piątek, 13 czerwca 2008

Kilka prywatnych uwag na temat bardzo uniwersalny

Jeszcze w maju, tu u nas w Salonie, napisałem tekst o Grzegorzu Przemyku. Pisałem głównie o tym, jaka to strata, że przez wieloletnie zaniedbania i powszechną obojętność, zarówno nas, zwykłych ludzi, jak i tych, którzy powinni czuć odpowiedzialność za nasze historyczne doświadczenie i naszą świadomość, Grzegorz Przemyk, w skali ogólnospołecznej, uległ prawie całkowitemu zapomnieniu.
Pisałem o tym, że ktoś taki, jak ten chłopak, zamordowany 25 lat temu na warszawskim komisariacie, zarówno przez swoją tragiczną, całkowicie niezawinioną śmierć i przez cały kontekst, w jakim ta śmierć nastąpiła, mógłby bardzo łatwo i zupełnie uczciwie, stać się ikoną pop kultury.
Napisałem również, że nawet tak już zupełnie trywialny fakt, że był on po prostu ładnym chłopcem o ładnym spojrzeniu, ładnym taką rock’n’rollową urodą, mógłby być wystarczającym powodem, żeby polska młodzież nosiła jego wizerunek na koszulkach, tak jak dziś noszą Che Guevarę, czy Jima Morrisona.
Mój tekst o Przemyku powisiał parę godzin na głównej stronie Salonu, otrzymał parę życzliwych komentarzy, został zbesztany przez użytkownika, który uważał, że Che – owszem, natomiast Przemyk – nie i tak się pozornie skończyła historia tego mojego przemykowego wpisu.
Pozornie, ponieważ kilka dni później, ktoś kto mój wpis o Guevarze i Przemyku przeczytał, zaproponował na forum Frondy, żeby polska młodzież nosiła na koszulkach zamiast Che Guevary, wizerunek Staszka Pyjasa.
Oczywiście jest taka możliwość, że propozycja na forum Frondy stanowiła całkowity zbieg okoliczności i ktoś po prostu zupełnie niezależnie, w tym samym co ja czasie, wpadł na pomysł, żeby koszulki z Che Guevarą zastąpić koszulkami z bohaterem naszej walki antykomunistycznej. Jeden mój znajomy na przykład gdzieś wyczytał, że ponieważ jest nieskończona liczba wszechświatów, to też jest nieskończona liczba naszych kopii, które w tym samym czasie robią to samo.
Ja jednak myślę, że to ja tu byłem jednak oryginałem, a nie kopią. Nieważne.
To co jest istotne, to to, że przedwczoraj nasz salonowy administrator Consolamentum zamieścił na swoim blogu wpis zatytułowany Pyjas zamiast Che?, w którym zachwyca się propozycją z forum Frondy i dorzuca garść swoich przemyśleń na temat wizerunków na koszulkach, oraz prawdziwych i fałszywych bohaterów.
Wrzuciłem więc w odpowiednie miejsce swój komentarz, nawet bez szczególnych pretensji:
W moim wpisie o Przemyku sprzed kilku dni, wyraziłem opinię, że to okropnie przykre, że polska młodzież woli Morrisona, Guevarę i innych zamiast Przemyka, który, jakby nie patrzyć, spełnia wszystkie warunki, żeby stać się ikoną pokolenia i tamtego i tego i każdego następnego. Spełnia je przy tym dużo uczciwiej niż tamci.
Ale czasy takie i wrażliwość taka, że pewnie nic z tego.
Zresztą niektóre komentarze niestety tylko mnie podtrzymały w tej mojej smutnej obawie.
Pozdrawiam.
Pisząc mój komentarz, oczywiście przede wszystkim chciałem się pochwalić, że my tu w Salonie byliśmy pierwsi, no i delikatnie zasugerować Consolamentum, że skoro się już cudze chwali, to mógłby chociaż przy tym znać swoje.
Jedyną reakcją, jaką mój komentarz wywołał, była reakcja wspomnianego już przeze mnie dziwacznego miłośnika Guevary, który mnie i moją propozycję wyśmiał i wyszydził.
Muszę mu jednak oddać tę sprawiedliwość, że on, w odróżnieniu od Consolamentum, przynajmniej śledzi i jakoś tam przeżywa to, co się dzieje w Salonie 24.
Dziś w Rzeczpospolitej ukazał się krótki komentarz Ziemkiewicza o tym, że mąż zmarłej siatkarki Agaty Mróz urządził polityczny cyrk nad grobem swej żony. Ze uczynił ten cyrk w tym jednym jedynym celu, żeby dokuczyć prezydentowi Kaczyńskiemu.
Ogólnie rzecz ujmując, przedstawił zgrabny skrót mojego wpisu z Salonu sprzed czterech dni, Onet opłakuje zmarłą siatkarkę
Niecierpliwie czekam aż Consolamentum zamieści tu tekst, w którym omówi, skomentuje i zachwyci się znakomitym komentarzem Ziemkiewicza w Rzepie.

czwartek, 12 czerwca 2008

Viva la Muerte, czyli powrót do przyszłości

Minął kolejny dzień, gdy nad dziewczynką o imieniu Agata unosi się dyskretny szept: Chcesz tego. Zabij.
Kiedy przez moją Polskę przetoczyła się pierwsza, wielka fala dyskusji o mordowaniu dzieci nienarodzonych, dopiero aspirowaliśmy do swojego miejsca w Europie. Było to wprawdzie wiele lat temu, ale taka to moja skaza, że pamiętam te emocje, pamiętam nazwiska i twarze, słowa i argumenty.
Pamiętam jednak również to, że w tym zbydlęconym świecie, bardzo często poważne dylematy są jedynie pretekstem do załatwiania przez ludzi złych i fałszywych swoich powszednich interesów. Wiem bardzo dobrze, że ani ludzkie nieszczęście, ani cudza rozpacz, ani nawet czyjaś śmierć nie jest dla wielu żadnym powodem do refleksji innej, niż związanej z doraźnym interesem.
Dlatego, przyznam szczerze, ani postępowanie mediów, ani też moralna postawa zwykłych obserwatorów wobec śmierci Agaty Mróz i tego, co można było z niej uzyskać, nie za bardzo mnie zaskoczyły.
Jedyne, co dla mnie nowe, to to, ze w stosunku do początku lat dziewięćdziesiątych, gdzie wszystko dopiero się organizowało, więc tak zwany obywatel jeszcze tylko słuchał, przyglądał się i wchłaniał, wchłaniał, wchłaniał, dzisiejszy obywatel znacznie się usamodzielnił, a między nim i jego twórcą nastąpiła wyraźna symbioza. Teraz świadomy obywatel może już nawet nową rzeczywistość współtworzyć.
Widziałem, jak to pięknie działa niedawno w naszym Salonie. Słyszałem te oklaski nad trumną Agaty Mróz, a dziś widzę już tylko oczy tych z Was, którzyście się zabrali za inną już Agatę i czyhacie na kolejną śmierć.
To co Wam przyniosłem, to nie jest zły sen. To nie mój koszmar. To moja chora wyobraźnia. Mam nadzieję, że jakoś to zniesiecie.

Szanowny Panie Marszałku, Pani Prezydent, Panie i Panowie Posłowie! Wydawało się, że społeczeństwo polskie wystarczająco długo korzysta z dobrodziejstw uczestnictwa w czymś, co nazywamy Nową Kulturą Europejską, by zrozumieć, że czasy obskuranckiego dogmatu i czarnego zabobonu odeszły w niesławną niepamięć. Wierzyłem w to i wierzyłem również, że te przykre występy, z którymi mieliśmy do czynienia jeszcze ubiegłym, 2012 roku, to był jedynie bezmyślny wybryk paru chorych z nienawiści pań w moherowych czapkach. Z przykrością dziś, jako przedstawiciel ugrupowania, mającego w swojej nazwie dumne słowo "odnowa", mam obowiązek zawołać: "Oni żyją!" Wszyscy tu zgromadzeni na tej sali wiemy, o co chodzi i o kogo. Przed tygodniem, w jednej z warszawskich klinik, nasi specjaliści przeprowadzili kolejny już w tym miesiącu, o ile dobrze pamiętam, szesnasty, czy siedemnasty może, zabieg aborcji. Niestety, również po raz kolejny, nieliczne, ale jakże krzykliwe grupy, podnoszą larum, próbując powstrzymać coś, co nieuniknione. Powiem więcej, nieuniknione i ostateczne. Prawo do swobodnej aborcji do trzeciego roku życia jest prawem ostatecznym, ponieważ ostateczny jest także odwrót od tego, co wszyscy tak dobrze pamiętamy. Tak, tak, panie pośle. Ja pamiętam, pan pamięta i wszyscy tu zebrani, w tym Pan Marszałek i Pani Prezydent, pamiętamy te wszystkie nieprzespane noce, te zszarpane nerwy, tę nikomu niepotrzebną nienawiść. Pamiętamy te małe dzieci, nielegalnie, bez odpowiednich warunków, bez odpowiedniej higieny, bez odpowiedniego nadzoru, zabite w najbardziej nieprzyjemny sposób tylko dlatego, że wielu z nas, zostało w pewnym momencie naszego życia w wolnej i wielkiej Europie, bez żadnego jasnego powodu i – powiem brutalnie – bez litości, pozbawionych prawa do obrony przed niegrzecznym dzieckiem. Mało tego. Nie dość, że zostaliśmy pozbawieni tego najbardziej oczywistego prawa człowieka, to za próbę demonstrowania naszej godności i naszych najbardziej szlachetnych pragnień, prawo państwowe stosowało wobec swoich obywateli ciężkie i okrutne kary. Wszyscy powinniśmy mieć dobrą pamięć i niech pan, panie pośle, nie udaje, że te czarne czasy to czyjaś fantazja. Wspomniałem o nieprzespanych nocach, bo to przykład szczególnie drastyczny. Ale to przecież nie wszystko. Czy już niektórzy z nas zapomnieli, co czuje dorosły, odpowiedzialny, spragniony najprostszej rozrywki człowiek, który nie może wyjść z domu się zabawić, albo czasem – tak, tak – pooglądać w spokoju mecz w telewizji, bo dziecko się pochorowało i nie umie się powstrzymać od płaczu? Czyśmy już zapomnieli, jak się czuje człowiek chcący w spokoju i w kulturalnych warunkach uprawiać seks ze swoją partnerką, lub partnerem, gdy nagle trzeba wstać i uspokoić marudzącego dwu, czy trzylatka. Jak krótka jest nasza pamięć, jak ograniczona nasza wrażliwość. Czy ci wszyscy, którzy tak łatwo i tak bezmyślnie załamują ręce nad tym zeszłotygodniowym zabiegiem, wiedzą cokolwiek o gehennie, którą przez ostatnie trzy lata przeszli opiekunowie tej usuniętej dziewczynki? Czy ci wszyscy, którzy z taką łatwością szafują słowem życie, zastanowili się raz chociaż, jak niegodne życie mieli ludzie o wiele ważniejsi, o wiele poważniejsi i o wiele istotniejsi dla dalszego postępu i rozwoju naszego wspólnego domu o nazwie Europa, niż ta niegrzeczna i chorowita osoba? Czy pani, pani poseł, potrafiłaby z czystym sumieniem stanąć przed matką pozbytego się już szczęśliwie dziecka i powiedzieć jej prosto w oczy: “Niech się pani dalej męczy”? Od 4 lat, mamy w naszym kraju dobre prawo. Prawo dobre, prawo mądre i, przede wszystkim, prawo wyrastające ze zwykłego, ludzkiego współczucia. Nie pozwólmy, by ludzie głupi i mali - powiem prosto i bez ogródek - ludzie śmiecie, tego prawa nas pozbawili.
(długie, niemilknące oklaski)

Jak Ci się to podoba, mój wykształcony, kulturalny przyjacielu? Rozśmieszyłem Cię? A może zirytowałem?
Co sobie o mnie pomyślałeś? Że jestem głupi, czy może uznałeś, że to, co piszę to demagogia?
Jak się czujesz?
Mam nadzieję, że się obudzisz w nocy z wrzaskiem.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Onet opłakuje zmarłą siatkarkę

Agata Mróz, zmarła niedawno polska siatkarka, została pochowana.
Właśnie się dowiedziałem, że onet.pl zajął już odpowiednie pozycje. Oto informacja, która ukazała się w słynnym już portalu:
Przedstawiciel prezydenta RP przekazał rodzinie Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany Agacie Mróz pośmiertnie. Mąż siatkarki Jacek Olszewski powiedział jednak, że nie może go przyjąć, a jego zdaniem należy się on tym, którzy ratują życie, czyli lekarzom z kliniki hematologii. Zebrani w kościele i przed świątynią przyjęli to oklaskami.
- Uważam, że Agata nie powinna być wykorzystywana w taki sposób, że dopiero w chwili śmierci dostała ten order. Ja jako mąż, może ktoś powie, że jestem niewdzięczny, ale nie mogę przyjąć tego orderu, ponieważ złamałabym w dniu pogrzebu Agaty po pierwsze moje przekonania, a po drugie - zdradziłbym ideały Agaty - mówił podczas pogrzebu Jacek Olszewski.
Wydawało się, że, pomijając samą śmierć – śmierć okropną, jak każda śmierć, a jeszcze bardziej okropną, bo w tak młodym wieku – nie stało się nic szczególnego.
Kiedy umiera ktoś zasłużony w jakikolwiek pozytywny sposób, tak się dzieje, że ci którzy od tego są – w tym wypadku Prezydent Państwa – honorują czasem zmarłą osobę odpowiednim orderem. Tak było zawsze, wszędzie i tego typu gesty nie budziły niczyjego zdziwienia, ani tym bardziej oburzenia.
Niestety, nie żyjemy ani "zawsze", ani tym bardziej "wszędzie", ale żyjemy w miejscu tak bardzo szczególnym i w czasach tak bardzo szczególnych, a jednocześnie w pewnym sensie tak strasznie schamiałych, że nawet się szczególnie nie dziwimy, gdy po raz kolejny, tylko po to, żeby wykonać określone polityczne, czy też socjologiczne zadania, zadania, można wykorzystać nawet śmierć.
O cóż chodzi?
Przez ostatnie dni życia Agaty Mróz, sama jej osoba i jej tragiczna walka o życie stały się takim samym elementem najbardziej ohydnej kampanii medialnej, w sposób najbardziej ohydny zanużonej w tym, co stanowi idealnie skonstruowaną kulturę pop. Dzień w dzień postać Agaty Mróz była przedstawiana na ekranach telewizorów i na stronach najbardziej krwiożerczych tabloidów bez najmniejszej litości.
Oglądaliśmy Agatę uśmiechniętą, Agatę płaczącą, Agatę smutną, Agatę śpiącą, Agatę spacerującą z mężem, Agatę siedzącą z mężem na ławeczce.
Oglądaliśmy Agatę Mróz z bliska i z ukrytych kamer. Agatę Mróz zza szyby i Agatę Mróz zza krzaka i zza drzewa.
Wzruszaliśmy się zdjęciami Agaty w kolorze i w czerni i bieli.
Dlaczego zorganizowano nam takie wzruszenia? Dla samych wzruszeń. Dla zwykłej tabloidalnej satysfakcji. Dla zaspokojenia naszego najbardziej prymitywnego pragnienia, “żeby coś się wreszcie stało”.
Oglądałem Agatę Mróz, jak spała, jak mówiła, jak je twarz i jej głos wyrażały smutek, zmęczenie i jak umierała. I zastanawiałem się, jak można było na to pozwolić. I czekałem z przerażeniem, jak nad szpital, w którym toczyła się walka o Agatę Mróz nadleci Błękitny 24.
A później, już całkowicie oszołomiony, patrzyłem, jak telewizja TVN 24 pokazuje konferencję prasową męża zmarłej dziewczyny. Oszołomiony, bo nagle zdałem sobie sprawę, że to jest dzień śmierci żony i matki i że to wszystko, co poprzedziło ten dzień, ta cała medialna zabawa we wzruszenia, miała przecież dwóch autorów.
Mianowicie media i tego kogoś, kto mediom na to wszystko przez ten cały czas pozwalał.
Postawę mediów rozumiem. Nienawidzę jej, jestem nią absolutnie porażony, ale rozumiem. To są te czasy i to są te cele i to jest to okrucieństwo.
Ale ktoś media do tego szpitala wpuścił, ktoś ich stale tam witał, ktoś tych reporterów zapraszał
I znów wraca pytanie. Dlaczego?
I tego nie wiem. Nie wiem, dlaczego.
No a dziś Agata Mróz została pochowana. Niedługo polscy piłkarze wrócą może do domu z Austrii, a my zajmiemy się wykańczaniem siebie nawzajem, bo, jak wiemy, to nam najlepiej wychodzi. O Agacie Mróz zapomnimy, tak jak zapomnieliśmy o wielu tych, którzy zmarli.
W czasach zarabiania pieniędzy i leczenia nerwic w supermarketach, jak to kiedyś pięknie określił Krzysztof Kłopotowski, wzruszać się można, ale trudno się wzruszać wiecznie, a już naprawdę trudno się jest wzruszać wciąż tym samym.
Jednak ten czas, który nam pozostał, można jeszcze wykorzystać. Pan Jacek Olszewski już wcześniej udowodnił, że chętnie służy pomocą.
Onet wykona resztę.
No i poprosi o oklaski.

niedziela, 8 czerwca 2008

Nie zrobimy wam nic złego - to już część ostatnia

Kiedy byłem małym dzieckiem, pani w szkole kazała nam rysować obrazki pod tytułem “Świat w roku 2000”. Większość z nas, jeśli nie wszyscy, rysowaliśmy ulice, po których jeździły samochody-rakiety, a nad którymi śmigały rakiety-samochody.
No ale były to lata pierwszych lotów w kosmos i każdy z nas pochłonięty pytaniem, jak to coś może tak szybko lecieć, w sposób oczywisty wyobrażał sobie, że świat przed nami to świat szybkich samochodów, szybkich rakiet, no i oczywiście podróży i to podróży przede wszystkim szybkich.
O ile sobie przypominam, nikt nigdy nie narysował ani telefonu komórkowego, ani komputera z internetem, ani telewizora z czerwonym paskiem na dole.
Lata mijają, a samochody dalej mają cztery kółka, samoloty wciąż latają na dwóch skrzydłach, a my też wyglądamy mniej więcej tak samo, z tą może różnicą, że tatuaży nie noszą już tylko marynarze i przestępcy, a kolczyków w nosie i gdzie indziej nie tylko piraci.
Jednak nie jest też tak, że zmieniło się niewiele. Jeśli się dobrze zastanowić, to zmieniło się nawet bardziej, niż się spodziewaliśmy. Świat współczesny może się pochwalić oczywistymi osiągnięciami.
Ale chwalić się możemy i my, Polacy.
Wśród niewątpliwych zdobyczy III RP, takich jak paszport i komórka w każdej kieszeni, zagraniczny samochód pod każdym domem, centrum handlowe w każdym mieście i wypożyczalnia filmów erotycznych za każdym rogiem, jest jeszcze coś, co mi umknęło podczas moich niedawnych dyskusji w Salonie.
Myślę tu mianowicie o dwudziestogodzinnej telewizji informacyjnej i w ogóle tzw. kulturze ‘live’.
Oczywiście zjawisko, o którym mówię jest stosunkowo nowe nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie i jeszcze dalej, i jest wynikiem nie tyle ogólnego postępu, co powszechnej globalizacji. No ale skoro osiągnięciem pierwszej demokratycznej władzy odrodzonej Polki i każdej kolejnej władzy jeszcze bardziej odrodzonej Polski stało się zapewnienie naszej Ojczyźnie trwałego miejsca w świecie, to można bezpiecznie uznać, że telewizja TVN 24, obok powszechnego dostępu do hipermarketów i pornografii, jest też naszym wspólnym sukcesem.
Wczoraj o godzinie 23.00, TVN 24 przekazał kolejne wiadomości. Ani nie byłem w stanie zanotować tego, co słyszałem, ani nie nagrałem całego przekazu, ani też nie czuję z tego powodu jakiegoś braku. Raz, że i tak nie chciałoby mi się tego wszystkiego, co przez osiem minut słyszałem, przepisywać, a poza tym umiem przecież relacjonować, co niniejszym czynię.
Zaczęło się tak:
Na początek nieprzyjemna wiadomość z Klagenfurtu, gdzie jutro ma się odbyć mecz w ramach Euro 2008 między drużynami Polski i Niemiec. Dziś wieczorem doszło do starć między polskimi a niemieckimi kibicami. Według informacji, które posiadamy, kibice zaatakowali się wzajemnie kubkami od piwa, musiała interweniować policja i czterech kibiców zostało aresztowanych przez policję, która ochrania odbywające się Austrii i Szwajcarii Mistrzostwach Europy. Przypominamy, że wśród policjantów austriackich, jest grupa polskich policjantów, która przyjechała do Austrii, by wspierać działania miejscowych policjantów w związku z odbywającymi się w Austrii i Szwajcarii Mistrzostwami Europy. Rozmawiamy z (tu stopień i nazwisko, których nie zanotowałem, ale to akurat, jako że stanowiące część tzw. realu, jest mało istotne), który nam opowie o tym, co się zdarzyło w Klagenfurcie dzisiejszego wieczoru.
Ile osób zostało aresztowanych?
Czterech.
Czy byli wśród nich jacyś Polacy?
Nie. Pragnę potwierdzić, że wśród zatrzymanych nie było Polaków.
Jak doszło do zajść?
Niestety nie mam na ten temat żadnych informacji.
Czy zatrzymani, to kibice niemiecy?
Niestety nie umiem powiedzieć nic więcej, jak tylko to, że wśród zatrzymanych nie było Polaków.
Jak doszło do starć?
Niestety, jak już powiedziałem, nie mamy na ten temat żadnych informacji. Mogę tylko potwierdzić, że wśród zatrzymanych nie ma Polaków.
Czy wśród zatrzymanych byli sami Niemcy, czy jeszcze może jacyś lokalni kibice.
Jak już mówiłem, nie mamy na ten czas innych informacji.
Czy możemy się dowiedzieć, kto sprowokował zajścia?
Jak już mówiłem, jedyne, co obecnie mogę potwierdzić, to to, że wśród zatrzymanych nie ma Polaków.
Otrzymaliśmy informację, że w Klagenfurcie, w związku ze zdarzeniami, w których wzięli udział polscy i niemieccy kibice przed jutrzejszym meczem Polski z Niemcami, zatrzymano czterech kibiców, w tym dwóch Niemców i dwóch Polaków. Co pan może nam powiedzieć na ten temat?
Jak już mówiłem, mogę z całą pewnością potwierdzić, że wśród osób zatrzymanych nie ma kibiców z Polski.
Dziękujemy bardzo.
Ja tylko przypomnę, że rozmawialiśmy w Klagenfurcie z polskim policjantem, który wraz z grupą polskich policjantów pomaga w zapewnieniu porządku na odbywających się w Austrii mistrzostwach Euro 2008. Według uzyskanych przez nas informacji, w Klagenfurcie doszło do starć między polskimi i niemieckimi kibicami. Jak się dowiadujemy, policja austriacka, we współpracy z polską policją, zatrzymała czterech kibiców. Wśród zatrzymanych podobno nie ma Polaków. W Klagenfurcie w dniu jutrzejszym ma się odbyć mecz między drużynami Polski i Niemiec w ramach mistrzostwa Euro 2008. Za chwilę najświeższe informacje przekaże państwu Leszek Kabłak, ale póki co ja tylko przypomnę, że dziś wieczorem w Klagenfurcie doszło do awantur, w których wzięły udział grupy polskich i niemieckich kibiców, oczekujących na jutrzejszy mecz Polska – Niemcy w Klagenfurcie. Przypominamy, że dziś o godzinie 23.15 w naszej Euro Cafe najświeższe wydarzenia związane z występem naszych piłkarzy na Euro 2008 będą komentować kapitan drużyny TVN 24, Olaf Lubaszenko, i Jan Tomaszewski, z udziałem jak zwykle uroczej Sylwii Walendowskiej. Ja tylko przypomnę, że dziś wieczorem w Klagenfurcie, gdzie ma dojść jutro do meczu w ramach Euro 2008 między drużynami Polski i Niemiec, doszło do starć między kibicami z Polski z Niemiec. Z informacji, które do nas docierają kibice obu drużyn obrzucili się kubkami z piwem. Policja austriacka, z udziałem grupy polskich policjantów, którzy przebywają w Austrii, żeby pomagać w ochronie mistrzostw Euro 2008, zatrzymała cztery osoby. Podobno wśród zatrzymanych nie ma kibiców z Polski. Przypominamy, że dziś wieczorem w Klagenfurcie doszło do awantur między kibicami Polski i Niemiec. Najświeższe informacje za chwile przekaże państwu Leszek, a tymczasem ja tylko zaproszę państwa na nasz ekskluzywny program Euro Cafe, w którym Olaf Lubaszenko i Jan Tomaszewski o godzinie 23.15 będą komentować najświeższe wydarzenia. Teraz pragnę tylko przypomnieć, że...
To co napisałem wyżej można oczywiście wypowiedzieć w ciągu minuty, jednak ten ekspert i specjalista z TVN 24 gadał w ten sposób przez osiem minut.
A wszystko to było przez te pełne osiem minut ilustrowane pewnie półtoraminutowym loopem na którym widać było pijanych kiboli, jakąś pijaną dziewczynę owiniętą polską flagą i tańczącą na deszczu i policję.
Później pan dziennikarz zapowiedział jeszcze siedemnaście razy “przeuroczą Sylwię Walendowską” i “Leszka” i nastąpiła przerwa na reklamy, gdzie po raz sześciesiąty czwarty w ciągu minionego tygodnia obejrzałem jakąś skośnooką dziewczynę, która żongluje dwiema komórkami, bo jeszcze nie ma samsunga na dwie karty.
Oto świat, w którym czuję się źle. Świat, z którego wielu moich rodaków, w tym wielu, których spotykam tu w Salonie, jest dumnych, bo to świat nowej Rzeczypospolitej. Świat nowej technologii, świat helikopterów, które się nazywają Błękitny 24, które dolecą wszędzie i zajrzą wszędzie, gdzie zajrzeć im się każe, świat dziennikarzy, którzy są wszędzie i zawsze, no i świat ludzi spragnionych informacji.
Informacji nieustannej, obfitej i jak najbardziej powszechnej.
Oczywiście pamiętam ciągle o tym, że wszystko musi mieć swoje granice. Informować należy bardzo wyczerpująco i jak najbardziej szeroko, ale też nie można widza zanudzić, ale od tego z kolei mamy całe sztaby bardzo dobrze wykształconych i przygotowanych profesjonalnie specjalistów, którzy potrafią rozróżnić informację potrzebną od informacji niepotrzebnej, żeby, jak trzeba będzie, mogli uruchomić cały system, który nas odpowiednio ukieruje. Wcześniej, zanim TVN 24 podał swój wieczorny serwis informacyjny, trzech absolutnych mistrzów słowa humoru , czyli redaktor Miecugow, redaktor Sianecki i jeden pajacyk nie wiem skąd, ale kręcący się w tych okolicach od pewnego czasu, też pokazali to co pokazać mieli i to na co wielu czekało. Umieszczeni na tle palmy, czy jakiejś innej dekoracji, oczywiście w Austrii, z wirującym nad ich szlachetnymi głowami Błękitnym 24, oczywiście informowali a jednocześnie dbali o nasze poczucie humoru.
Tego jednak teź nie zapisałem. Ale też już nie będę streszczał.
Popadłem w nastrój naprawdę wisielczy.

piątek, 6 czerwca 2008

Skoro już nie biedni, bądźmy chociaż głupi, czyli nie zrobimy wam nic złego

Gdy w roku 1989, pełni radości, upajaliśmy się informacjami o wygranych – bo przecież je wygraliśmy – wyborach do Parlamentu, wśród wielu nadziei była i ta, że wreszcie, po latach kłamstwa, manipulacji i systemowego ogłupiania, nadszedł czas prawdy, z wszelkimi tego konsekwencjami.
Wierzyliśmy więc, że ci, którzy będą odpowiadać za to, by szkoła uczyła, media informowały, a książki ukazywały to, co przez tyle lat było ukryte, poczują ten obowiązek i odpowiedzialność i staną na głowie, żeby chociaż spróbować naprawić to wieloletnie nieszczęście, które tak okropnie zniszczyło świadomość historyczną i społeczną Polaków.
Może dziś już niewielu pamięta, ale do wyborów w czerwcu 1989 roku, pierwszych wyborów we współczesnej Polsce, gdzie mogliśmy faktycznie o czymś decydować, nie poszło ponad 30% społeczeństwa.
Co trzeci dorosły obywatel, nie wykazał absolutnie żadnego zainteresowania ani tzw. drużyną Wałęsy, ani nawet “drużyną Jaruzelskiego”, ani w ogóle całym tym przedsięwzięciem, otwierającym nowy rozdział w historii Polski, i w pewnym sensie Europy.
Choćby już i to mogło stanowić sygnał, że ze stanem obywatelskiej i narodowej świadomości Polaków jest bardzo źle. Że ponad czterdzieści lat opresji i biedy, zniszczyło w społeczeństwie nawet najprostszą potrzebę zaczerpnięcia świeżego oddechu do tego stopnia, że co trzeciemu obywatelowi nawet się nie chciało podnieść tyłka sprzed telewizora i wyjść w niedzielny dzień zagłosować.
Można było się zacząć obawiać, że jeśli zostawi się tych biednych ludzi samym sobie, to prędzej czy później to ich otępienie i bezmyślność wszyscy odczujemy na własnej skórze.
Nie wiem dlaczego ci, którzy wzięli na siebie odpowiedzialność za poprowadzenie Polaków do demokracji i wolności, uznali, że lepiej będzie zostawić baranów w swym zbaraniałym stanie, a całą uwagę skupić na poprawianiu swojego dobrego samopoczucia.
W każdym razie faktem jest, że ani przez pierwsze miesiące, ani pierwsze lata, ani przez wszystkie pozostałe dni współczesnej Polski we współczesnej Europie, ani telewizja, ani większość prasy, ani jakiekolwiek inne media kształtujące zbiorową świadomość, nie kiwnęły nawet palcem, żeby tym, którzy jakoś się dotychczas nie zainteresowali tym, co to się z Polską stało przez ostatnie parędziesiąt lat, kto się okazał kim i co z tego wynika, powiedzieć co i jak, a jak trzeba, to jeszcze pokazać palcem.
Mam wrażenie, że ci, którzy przyszli w roku 1989 zachowali się bardzo tradycyjnie: uznali mianowicie, że oni sobie poradzą bez ludzi, a nawet może i bez ludzi sobie poradzą lepiej.
No i jesteśmy teraz wszyscy tu, w roku 2008, i nie trzeba nawet wchodzić w jakieś szczególnie zatęchłe zaułki, żeby zorientować się, jak strasznie mało wie zwykły Polak, jak strasznie jego wiedza jest pokręcona i byle jaka, a co gorsza, jak bardzo zwykły Polak się dobrze czuje w tym stanie intelektualnego pastwiska, do którego dał się pokornie zaprowadzić.
Mamy rok 2008 i nawet tu w Salonie występują ludzie, którzy z całym swoim wykształceniem, jakimś tam oczytaniem i na pewno zainteresowaniem światem zewnętrznym, całą swą wiedzę historyczną, polityczną i społeczną, czerpią, tak jak ich rodacy 30 lat temu, z gazet, z telewizji, czy ze słów polityka, którego z jakiegoś powodu akurat lubią.
Nie wiedzą więc, co to była komuna, co to było SB, kto to był Jaruzelski, czym była Solidarność, czym był Kościół wtedy i czym jest teraz, kim byli Sowieci, co zrobił Wałęsa, jak powstało Porozumienie Centrum, co to był ROAD, kto to był Tymiński, dlaczego był Tymiński, co to znaczy Wachowski?
Nie wiedzą tego wszystkiego, bo paru sprytnych specjalistów od mieszania ludziom w głowach wmówiło im, że historia skończyła się wraz z zakończeniem Drugiej Wojny Światowej, a później to już była tylko polityka. No a któż rozsądny i inteligentny interesuje się polityką, politykami i tym całym cyrkiem”?
Tym samym takie zdarzenia jak rozstrzelanie górników w kopalni Wujek, zabójstwo Przemyka, Grudzień 1970, czy takie osoby, jak Kiszczak, Urban, Jaruzelski, czy Michnik, by pozostać tylko w kręgu przyjaciół, to wszystko nie stanowi żadnej historii, lecz wyłącznie nieprzyzwoitą jatkę, którą najwyżej można od czasu do czasu zabawnie skomentować.
A dla większości z nich, cała wiedza historyczna na temat współczesnej polski mieści się w piosence Kazika "Lewy czerwcowy", z której, gdyby chcieli, mogliby się dowiedzieć naprawdę dużo, a może nawet wszystko, a wiedzą tylko tyle, że kiedyś wicepremier Pawlak był głupi.
Stąd też wszystkie te emocje, nieporozumienia, zawzięte twarze i zaciśnięte pięści, gdy ostatnio wraca problem Lecha Wałęsy. Z czystej, najzwyklejszej i najbardziej oczywistej niewiedzy; niewiedzy na dodatek zaplanowanej i bardzo skutecznie zastosowanej w praktyce.
Żeby zilustrować to, o czym piszę, chciałbym wspomnieć wywiad z pewnym podobno inteligentnym artystą, liderem jednego z nowych polskich zespołów rockowych, który w wywiadzie dla agorowych Wysokich Obcasów powiedział, że on wystąpił z Kościoła Katolickiego, bo się właśnie dowiedział, że zgodnie z doktryną Kościoła, zbawia Chrystus, a jemu jest żal tych milionów Chińczyków, którzy teraz mają trafić do piekła.
Ten dziwny artysta powiedział to, co mu się zalęgło w jego pustej głowie, dziennikarka, która z nim rozmawiała słowa jego zanotowała i, jak się domyślam, przyjęła do aprobującej wiadomości, a cała banda czytelników tych nieszczęsnych Obcasów aż fuknęła z oburzenia. Nie na tego głupka. Na Kościół oczywiście.
Jeśli ten rodzaj ignorancji, ciemnej, tępej, zadufanej w sobie ignorancji, panuje w pozostałych dziedzinach życia, a nie mam najmniejszego powodu, żeby uważać, że jest inaczej, to mój smutek i rozczarowanie są jak najbardziej usprawiedliwione.
I wcale nie dlatego, że mądre, myślące i stawiające pytania społeczeństwo jest mi potrzebne ze względów estetycznych. Nic bardziej mylącego.
Chciałbym jedynie, żeby moi sąsiedzi, moi znajomi i moi przyjaciele, a również ludzie mi bardziej obcy byli lepiej zorientowani, bo jestem przekonany, że ten stan chaosu, agresji, awantur i czasem zwykłej idiotycznej nienawiści wynika tylko i wyłącznie z tego, że ktoś po prostu nie wie tego, co wiedzieć by mógł, gdyby tylko się trochę postarał.
gdyby wiedział, to w ogóle byłoby sympatyczniej dla nas i niewykluczone, że dla samej Polski lepiej.
Niestety obawiam się, że – jak już wcześniej zasugerowałem – ci, od których to zależy, mają całkowicie inne plany i inne cele. I w tym są bardzo podobni do swoich niesławnych poprzedników, którzy wierzyli, że łatwiej się rządzi szarym, głupim i – najlepiej – w miarę zubożałym tłumem.
Skoro czasy są jednak takie, że na taką praktycznie skuteczną biedę liczyć nie za bardzo można, to niech już chociaż pozostanie to lenistwo i bezmyślność.

czwartek, 5 czerwca 2008

Lech Wałęsa - czyj wróg, czyj kumpel, czyj prezydent

Atmosfera wokół wielce szanownego pana prezydenta Lecha Wałęsy wciąż jest gęsta i to mimo, że sam były prezydent i jego serce jak dzwon obecnie bawią w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce minister Pitera osiąga kolejną fazę.
Dzisiejsza Rzepa daje piękne zdjęcie Lecha Wałęsy, srogo zadumanego, tak jak tylko on potrafi, i cytuje dokument gdańskiej SB z roku 1974 stwierdzający prawie explicite, że Lech Wałęsa jednak był wrogiem, a nie kumplem.
Tekst jest taki:
“Z Wałęsą wielokrotnie były przeprowadzone rozmowy w związku z jego nieodpowiedzialnym zachowaniem się i wypowiedziami. Nie przyniosły one jednak jak dotychczas żadnego skutku”.
To co wyżej, to stan na 15 lipca ówczesnego roku i nie mam oczywiście pewności, czy przypadkiem przyszły prezydent już 16 lipca, po wzmożeniu wysiłków przez panów oficerów, nie zaczął się jednak zachowywać odpowiedzialnie, podejrzewam jednak, że nie.
Dlaczego? Bo mam wrażenie, że u Wałęsy “nieodpowiedzialne zachowanie się i wypowiedzi”, to nie była jednorazowa, czy przelotna wpadka. Z tego, co udało mi się przez lata zaobserwować, Lech Wałęsa miał tak zawsze, i wszelkie z nim rozmowy na jakikolwiek temat pozostawały zdecydowanie nieskuteczne.
To co mnie jednak zadziwia, a jednocześnie każe spojrzeć z większym podziwem na profesjonalizm pracowników komunistycznego aparatu represji, to to, ze oni już w 1974 roku zauważyli to, co ja, na przykład zacząłem podejrzewać dopiero w styczniu 1991 roku.
Nie wiem, ile osób z tych, którzy czytają ten tekst, miało szczęście głosować w roku 1990 na Lecha Wałęsę, a później obserwować pierwsze miesiące tej tak wyczekiwanej prezydentury. Nie wiem też, ile osób to, co się wtedy stało, jeszcze dobrze pamięta.
Ja pamiętam wszystko doskonale, tak jakby to było wczoraj. Pamiętam tę nieprawdopododobną nadzieję, później tę niezwykła dumę i satysfakcję, a później już tylko to coraz większe zdziwienie.
I nie chodziło o to, że dzieje się coś trywialnie standardowego: ktoś wygrywa wybory, a później najczęściej zaczyna kombinować. Tego, co nastąpiło w Lechu Wałęsie na przełomie lat 1990 i 1991 nie da się porównać z żadną, nawet najbardziej komiksowo dosłowną transformacją.
Od pierwszego dnia swojej prezydentury, Lech Wałęsa stał się kimś tak kompletnie innym, i w zachowaniu i w słowach i w deklaracjach, a jednocześnie jego kontakt ze społeczeństwem – dotychczas niezwykle silny i wręcz dotykalny – urwał się tak raptownie, że zarówno ja, jak i tych kilku moich znajomych, którzy głosowali na Lecha, mogliśmy jedynie patrzeć z rozdziawionymi buziami i powtarzać jedno pytanie: Co to się wyprawia?
Powtarzam. Nie chodziło o to, że Lech Wałęsa zachował się, jak zwykły polityk, który przed wyborami mówi jedno, a po wyborach już co innego. Nie miałem pretensji do Wałęsy, że nie kazał aresztować Kiszczaka, Jaruzelskiego, Urbana i innych szubrawców. Nawet nie o to, że kompletnie zapomniał o tym maturzyście, którego zdjęcie jest tu obok.
Moje zszokowanie brało się stąd, że Lech Wałęsa z dnia na dzień się z Kiszczakiem, Jaruzelskim i Urbanem zaprzyjaźnił i nawet nie próbował się z tego zachowania tłumaczyć.
Pamiętam, że gdzieś tak na początku roku 1991, miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim. Wówczas jeszcze oficjalnie nie mówiło się, że z Wałęsą jest coś nie tak. Wszyscy staraliśmy się to, co widzimy jakoś zracjonalizować. Tłumaczyliśmy więc sobie, że to tylko pierwsze dni, że po tej strasznej i bezwzględnej kampanii przeciwko przewodniczącemu Solidarności, Wałęsa musi jakoś odbudować swoją pozycję i w kraju i może przede wszystkim za granicą, i że się nasz pan prezydent tylko przyczaił.
Podszedłem więc do Jarosława Kaczyńskigo i spytałem, czy dzieje się coś złego. A on mi powiedział jedynie – i to pamiętam do dziś – “Jest jeszcze gorzej”.
No więc obserwowaliśmy przez następne miesiące Lecha Wałęsę, jak staje się coraz bardziej obcy, odległy i milczący. Codziennie oglądaliśmy go w telewizji, jak z tą samą miną, którą dziś widzimy na zdjęciu w Rzepie, chodzi po ważnych korytarzach z Wachowskim i księdzem Cybulą, zawsze w tym dziwnym towarzystwie i zawsze tyłem do tych, którzy go wybrali.
I patrzyliśmy na Wałęsę, jak z Wachowskim, Drzycimskim i zawsze z jakimś kolejnym ministrem, czy może nawet z samym premierem, modlą się w prezydenckiej kaplicy do księdza Cybuli.
Tak to było. I wtedy właśnie zacząłem dostrzegać to, co niemal dwadzieścia lat wcześniej widzieli esbecy z Gdańska. Że Lech Wałęsa jest całkowicie nieodpowiedzialny i wszelkie z nim rozmowy nie przynoszą rezultatu. Głównie dlatego, że on po prostu nie rozmawia.
Ciągle jednak mam nadzieję, że się mylę. Że może jednak Lech Wałęsa rozmawia i jak z nim porozmawia ktoś naprawdę zdolny i zdeterminowany w swojej misji, to jakiś skutek jednak nastąpi. Może.
Na odpowiedź na to pytanie musimy i ja i wszyscy zainteresowani trochę jeszcze poczekać. Przynajmniej do czasu, gdy IPN wyda swoją książkę.

środa, 4 czerwca 2008

Oto mój hołd dla Prezydenta Wałęsy - i teraż już może się Pan zamknąć

Lech Wałęsa był bardzo złym prezydentem, prezydentem rozpaczliwie złym. Wiele osób, które na niego głosowały, w tym ja, oczywiście nie spodziewało się nawet w najgorszych snach, że to wszystko się tak fatalnie skończy.
Dziś po latach, my wszyscy, wyborcy Lecha Wałęsy, ludzie, którzy z osobą Przewodniczącego wiązali takie nadzieje, czujemy albo obojętność – w końcu to było tak dawno – albo ciągły żal, albo, ewentualnie obok jednego i drugiego, wstyd i wyrzuty sumienia.
Do napisania tego tekstu zainspirował mnie gość, mój kolega z Salonu, który w swoim komentarzu napisał, że
“Długo trwało uświadamianie sobie, do jak monstrualnego oszustwa SAM się w swojej naiwności (głupocie? odporności na informacje?) przyczyniłem”.
Uważam, że mimo, oczywiście niewątpliwego faktu, żeśmy się dali nabrać i być może nawet okazaliśmy się naiwni, nie ma najmniejszego powodu, żebyśmy się z tym naszym ówczesnym wyborem czuli aż tak bardzo źle.
Nawet gdybyśmy już wówczas wszyscy znali postać Mieczysława Wachowskiego, nawet gdybyśmy już wtedy wiedzieli, że to co mówili niektórzy, mianowicie że Wałęsa jest człowiekiem, delikatnie mówiąc, z przeszłością, jest prawdą; nawet gdybyśmy już wtedy mieli informacje, że Wałęsa będzie tak bardzo kiepskim prezydentem, to i tak mieliśmy tylko ten jeden wybór – albo Wałęsa, albo Tymiński. Wałęsa, czyli ktoś, kogo jeszcze można jakoś kontrolować, czy to przez państwo, czy to przez Kościół choćby, albo Tymiński, prawdopodobnie sowiecki agent, który pierwsze co by zrobił, to przekazał władzę ludziom, przy których Wachowski to ministrant w tatrzańskim kościółku.
Jest oczywiście taka ewentualność, że Tymiński nie był żadnym agentem, ale to tylko ci durnie od Mazowieckiego wykreowali Tymińskiego, żeby odebrał głosy Wałęsie. Ten rodzaj przebiegłości, choć może się wydać nieprawdopodobny, w głowach niektórych z tych panów – a ja te głowy dobrze pamiętam – mógł się pewnie narodzić.
I tak jednak nic to by nie zmieniło. Tymiński zostaje prezydentem – my możemy się zacząć pakować.
Jarosław Kaczyński prawdopodobnie już wtedy podejrzewał, a może i wiedział, że z Wałęsą będą kłopoty. Stąd pewnie propozycja, o której dziś mało kto pamięta, ale która pojawiła się na chwilę, żeby Wałęsę wybrał Parlament i w ten sposób ograniczył choć trochę jego pozycję i wpływy, ale wobec zdecydowanego sprzeciwu samego Wałęsy, który był słusznie pewny wygranej, ale też i środowisk ROAD-owskich, czy wręcz masońskich, którzy z kolei – z absolutnie niezrozumiałych powodów – byli pewni wygranej Mazowieckiego, ta koncepcja upadła.
Dlaczego Tadeusz Mazowiecki nie mógł zostać prezydentem? Odpowiedź jest niezwykle prosta. Z początkowym poparciem ponad 90%, w ciągu zaledwie kilku miesięcy, swoim kompletnym nieudacznictwem, amatorstwem i towarzyską bylejakością, premier Mazowiecki sprowadził swoją pozycję do takiego poziomu, że nikt przed nim, ani już nikt po nim (chyba nawet komuniści i Buzek) nie potrafił dokonać takiej sztuki.
Gdy zbliżały się wybory, dla każdego normalnie myślącego człowieka było jasne, że ludzie tak bardzo nie lubią zarówno premiera, jak i jego ministrów i protektorów, że, jak trzeba będzie, to wybiorą nawet kogoś takiego, jak Tymiński, byleby już nie musieć patrzeć na te twarze i słuchać głosu rzecznik Niezabitowskiej.
Ktoś kto był jeszcze dzieckiem w roku 1989, albo wręcz jeszcze się nie narodził, może myśleć, że rewolucja solidarnościowa był a wielką i wspólną manifestacją całego społeczeństwa. Nic bardziej mylącego. W wyborach czerwcowych wzięło udział nawet nie 70% uprawnionych. Ponad 30% głosującego społeczeństwa uznało, że to co się dzieje nic ich nie obchodzi, bo jedyne, co ich interesuje, to albo butelka pod wieczór, albo jakieś miłe słowo ze strony kogoś takiego, jak niespełna rok później ten dziwny człowiek z Peru.
Tych ludzi Wałęsa oczywiście też nie interesował, ale dla nich Wałęsa był przynajmniej kimś, z kim się mogli identyfikować, ale Mazowiecki? Bez żartów.
Więc, jak mówię, gdyby nie Lech Wałęsa – agent czy nie agent, dureń czy mędrzec – prezydentem zostałby ruski agent i wtedy dopiero byśmy zobaczyli, co się stanie.
Jeśli ktoś myśli, że w przypadku takiego kryzysu, nowe polskie służby zrobiłyby z Tymińskim porządek, to się myli bardzo i to bardzo grubo. Cała tak zwana ekipa Mazowieckiego, nawet zakładając, że Kiszczak i Jaruzelski nie mieli nic do gadania (żart!), był atak absolutnie i żałośnie leniwa, bezmyślna i niezdolna doi jednego sensownego ruchu, że w tak dramatycznej sytuacji, prawdopodobnie wystarczyłby jeden wieczór, żeby ich przekonać, że jest okay. A gdyby mieli jeszcze jakieś wątpliwości, to Adam Michnik wytłumaczyłby im wszystko bardzo starannie.
Więc sprawa jest absolutnie jasna. Gdyby nie było Wałęsy, nie byłoby już Polski.
Co z Wałęsą teraz? Znów odpowiedź jest prosta. Nic. I nieważne, czy dlatego, że okazał się słaby, czy dlatego, że zawsze był słaby. Czy może dlatego, że czasy były tak trudne, a może przeciwnik okazał się tak niesłychanie silny. Tego nie wiemy i pewnie już się nie dowiemy.
Osobiście sądzę, że przeciwnik był prawie nie do pokonania. A najgorsze było to, że mało kto zdawał sobie sprawę z jego potęgi, determinacji i możliwości. Dopiero teraz możemy przynajmniej częściowo zobaczyć, z jaką to potężną siłą mieliśmy do czynienia przez te 18 lat.
Z drugiej strony jednak, wielu z nas wiedziało, że tylko Lech Wałęsa jest w stanie zmierzyć się z tymi wówczas symbolicznymi pająkami z wyborczych spotów. I że tylko on potrafi skutecznie używać tej – również symbolicznej wtedy – siekiery.
On jednak ani jej nie użył, ani prawdopodobnie nie chciał użyć, a w najlepszym dla siebie rozwiązaniu – nie miał siły użyć.
Tak czy inaczej, to dzięki niemu – Lechowi Wałęsie – jego obecności i jego determinacji, żeby zostać prezydentem, udało się jednak uratować naszą Polskę.
I nawet fakt, że on sam o tym nie wie, nie zmieni tej prostej prawdy.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...