sobota, 19 grudnia 2020

Czy androidy śnią o Stanie Wojennym?

 

Ponieważ każdy dzień przynosi ostatnio z różnych stron coraz to kolejne wypowiedzi, w których dzisiejsze czasy zestawia się z tym, z czym mieliśmy do czynienia w Stanie Wojennym, pomyślałem sobie że powinienem jakoś na tę falę szaleństwa zareagować i napisałem w tej sprawie odpowiedni tekst do „Warszawskiej Gazety”. Od tego czasu jednak minęło już kilka dni i wygląda na to, że felieton, który ukazał się ledwie co wczoraj jest już w pewnym sensie nieaktualny. Otóż, jak się okazuje, między naszą obecną sytuacją a tym co się działo pod koniec  roku 1981 i w latach późniejszych nie ma porównania. Dziś jest znacznie gorzej. Czemu? A choćby przez to, że taki generał Jaruzelski na Sylwestra i Nowy Rok zniósł godzinę policyjną, a premier Morawiecki ją wprowadził. Cóż więc ja tu szukam z moją historią z tamtych lat? Mimo to, tradycyjnie zapraszam.     

 

 

      Pamiętam, jak jeszcze w PRL-u do księgarń trafiła napisana przez Jacka Fedorowicza książeczka zatytułowana „W zasadzie tak”. Książka w swojej warstwie podstawowej stanowiła poradnik odnośnie tego, jak przeżyć PRL, a jeden z jej rozdziałów poświęcony był temu, jak rozmawiać z milicjantem. Fedorowicz swoje stanowisko wyłożył na przykładzie kierowcy, który został zatrzymany za jakieś wykroczenie, a ograniczało się ono do tego, by pod żadnym pozorem nie próbować z milicjantem wchodzić w jakąkolwiek dyskusję. Należy każdą uwagę przyjmować z pokorą, kiwać ze zrozumieniem głową i – co bardzo ważne – wciąż podkreślać, jaki to z nas bałwan i głupek. Na końcu, zgodnie z sugestią Fedorowicza, nieodmiennie należało zadać milicjantowi to jedno, kluczowe pytanie: „I co teraz ze mną będzie?”, tak by mu w ten sposób najbardziej jasno zadeklarować naszą nieskończoną podległość. Po co? Oczywiście wyłącznie w jednym celu. Żeby nie zapłacić mandatu i za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze kupić sobie coś ładnego.

      Na temat Jacka Fedorowicza, czy raczej tego co z niego po latach zostało, mamy tu wszyscy zdanie bardzo jednoznaczne, ja jednak tamtą radę starałem się mieć w głowie przez wszystkie kolejne lata życia w komunie i nie będę ukrywał, że kilka razy mi sie ona bardzo przydała, i to nie gdy chodzi o głupi mandat drogowy, ale w sytuacjach znacznie poważniejszych. Jednak, jak sądzę, przydała się nie tyllko mnie, bo myśmy w tamtych latach byli bardzo czujni, no i znacznie mądrzejsi od tych, co na ówczesny Stan Wojenny spóźnili się o dobre 40 lat.

       Oto koleżanka studiowała w Sosnowcu, ale w każdy piątek wieczorem wracała do swojego Radomia. Pociąg przyjeżdżał późno w nocy, więc z dworca w tym jej Radomiu za każdym razem odbierał ją jej ukochany. Któregoś wieczoru przyjazd się opóźniał, więc chłopak koleżanki podszedł do odpowiedniego okienka, jednak pani z informacji zajętej plotkowaniem ze swoją koleżanką ani w głowie nie było reagować na pytania chłopaka. W końcu, kiedy ten zniecierpliwiony postanowił zapukać w szybę, pani wystawiła na zewnątrz głowę i zawołała do przechodzących milicjantów: „Zróbcie coś, bo tu się jakiś pijany awanturuje”. No więc oni przyszli i go zabrali. Wprawdzie go nie pobili, bo był grzeczny, nie stawiał się i się z nimi nie kłócił, ale za pijackie awantury na dworcu w Radomiu dostał zwyczajowe kolegium. Nie pamiętam, ile to wtedy było, ale dużo. Kolegium to było nie byle co.

       Czemu ja o tym opowiadam? Otóż mamy rocznicę wprowadzenia Stanu Wojennego i ludzie, którzy dziś mają tyle lat co chłopak koleżanki z tamtych lat, a ponieważ są od niego znacznie bardziej odważni, stają naprzeciwko policji w poczuciu uczestnictwa w rekonstrukcji zdarzeń. Przed nami natomiast stają poważni politycy i potwierdzają, że rzeczywiście mamy do czynienia z rekonstrukcją historii. To dla nich ta moja opowieść.



 

 

czwartek, 17 grudnia 2020

Czy imię "Kusy" pochodzi z dawnej kultury przedchrześcijańskiej

 

      Kiedy jeszcze pod koniec lata spotykałem się z księdzem Rafałem Krakowiakiem, zadzwoniła do mnie moja żona i poprosiła bym spytał Księdza, co w naszej religii jest faktem, a co wyłącznie domysłem. Powiem szczerze, że trochę się tą prośbą zdziwiłem, nie dlatego jednak, że uznałem to pytanie za trywialne, ale ponieważ z tego co mi wiadomo, moja żona akurat odpowiedzi tego rodzaju ma w małym palcu. Raz że ona w ogóle jest bardzo oczytana, a więc z wszelkimi odpowiedziami na wszelkie pytania jest za pan brat, po drugie natomiast, ona od kilku lat prowadzi w swojej szkole zajęcia z tak zwanej „teorii wiedzy”, a ja muszę przyznać, że wystarczy choćby rzucić okiem na podręcznik, z którego te dzieci się uczą, by się zorientować, że tam się dzieją rzeczy tak pasjonujące, że ja osobiście nigdy bym polskiej szkoły nie podejrzewał choćby o mały procent tego co tam się znajduje. Przekazałem jednak oczywiście Księdzu to pytanie, a on, proszę sobie wyobrazić, natychmiast odpowiedział, że... faktem jest wszystko co jest zapisane w Piśmie Świętym. Każda informacja podana czy to przez proroków, czy Ewangelistów, jest oficjalnie traktowana jako fakt.

      Podczas gdy żona moja oczywiście natychmiast wszystko zrozumiała i przyjęła do wiadomości, ja, powiem szczerze, trochę się zdziwiłem. Otóż zawsze byłem przekonany, że to w co ja wierzę i czym żyję od dziecka na codzień, to w żaden sposób nie są fakty, ale wiara właśnie, moje przekonanie, moja pewność, jakkolwiek to nazwiemy. Tymczasem Ksiądz twierdzi, że to są wszystko fakty i w dodatku tę informacje podaje nie jako swoja opinię, lecz jako prawdę obiektywną. Wszystko co znajdujemy w Piśmie Świętym to są fakty.

      Poprosiłem więc Księdza o pomoc, a on mi wyjaśnił, że jest różnica między faktem, a prawdą. To co my uważamy za prawdę wcale nie musi być ani prawdą, ani nawet faktem, natomiast odwrotnie, owszem: fakt jest prawdą, cokolwiem na ten temat ktokolwiek sądzi. Jeśli na przykład ktoś nam zacznie opowiadać o Antarktydzie, to my oczywiście wiemy, że on nam relacjonuje miejsca czy zdarzenia przynajmniej z realnie istniejącego miejsca. Nie zmienia to oczywiście nomen omen faktu, że zawsze ktoś może przyjść i powiedzieć, że coś takiego jak Antarktyda to oczywiste kłamstwo, ponieważ przede wszystkim nikt nigdy tego czegoś nie widział, a poza tym to co nam się pokazuje na zdjęciach, filmach, czy w książkach, to zwykła manipulacja, tak zwany współcześnie fejk. I oczywiście możemy na setki sposobów temu komuś dowodzić tego że Antarktyda istnieje, ale nie mamy praktycznej możliwości sprawić, by ten ktoś – o ile jest autentycznie przekonany co do swojej wiary, a w dodatką ową wiarę przez lata skutecznie podbudowywał różnego rodzaju badaniami – przyznał, że rzeczywiście coś w tym musi być. Możemy mu nawet opowiedzieć, jak to sami mieliśmy okazję tam pofrunąć i wszystko widzieliśmy na własne oczy, a on i tak albo nam zarzuci kłamstwo, albo w najlepszym dla nas wypadku to, że zostaliśmy w jakiś sposób zmanipulowani i to co nam się wydawało faktem, było zaledwie złudzeniem. Mało tego. My możemy jego samego wsadzić w samolot, zawieźć na miejsce, wysadzić, zostawić go tam na parę dni, by się zdążył skutecznie rozejrzeć, a on i tak nam powie, że on nie jest pierwszą osobą, której się to przydarzyło. Przy obiecnej technice, ci co rządzą światem potrafią stworzyć wirtualną przestrzeń, w której każdy zobaczy to co oni widzieć mu każą. A zatem nie było ani żadnego samolotu, ani żadnego lotu, ani żadnego śniegu, lodu i zimna. Wszystlko to działo się w jednym miejscu, w jakiejś komorze, w której zostaliśmy najpierw umieszczeni, następnie zahipnotyzowani, a potem już tylko doświadczeni tym co ktoś tam sobie życzył. Antarktyda to, jak wiadomo, fejk.

      Opowiadział mi ksiądz Rafał jeszcze jedną historię. Otóż wyobraźmy sobie, że przychodzi do nas ktoś, kto mówi, że tu na prawo od tych drzwi, każdego wigilijnego popołudnia pojawia się krasnoludek w czerwonej czapeczce z workiem prezentów, który przynosi nam różnego rodzaju cuda. My na to oczywiście mówimy, że to jest bajka dla dzieci, krasnoludki nie istnieją, a tak zwany Św. Mikołaj to też tylko świąteczna zabawa. W tym momencie nasz znajomy proponuje nam eksperyment. Każe się nam zaczaić przy tych drzwiach przy najbliższej okazji i sprawdzić krasnoludka osobiście. No więc zjawiamy się na miejscu i bardzo proszę – krasnoludek jak żywy. I tak każdego roku: popoludnie wigilijne, godzina 16.25, malutki Św. Mikołaj nadchodzi z workiem prezentów. My go oczywiście dokładnie sprawdzamy, czy to przypadkiem nie jakaś zabawka, ewentualnie komputerowo wygenerowany obraz – nic z tego. Mikołaj jest prawdziwy, żywy, a nawet możemy sobie z nim porozmawiać. I znów, każdego kolejnego roku przez dwadzieścia, czy trzydzieści lat jesteśmy na miejscu, a on też. I oto pojawia się pytanie: czy to czego doświadczamy to fakt, czy tylko nasza błędna wiara? Otóż dopóki ktoś nam nie wykaże w przekonujący sposób, że nam się to wszystko tylko wydawało, ów krasnoludek jest faktem. I kropka.

       A co na ten temat powiedzą ludzie, którym o tym opowiemy? Czy dla nich realność owego krasnoludka stanie się faktem? Oczywiście że nie. Oni oczywiście znajdą jeszcze więcej róznego rodzaju argumentów na poparcie tego, że nie ma mowy o żadnym fakcie. Jednak dopóki oni tam z nami pod te drzwi nie przyjdą i nie pokażą nam pustego przedpokoju, bez śladu krasnoludka, on pozostaje faktem. I tak samo jest z tak zwanymi prawdami Wiary zapisanymi w Piśmie Świętym: dopóki nie pojawi się ktoś, kto nam udowodni, że którykolwiek ze znajdujących się tam przekazów jest błędem, nie ma w ogole o czym dyskutować. A faktem jest, że od Poczatku nie znalazł się nikt, kto by choćby tylko spróbował przedstawić tu jakiś dowód. Jedyne co oni mogą powiedzieć to to, że oni tego czy innego „krasnoludka” nigdy nie widzieli.

     Piszę ten tekst, bo od paru dni chodzi mi po głowie wspomniana tu przedwczoraj kwestia tak zwanej post-prawdy. Jak czytam, owo pojęcie pojawiło się po raz pierwszy w roku 1992 w magazynie „Nation” w eseju dramatopisarza Steve’a Tesicha. Krótko mówiąc, chodzi o to, że przyszłość jaka się przed nami rozciąga to cały szereg manipulacji prokurowanych przez polityków oraz służące im media, których celem jest doporowadzenie społeczeństw do stanu, w którym fakty nie będą miały jakiegokolwiek znaczenia, zastąpione przez emocje i wyrastające z nich osobiste przekonania. I pewnie możnaby było tego całego Tesicha pochwalić za to, że on tak czujnie zaobserwował kierunki w jakich rozwija się nasz świat, gdyby nie fakt, że on sam, pisząc swój tekst, był bardzo mocno zaangażowany w ową manipulację, a to go tak do napisania swojego tekstu sprowokowało to rzekomy szereg manipulacji, które sprawiły że „ten podły oszust” Richard Nixon tak łatwo się wykręcił od odpowiedzialności za tak zwaną „Aferę Watergate”. Zdaniem Tesicha, wszystko było jasne i oczywiste do czasu jak populiści, oraz kontrolowane przez nich [sic!] media i ponadrządowe organizacje nie rozpuściły plotki, że cała owa afera była wyłącznie efektem spisku. Dziś już oczywiście wiemy, że za to co wówczas zrobił Nixon, dziś amerykańscy prezydenci i nie tylko otrzymują pokojowe nagrody Nobla, że owych nagród nie przyznają ci, co w latach 70 bronili Nixona, a mimo to wystarczy otworzyć Wikipedię, by się dowiedzieć, że cały problem post-prawdy istnieje wyłącznie dzięki działaniom tak zwanych „populistów”.

      A zatem, tu mamy jasność, co oczywiście nie zmienia – znów nomen omen – faktu że żyjemy w epoce post-prawdy właśnie i im bardziej się przekonujemy co do tego, że za tą manipulacją stoją istotnie rządy, media i wielkie korporacje, tym bardziej powinniśmy uważać, by się nie dać w to zło wciągnąć. Ja bowiem nie mam bladego pojęcia jaki interes oni mają w tym byśmy przestali rozróżniać fakty od opinii, zwłaszcza gdy wydawałoby się, że to oni właśnie padają owej manipulacji ofiarą, niemniej jestem przekonany, że większość tak zwanych „teorii spiskowych” powstała właśnie tam, w tamtych gabinetach. I przyznaję, że mówiąc o owej większości, mam faktycznie na myśli większość. To im własnie najbardziej zależy na tym, byśmy sobie wzajemnie powtarzali, że tak naprawdę żadnej katastrofy w Smoleńsku nie było i że prezydent Kaczyński albo został zastrzelony gdzieś w Moskwie, albo trzymany jest do dziś w jakiś amerykańskich laboratoriach, że o żadnej pandemii mowy być nie może, maseczki są kompletnie bezuzyteczne, a szczepionka ma służyć wyłącznie do tego, by wybić połowę ludzkości, no i że oczywiście Ziemia jest dyskiem unoszącym się na bezkresnych wodach, poza którymi nie ma nic, a już zwłaszcza jakiegoś śmiesznego Kosmosu.

        Czemu zatem oni nas tu z takim zacięciem szkolą gdy chodzi o parę innych rzeczy, to już wiem na pewno. Wiem na przykład, jak to się stało i w jakim celu, że w pewnym momencie został uruchomiony projekt pod nazwą „Wielka Lechia”. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że na jego końcu od początku miały się znaleźć owe straszne kolędy, śpiewane dziś przez Strajk Kobiet, zwłaszcza gdy czytam:

Śpiewamy kolędy. Nie ma tu taniej sensacji i nikogo nie obrażamy. Nie śpiewamy o samej religii i z szacunkiem odnosimy się do tych osób, które za półtora tygodnia planują świętować. Wierzymy jednak, że my też mamy prawo do tych melodii.
Dlaczego kolędy? Nazwa pochodzi z łaciny, od pierwszego dnia miesiąca, a pieśni noworoczne z życzeniami pomyślności śpiewano jeszcze przed chrześcijaństwem, pojawiały się w starożytnym Rzymie jak i słowiańskich obrzędach godowych. Nawet po złączeniu ich z religią chrześcijańską, jako część kultury ludowej stanowią przestrzeń wypowiedzi, często zawierają elementy życia ludowego. Wreszcie, wspólne kolędowanie to też po prostu spotkanie: wspólny śpiew łączy i wzmacnia, jest bardzo wspólnotowym doświadczeniem. Wierzymy, że my też mamy prawo wykorzystać melodie, które znamy od dzieciństwa, żeby wspólnie śpiewać o tym, co dla nas ważne. I my chcemy wyśpiewać nasze życzenia
”.

       I znów zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście nie warto było naprawdę wiele poświęcić, by można było nas doprowadzić do tego miejsca?



   

wtorek, 15 grudnia 2020

Kiedy media w Polsce ogłoszą po raz pierwszy, że Ziemia jest płaska?

       Myślę, że to jest moment równie dobry jak każdy inny, bym wyjaśnił, dlaczego w ostatnich tygodniach w tak dramatyczny sposób opuściła mnie wszelka chęć komentowania bieżących wydarzeń politycznych. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wielu Czytelników bardzo by chciało, bym napisał choć parę słów komentarza na temat tego, co się dzieje z Polską, a więc tak naprawdę kolejnego, tym razem chyba najpotężniejszego z dotychczasowych, starcia między władzą Prawa i Sprawiedliwości a opozycją, czy to tutaj w kraju, czy w Brukseli, ja jednak, mimo podjęcia paru prób – moim zdaniem, zdecydowanie nieudanych – uważam, że nie ma na co liczyć. Dlaczego tak jest, opiszę może na przykładzie tego co zobaczyłem wczoraj w telewizji. Otóż mieliśmy kolejną uliczną awanturę, gdzie z jednej strony widzieliśmy policję próbującą nieporadnie zapanować nad tym chaosem, a z drugiej strony te często jeszcze dzieci, wyzywające policjantów od morderców, plujące im prosto w twarz, rzucające w nich czym popadnie, niszczące radiowozy, a wcześniej twitterowe wpisy wręcz zachęcające do ich fizycznej eliminacji, a tuż obok, polityków opozycji wzywających do jeszcze większej agresji, a na koniec tego wszystkiego tych samych polityków, dyskutujących z innymi politykami nad tym, do jakiego stopnia dzisiejsza Polska przypomina Polskę z roku 1981 i lat kolejnych. Oglądałem to wszystko, podobnie jak wcześniej niemal identyczne sceny to tu to tam, i, przepraszam bardzo, ale w jaki sposób ja mam to co się dzieje, komentować. I po co? Żeby kogoś tam gdzieś w Polsce ucieszyć tym, że udało mi się powiedzieć dokładnie to samo, co jemu czy jej, szumiało w sercu, tylko że oni nie potrafili tak celnie i tak ładnie tego oddać? Przecież to nie ma sensu. Z tego że ja powtórzę po raz kolejny najbardziej oczywiste oczywistości, nie powstanie jakiekolwiek dobro, nawet jeśli opowiem, co dziś sądzę o Tomaszu Terlikowskim, czy o Szymonie Hołowni.  Ani dobro, ani nawet zło. Nic. Jeszcze raz może powtórzę za Norwidem jego straszne słowa: „Jak się nie nudzić na scenie tak małej, tak niemistrzowsko zrobionej?”  

      Niedawno, gdy szukałem jakieś dawnego tekstu, który mógłby z odpowiedniej perspektywy przynajmniej skomentować to zło, które się na nas wylewa, ze smutkiem stwierdziłem, że przez te wszystkie lata, jak prowadzę ten blog, zapisałem na nim – nie licząc tego, co przez jakiś czas równocześnie pisałem w Salonie24 – niemal 4 tysiące osobnych refleksji, przeważnie odpowiednio oryginalnych i moim zdaniem ważnych. Otóż jeśli mamy przed sobą 4 tysiące myśli przedstawionych w formie często bardzo długiego felietonu, to przepraszam bardzo, ale co trzeba mieć w głowie, by po tym wszystkim znaleźć w sobie moc, by powiedzieć coś nowego, a przede wszystkim pożytecznego? A daję słowo, że nigdy ani przez chwilę nie było moim celem jedynie dostarczanie satysfakcji. Zwłaszcza tej najtańszej.

       Czy to znaczy, że zbliżam się do końca tego rozdziału w moim życiu? Oczywiście że nie. Każdy kto mnie zna wie, że ja chyba już do śmierci nie zamilknę, a tym bardziej nie zajmę się uprawianiem kwiatków na balkonie. Rzecz w tym, że moim zdaniem przesilenie jakie w tych dniach zdecydowanie nastąpiło, poza paroma krótkimi myślami, uniemożliwia formułowanie jakichkolwiek poważnych ocen. A mimo to od czasu do czasu pojawia się coś, czym chciałbym się podzielić, i to jak najbardziej w relacji do obecnego zamieszania. Otóż obejrzałem sobie niedawno na youtubie piętnastominutowy reportaż na temat ludzi żyjących w głębokim przekonaniu, że Ziemia jest płaska. Ja oczywiście wcześniej o nich słyszałem, jednak byłem przekonany, że to są jacyś nadzwyczaj ekscentryczni żartownisie, tacy jak członkowie owego stowarzyszenia, które dowodzi naukowo, że samoloty i pszczoły nie latają, bo są relatywnie zbyt ciężkie, by się utrzymać w powietrzu. Tymczasem, jak zupełnie jasno pokazuje ów reportaż, są to zupełnie zwyczajni ludzie, tacy jak większość z nas, w dodatku, wedle wszelkich znanych nam standardów, całkowicie rzeczowi i zrównoważeni, a na dodatek  całkiem sympatyczni, bez najmniejszego śladu owego słynnego obłędu w oku. Są to więc ludzie tacy jak my, tyle że głęboko pewni tego, że Ziemia jest dyskiem pływającym na ogromnej tafli wody, poza którą nie albo nie ma nic, albo, jak mówi jeden z nich, „Bóg jeden raczy wiedzieć, co”. Czy oni wszyscy – a z reportażu wynika, że ich jest na świecie coraz więcej i że są przy tym coraz bardziej aktywni – się tak tylko bawią? Otóż nie. Oni nie dość że swoją wiarę w płaską Ziemię traktują nadzwyczaj poważnie, to jeszcze uważają, że głosząc ją walczą z niewidzialnym wrogiem, który przez to straszne kłamstwo na temat Ziemi jako zaledwie jednego z nieskończonej liczby mikropunkcików w jakimś absurdalnym nieskończonym  kosmosie, chce człowieka zdeptać i uczynić z niego swojego niewolnika.

       I niech nam się nie wydaje, że oni tak tylko się spotykają i wymieniają opiniami.  Oni po swojej stronie mają bardzo poważne dowody oparte na bardzo solidnych naukowych obserwacjach, oraz równie poważnych analizach i niech się nam też nie wydaje, że gdybyśmy mieli możliwość, to byśmy każdego z nich w jednej chwili zagięli przy pomocy paru prostych pytań. Oni na każde z nich mają błyskawiczną odpowiedź i znów niech nikt nie myśli, że słysząc ją, w ich oczach zobaczymy choćby ślad szaleństwa, czy nawet złości. Wręcz przeciwnie: każdy z nich ze spokojnym uśmiechem nam odpowie, że on wie, co sobie o nim myślimy, ale jemu tylko pozostaje nam współczuć, że tak strasznie daliśmy się zmanipulować tym, którzy rządzą światem.  

      W tym momencie ktoś mi powie, że moje zapowiedzi, że oto dziś wreszcie powiem coś bardzo nowego i bardzo ważnego, są nic nie warte. To bowiem co opowiedziałem to jeszcze jeden przykład tego, co ludzie znacznie lepiej ode mnie oczytani od lat znają pod pojęciem post-prawdy. A ja mogę na to tylko odpowiedzieć, że ja świetnie znam ową teorię, tyle że jestem głęboko przekonany, że jej autorzy i główni teoretycy stanowią jak najbardziej owej post-prawdy nieodłączną część. I mojego przekonania nie zmieni żaden z nich, dopóki nie stanie przede mną i nie powie jasno, wyraźnie i możliwie dobitnie, że się przed nią nie obronimy, o ile nie zwrócimy się w kierunku Prawdy Jedynej, Prawdy Prostej, a sformułowanej przed wieloma, wieloma wiekami. Prawdy, której nie trzeba ani dyskutować, ani dowodzić, ani przede wszystkim bronić. A już na pewno kręcić na jej temat telewizyjne seriale.



niedziela, 13 grudnia 2020

Czy w rodzinnym domu Marty Lempart była kabina prysznicowa?

 

        Trafiłem gdzieś jakiś czas temu na opinię, że dzisiejsze lewactwo ze swoją nieznośną wręcz natarczywością stanowi zjawisko nie tyle polityczne, kulturowe, czy choćby socjologiczne, lecz czysto pokoleniowe. Chodzi krótko mówiąc o to, że ludzie, którzy dziś rządzą światem, czy to ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec, czy Izraela, to w głównej mierze te same osoby, które w latach 60-tych miały po 16, 18, 20, czy 25 lat i głosiły nadejście Ery Wodnika, a z nią Czas Cudownego Rozpasania. Oni wszyscy najpierw biegali goło po uniwersytetach, ćpali do nieprzytomności, tłukli się z policją, po pewnym czasie jednak wydorośleli, zaczęli robić kariery, a kiedy postarzeli się na tyle, by z każdym rokiem coraz częściej wspominać słodką młodość, obudziły się w nich stare demony i jeśli tylko któremuś z nich zdarzyło się być czy to ważnym politykiem, czy szefem którejś z wielkich korporacji, to prędzej czy później musiał zacząć realizować na nowo swoje dawne marzenia. I stąd mamy świat jaki widzimy.

       Ktoś się zapyta pewnie, jak my tu w Polsce się mamy do tego wszystkiego. Część z nas z pewnością jeszcze pamięta lata 60-te i wiemy bardzo dobrze, że jedyne co do nas z tamtych stron docierało – i to też tylko do wybranych – to piosenki typu „If I Had A Hammer", czy „Where Have All The Flowers Gone”, którymi się oczywiście zachwycaliśmy, ale większości z nas nawet w głowie nie powstało, by je w jakikolwiek sposób kojarzyć tym, co one tak naprawdę reprezentowały i mieć choćby blade pojęcie na temat filozofii, która je w pierwszej kolejności stworzyła. Wydawałoby się więc, że powinniśmy tu u nas czuć się względnie bezpiecznie, no i pewnie tak by to było, gdyby nie owo najpierw symboliczne, a następnie realne zupełnie otwarcie granic, jakie nastąpiło po tym jak w roku 1989 stara władza wpuściła sobie trochę świeżej krwi i tamta fala zaczęła się stopniowo wlewać również do nas. Przypomniałem tu niedawno pewien swój bardzo już stary tekst, w którym na przykładzie magazynu dla dziewcząt zatytułowanego „Dziewczyna” pokazałem jak Niemcy przeprowadzili w Polsce kulturową i cywilizacyjną rewolucję, skierowaną przede wszystkim w stronę dzieci i młodzieży, a więc tych wszystkich, których najłatwiej było przystosować do nowego modelu. Otóż, jak niektórzy z nas pamiętają, to nie była tylko „Dziewczyna”. Na rynku pojawiła się cała masa, wydawanych głównie przez niemieckie koncerny wydawnicze, pism takich jak „Bravo”, „Bravo Girl”, „Glamour, czy „Popcorn” i to one wyznaczyły kierunki rozwoju dla tych z nas, którzy pod koniec wieku mieli 13, 15, czy 16 lat.

       Pamiętam do dziś lekcje jakich w tamtych latach udzielałem dwóm bardzo miłym dziewczynkom i to jak któregoś dnia, czekając aż one się zbiorą i zasiądą do stołu, zacząłem przeglądać leżące przede mną pismo „Bravo Girl” i proszę sobie wyobrazić, że nagle znalazłem tam list do redakcji pisany rzekomo przez jakąś nastolatkę, której przydarzyła się taka przygoda, że brała akurat prysznic, kiedy dołączył do niej jej brat i... dalej był już bardzo dokładny opis tego co on z nią robił. Pod listem była odpowiedź równie autentycznego redakcyjnego psychologa, który tłumaczył tej dziewczynce, że nie ma nic złego w seksie, jednak ona powinna porozmawiać z bratem na poważnie i wytłumaczyć mu, że to co on zrobił, to jednak przesada. Jakoś tak. A ja to, jak mówię, pamiętam do dziś.

      Dziś już wymienione przez mnie pisma, podobnie jak wiele innych, nie wspomnianych przeze mnie, bardzo skutecznie spełniwszy swoje zadanie, nie istnieją, natomiast ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że całe dzisiejsze pokolenie zarówno młodszych polityków, jak i pracowników mediów i przedstawicieli tak zwanej kultury, wychowało się właśnie na przekazie medialnym sączonym do ich dziecięcych głów właśnie w latach 90-tych. Czytam że poseł  Szczerba urodził się w roku 1977, posłanka Żukowska w roku 1983, Cezary Tomczyk w roku 1984, Klaudia Jachira w roku 1988, Krzysztof Brejza w 1983, Arkadiusz Myrcha to rocznik 1984, Marta Lempart 1979, i tak mógłbym wymieniać jeszcze długo, a potem już tylko się skupić choćby na tych wszystkich działaczkach Strajku Kobiet oraz ich wychowankach, bazgrających na kościołach swoje błyskawice i wznoszących hasła typu „Pozostaje nam anal”.

        A przecież wspomniane lata 90, oraz jak najbardziej jeszcze późniejsze, to nie tylko prasa. To również telewizja, sklepy, reklamy, cały ten pop, żeby już nie wspominać o WOŚP-ie z tą całą jej pstrokacizną i wrzaskiem „Róbta co chceta!”. To wszystko uformowało całe pokolenie, a kto wie, czy już nie dwa, kulturowo, cywilizacyjnie i zwyczajnie obywatelsko. Powiem więc raz jeszcze: jestem w stu procentach pewien, że oni wszyscy albo zostali całkiem bezpośrednio wychowani przez treści dostarczane im w dzieciństwie przez koncern Axel Springer, oraz sieci pokrewne, albo przez dorastanie już w owym odpowiednio ukształtowanym środowisku i dziś im już nawet nie trzeba mówić co mają robić, myśleć i czuć. No i oczywiście, w jaki sposób mają wychowywać swoje dzieci. 

       Przynajmniej te, które będą miały szczęście, by przyjść na świat.



Przy okazji przypominam, że pod adresem k.osiejuk@gmail.com można zamawiać ostanie kilka egzemplarzy mojej książki o języku angielskim.

sobota, 12 grudnia 2020

Czy ktoś się jeszcze boi angielskiego listonosza?

Ponieważ jakimś cudem udało się nadzwyczaj szybko postawić ten komputer na nogi, wydarzenie to chciałbym uczcić w sposób dość niezwykły. Otóż jakiś czas temu, przeczesując Internet w poszukiwaniu mojej książki „Kto się boi angielskiego listonosza”, której nakład ostatecznie się wyczerpał, a kolejny dodruk stał się dodrukiem ostatecznym, trafiłem na dość obszerną recenzję owego Listonosza" – w moim szczerym przekonaniu napisaną na oczywiste zamówienie – która sprawiła mi taką satysfakcję, że zdecydowałem się zdjąć z rynku wszystkie egzemplarze na jakie trafię i sprzedać je każdemu, kto będzie miał pod ręką 150 zł. I oto, proszę sobie wyobrazić, okazało się, że mój kupel Michał ze sklepu Foto-Mag ma jeszcze kilka egzemplarzy, które uprzejmie zgodził mi się sprzedać. Książki właśnie do mnie dotarły w liczbie 10 sztuk, z których kilka i ja chętnie puszczę dalej, w ten sposób zamykając ów niezwykły rozdział.  I teraz tylko mogę zachęcić wszystkich do przeczytania poniższej recenzji i spieszyć się, bo daję słowo, że to jest meteoryt, który już nigdy nie wróci. Podkreślam nieskromnie, że meteoryt na swój sposób bezcenny. Zbliżają się Święta, okazja jest więc szczególna, a mój adres to k.osiejuk@gmail.com.

 

      Książkę wypożyczyłam z biblioteki. I dobrze, bo po jej przeczytaniu okazało się, że nie jest warta zakupu i wg mnie absolutnie nie jest warta tego, żeby mieć ją na własność. Pierwsze wrażenie nie powala na kolana, a dalej jeszcze gorzej, trudno przez to przebrnąć. Na okładce ani wewnątrz nie ma żadnej notki o autorze. Nie wiadomo kim jest autor i z jakiego powodu miałby być autorytetem lub choćby autorem książki dot. języka angielskiego.
      Później wciąż towarzyszy mi niemiłe przeświadczenie, że książka została wydana, bo były fundusze na jej wydanie własnym staraniem i kosztem. Nie ma żadnego powodu merytorycznego, żeby uznać tę książkę za istotną dla uczących się.
      Z treści książki dowiadujemy się, że autor uczył języka angielskiego. Później było tylko gorzej. Męczący styl, chaotyczny tok wypowiedzi i co najgorsze zupełnie nic do przeczytania, swobodne dywagacje niby o języku, trochę o uczniach, wydawnictwach, niby o gramatyce (tego nie więcej w sumie niż kilka stron w całej książce), ale tak naprawdę o niczym. Z książki przebija wg mnie niechęć do ludzi (co złego zrobił J. Siuda, czy organizator Olimpiady Języka Angielskiego, że autor tak ich nie lubi?). Autor ma krytyczny stosunek do chyba wszystkich podręczników do nauki języka wydanych po 1990 r., a za jedyny godny uwagi uznaje podręcznik Alexandra (owszem, dobry) dostępny głównie na wyprzedażach i w antykwariatach. Świat idzie naprzód, czasem lepszą lub gorszą drogą, a ludzie zdobywają certyfikaty ucząc się z różnych źródeł, czego autor najwyraźniej wcale nie zauważył, użalając się nad współczesnymi podręcznikami, niezbyt merytorycznie zresztą.
      Uczniowie też nie poczują się lepiej, a już na pewno nie będą zmotywowani do nauki, bo autor niby ich uczy i z uczniami pracuje, ale mało o kim wyraża pozytywne opinie. A już o osobach w średnim wieku, które uczył autor, to chyba jednego dobrego słowa nie ma. Co gorsza, autorowi trudno powstrzymać się od uszczypliwości, także natury politycznej.

      W sumie odniosłam wrażenie, że autor nie ma komu się wygadać i pod pretekstem wydania książki o języku wylewa swoje frustracje. Książka wzbudziła we mnie niechęć opiniami na temat ludzi z którymi autor spotykał się w czasie pracy nauczyciela, co mnie samą zaskakuje, bo książki o jęz. angielskim nigdy we mnie takich emocji nie budziły. Jest tyle różnych książek dot. jęz. angielskiego, że na tę naprawdę szkoda czasu i pieniędzy. 

 



 

piątek, 11 grudnia 2020

Przemsa: Weto, czyli czas umierać

Jest kompromis, nie ma weta. Podchodząc do tematu uczciwie dokładnie tyle wiem na temat tego, co zostało wczoraj ustalone. Cała reszta jest mniej lub bardziej opartą na faktach spekulacją. Niewielu bowiem drobnych konsumentów mediów mojego pokroju ma szerszy ogląd spraw związanych z tym szczytem i może z całym przekonaniem, uczciwie stwierdzić, że wszystko jest dla niego jasne i osiągnięto sukces albo wręcz odwrotnie.

Abstrahując więc od tego chciałbym się skupić na czymś znacznie prostszym i jak najbardziej namacalnym, czyli reakcji komentatorów ograniczonych do szeroko rozumianej prawej strony. Obserwacja taka jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Wynika z niego, że najważniejsze było weto dla samego weta, że weto było celem. Polska i Węgry miały wywrócić stolik doprowadzając do zerwania rozmów. Co dalej wtedy by się działo jest już mniej istotne. Właśnie to należało zrobić i koniec.

Dlaczego? No bo przecież groziliśmy wetem.

Myśl, że była to właśnie - tylko i aż - groźba i tak naprawdę każdy zdrowo myślący człowiek miał nadzieję, że nie będzie musiała być spełniona jest niewłaściwa. Weto albo śmierć, jak jakiś zgrywający się na bezkompromisowego twardziela polityk od Ziobry gdzieś tam napisał i reszta Prawdziwie Prawych groźnie mrucząc podchwyciła. To że owszem, faktycznie byliśmy gotowi się postawić używając tego narzędzia i był to straszak realny nie wystarczy. Skoro się dogadaliśmy, ponieśliśmy porażkę.

Nie ma w tym żadnej logiki, ale rwącym szaty bezkompromisowym tropicielom zdrad, których zaufanie do rządów Morawieckiego od zawsze wisi na bardzo cienkim włosku, no bo przecież w porównaniu z takim Korwinem, Braunem, Bosakiem czy Winnickim premier nie tylko nieustannie wszystkim wokół nie wygraża, ale nawet nie zapowiada, jak to szast-prast wszystkich wrogów ojczyzny pozabija lub przynajmniej powsadza, więc jest miękiszonem i tyle.

Musiał więc polec, skoro nie zawetował, a teraz tylko gada.

My, kochający Ojczyznę nad życie, najprzenikliwsi z przenikliwych specjaliści od negocjacji i Polskiej Racji Stanu jesteśmy co do tego przekonani. Znów podle nas zdradzono i tak dalej.

Z drugiej strony są oczywiście ci, którzy cieszą się z porozumienia. Ja również się do nich zaliczam, ale tak jak wskazałem na początku moja wiara, że naprawdę mam powody do zadowolenia jest właśnie tylko wiarą.

Dlatego właśnie pozwalam sobie w puencie tego krótkiego wpisu stwierdzić, że nieważne co w Brukseli osiągnięto lub nie osiągnięto, czy był to faktycznie sukces, czy tak jak twierdzą ci, z których tutaj szydzę sromotna porażka. Jedyne co możemy teraz z całym przekonaniem stwierdzić to to, że Najbardziej Prawi z Prawych osiągnęli w swej zmieszanej z przekonaniem o posiadaniu wszystkich recept na dobrobyt kraju podejrzliwości taki poziom zidiocenia, że Prawo i Sprawiedliwość naprawdę powinno skupić się na poszerzeniu swojego elektoratu spośród osób o poglądach bliżej środka, centrowych, gdyż to bezrefleksyjne, niezdolne do realistycznych ocen oszołomstwo gotowe jest na zawołanie rozwalić wszystko, gdy tylko poczuje, że nie spełniają się jego mokre sny o wprawdzie wirtualnym, ale przecież tak ekscytującym umieraniu z pieśnią na ustach, gdy larum grają i Ojczyzna wzywa.

przemsa


O tym jak tęcza otrzymała kopa w wypięty zadek

       Dziś, jako że laptop jest wciąż nieczynny, mój najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Bardzo proszę.


Wszyscy pewnie zdążyliśmy zaobserwować, jak światowe lewactwo stopniowo podbija dotychczas przynajmniej częściowo cywilizowane terytoria, ani nie biorąc jeńców, ani nawet nie udając, że wobec tego co zagrabili, kiedykolwiek mieli uczciwe intencje. Owa wojna toczy się na całego, a nam pozostaje już tylko bezradnie patrzeć, jak wokół nas robi się coraz ciaśniej. 

      Zastanawiałem się ostatnio, co by się musiało stać, żeby ów atak – wedle powszechnie obowiązujących standardów, nie mający szans przetrwać w świecie nie przyzwyczajonym do takich ekscesów – choćby odrobinę zelżał, i za każdym razem dochodziłem do wniosku, że być może któregoś dnia ludzie zwyczajnie tego nie wytrzymają, przestaną ową agresję zauważać i całe to towarzystwo w sposób zupełnie naturalny zacznie się wykruszać, by w pewnym momencie po nim nie pozostało wspomnienie. Ale też może się zdarzyć, że dojdzie do takiego przesilenia, że jedna agresja sprowokuje reakcję i okaże się, że oni się porwali na coś, czego pokonać nie są w stanie, czyli na zwykłą ludzką naturę.

     Nie wiem, czy czytelnikom „Warszawskiej Gazety” wiadomo, ale angielski związek piłki nożnej zadecydował, że wszystkie ligi, poczynając od ekstraklasy, a kończąc na boiskach amatorskich mają się zaangażować w szereg lewicowych inicjatyw, poczynając od LGBT, a kończąc na Black Lives Matter i to na tyle fizycznie, że przed każdym meczem zawodnicy mają obowiązek uklęknąć i oddać hołd czarnym ofiarom rzekomo powszechnego dziś na całym świecie rasizmu. Same boiska oczywiście zostały udekorowane przeróżnymi transparentami, gdzie słowo „rasizm” jest odmieniane we wszystkich możliwych konfiguracjach, a w ostatnich dniach doszło do tego, że kapitanowie drużyn, zamiast standardowych opasek kapitańskich, mają na swoich ramionach opaski w tęczowych barwach LGBT, tradycyjne chorągiewki w narożnikach również zostały zastąpione owymi dziwnymi tęczami, no i oczywiście wspomniane zboczone tęcze ozdabiają przeróżne elementy samego stadionu.

     I oto, gdy wydawało się, że ten trend może się już tylko rozwijać w kierunkach przez normalne umysły wręcz nie do przewidzenia, najpierw zdecydowano wpuścić na trybuny parę tysięcy kibiców, którzy, jak się okazało, natychmiast wyrzucili z siebie owo proste ludzkie oburzenie, z którym dotychczas musieli się ukrywać w swoich domach przed telewizorami, i klęczących zawodników najzwyczajniej w świeci wybuczeli i wygwizdali. Mało tego. Oto w ostatnim meczu zawodnik Leicester, Jamie Vardy, po strzeleniu zwycięskiego gola eksplodował taką z jednej strony radością, a z drugiej, jak sądzę, całkiem naturalną wściekłością, że potężnym kopniakiem – podkreślmy tu, że kopniakiem wymierzonym w stu procentach z rozmysłem i jak najbardziej celowo – rozwalił w drobny mak wbitą kompletnie bez sensu w narożnik boiska flagę LGBT.

    Z tego co dane nam było zaobserwować, to to, że sędzia natychmiast pokazał Vardy’emu żółtą kartkę, a już chwilę po meczu, owa dewastacja tęczy została skomentowana przez wszystkie możliwe agencje. A ja już tylko mam nadzieję, że to tylko początek. Bardzo, bardzo znaczący.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...