnie coś znaczy. Sens jednak jest taki: Salon24 jest dowodem i wzorcem nie tyle osobowości, co politycznych spostrzeżeń i indywidualnych emocji, ale zasłyszane wypowiedzi dają też obraz na temat osobowości blogera, bo skoro bloger chce kogoś wieszać za to, że ten ktoś nie lubi Kaczyńskich, to racjonalny czytelnik widzi nie tylko poglądy blogera, ale i jego osobę, jako człowieka.
No i już ostatnie zdanie. Też długie. "Jednym słowa metodyka, styl przekonywania oraz użyta retoryka skłania czytelnika o odmiennych poglądach, z definicji do nie utożsamiania się z głoszącymi dany pogląd (być może
wyjaśniony w inny sposób dający oczekiwany rezultat)"
Skoro "jednym słowem", to rozumiem, że to jest takie ‘angielskie' what I mean, czyli doprecyzowanie. Chodzi prawdopodobnie o to, że jeśli bloger nienawidzi drugiego blogera za to, że ten nie lubi Kaczorów i tę nienawiść formułuje przy pomocy niewłaściwej "metodyki, stylu i retoryki", to bloger, który nienawidzi Kaczyńskich, "z definicji" nie utożsami się z blogerem pisiorem.
Jest jeszcze ten nawias na końcu: "...dany pogląd (być może wyjaśniony w inny sposób dający oczekiwany rezultat)", no ale tego, mimo najszczerszych chęci już nie zrozumiałem.
Spróbuję na sam koniec odbudować całą myśl Mireksa. Proszę posłuchaj:
Salon24 jest dowodem i wzorcem nie tyle osobowości, co politycznych spostrzeżeń i indywidualnych emocji, ale zasłyszane wypowiedzi dają też obraz na temat osobowości blogera, bo skoro bloger chce kogoś wieszać za to, że ten ktoś nie lubi Kaczyńskich, to racjonalny czytelnik widzi nie tylko poglądy blogera, ale i jego osobę, jako człowieka. Chodzi o to, że jeśli bloger chce wieszać kogoś za to, że ten nie lubi braci Kaczyńskich i tę chęć wyraża przy pomocy nieodpowiedniej metodyki, stylu i retoryki, to racjonalny człowiek z tym blogerem się nie utożsami.
Czyli dokładnie tak, jak mówiłem na początku. Jeśli ktoś pisze niekulturalnie, to świadczy to źle o jego osobowości i nikomu normalnemu się to nie spodoba. To chciał napisać Mireks, no a że nie umie za bardzo, to wyszło, jak wyszło.
No ale skoro Mireksa tak bardzo dręczy poziom kultury w Salonie, to proszę spojrzeć na dwa z tytułów niedawnych wpisów Mireksa: "Psychiatryk24", "Mózgosieczkarnia" (to o Salonie) i adres do jednej z blogerek: "te swoje buńczuczne zapowiedzi wiesz gdzie możesz sobie wsadzić". Niech sobie powdycha odrobinę wersalu.
Już kończę. Dlaczego w ogóle się postanowiłem zajmować akurat tylko jednym z blogerów, który w gruncie rzeczy nie powinien mnie w ogóle obchodzić? Otóż robię to dlatego, że Mireks nie jest "jednym z blogerów". Mireks jest blogerem ważnym, o potężnej liczbie wpisów, o ustalonej pozycji w naszym Salonie, człowiekiem, który - krótko mówiąc - się liczy. A z drugiej strony, co starałem wyżej wykazać, człowiekiem prezentującym tak bezwzględnie niski poziom zarówno merytoryczny, jak i formalny, że nie ma sposobu, żeby znaleźć tu cokolwiek porównywalnego.
A ja nie mam nic przeciwko temu, żeby w tym miejscu ścierały się najróżniejsze poglądy i radykalnie przeciwne opinie. Nie drażni mnie agresja, nie drażni mnie zbytnia układność. Nie drażni mnie ktoś, kto uważa mnie za idiotę i głupka. Jestem gotów na wszystko. Niech tu piszą wszyscy, którzy mają coś do powiedzenia i którzy te swoje myśli potrafią w miarę jasno przedstawić.
Jest to również mój Salon i mogę mieć pewne związane z nim marzenia.
(Wczoraj ktoś tu użył sformułowania "polska hołota" - i tu byłbym, powiedzmy, trochę niespokojny)
Ktoś może pomyśleć, że ja się mszczę za ten błąd. Ależ skąd. Jak się rozpędzę, robię błędy ortograficzne. Zawsze je wprawdzie poprawiam, ale czasami zostają. Jest mi oczywiście głupio, ale też bez przesady. Są to zawsze omyłki, a nie błędy, więc nie jest tak źle.
Nawet w geście dobrego samopoczucia mogę na sam koniec tego przydługiego - przyznaję - wpisu obdarować Mireksa drobnym prezentem.
Szczególnie, że i dzień dla niego niewesoły, a i - jak się okazuje - postanowił odejść z naszej Mózgosieczkarni. No to na drogę jeszcze jeden błąd gratis: Szczenśliwej drogi!

sobota, 12 lipca 2008

Prawdziwi patrioci mają nowy plan

Wczoraj w Rzeczpospolitej ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski oświadczył, że nie zagłosuje więcej na Lecha Kaczyńskiego, ponieważ obraził pamięć ofiar Wołynia. Śladem księdza, poszło wielu, między innymi - co mnie już bardzo zmartwiło - moja koleżanka z Salonu, Katarzyna.
Wielu dotychczasowych zwolenników prezydentury Lecha Kaczyńskiego już nie będzie na niego głosowało i albo zagłosują na kogoś lepszego, o większej świadomości historycznej, albo nie zagłosują w ogóle.
Rodzaj emocji, z którym mamy tu do czynienia ma charakter postępujący. Z początku, pretensje do prezydenta związane były z faktem, że wycofał swój patronat. Kiedy się okazało, że patronatu nie wycofał, poszło o to, że nie wystąpił z okolicznościowym słowem. Kiedy zapoznaliśmy się z jego listem, nie możemy mu darować, że, jak przystało na porządnego Polaka-patriotę, nie zwrócił się w pewnym momencie do ukraińskiego ambasadora i mu nie wygarnął: "To wy!"
I proszę mi nie mówić, że chodzi o osobistą obecność Prezydenta na uroczystościach. Niechby tam nawet przyszedł piechotą w worku pokutnym, z głową posypaną popiołem, to i tak za to, że nie napluł Ukraińcom w ich czarne podniebienia, zostałby przez najbardziej serdeczną część narodu wdeptany w ziemię.
Chciałbym Ci teraz opowiedzieć dwie historie sprzed wielu lat. Historie, które pokażą, jak to kiedyś działo się, szybko, ostro i jak to było, kiedy człowiek wąpliwości nie miał żadnych.
Był rok 1981. Poszedłem sobie z kolegą do restauracji na obiad. Nagle do sali weszła grupa działaczy Solidarności na czele z Andrzejem Czumą, dzisiejszym politykiem od Tuska. Było ich dużo, siedli przy połączonych stolikach, zachowywali się głośno, mówili odważnie, co chcieli i całym swoim zachowaniem pokazywali, że są zwyciężcami. Kiedy kelner przynióśł jedzenie, Andrzej Czuma - pamiętam to do dziś - przeżegnał się nad stołem gestem tak zamaszystym, że bałem się, że zahaczy o stolik obok.
Ja wiedziałem, czemu tak zrobił. Kraj był wyzwolony spod komunistycznej zarazy, w kościołach wolno było bezpiecznie pokazywać znak zwycięstwa, śpiewać "Boże coś Polskę" z oryginalnym zakończeniem, no i oczywiście żegnać się demonstracyjnie w miejscach takich, jak komunistyczna (przepraszam post-komunistyczna) knajpa.
I teraz pamiętam inną scenę, też jeszcze z roku 1981. Andrzej Czuma wciąż tryumfował, komuniści trwali przyczajeni, a wolność walała się po ulicach naszych miast w postaci ulotek, biuletynów i najróżniejszego rodzaju gazetek, w których każdy mógł przeczytać o tym, że komunizm zdycha.
W moim mieście zorganizowano otwarte spotkanie z Leszkiem Moczulskim. Ponieważ jednak niespodziewanie - a może i spodziewanie - przewodniczący poszedł po raz kolejny siedzieć, spotkanie poprowadziła pani Moczulska. Sala została wypełniona przez cały miejscowy zarząd Solidarności, przez wszystkich miejscowych członków związku, no i przez całe tłumy antykomunistyczne nastawionych mieszkańców. Przyszliśmy, bo to był taki czas, gdy wolność przenikała do naszych serc przez wszystkie otwarte miejsca naszego ciała. Przyszliśmy, bo chcieliśmy z jednej strony zamanifestować naszą siłę, a z drugiej strony przyjąć słowa prawdy.
Podczas tak zwanej dyskusji (piszę "tak zwanej", bo wiemy przecież, że tego typu spotkania, nie są przeznaczone na jakąkolwiek dyskusję), zadałem pani Moczulskiej pytanie. Dziś nie pamiętam już, o co chodziło. Myślę, że mogłem chcieć wyrazić obawę, że komunizm jednak nie zdycha, tylko się właśnie czai.
To, co nastąpiło, pamiętam do dziś. Sala zareagowała z taką wrogością, że w pewnym momencie marzyłem tylko o tym, żeby może zaczęli buczeć. Okrzyki: "Ubek", "Kapuś", "Won do Moskwy" zostały wreszcie uprzejmie przerwane przez panią Moczulską, która wytłumaczyła zebranym, że w nowych, demokratycznych czasach, musimy się nauczyć szanować nawet ludzi z przeciwnego obozu.
Na drugi dzień poszedłem, jak zwykle do Zarządu Regionu po swój codzienny biuletyn i chłopak, który tam codziennie siedział, powiedział mi, że to było bardzo śmieszne, jak zostałem potraktowany, ale przecież takie mamy czasy, więc powinienem się nie przejmować.
Później przyszedł stan wojenny, Moczulskiemu do towarzystwa dano jeszcze parę innych osób i wszystkie spory, na długie lata, trafił szlag.
Wiele lat później, już w nowej Polsce, kiedy zbliżała się do końca niesławna kadencja Lecha Wałęsy, a komuniści już pudrowali nosek Kwaśniewskiemu, przymierzali mu błękitne koszule i wędzili jego złotą skórę w najlepszych saunach, cała patriotyczna Polska szukała kandydata, który mógłby nie dopuścić do władzy komucha.
Pojawiła się na szczęście kandydatura Adama Strzembosza, według wszelkich obiektywnych standardów, osoby wybitnej, a co najważniejsze z wybitnymi szansami na zwycięstwo. W momencie, gdy Strzembosz zgodził się kandydować, jego poparci sięgało 20%. Był szanowany, uważany za osobę poważną, zdolną, no a przede wszystkim za patriotę i Polaka o wspaniałym życiorysie.
Dziś może niektórzy nie chcą o tym pamiętać, ale w tym samym czasie, Lech Wałęsa, jeśli był przez kogoś traktowany z szacunkiem, to tylko przez grupę snujących się wokół Belwederu komunistycznych generałów i drobnych ubeków. Bo już nawet Wachowski miał na oku inne towarzystwo. Według sondaży, jego poparcie nie przekraczało 10% i wiadomo było, że na szczęście ani on, ani komunista - jeśli będziemy mieli Strzembosza - władzy nie weźmie.
I w tym oto momencie, do akcji przystąpili już nie polscy patrioci, ale prawdziwi polscy patrioci. Patrioci o nieskażonych sumieniach, niewzruszonych sylwetkach i o nieustraszonych sercach. Okazało się, że Strzembosz nie może być prezydentem, bo przede wszystkim chodzi na pasku Kaczyńskiego, a poza tym jest za mało pobożny, za mało skupiony na walce o życie nienarodzonych, a poza tym chyba jest żydem.
Za tymi informacjami przyszła kandydatura Hanny Gronkiewicz Walc, wówczas jeszcze uchodzącej za osobę głównie religijną, różnych drobnych przedstawicieli ultra-prawicowego planktonu, no i - last but not least - generała Wileckiego, którego zdaje się - nie mam pewności - promował, wschodzący jeszcze wówczas, Roman Giertych.
Oczywiście pierwsze, co się stało, to notowania Strzembosza leciutko spadły, Strzembosz się natychmiast obraził i zaczął demonstrować swoją niezależność od PC, a następnie, już zupełnie obrażony się wycofał. Po nim, inteligentnie, Gronkiewicz z Wileckim ustąpili miejsca Wałęsie, który następnie podał Kwaśniewskiemu nogę i wrócił do żony.
Ciekawa sprawa, że nawet on, człowiek tak okropnie nielubiany i nieszanowany, stracił w ostatecznym rozrachunku do Kwasniewskiego zaledwie parę procent. Nie ulega wątpliwości, że ktokolwiek inny, kto by zdobył poparcie patriotycznej części społeczeństwa, z Kwaśniewskim by wygrał.
Lata mijają. Roman Giertych jest adwokatem, Lech Wałęsa bohaterem Adama Michnika, Aleksander Kwaśniewski, znanym pijakiem, a generał Wilecki nie wiadomo kim, bo Macierewicz nie chce wszystkiego mówić. Leszek Moczulski, jako były kapuś, dożywa swoich lat w niesławie, a cała reszta bohaterów jednej nocy - jeśli jeszcze nie została w Ameryce -kręci się po różnych zakamarkach ojczyzny, w której tymczasem Donald Tusk z kolegami zaprowadzają miłosny ład.
Ostatnio jednak część z nich się ożywiła. Przebiegli wczoraj przez mój blog.
Chyba szykują jakiś kapitalny plan.

piątek, 11 lipca 2008

Jak pamiętać o Wołyniu i pozostać Polakiem

Przed paru laty, będąc w moim ukochanym Przemyślu na wakacjach, w jednej z księgarni zobaczyłem album poświęconym Polakom pomordowanym przez Ukraińców na Wołyniu.
Okładka albumu przedstawiała parkową aleję, z wielkimi, pięknymi drzewami po obu stronach. Do drzew, drutem kolczastym, przywiązane były malutkie dzieci. Drzewa były duże, więc na obwodzie każdego z nich mieściło się kilkoro maluchów. Pamiętam, że dzieci były najczęściej w sukienkach, miały zamknięte oczy i chyba były martwe.
W środku albumu, zdjęcie było powtórzone, tym razem już z odpowiednią informacją. Okazuje się, że ukraińscy bojownicy, walcząc o coś, co nazywali 'niepodległą ojczyzną', mordowały polskie dzieci, przywiązywały je właśnie w ten sposób do drzew i żartobliwie nazywali te swoje "instalacje" polskimi wianuszkami, czy jakoś tak. Ta alejka też miała, o ile pamiętam - a staram się nie pamiętać - jakąś nazwę. W podobnej poetyce.
Ryszard Legutko, w swoim przepięknym eseju o trzech miastach, pisze w następujący sposób o Lwowie:
Z pewnością jedną z najbardziej dramatycznych jest opowieść o Lwowie, czarownym polskim mieście, które decyzją naszych sojuszników zostało nam odebrane, a wkrótce także zamordowane, i to niekoniecznie w metaforycznym sensie tego słowa. W rękach nowych właścicieli Lwów, miasto kupiecko-urzędniczo-akademickie, szybko straciło swój charakter. Prawowitych mieszkańców - kupców, urzędników i akademików - wygnano, wywiezioną, bądź wymordowano. W piękne pałace, kamienice, posiadłości, kościoły weszli ludzie znikąd, nie mający nawet świadomości, co przejmują i jakie powinni mieć wobec przejętych dóbr zobowiązania. I tak zniknął kilkusetletni kawał polskiego doświadczenia, a wraz z nim zniknęli ludzie, budynki, dzieła sztuki, przedmioty, w które wpisane były dorobek i pamięć. To, co pozostało po dawnych właścicielach, szarzało, niszczało, rozpadało się. Parki pozarastały chaszczami, cmentarze ulegały dewastacji, a pamięć ludzka powoli słabła i obojętniała.
Lwowski świat przestał istnieć, czyniąc wielką wyrwę w polskim pojmowaniu historii i tożsamości narodowej. Proces rozpadu i odrywaniu Lwowa nie dokonywał się wyłącznie samoczynnie. Można było dostrzec świadomą intencję niszczycielską, motywowana resentymentem i nienawiścią. Nowi mieszkańcy Lwowa dewastowali miasto, bo nie rozumieli jego wartości, nie darzyli afektem jego dorobku. Nie poczuwali się do obowiązku zachowania ciągłości. Ale też zaznawali trochę złej i niskiej radości niszcząc ślady pańskiej Polski, a przez to utwierdzając się w swojej władzy. Stąd wizyta we Lwowie zawsze nasuwa tę myśl, iż stary Lwów nie tyle przestał istnieć na mocy bezosobowych wyroków, ile został z pełną świadomością zamordowany.
yłem we Lwowie dwa razy w życiu i powiem szczerze, że, spacerując po wybrukowanych ulicach, po łyczakowskim cmentarzu, siedząc we lwowskich knajpkach, a nawet jeszcze czekając pięć godzin w autokarze na granicy i patrząc na tępe, złośliwe twarze snujących się bez celu ukraińskich celników, nie mogłem przestać myśleć ani o tym, co już wcześniej widziałem na okładce tego przemyskiego albumu, ani o tym, co po latach miałem przeczytać u Legutki.
Patrzyłem na ludzi mijających mnie na ulicy, śmiejących się, albo zamyślonych, albo znudzonym wzrokiem wpatrzonych w pucharek z lodami i musiałem myśleć o jednym: za naszą wschodnią granicą mieszka naród, który, patrząc z pewnej perspektywy, pozostaje narodem barbarzyńców i morderców.
A jednocześnie, czasy się tak ułożyły, że z tym właśnie narodem - niektórzy twierdzą, że "naród" to niewłaściwe słowo - jesteśmy zaprzyjaźnieni, mamy wspólne interesy, a nawet przyszło nam wspólnie urządzać mistrzostwa Europy w piłce nożnej.
Przyznaję jednak, że, pomijając to jedno zdjęcie parkowej alei, Ukraina i Ukraińcy nie stanowią dla mnie jakiegokolwiek problemu. Pomijając jedną bardzo miłą dziewczynkę, którą poznałem tej wiosny, nie znam żadnego Ukraińca, nie widzę w perspektywie żadnych powodów, żeby się z nimi zapoznawać i w sumie jest mi z tym zupełnie dobrze.
Natomiast przyznaję też, że bardzo się martwię, jak czytam w dzisiejszej Rzeczpospolitej wywiad z księdzem Isakowiczem-Zaleskim, wiele wskazuje na to, że człowiekiem wybitnym, który ogłasza, że już nie zagłosuje na Lecha Kaczyńskiego. Nie zagłosuje na Lecha Kaczyńskiego, bo, jak się okazuje wrażliwość prezydenta w sprawie wołyńskiego mordu nie dała odpowiedniej satysfakcji wrażliwości księdza.
Wprawdzie ksiądz Zaleski nie informuje, na kogo zagłosuje w przyszłych wyborach, ale domyślam się, że nie na marszałka Komorowskiego, ani na Donalda Tuska.
Myślę, że może w wyborach prezydenckich wystartuje, jak co roku, Adam Słomka, albo - po raz pierwszy - Wojciech Wierzejski, albo jeśli jest jeszcze zbyt młody, to może - też po raz pierwszy - Roman Giertych. Oni na pewno będą potrafili jakoś znaleźć drogę do serca księdza Zaleskiego. A już z całą pewnością zrobią to zgrabniej, niż prezydent Kaczyński.
Sam pan prezydent z kolei zostanie już zupełnie sam na placu boju. Bo, nie łudźmy się, jego brzydkie postępowanie w sprawie Wołynia zechce z całą pewnością wykorzystać nawet Włodzimierz Cimoszewicz, nie wspominając już o Lechu Wałęsie. W końcu cóż im szkodzi.
Zostanie więc Lech Kaczyński sam, dla jednych jako ukraiński kolaborant, dla innych, jako człowiek bez śladu wrażliwości historycznej, a dla innych nieudacznik, który nawet nie potrafił w odpowiednim momencie sprytnie zagrać wołyńską kartą. I dobrze mu tak.
A ja, nawet gdybym miał zostać z nim sam, to zostanę. Bo widziałem to zdjęcie parkowej alei, przeczytałem książkę prof. Legutki, widziałem te twarze na ulicach Lwowa i wiem, gdzie mieszkam i kto mieszka obok mnie.
A oprócz tego wiem, że jestem Polakiem, przedstawicielem dumnego narodu, który - owszem - ma na sumieniu dużo i za wiele będzie musiał, a i już musiał, odpowiedzieć. Ale na pewno nie za to, że wieszał małe dzieci na drzewach i szyderczo chichotał, bo wreszcie, po setkach lat błąkania się od jednej niewoli do drugiej, idiotycznie sobie wyobraził , że wreszcie nadchodzi jego czas. A świętować potrafi tylko w jeden sposób. Czcząc pamięć tych, którzy wieszali i chichotali.
Jestem Polakiem i mam sto tysięcy sposobów, żeby tę moją polską dumę manifestować i świętować.
Dokuczanie komuś, kto na moje dokuczliwości nawet nie zasługuje, jest sposobem jednym z ostatnich. Jeśli nie ostatnim.

środa, 9 lipca 2008

Artur Borubar, a twórczość Juliana Tuwima

Wróciłem dziś do domu po całym tygodniu spędzonym na Kaszubach. I muszę od razu zakomunikować, że nie zauważyłem, by ktokolwiek coś tam w okolicy rozpylał. Świat wokół mnie wyglądał sympatycznie, ludzie zachowywali się normalnie, jeśli cokolwiek pojawiało się na niebie, to tylko przelotne chmurki.
Tym samym, zagadka ostatniego kulturowego obsunięcia się premiera Donalda Tuska musi pozostać przynajmniej częściowo nierozwiązana.
Oczywiście jest możliwe, że to coś, co zaatakowało pana premiera, jeśli dotarło do Helu, to tylko do Władysławowa, najdalej do Chałup (do dziś nie umiem zapomnieć, jak przed laty pan Donald uznał za stosowne poinformować mnie, że śpi nago).
Natomiast Kuźnica, w której się wczasowałem, pozostała na sto procent nietknięta.
Na dziś więc, o premierze i jego piłkarzykach - sza!
amiast o nich, chciałem tu porozmawiać o pewnym wczasowiczu i pewnym artyście, czyli o zjawisku, które na swój własny użytek nazywam ‘nadętą amatorszczyzną'.
Jeszcze zanim wyjechałem nad morze, trafiłem tu w Salonie na blogowicza o ksywie Mireks. Bloger Mireks zaintrygował mnie z dwóch powodów: pierwszy to taki, że przedstawił się, jako "publicysta amator", drugi to taki, że okazał się amatorem w obu znaczeniach tego słowa, czyli kimś, kto uwielbia pisać, a jednocześnie, kto pisać umie na poziomie wyłącznie podstawowym. Czyli, że na ogół wie, że zdania oddziela się kropkami. Czyli taki człowiek spod znaku: "Ja nie bardzo umiem, ale bardzo lubiem."
Trafiłem więc na tego Mireksa i pomyślałem sobie, jak to jest, że pewne dziedziny życia są dla różnego typu ‘pasjonatów' otwarte, a inne nie.
Na przykład wiadomo powszechnie, że jeśli ktoś nie ma prawa jazdy, to, nawet jeśli bardzo lubi szybką jazdę, nie powinien jeździć autem w miejscach, gdzie przebywają ludzie. Podobnie, jeśli ktoś nie jest wykształconym lekarzem, to medycyną może się parać jedynie na poziomie syropu, ewentualnie apapu. A jeśli przyjdzie mu do głowy wziąć do ręki skalpel i przy pomocy kleju kropelka łączyć złamane kości, bo "jestem lekarzem amatorem z Poznania", to od razu go opiszą w programie Z dala od Polski, czy jakoś tak.
Są też dziedziny, gdzie bez odpowiednich referencji nie ma się wstępu fizycznie. Na przykład, jeśli ktoś uwielbia być posłem, musi najpierw skutecznie podlizać się pewnej określonej grupie wyborców i tym posłem zostać. Inaczej się nie da.
Jednak wiadomo też, że na przykład można nie umieć śpiewać, a zostać słynnym piosenkarzem; albo można "mieć we krwi" aktorstwo i występować w filmach, nawet w rolach pierwszoplanowych.
No i oczywiście, jak się okazuje, można nie mieć pojęcia o polityce, o społeczeństwie, o języku pisanym, a z powodzeniem - oczywiście "amatorsko" - wymądrzać się na każdy dowolny, nawet najbardziej skomplikowany temat.
Ciekawe, że na przykład tu w Salonie, jeśli idzie o tę konkretną kwestię, proporcje rozkładają się zupełnie "po równo" między czerwonymi, a całą resztą. Kto wie, czy nawet czerwoni są słabsi?
Na plaży w Kuźnicy, któregoś dnia pojawił się człowiek z rodziną i telefonem komórkowym. Najpierw przez telefon pozałatwiał bieżące sprawy biznesowe (chodziło o ustawienie programu artystycznego na dyskotekę, czy jakieś wesele), a później, zgodnie ze wskazówkami Donalda Tuska poszedł grać ze swoim małym synkiem w piłkę. Wszystko odbywało się tradycyjnie. Pan Tato wrzeszczał, pokazywał żółte kartki, wywalał się, groził kartką czerwoną. W pewnym momencie dziecko zapytało, jak się nazywa w ich drużynie bramkarz. W tym momencie pan Tato uśmiechnął się porozumiewawczo do współplażowiczów i powiedział: "Borubar".
Pomyślałem sobie wówczas, że nie jest wykluczone, że człowiek ten jest wybitnym gitarzystą basowym, albo klarnecistą, albo świetnym tzw. dyrektorem artystycznym do spraw letnich imprez muzycznych. Możliwe też, że dobrze gra w piłkę nożną. Nie ulega dla mnie jednak wątpliwości, że politycznie pan Tato zorientowany jest na tyle tylko, że na dowolną kwestię może odpowiedzieć - tak jak w tej grze o nazwie pomidor - jedynie "Borubar".
Wracając z plaży, kupiłem Rzepę, a w niej wywiad ze Zbigniewem Hołdysem, autorem paru znanych piosenek, oraz gitarzystą Maryli Rodowicz i zespołu Perfect. Hołdys opowiada troszkę o muzyce, najwięcej jednak o prawie, teatrze i o życiu społecznym. Trochę też o polityce.
Co mówi? Mianowicie tak:
Prawnicy oszukują, ale nie wszyscy, bo w Ameryce nie oszukują, a nawet, jak oszukują, to też są inni, którzy pomagają nie dać się oszukać.
Teatr jest fascynujący, o wiele bardziej niż granie na gitarze.
Lecha Wałęsę, podobnie jak O.J.Simpsona, nikt za rękę nie złapał; Simpsona uniewinnili, a Wałęsę skazali.
Dzieci nie należy bić. On Tytusa nie bił.
W imię prawa i sprawiedliwości człowiek okrutnie niszczy.
Chyba lepiej mieć jedną żonę i dzieci, ale są tacy, którzy uważają, że nie - na przykład Jodie Foster, albo różne egzotyczne kultury.
Największą ofiarą rozwodów są dzieci.
Pieniądze to nie wszystko.
I wreszcie: zespól Feel jest do niczego.
Po co tu się znęcam nad Zbigniewem Hołdysem - ani wybitnym muzykiem, ani tym bardziej wybitnym analitykiem? Z tego prostego powodu, że on właśnie, w sposób chyba najdoskonalszy symbolizuje całą intelektualną ubogość naszej debaty. Kiedy czytam tu w Salonie refleksje niektórych tzw. publicystów-amatorów, to widzę to, co Rzepa tak wyraźnie pokazała na przykładzie właśnie Hołdysa. Czyste, histeryczne zainteresowanie obrazami i gestami, bez najmniejszej próby syntezy i wyciągania wniosków. Coś, co kiedyś tak przejmująco wyraził Julian Tuwim:
Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.
Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań - na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko oddzielnie
Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford... że kino...
Że Bóg... że Rosja... radio, sport, wojna...
Warstwami rośnie brednia potworna...
Gdyby Julian Tuwim pisał dziś, a chciałoby mu się wpaść w tandetną publicystykę, to pewnie zamiast tego "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo..." napisałby, że WSI... że Kaczory... że laptop... że tarcza... że Borubar.
Jak wspomniałem, Zbigniew Hołdys zakończył swoje refleksje krytyką grupy muzycznej Feel. Ta ostatnia informacja jest szczególnie interesująca, ponieważ Zbigniew Hołdys obudowuje ją merytorycznie i retorycznie. Mówi tak: "Gdybym tak źle grał na instrumentach, nie założyłbym zespołu".
Myślę, że teraz już każdy wie, do czego zmierzam. Jestem pewien, że zarówno pan Tato z plaży, przeróżni komentatorzy z Salonu i mnóstwo innych specjalistów w swojej dziedzinie, od czasu do czasu wydają z siebie okrzyk: "Gdybym ja tak źle..."
Co oczywiście, nie przeszkadza ani jednemu, ani drugiemu, ani całej reszcie niedzielnych amatorów, w przerwie od swoich zwykłych zajęć, zadzierać nosa na każdy temat.
Czy tym swoim dzisiejszym wpisem sugeruję, że niektórzy moi koledzy z Salonu powinni przestać pisać? Absolutnie. Muszą - niech piszą. Ich prawo. Ich wstyd. Jeśli któregoś dnia, na naszym forum pojawi się ten człowiek od Borubara, albo nawet sam Zbigniew Hołdys - powiedzmy, że teatr mu zbrzydnie i postanowi się wziąć za publicystykę - trudno, niech już i oni się tu popisują. Niech te "wypchane głowy grubo im puchną".
Natomiast jeśli już będą pisać te swoje głupstwa, to niech przynajmniej przed kliknięciem w guziczek ‘wyślij', zechcą przeczytać choć raz, to co wyżej napisali i wezmą pod uwagę, że ich teksty czytają nie tylko ich politycznie rozchwiani fani, ale i inni użytkownicy Salonu, którzy szukają czegoś bardziej merytorycznego.
I przynajmniej zadbają o to, żeby zdanie, akapit, czy wreszcie cały wpis, miały w miarę wyraźny początek, rozwinięcie i zakończenie.
Przynajmniej tyle.

wtorek, 1 lipca 2008

Kto dostał hopla, czyli prostactwo zarystokratyzowane

Pan premier Donald Tusk, w trakcie dzisiejszej konferencji prasowej, powiedział, że osoby, które inaczej widzą rzeczywistość, niż on, dostały "hopla". Tak właśnie powiedział. "Hopla".
Ja znam oczywiście to wyrażenie. Znam je podobnie, jak serię innych powiedzonek zasłyszanych w dzieciństwie i w latach nieco późniejszych, na przykład w szkole. Wiem choćby, że, zamiast mówić, że ktoś dostał "hopla", można powiedzieć, że ten ktoś ma "fioła", albo, że komuś "odbiło".
Z innych wyrażeń, mogę zaproponować na przykład "kibel", zamiast "toaleta", albo zwrócić uwagę na to, że w niektórych środowiskach, zamiast mówić, że ktoś się źle czuje, używa się powiedzenia, że komuś "chce się rzygać".
Można by tak dłużej, ale ponieważ mam wrażenie, że w ramach zmiany polityki, a może i wizerunku naszej obecnej władzy, będziemy mogli coraz częściej słyszeć najróżniejsze, barwne manifestacje tej bardziej egzotycznej części języka polskiego, poprzestanę na tych kilku przykładach.
Jak to się stało, że fakt, iż pan premier użył dziś tego podwórkowego powiedzonka, nie bardzo mnie dziwi i każe podejrzewać, że to dopiero początek?
Pamiętam reakcję zarówno Donald Tuska, jak i jego wyborców, na zarzut Jarosława Kaczyńskiego, że politycy Platformy Obywatelskiej prezentują mentalność uliczników. Ogólny rwetes, jaki się wówczas podniósł, ogólnie rzecz biorąc ograniczający się do powszechnego przyznania: Tak, jesteśmy dziećmi ulicy, i jesteśmy z tego dumni, kazał mi podejrzewać, że oto, po raz pierwszy od wielu, wielu lat - czyli może i nawet od czasów Władysława Gomułki - mamy do czynienia z prawdziwą władzą ludu, ludu prostego i ludu spontanicznego. Władzą, która weszła na szczyty dzięki poparciu ulicy i podwórka.
Ryszard Legutko, w swoim eseju zatytułowanym We władzy prostaka, pisze tak:
Wraz z upadkiem PRL-u, znikły rządy chama i zbira.[...] Zniknął cham i zbir, lecz w ich miejsce wszedł prostak. [...] Złe maniery, złe słownictwo, marny język, prymitywność myślowa - uważane przez długi czas za rzeczy wstydliwe - stały się akceptowalne przez samą masowość swojego występowania i przez odrzucenie myślenia hierarchizującego.
Otóż to. Dnia 22 października 2007 roku, w Polsce zwyciężyła demokracja w najbardziej prostym wydaniu. Podobnie jak w czasach, gdy Afryka wyrywała się z więzów kolonializmu, a rozradowany lud wnosił lokalnych liderów do pustych nagle pałaców, by ci mogli zasiąść w miękkich fotelach, przy wielkich biurkach, tak w ten niedzielny, październikowy wieczór rozpoczął się proces nowego, prawdziwie demokratycznego zaciągu.
Już w czasie słynnego expose Donalda Tuska, co bardziej uważni obserwatorzy mogli obserwować w rządowych ławach panią minister pracy, gdy klaszcze swojemu premierowi. Wyglądała przy tym tak nieprawdopodobnie idiotycznie, że człowiek mógł się tylko dziwić, że ma przed sobą panią minister Fedak, a nie na przykład prezydenta Mugabe.
Pamiętamy też moment, gdy Bronisław Komorowski został wybrany przez większość sejmową Marszałkiem Sejmu, a posłowie i posłanki Platformy zaczęli skandować: "Bronek, Bronek!"
Ale to były tylko początki. Polska to nie Afryka, a Donald Tusk to, cokolwiek by mówić, jednak przynajmniej magister historii, a zatem pewne standardy obowiązują. Więc przez całe pół roku jakoś szło. Najpierw jednak rozległ się ten słynny już wrzask protestu przeciwko rzucaniu oszczerstw na prostego ulicznika, potem nastąpiła ta ruska wyprawa do Peru z całą serią tzw. zdarzeń niefortunnych, no i wreszcie dziś, stanął pan premier Tusk p[rzed społeczeństwem, z całym tym swoim bagażem kulturowym.
No i dobrze. Niech żyje demokracja!
Martwi mnie tylko jedno. W tym ludowym szaleństwie pojawiają się od czasu do czasu prawdziwe książęta, dla których demokracja jest czymś z gruntu obrzydliwym. Taki premier Schetyna, w programie Moniki Olejnik, wciąż nie może sobie poradzić z demokracją w wydaniu irlandzkim i jęczy, że coś trzeba zrobić, żeby było tak, jak on chce, a nie jak chcą Irlandczycy.
I ja już nie wiem. Jest ta demokracja, czy nie? A może to już jest jakaś nowa mutacja demokracji?
Prostactwo zarystokratyzowane?
Właśnie jedziemy na tydzień na Kaszuby. Rozejrzę się. Może tam coś rozpylają?

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Co jadła Magdalena Środa w czasach zarazy? Czym się żywi teraz?

Mój świetny kolega z Salonu, e-ciemniak, pracowicie wygrzebał w najbardziej czarnych kieszeniach Wirtualnej Polski, felieton Magdaleny Środy - profesora Uniwersytetu Warszawskiego, etyka, filozofa, publicystki, feministki, byłej Pełnomocnik Rządu ds. Równego statusu Kobiet i Mężczyzn.
Dlaczego warto się zajmować felietonem Magdaleny Środy? Dlaczego w ogóle warto zajmować się osobą Magdaleny Środy? Dlatego mianowicie, że historia społeczeństw nie składa się wyłącznie z gestów wielkich i postaci jasnych, ale również z tego wszystkiego, co się działo i dzieje na najniższym kręgu Stworzenia. Ignorując pleśń i ciemność, nie będziemy mogli docenić i zachwycić się światłem i tym, co ono odsłania.
Więc trzeba widzieć Magdalenę (jakież to paradoksalnie piękne imię!) Środę, pamiętać o jej istnieniu i uczyć dzieci, by wystrzegali się niektórych miejsc.
O cóż poszło? Pani profesor, etyk i filozof postanowiła napisać felieton wyszydzający moralne i filozoficzne dylematy tych z nas, którzy wreszcie, po wielu, wielu latach mogą oficjalnie, bez ataku różnej maści manipulatorów, przyjrzeć się i zobaczyć, czym była zdrada w czasach represji.
Szyderstwo pani Środy jest o tyle ciekawe, że nie niesie z sobą żadnego przekazu merytorycznego. Z jej felietonu można się domyśleć, że pani Środa bardzo lubi Adama Michnika, nienawidzi Bronisława Wildsteina, chyba lubi Wałęsę i nie ma najprawdopodobniej żadnego stosunku do Lesława Maleszki. Każde zdanie jej tekstu wypełnione jest wyłącznie retoryką, bez jednej myśli rozpoczętej i porządnie zakończonej, zwykłe plucie.
Jedyny konkret, jaki Środa podaje, czyli informacja, że w czasach komuny ludzie jedli wyłącznie smalec, akurat jest fałszywy. Ale ponieważ jest to jedyny element jej tekstu, do którego można się jakoś odnieść, to właśnie chciałem troszkę o tym.
Lata osiemdziesiąte, mój okres młodzieńczy i kawalerski spędziłem sam w tym sensie, że moi Rodzice zmarli i musiałem zadbać o siebie na każdym poziomie. Magdalena Środa pamięta, że w sklepach był tylko smalec, ja pamiętam, że jak człowiek się postarał to i mógł kupić nawet kawałek cielęciny. W końcu po coś te kartki były.
Któregoś dnia dowiedziałem się, że w bufecie regionalnego ośrodka Telewizji Polskiej można bez kartek kupić szynkę i polędwicę. Oczywiście przy wejściu jest portiernia, w portierni siedzi portier, który ma obowiązek patrzeć, kto wchodzi do budynku. Chodziło więc o to, żeby wchodzić do środka krokiem szybkim i pewnym i walić prosto do bufetu. I liczyć oczywiście na to, że portier, czy strażnik, nie zareaguje.
Czasem oczywiście nasz marsz do polędwicy był przerywany wrzaskiem: "Dzieeee?", no i wtedy trzeba było wrócić do domu i spróbować innym razem. Na ogół jednak wszystko szło gładko i człowiek miał poczucie zwycięstwa.
Czy spotkałem w bufecie Telewizji Polskiej kiedykolwiek Leszka Maleszkę? Nie. No ale on mieszkał w Krakowie i myślę, że, jeśli się zaopatrywał poza sklepem na Szewskiej, czy w okolicy, to raczej u siebie w zakładzie pracy. A w telewizji nie pracował. No może dorywczo.
Więc, jak mówię, jeśli się postarało, jeść było co, przynajmniej na poziomie podstawowym. A biorąc pod uwagę, że dziś w sklepach mięsnych najczęściej i tak króluje wołowina i wieprzowina, to przy komunistycznej cielęcinie, nie ma się znowu tak czym zachwycać.
Dlaczego piszę o jedzeniu? Dlatego oczywiście, że o jedzeniu napisała Magdalena Środa. Napisała o smalcu i o tym, że kuchenka mikrofalowa nie może służyć do podgrzewania smalcu. Napisała to po to, żeby... no właśnie nie wiadomo, po co. Na pewno po to, żeby zgnoić Wildsteina. Czy po to jednak, żeby udowodnić, że to co mówi Liliana Sonik i inni świadkowie tamtych dni to nieprawda? Że nasi emigranci nie złożyli się na mikrofalę dla Maleszki? Że Maleszka nie przywiózł do Polski z Paryża kuchenki mikrofalowej?
Chyba nie. Wprawdzie pisze profesor i etyk Środa, że smalec do mikrofali nie wchodzi, no ale tylko chyba z sugestią, że Maleszka nie miał żadnej korzyści z pomocy kolegów, nie musiał czuć wdzięczności, no i w związku z tym mógł kablować bez wyrzutów sumienia.
Czy taki jest sens felietonu Magdaleny Środy? Szczerze powiem, że nie wiem.
Podobnie jak nie wiem, czym się żywiła w latach komuny pani profesor? Czy jadła tylko smalec, czy jeszcze coś? Czy jeśli musiała coś ugotować, upiec, czy usmażyć, to pracowała sama, czy ktoś jej stawiał talerz pod nos? Czy znała kogoś, kto ma mikrofalówkę, czy sądziła, że mikrofalówka to taki sam rarytas, jak helikopter? Nie wiem.
A może pani etyk i filozof Magdalena Środa korzystała z tej samej stołówki, co agent Maleszka, a teraz się złości i kłamie? Myślę, że nie. Myślę, że pani Środa to porządna, uczciwa, skromna osoba, której w międzyczasie tylko troszkę się poprzestawiało w głowie.
Mam natomiast pewne przypuszczenia. Pani Magdalena Środa prawdopodobnie miała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych podobny społeczny status do tego ministra z rządu Tuska, Derdziuka, o którym Kazik napisał swoją wielką piosenkę. Mieszkała w akademiku, raz na tydzień, w weekend, jechała do domu, z domu przywoziła ser, jajka, kiełbasę i tak sobie żyła.
O świecie wiedziała tyle, że w mieście bieda i podobno w sklepach nic nie ma i ta świadomość napełniała ją dumą, bo ona miała. Wiedziała też oczywiście, że jak ktoś je smalec, lub - jak sama pisze - "szmalec", to nawet w piecu nie ma co palić, bo wystarczy kromka chleba, a jak nie ma soli, to i bez soli można.
A mikrofalówka faktycznie była dla niej równie egzotycznym dobrem - no i tak samo zbędnym - jak wspomniany już helikopter.
I tak jej zostało do dziś. Jedyne co nowe, to to zbydlęcenie. No ale to już jest sprawa absolutnie poza, że tak powiem, klasowa.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...