piątek, 16 listopada 2018

O bolszewikach, złodziejach i kurwach


Dziś nieco wcześniej niż zwykle, ale za to jak najbardziej w porę, przedstawiam swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że będzie ciekawie.  


Nie mam wątpliwości, że uwadze większości czytelników „Warszawskiej Gazety” nie umknęło wystąpienie Donalda Tuska na tak zwanych Igrzyskach Wolności w Łodzi, z którym zaprodukował się on w przedzień Dnia Niepodległości. Myślę, że wielu z nas zna wielki finał owego wystąpienia, który trafiło na czołówki medialnych doniesień, ja bym jednak chciał tu zacytować całość owej mądrości:
    Nie mamy co tu czekać na żadnego jeźdźca na białym koniu. Pamiętacie, jak to było z gen. Andersem. Miał być generał na białym koniu - jest pani senator w business class. Tak się to marzenie skończyło. Więc liczcie przede wszystkim na siebie. Wtedy kiedy Polacy liczyli na siebie, na wspólnotę, na solidarność, wtedy zawsze wygrywali. Zresztą słuchajcie, kochani, Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc kiedy de facto bronił wspólnoty Zachodu, wspólnoty wolności, bo nie tylko naszej niepodległej ojczyzny, przed taką polityczną barbarią ze Wschodu w sensie politycznym, nie mówię tu teraz tylko o geografii, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w jakimś symbolicznym sensie, kiedy wydobył z nas to co europejskie, wolnościowe, także narodowe, to miał o wiele trudniejszą sytuację, niż my dzisiaj. Słuchajcie, jeśli oni mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać radę współczesnym bolszewikom?
       Zanim przejdę do sedna dzisiejszych refleksji, zupełnie na marginesie chciałbym zwrócić uwagę na emocjonalny stan w jakim znajduje się ten człowiek, gdy najpierw sugeruje, że bijąc bolszewika w roku 1920, czynił to Józef Piłsudski z myślą nie tyle o Polsce, co o dzisiejszej brukselskiej paczce. Mało tego, kiedy wspomina bijącego bolszewików Wałęsę, to również się chwali, że Wałęsie chodziło o tę samą co Piłsudskiemu brukselską ferajnę. I to jest, moim zdaniem, coś, co ustawia historyczną perspektywę, jaką żyje Donald Tusk w pozycji porównywalnej jedynie do politycznej myśli największych zdrajców Ojczyzny.
     Ale, jak już wspomniałem, nie o tym dziś mówimy, bo rzecz dotyczy uwagi Tuska na temat „współczesnych bolszewików”, czyli tych, którzy rzekomo są zwróceni w stronę Wschodu, a nie Zachodu. Otóż widząc, że jego bon mot nie wywołał poza Łodzią oczekiwanej fali entuzjazmu, postanowił wycofać się z tych słów rakiem, udając, że on nie miał na myśli, jak to było w przypadku bohaterskiej walki Wałęsy, bolszewików w sensie symbolicznym, lecz bolszewików prawdziwych. A jeśli którykolwiek z nie-bolszewików wziął to do siebie, to świadczy tylko o jego zastanawiających bardzo kompleksach.
      W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak przyklasnąć Tuskowi w jego jak najbardziej usprawiedliwionym szyderstwie i zapewnić go, że ile razy ja wzywam do tego by „bić kurwy i złodziei”, wcale nie mam na myśli ani szanownego Pana Przewodniczącego, ani tym bardziej wielce szanownego prezydenta Wałęsy, ani nawet jeszcze bardziej szanownego posła Kierwińskiego, lecz wyłącznie złodziei i kurwy.
      Precz z głupią podejrzliwością!

Jak zawsze bardzo serdecznie zachęcam do kupowania moich książek. Mamy do tego głównie trzy miejsca: księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, sklep Foto-Mag w Warszawie, oraz mój adres mailowy k.osiejuk@gmail.com.  Będzie mi bardzo miło.

czwartek, 15 listopada 2018

#MeToo, czyli świat kontra kler


      O Peggy Noonan wspominałem tu już parokrotnie, na wszelki wypadek jednak przedstawią tę niezwykłą postać króciutko. Otóż jest to amerykańska konserwatystka, katoliczka, felietonistka, a przede wszystkim może swego czasu osobista asystentka prezydenta Reagana, autorka jego przemówień. Co tu może dla nas szczególnie interesujące, kilka lat temu Noonan wydała zbiór swoich felietonów zatytułowany „John Paul The Great: Remembering a Spiritual Father”, poświęcony pamięci papieża Jana Pawła II.
      Ponieważ Peggy Noonan wciąż regularnie publikuje swoje felietony w „Wall Street Journal”, udostępniając je bezpłatnie i na bieżąco w Internecie, zaglądam tam regularnie, czytam i przeżywam, bo jest to pisarstwo wyjątkowe. Ostatnio jednak trafiłem na coś, co napisała ona jeszcze w listopadzie 2017 roku na fali do sziś żywej akcji #MeToo, a czego treść zawarta jest już w samym - co ciekawe, nadzwyczaj skromnym jak na uznaną felietnoonistkę - tytule owego felietonu: „Proroczy list Jana Pawła II do kobiet z roku 1995”.
      Przeczytałem tekst Noonan, który, co moim zdaniem zupełnie naturalne, w tamtych czasach interesował nas na tyle mało, że pewnie nie tylko ja o nim szybko zapomniałem, i pomyślałem sobie, że odnajdę ów papieski list, zapoznam się z nim i zobaczę, jak on się ma w relacji do tego co pisze Noonan. Siedzę wciąż dziś nad nim, czytam po raz kolejny i myślę sobie, że jakkolwiek bym nie uważał, że w swoim felietonie Peggy Noonan zachowała się nad wyraz ostrożnie komentując słowa Papieża wyłącznie w przestrzeni, którą ona sama nazywa „nowoczesnym feministycznym manifestem w najlepszym sensie tego słowa”, uważam że tekst Noonan stanowi nadzwyczaj celną refleksję na temat tego, jak świat odwrócony plecami do chrześcijańskiej cywilizacji głoszonej w nauce Koscioła, musiał się ostatecznie skorumpować. A przykładem owej korupcji jest wspomniany skandal związany z mającym miejsce na najwyższych poziomach władzy seksualnym wykorzystywaniem kobiet.
       Kto będzie chciał, znajdzie sobie bez trudu tekst Jana Pawła II, a ja tu tylko dla zachęty przytoczę kilka z niego fragmentów - w istocie rzeczy, jak pisze Noonan - proroczych:


     Podziękowanie Panu Bogu za Jego zamysł określający powołanie i posłannictwo kobiety w świecie, staje się także konkretnym i bezpośrednim podziękowaniem składanym kobietom, każdej kobiecie za to, co przedstawia sobą w życiu ludzkości.
Dziękujemy ci, kobieto-matko, która w swym łonie nosisz istotę ludzką w radości i trudzie jedynego doświadczenia, które sprawia, że stajesz się Bożym uśmiechem dla przychodzącego na świat dziecka, przewodniczką dla jego pierwszych kroków, oparciem w okresie dorastania i punktem odniesienia na dalszej drodze życia.
Dziękujemy ci, kobieto-małżonko, która nierozerwalnie łączysz swój los z losem męża, aby poprzez wzajemne obdarowywanie się służyć komunii i życiu.
Dziękujemy ci, kobieto-córko i kobieto-siostro, która wnosisz w dom rodzinny, a następnie w całe życie społeczne bogactwo twej wrażliwości, intuicji, ofiarności i stałości.

      Dziękujemy ci, kobieto pracująca zawodowo, zaangażowana we wszystkich dziedzinach życia społecznego, gospodarczego, kulturalnego, artystycznego, politycznego, za niezastąpiony wkład, jaki wnosisz w kształtowanie kultury zdolnej połączyć rozum i uczucie, w życie zawsze otwarte na zmysł „tajemnicy”, w budowanie bardziej ludzkich struktur ekonomicznych i politycznych.
      
[…]
      
      Dziękujemy ci, kobieto, za to, że jesteś kobietą! Zdolnością postrzegania cechującą twą kobiecość wzbogacasz właściwe zrozumienie świata i dajesz wkład w pełną prawdę o związkach między ludźmi.

      Ale - jak wiemy - samo podziękowanie nie wystarczy. Jesteśmy, niestety, spadkobiercami dziejów pełnych uwarunkowań, które we wszystkich czasach i na każdej szerokości geograficznej utrudniały życiową drogę kobiety, zapoznanej w swej godności, pomijanej i niedocenianej, nierzadko spychanej na margines, a wreszcie sprowadzanej do roli niewolnicy. Nie pozwalało jej to być w pełni sobą i pozbawiało całą ludzkość prawdziwych bogactw duchowych. Z pewnością niełatwo ustalić dokładnie odpowiedzialność za ten stan rzeczy, z uwagi na głęboki wpływ wzorców kulturowych, które w ciągu wieków kształtowały mentalność i instytucje. Ale jeśli, zwłaszcza w określonych kontekstach historycznych, obiektywną odpowiedzialność ponieśli również liczni synowie Kościoła, szczerze nad tym ubolewam. Niech to ubolewanie stanie się w całym Kościele bodźcem do odnowy wierności wobec ducha Ewangelii, która właśnie w odniesieniu do kwestii wyzwolenia kobiet spod wszelkich form ucisku i dominacji, głosi zawsze aktualne orędzie płynące z postawy samego Chrystusa.      

      Chociaż czas zatarł wiele materialnych świadectw działania [kobiet], nie sposób nie dostrzec ich błogosławionego wpływu na życie kolejnych pokoleń aż do naszych czasów. Ludzkość zaciągnęła ogromny dług wobec tej „tradycji” kobiecej. Jakże często oceniano kobietę w przeszłości i ocenia się jeszcze dzisiaj bardziej według wyglądu zewnętrznego niż jej zdolności, profesjonalizmu, inteligencji, bogactwa wrażliwości, czyli ostatecznie według jej godności!

      A cóż powiedzieć można o przeszkodach, które w tylu częściach świata nadal nie pozwalają kobietom włączyć się w pełni w życie społeczne, polityczne i gospodarcze? Wystarczy pomyśleć, w jak trudnej sytuacji stawia często kobiety dar macierzyństwa, któremu ludzkość zawdzięcza swoje przetrwanie i który powinien być odpowiednio doceniany. Z pewnością pozostaje wciąż jeszcze wiele do zrobienia, aby kobieta i matka nie była dyskryminowana. Sprawą naglącą jest uzyskanie we wszystkich krajach rzeczywistej równości praw osób, a więc równej płacy za tę samą pracę, opieki nad pracującą matką, możliwości awansu zawodowego, równości małżonków z punktu widzenia prawa rodzinnego, oraz uznania tego wszystkiego, co wiąże się z prawami i obowiązkami obywateli w ustroju demokratycznym.

      Rozpatrując następnie jeden z bardziej delikatnych aspektów w sytuacji kobiety w świecie, jakże nie przypomnieć długiej i pełnej upokorzeń - choć tak często „niewidocznej” - historii nadużyć popełnianych wobec kobiet w dziedzinie seksualnej? Na progu trzeciego milenium nie możemy pozostać w obliczu tego zjawiska bierni i niewrażliwi. Nadszedł czas, by z całą mocą potępić - stwarzając odpowiednie środki obrony prawnej - różne formy przemocy seksualnej, której ofiarą padają często kobiety. W imię poszanowania osoby ludzkiej musimy również demaskować rozpowszechnianie kultury hedonistycznej i komercyjnej, która skłania do nadużyć w dziedzinie seksualnej, wciągając nawet bardzo młode dziewczęta w kręgi moralnego zepsucia i prostytucji.

      W obliczu takich wypaczeń, na jakież uznanie zasługują natomiast kobiety, które z heroiczną miłością wobec swych dzieci akceptują ciążę będącą następstwem niesprawiedliwości, jaką stanowią akty gwałtu, i to nie tylko wtedy, gdy należą one do okrucieństw, popełnianych podczas wojen, tak częstych jeszcze na świecie, ale także w warunkach dobrobytu i pokoju, przez kulturę permisywizmu hedonistycznego, w której łatwo rodzą się tendencje do agresywnego maskulinizmu. W takich warunkach zanim odpowiedzialnością za decyzję o przerwaniu ciąży - zawsze pozostającą grzechem ciężkim - obarczy się kobiety, trzeba uznać, że winę ponosi tutaj również mężczyzna i współdziałające z nim otoczenie”.


      To jest zaledwie niewielki fragment owego listu, jest on jednak wystarczająco pełny, byśmy potrafili dostrzec problem, który się tu nam ukazuje. Jan Paweł II wypowiedział swoje słowa w roku 1995, a więc wtedy, gdy, jak pisze Noonan, nowoczesny świat ograniczał się zaledwie do „papugowania” zawsze modnych haseł. Rzućmy może okiem na nieco dłuższy fragment owej refleksji:

      „Kiedy znajoma wysłała mi tekst Papieża, przeczytałam go i oto co sobie pomyślałam: Gdyby wszyscy ci dziś tak sławni gwałciciele kiedykolwiek szczerze rozaważyli te myśli (zamiast papugować je w swoich filmach po to, by następnie zamknąć się na klucz w swoich gabinetach) I zastanowili się nad tym, czym jest prawdziwa równość, nigdy nie zrobili by tego, co w rzeczywistości zrobili. Nie potrafiliby myśleć o kobiecie jak o przedmiocie, czy ledwie towarze zdobytym po to, by zaspokajać swoje imperialne przyjemności. Musieliby wziąć pod uwagę jej godność. W samym bowiem centrum obecnego skandalu jest brak zwykły brak szacunku do kobiety i brak zdolności, by ją kochać”.  
      
      Jak już zaznaczyłem, od czasu gdy Jan Paweł II opublikował swój list minęło ponad 20 lat. Od niemal już 15 lat już go z nami nie ma. I, co też już powiedziałem, obawiam się, że nie tylko ja o jego słowach zapomniałem. I myślą sobie, że przed nami, z jednej strony, kolejne fajerwerki, a za nami świadectwo dane nam przez nawet nie kolejnych papieży, ale przez Kościół, tak dziś pogardzany i dręczony przez - nie bójmy się gwałtownych słów - „szpiclów, katów i tchórzy”.
      Wierzę głęboko, że jednak nie wygrają.

Serdecznie zachęcam do kupowania moich książek. Są one dostępne w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, oraz ewentualnie tu u mnie. Zapinteresownaych poroszę o kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com.

   
      






środa, 14 listopada 2018

Sześć krótkich kawałków na kończące się złoto jesieni


Miała być już zima, a tu wciąż wczesna jesień. Myślę sobie, że w tych okolicznościach przyrody nie zaszkodzi nam odrobina ekstra uśmiechu w postaci kolejnego odcinka „Wywołanych do tablicy”, jakie się ukazują regularnie w „Polsce Niepodległej”. Serdecznie polecam.


Nie umiem powiedzieć, czy to wszystko w związku z powszechnym okołowyborczym wzmożeniem, czy może jedynie dzieło czystego przypadku, faktem jest jednak to, że w ostatnich dniach wypełzły nie wiadomo skąd twarze i języki, o których wydawałoby się cywilizowany świat skutecznie zapomniał. Na pierwsze miejsce tego towarzystwa zdecydowanie wysunął się poseł na Sejm IVVVI i VII kadencji, w latach 2007–2009 sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i szef gabinetu politycznego premiera Donalda Tuska, w latach 2010–2011 sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta ds. kontaktów z rządem i parlamentem, w latach 2011–2013 minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej, a dziś obywatel Ukrainy oraz prezes miejscowego Ukrawtodoru, Sławomir Nowak. Otóż ów gromadianin Nowak ni z gruszki ni z pietruszki opublikował na Twitterze następującej treści ogłoszenie:
Uwaga ‘prawdziwi patrioci’! Słuchajcie tępe cepy. Dzisiaj z 3 (trzy) na 2 (dwa) przesuwacie wskazówki ZEGARKÓW (to co dostaliście na komunię)! Normalni to wiedzą z automatu. Poza tym dobra wiadomość polega na tym, że możecie o jedną godzinę dłużej nienawidzić!
Oczywiście w jednej chwili na Nowaka spadła fala takich szyderstw, że gdyby on się z nimi zapoznał na trzeźwo, mógłby biedaczek tego nie wytrzymać, natomiast kiedy już doszedł do siebie, wpis usunął i zaczął się już zwyczajnie, w swoim stylu tłumaczyć, czego treść jest już dla nas naturalnie mało ciekawa. Ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na fragment dotyczący zegarków „co dostaliście na komunię”, bo tę uwagę akurat muszę uznać za nadzwyczaj w punkt. W końcu, jaki idiota dostaje zegarki na komunię? Zegarki dostaje się wyłącznie w prezencie od żony oraz teściowej. Czyż nie?

+++

Swoją drogą to jest bardzo ciekawe, że to akurat Sławomir Nowak, a więc człowiek, który jak ostatni kretyn zmarnował swoją polityczną karierę i to w atmosferze ogólnopolskiego skandalu, wyłącznie przez burackie zamiłowanie do drogich zegarków, postanawia wrócić na polityczna scenę, popisując się żałosnymi grepsami na temat zegarków właśnie. Przecież on miał tyle innych możliwości zaistnienia w publicznej świadomości. Mógł na przykład napisać, że od czasu gdy zmarła mu matka, Jarosław Kaczyński musi spać z kotem, albo po prostu że PiS gwałci Konstytucję i szafa by grała. Kto wie, czy nawet, zwłaszcza po tym pierwszym, Platforma nie dałaby mu drugiego miejsca na liście do Europarlamentu. A tu? Nawet „Gazeta Wyborcza” uznała zwrócić mu uwagę na niestosowność tego typu uwag. Czyżby naprawdę temu biedaczkowi pozostał już tylko kierunek Wschód?

+++

A przecież, jak już wspomniałem, Nowak nie jest jedynym z niemal już zapomnianych bohaterów III RP. Oto również – i tu też nie wiadomo, czy to z okazji przerżniętych przez Platformę oraz jej wiernego giermka PSL wyborów, czy ot tak sobie – odezwał się sam Radek Sikorski i co ciekawe jeszcze bardziej bez sensu i bez powodu. I również na Twitterze. Otóż komentując obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, zauważył on z satysfakcją, że podczas gdy z okazji rocznicy pierwszych wolnych wyborów, do Polski zjechała reprezentacja niemal całego świata, dziś nie będzie niemal nikogo, pisząc przy okazji tak:
Na 25-lecie czerwca ’89 przyjechał cały demokratyczny świat; Na 100-lecie Niepodległości będzie pomnik współwinnego katastrofy smoleńskiej”.
Dziś oczywiście większość z nas oburza się na uwagę na temat zamordowanego w Smoleńsku prezydenta Kaczyńskiego, ja tu jednak jestem bardziej wyrozumiały. Po pierwsze mianowicie, czego się można spodziewać po Sikorskim, a więc po kimś o którym można tylko powiedzieć, że to „chłopak z ferajny”. Druga rzecz to ta, że jemu naprawdę, jak nie przymierzając Jerzemu Urbanowi, nie pozostało już nic poza szokowaniem, tak by świat o nim nie zapomniał. Mnie natomiast zastanawia, czemu on akurat się zdecydował na numer z 11 listopada. Każdy przecież w miarę świadomy obserwator tego co się dzieje na świecie – a tylko tacy, jak sądzę, mają świadomość, kto to taki Radek Sikorski – wie, że podczas gdy my w Polsce obchodzimy Dzień Niepodległości, cały wolny świat świętuje u siebie na miejscu setną rocznicę zakończenia I Wojny Światowej i nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek z wielkich światowych przywódców miał możliwość pojawienia się w tym dniu w Warszawie.
W tej sytaucji zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy nie było może tak, że ministrowie Nowak i Sikorski wysyłali swoje twitty z tego samego komputera, uważając przede wszystkim na to, żeby im się nie wylało na klawiaturę.

+++

Wygląda na to, że ten cały Internet to prawdziwa zaraza, zwłaszcza gdy czasy są tak pokomplikowane, że naprawdę trudno zachować pozycję wyprostowaną. A żeby mi nikt nie zarzucił, że faworyzuję tu polityczną opozycję i nie widzę belki we własnym oku, stoję prężny i gotowy. Oto na tym samym Twitterze, co wcześniej, pojawiła się Agnieszka Romaszewska (TA ROMASZEWSKA) z następującą informacją:
Jak to ksiądz Isakoeicz sprytnie wymyślił… Wyborcy w Przemyślu szalenie się boeiem i w pizytywnym i w egatyenym sensie przejmują moim zdaniem…”.
Przykro mi to mówić, ale, przy zachowaniu wszelkich proporcji, komunikaty Sikorskiego oraz Nowaka były, owszem, durne w sposób wręcz uderzający, trzeba jednak przyznać, że były przy tym zrozumiałe. Czy to możliwe, że problem sprowadza się do tego, że nasi mają słabsze głowy?

+++

W sumie wielka to szkoda, że pani Agnieszka nie dała rady sformułować tego co miała w głowie w sposób na tyle przejrzysty, by przeciętny internauta dał radę to coś z tego pojąć, bo naprawdę nie byłoby źle dowiedzieć się czegoś ciekawego na temat księdza Isakowicza-Zaleskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, o kim mowa, ksiądz Zaleski to przede wszystkim bohater naszej wolności, człowiek cudem wyrwany z rąk komunistycznych barbarzyńców, a dziś ktoś kto przede wszystkim zasłynął tym, że w czasach, kiedy po raz pierwszy wszystko się właśnie decydowało ogłosił, że nie będzie głosował na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a kiedy kolejna wojna właśnie nabierała rozpędu objął swoją duszpasterską opieką artystyczną twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Ciekawe więc by było się dowiedzieć, co takiego na temat księdza Zaleskiego ma do powiedzenia Agnieszka Romaszewska. To że film „Kler” mu się nie spodobał, to już wiemy. Czy to jednak możliwe, że dla Księdza nienawiść do ludzi jest okay, pod warunkiem, że ludzie są odpowiedni?

+++

W sumie ciekawe bardzo jest to pragnienie wiecznego potępienia dla tych, których osobiście nie lubimy. Oto wybitny prawicowy dziennikarz, naczelny redaktor tygodnika „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki postanowił zostać pisarzem i wydał własnie powieść pod tytułem „Epoka Antychrysta”, w której ukazuje Kościół przejęty przez Antychrysta w osobie papieża Franciszka. Tam oczywiście wszystko jest odpowiednio ukryte, podczas gdy na wierzchu pozostaje wyłącznie idea, jednak w bardzo obszernej wypowiedzi dla telewizji TVP Info Lisicki wyjasnia, że faktycznie jemu chodzi o współczesny Kościół i konkretnie o Franciszka.  Przepraszam bardzo, ale musi być dłużej:
Idee mają swoje konsekwencje. To nie tak, że ktoś nagle pojawia się nie wiadomo skąd i wszystko się zmienia. Pewne rzeczy dojrzewają. Pewne wybory się dokonują. I wydaje się, że za sprawą obecnego papieża pewne negatywne tendencje, które pojawiły się w Kościele od czasów II Soboru Watykańskiego, stały się wyjątkowo dobrze widoczne. Papież Franciszek radykalizuje to, co wcześniej już było obecne.
Ciekawe, że to Franciszek w swoich kazaniach snuł rozważania o losie Judasza. Mówił nawet, choć nie wprost, tylko sugerując, że Dobry Pasterz niesie na swoich ramionach Judasza i się do niego uśmiecha… Można to interpretować jako akceptację dla Judasza, który miałby zostać zbawiony. A jeżeli Judasz zostaje zbawiony, to czy istnieją jakiekolwiek granice?
Z litości dla psychicznego stanu w jakim się znalazł Paweł Lisicki, mamy tu dla niego wiadomość prawdziwie radosną. Otóż Niebo, podobnie jak Piekło, to naturalnie szereg kręgów, a to gwarantuje, że gdy nastąpi koniec czasów, Paweł Lisicki znajdzie się na poziomie, gdzie nie będzie musiał się spotykać z Judaszem. Zwłaszcza w sytuacji gdy Prawo i Sprawiedliwość wygra kolejne wybory z przewagą konstytucyjną.

Przypominam, że moje książki można kupić albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo w warszawskiim sklepie Foto-Mag przy Rondzie Stokłosy, ewentualnie proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.

wtorek, 13 listopada 2018

O tym jak pokonaliśmy niemiectwo


     Jak już pewnie się większość z nas orientuje, wydłużony nieco weekend spędziłem w Poznaniu u duszpasterza tego bloga, ostatnio zajętego sprawami ważniejszymi i poważniejszymi, ale wciąż z nami, księdza Rafała Krakowiaka. Wizyta moja miała dwie przyczyny. Przede wszystkim dwa lata przerwy to dla mnie okres zbyt długi, by po raz kolejny rezygnować z udziału w owych rekolekcjach, a po drugie bardzo chciałem zobaczyć na własne oczy, jak postepują prace w odbudowywaniu ze zgliszcz kościoła w Ludomach niedaleko Obornik Wielkopolskich. Pisałem tu o tym miejscu już dwukrotnie, dwa i trzy lata temu, dziś więc tylko dla tych, którzy albo nie pamiętają, albo nie mieli zwyczajnie okazji przesyłam link.
     A zatem przyjechałem do Poznania, a następnie do wioski Ludomy, by zajść do tego kościoła i zobaczyć, co jeszcze tam trzeba zrobić by już 10 czerwca 2029 roku ten piękny kościół mógł zostać przez abp. Gądeckiego uroczyście otwarty i poświęcony. A więc informuję, że oni mają tam już nowy sufit, nową posadzkę z ogrzewaniem, całkowicie wymienioną instalację elektryczną, nowe tynki, ławki, wymalowane ściany, chór, za chwilę pojawią się nowe, jak najbardziej prawdziwe organy, a wszystko to wyłącznie - podkreślam: wyłącznie - w oparciu o skromne datki pobożnych ludzi i pracę równie pobożnych budowniczych, zgodnie ze starą, świętą zasadą: „Ile masz?” „Nic. A ty?” „Też nic”. „No to bierzemy się do roboty”.
      Stałem więc tam w środku tej wciąż nieskończonej pracy, kręciłem głową nie wierząc w cud, który tam się dokonał, dziś jednak chciałbym nagle opowiedzieć o czymś, co pozornie wydaje się kompletnie z nim nie związane, a jednak w moim odczuciu nie do odzielenia, nie oderwania, nie do zlekceważenia, gdy chodzi o tę moc przeżycia. Jednak zanim jeszcze obejrzeliśmy kościół w Ludomach, udaliśmy się do znajdującej się w pewnej odległości wioski Wieszczyczyn, skąd pochodzi nasz ksiądz, a tam na miejscowy cmentarz. Odwiedzaliśmy kolejne groby, by w końcu zatrzymać się przy mogile księdza Walentego Marciniaka, proboszcza miejscowego kościoła pod wezwaniem św. Rocha od roku 1945 do samej śmierci w roku 1974, a jednocześnie człowieka, który w ten czy inny sposób dał nam księdza Rafała.
      Opowiedział mi nasz ksiądz historię - tak naprawdę niezwykle krótką - księdza Marciniaka i oto czego się dowiedziałem. Otóż ów dobry, jak słyszę, ksiądz z chwilą wybuchu wojny został przez Niemców aresztowany, by po paroletniej tułaczce z miejsca na miejsce trafić do obozu w Dahau, gdzie został poddany szczególnemu doświadczeniu. Otóż obozowy lekarz zdecydował, że zadaniem księdza Marciniaka będzie to by był on regularnie wystawiany na atak obozowych psów, i by następnie odniesione przez niego rany były poddawane eksperymentalnemu leczeniu przy pomocy różnych maści, w taki sposób, by ostatecznie niemiecka medycyna była w stanie opracować skuteczny środek na powstałe skutkiem tego przykrości. Co Niemiec postanowił, to dostał, a ksiądz Marciniak jakimś niezbadanym cudem dotrwał w swoim cierpieniu aż do wyzwolenia i ostatecznie jak najbardziej wyleczony przy pomocy fantastycznych niemieckich maści wrócił do Polski, by, jak już wspomnielismy objąć parafię w Wieszczyczynie niedaleko Poznania i nauczyć księdza Krakowiaka miłości.
      Co też już wspomnieliśmy, ksiądz Marciniak zmarł w wieku, o ile dobrze pamiętam 70 lat, w roku 1974, tyle że już bez nóg, które zostały mu zostały chwilę przedtem odjęte skutkiem gangreny, która, jak się okazało, ostatecznie pokonała niemiecką medycynę, a ja już się tylko zastanawiam nad zasługami Niemiec i Niemców dla naszego wspólnego powodzenia, które są nie do zlekceważenia. Czemu tak? Otóż pewien mój przyjaciel, znakomity lekarz, zwrócił moją uwagę na fakt, że wiele chorób i dolegliwości, takie jak choćby Alzheimer, noszą nazwy pochodzące od niemieckich nazwisk i że warto by było się zadumać nad tym, czy przypadkiem to nie Niemcy właśnie w historii świata nie wykazywali szczególnej pasji do tego, by nieść pomoc we wszelkich boleściach. Szukam w Internecie informacji w tym temacie i widzę, że faktycznie coś w tym jest. Ale jest jeszcze coś. Kiedy rozejrzymy się wokół siebie, musimy zauważyć, że w grę nie wchodzi tylko medycyna, ale że niemiecka myśl techniczna opanowała wszelkie inne dziedziny naszego życia. No weźmy na przykład słynną markę odzieżową „Puma”. Jak czytam wszystko się zaczęło, kiedy nadzwyczaj oddany sprawie nazista nazwiskiem Rudolf Dassler krótko po wojnie wymyślił, że do produkowanych przez niego butów można by było wkręcać specjalne kolce, by dało się w nich wygodniej i szybciej biegać. Otóż ja się zastanawiam, czy nie było tak, że jeszcze parę lat wcześniej w Dahau, któryś z miejscowych specjalistów nie sprawdzał na polskich księżach, czy oni nie będą szybciej biegać, gdy im się w stopy coś wkręci. Ksiądz Marciniak niestety nam już tego nie powie, więc musimy pozostać z naszymi podejrzeniami.
      Ale też zostanie nam coś jeszcze. Otóż minął właśnie dzień 11 listopada i wszyscy wiemy, co się w tę niedzielę wydarzyło, gdy weźmiemy pod uwagę najnowszą historię Polski. Widzieliśmy to na własne oczy, więc nikt nam nie zarzuci, że coś zmyślamy. Podniosła się nam Polska z ruin minionego trzydziestolecia i wszystko wskazuje na to, że już nie upadnie. A ja dziś też myślę o kościele w Ludomach koło Obornik Wielkopolskich, który powstaje ze zgliszcz, również w jakiś tam sposób dzięki cierpieniu oraz duszpasterskiej pracy księdza Marciniaka, zamordowanego przez pewnego Niemca w roku 1974.
      Nowy piękny kościół w Ludomach powstaje i wszyscy wierzymy, że z końcem wiosny przyszłego roku zostanie w nim odprawiona pierwsza po latach Msza Święta. W imieniu jego budowniczych zachęcam do wsparcia tego niezwykłego dzieła. Wpłaty proszę kierować na konto fundacji Soli Deo pod numerem 79 1020 4027 0000 1102 0483 1014 z dopiskiem „na cele statutowe”.



poniedziałek, 12 listopada 2018

Czy Polskę północno-zachodnią czeka cywilizacyjny kataklizm


      Poznańskie refleksje obiecuję na jutro, natomiast dziś potrzebuję zalatwić jedną zaległą sprawę. Otóż kilka dni temu opublikowałem tu tekst, w którym zwróciłem uwagę na socjologiczny problem, jaki mamy z Opolszczyzną, natomiast w którymś z komentarzy poproszono mnie o uściślenie pewnej już bardzo szczegółowej kwestii związanej z niedostatkami edukacyjnymi na tym, i nie tylko na tym, terenie. Oto więc ów tekst, zamieszczony w miniony piątek w „Warszawskiej Gazecie”, a dziś tu u nas. Swoją drogą, serdecznie polecam.


      Pamiętam jak przed wielu już laty, podczas jednej z typowych telewizyjnych dyskusji, gdzie po obu stronach sceny sadza się możliwie najbardziej skonfliktowane ze sobą ideologicznie strony i każe się im naparzać tak by leciały iskry, doszło do awantury między kobietami, a feministkami. Kiedy wyglądało na to, że wszystko skończy się tak jak zawsze, czyli na tym, że obie strony pozostana przy swoich zdaniach i rozejdą się do domów poczuciu moralnego zwycięstwa, głos zabrała - do dziś pamiętam to bardzo dokładnie - jak to się przyjęło ostatnio mówić, socjolożka Barbara Fedyszak-Radziejowska i powiedziała mniej więcej coś takiego: „W naszym Instytucie przeprowadziliśmy wielomiesięczne, a przy tym bardzo głębokie i wnikliwe badania dotyczące wpływu środowiska wychowawczego na zachowania młodzieży i wyszło nam niezbicie, że statystycznie największe patologie generowane w rodzinach religijnie obojętnych, z jednym dzieckiem, z pracującą matką, oraz bez ojca. Wypowiedziała owa kobieta ta słowa i zanim reszta zdążyła zaczerpnąć tchu, program się skończył i z tą informacją wszyscy już do następnego dnia pozostaliśmy. A ja byłem tu być może szczególnie wstrząśnięty, gdyż te dane dokładnie pokrywały się z moimi obserwacjami, jakie poczyniłem podczas wielu lat pracy w szkole.
      Nie dam dziś za to głowy, ale mam bardzo silne przekonanie, że program, w którym doszło do owej prezentacji to było tak zwane „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, a przypomniała mi się ona o ironio dokładnie w trakcie tego samego programu, tyle że parę dni temu, kiedy to zaproszeni goście mieli za zadanie komentować wyniki minionych wyborów. Po długich minutach kompletnie jałowej dyskusji, z której nic dokładnie nie wynikało, głos zabrał redaktor prowadzący i zaczął prezentować serię mapek Polski, ilustrujących owe wyborcze wyniki w odniesieniu do wybranych danych socjologicznych, a mianowicie religijności społeczeństwa, liczby rozwodów, liczby dzieci rodzących się ze związków pozamałżeńskich, by wreszcie zakończyć tę prezentację informacją odnośnie… wyników tegorocznych matur. I oto co się okazało: tam mianowicie gdzie wygrała Koalicja Obywatelska odnotowuje się statystycznie znaczniejszą liczbę rozwodów, rodzi się więcej dzieci ze związków partnerskich, znacznie mniej ludzi chodzi do kościoła, no i wreszcie to, co nas dziś interesuje najbardziej wyniki tegorocznych matur są wyraźnie niższe od tych, jakie zaobserwowano na terenach Polski południowo-wschodniej, czyli tam gdzie niezmiennie wygrywa Polska konserwatywna i prawciowa. Kto chce, oczywiście, może sobie te dane interpretować wedle własnej woli, dla mnie jednak sprawa jest oczywista: tam gdzie są pełne rodziny, gdzie istnieje silna wiara, gdzie wyznaje się wartości tradycyjne, panuje też generalnie zdrowsza atmosfera i to ona właśnie się przekłada między innymi na wyższy poziom intelektualny i psychiczny obywateli, w tym oczywiście i młodzieży.
      A wniosek z tego nasuwa się równie oczywisty: znaczna część Polski północno-zachodniej, jeśli się w krótkiej bardzo perspektywie nie opamięta, skazana jest na kulturowe, intelektualne i cywilizacyjne wymarcie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie do warszawskiego sklepu Foto-Mag przy stacji metra Stokłosy, gdzie są do kupienia książki najlepsze, w tym i moje.  

czwartek, 8 listopada 2018

Czy polscy przestępcy interesują się polityką?


      Powiem zupełnie szczerze, że o tym, że polska policja strajkuje, dowiedziałem się dopiero wczoraj. Ja wiem, że to może zabrzmieć dość niepoważnie, ale powiem jeszcze coś. Otóż mimo że dziś już wiem, że połowa z nich jest aktualnie na L4 i państwo zostało wydane na łaskę i niełaskę bandytów, to ja nawet nie wiem, od kiedy ten stan u nas trwa, a to że to wszystko nie zaczęło się wczoraj, wiem skądinąd. Ktoś się zapyta, jak to możliwe, a ja, mimo że chętnie się przyznam do skandalicznej nieuwagi, na swoje usprawiedliwienie mam to, że przez ostatnie dni nie zauważyłem nic, co by mogło świadczyć o tym, że czy to na mieście, czy nawet w kraju, doszło do jakichś incydentów. No dobra, załóżmy, że Katowice to jest miasto w najwyższym stopniu zdyscyplinowane, gdzie od czasów PRL-u większość mieszkańców zachowuje się tak jakby jakikakolwiek próba naruszenia status quo groziła natychmiastową karą, no ale chyba wszyscy przyznamy, że gdyby w sytuacji gdzie połowa funkcjonariuszy policji wypowiedziała posłuszeństwo władzy, doszło do choćby wybicia szyby przez jakiegoś pijaczka w od dawna nieczynnym bardze mlecznym w Białej Podlaskiej, to byśmy o tym wiedzieli wszyscy i w jednej chwili, choćby z telewizji TVN24. A tu nic. Cisza i spokój.
   I to, pomijając całą tę politykę, włącznie z najnowszą próbą obalenia rządu przez tandem Waltz-Trzaskowski, stanowi kwestię naprawdę zastanawiającą. Czy to możliwe bowiem, że przeróżnej maści przestępcy nie zorientowali się w szansie, jaka się przed nimi otworzyła? A może jest tak, że w obliczu panującego w kraju od trzech lat bezprawia, upadku demokracji, notorycznego łamania przez władzę Konstytucji, oraz powszechnego terroru, każdy potencjalny przestępca żyje w takim strachu, że nawet gdyby z Polski za chlebem wyjechał ostatni policjant, to on by nie znalazł w sobie odwagi, by złamać prawo?
      A fakt jest taki, że naprawdęnie dzieje się nic. Owszem, ja dziś faktycznie chyba nie spotkałem jednego policjanta, mimo że tuż obok mamy lokalny komisariat, a rzut kamieniem w bok samą Komendę Miejską i Wojewódzką w jednym, no ale też daje słowo, że ludzie chodzą spokojnie jak chodzili przez ostatnie tygodnie, słońce świeci jak świeciło przez paręnaście ostatnich dni, auta jeżdżą, psy wesoło szczekają, a pani w „Żabce” za rogim jednym słowem nie wspomniała, by ktoś tam do niej wlazł z bejsbolem, czy maczetą. Nawet że znajdującego się tuż za płotem więzienia nie dochodzą żadne wrzaski. Powiem więcej, ja nie słyszałem nawet, by ktoś tu w pobliżu śpiewał „Deutschland, Deutschland uber alles” i darł mordę, że precz z Ukraińcami. Powiem wręcz, że z kamienicy, która tuż obok od dwóch lat jest budowana, wciąż dochodzi odgłos piosenek śpiewanych w języku jak najbardziej ukraińskim.
     A jednocześnie słyszę, że policjanci poszli na chorobowe i rząd Dobrej Zmiany zesłał na Polskę istny terror, co musiało oczywiście spowodować odwołanie warszawskiego Marszu Niepodległości. W obawie, jak najbardziej, o bezpieczeństwo zarówno mieszkańców Warszawy, jak i uczestników. Skoro zatem tak, to myślę, że wypadałoby wrócić do naszych wcześniejszych spekulacji odnośnie przyczyn tego niezwykłego zjawiska. Otóż moim zdaniem nie chodzi ani o to, że bad guys są sterroryzowani przez Dobrą Zmianę, ani też o to, że oni w swoim braku zainteresowaniu sprawami ogólnospołecznymi, nie zorientowali się, co się stało, ale o to, że Polska to jest spokojny i porządny kraj, pełen porządnych i spokojnych ludzi, którzy nie muszą być trzymani za pysk, by wiedzieć, że kraść, zabijać i oszukiwać nie jest ładnie. A żeby nie ulegać tu złym podkusom, nie muszą mieć świadomości, że nad nimi stoi tak zwany „pies” czy dwa. Właśnie tak.
       A ta refleksja prowadzi mnie do czegoś, czym chcę zakończyć tę krótką refleksję. Otóż mam wrażenie, że ten stan rzeczy zawdzięczamy oczywiście całej naszej historii, przeszłej oraz dzisiejszej, tak zwanemu polskiemu sercu i duszy, ale też w pewnym stopniu tym wszystkim ludziom, którzy z jednej strony zorganizowali, a z drugiej zdecydowali się wziąć udział w zaplanowanym na najbliższą niedzielę Marszu Niepodległości. I niewykluczone, że to stąd właśnie ta wściekłość i próba zablokowania tego wielkiego wydarzenia. Mam nadzieję, że nieskuteczna. A jeśli jednak skuteczna, to że ona po nas spłynie jak po - nomen omen - kaczce.
     Jutro piątek, a ja wybieram się do samego gniazda żmij, czyli do Poznania, by się spotkać z księdzem Rafałem Krakowiakiem oraz przyjaciółmi, co sprawi, że nie będzie mnie tu ani w piątek, ani w sobotę, ani też w niedzielę. Myślę jednak, że ten tekst ma tę aurę, która nam wszystkich te dni uprzyjemni.



Zachęcam serdecznie wszystkich do kupowania moich książek. W tej chwili mam tu u siebie właściwie tylko „Marki, dolary”, oraz „Rock and Rolla”. O resztę proszę pytać bezpośrednio w księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl
 
      

     

środa, 7 listopada 2018

Piosenka dla mojej wnuczki


      Ponieważ nie przychodzi mi dziś do głowy nic na tyle mądrego, by z tego wyszła kolejna notka, skorzystam z tej okazji i coś ogłoszę. Otóż, z dbałości o jakość tego bloga, postanowiłem zrezygnować z moderacji  komentarzy, jednocześnie jednak, by utrudnić bandzie trolli zaśmiecanie tego miejsca, od dziś nie będą mieli możliwości komentowania ci z Czytelników, którzy nie posiadają konta google i wysyłają swoje uwagi jako osoby anonimowe. Przykro mi bardzo, ale Blogger nie daje innej możliwości kontrolowania agresji, która mnie od dłuższego czasu wręcz zalewa, jak przez moderowanie komentarzy, a to rozwiązanie jest dla mnie zbyt obciążjące.
      A zatem to tyle. Żeby jednak tak tego nie kończyć i nie zostawiać Czytelników z zupełnie pustymi rękami, najpierw pokażę Wam moją ukochaną wnuczkę, a do tego ilustrację muzyczną w postaci fantastycznej wręcz piosenki:








Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...