czwartek, 18 maja 2017

Jarosław Gowin napada, czyli o handlu żywym towarem

Zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że znęcanie się nad ministrem Gowinem na tym blogu powoli traci sens, jednak są sytuacje, kiedy nawet ktoś tak przewidywalny w swojej nikczemności, jak ten człowiek, nie potrafi powstrzymać zwykłego odruchu moralnego sprzeciwu. Oto proszę sobie wyobrazić, że ów dziwny minister uznał za stosowne zabrać głos w sprawie podpisanej właśnie przez prezydenta Dudę, a wcześniej przyjętej przez rząd, w którym on sam pełni funkcje wicepremiera, nowelizacji prawa farmaceutycznego i w wypowiedzi dla stacji TVN24 ogłosił, że jest decyzją Prezydenta „rozczarowany”, że „nowelizacja uderza w wolność gospodarczą” i że wreszcie samą ustawę uważa za „szkodliwą i pod pewnym względem skandaliczną”. Ja oczywiście rozumiem, że przemysł farmaceutyczny to dziś potwór, który pożarł nie takich mądrali jak Gowin, a więc w sumie nie powinniśmy się temu nieszczęśnikowi dziwić, że w sytuacji gdy rząd Beaty Szydło, przy najpewniej w pełni świadomym poparciu Prezydenta, postanowił wykonać pierwszy krok na drodze, która być może szczęśliwie doprowadzi do tego, że przynajmniej w Polsce owa mafia poczuje, że jednak nie wszystko im wolno, poczuł się zobowiązany do tego, by wystąpić publicznie i zacząć coś pieprzyć na temat wolności gospodarczej. A mimo to, osobiście jestem pod wrażeniem. Mamy ten rząd, który walczy o przetrwanie niemal z całym światem, rząd dla którego każdy, choćby najdrobniejszy kryzys może oznaczać początek końca, a ten cwaniak nagle postanawia publicznie protestować przeciwko czemuś, co i tak jest już przeszłością. Czemu on to robi? Jakie siły zmuszają go do tego, by w sytuacji, gdy od tego co się stało nie ma odwrotu, wyskakiwać z tego typu deklaracjami? Przywiązanie do wartości konserwatywnych? Przepraszam bardzo, ale może już nie żartujmy.
A więc mamy tego Gowina, który dla mnie w sposób zupełnie oczywisty został kupiony przez ów biznes i to kupiony tak, że nie ma już dla niego znaczenia ani funkcja ministra, ani wicepremiera, ani to, że jego polityczna przyszłość – jeśli w ogóle można o jakiejkolwiek mówić – związana jest wyłącznie z Prawem i Sprawiedliwością, bo jest pewien rodzaj zobowiązań, których złamanie grozi śmiercią. Ale z drugiej strony mamy autentyczny problem, a więc wspomniany przemysł i pewne nieśmiałe próby doprowadzenia do tego, by polskie państwo zdołało jednak zachować nad nim jakąś, choćby minimalną, kontrolę. Myślę, że większość z nas doskonale wie, co, mówiąc o problemie, mam na myśli. Niektórym z nas wystarczy choćby rzucić okiem na telewizyjne reklamy, czy te publikowane w popularnej prasie, i zobaczyć jaka z nich część jest finansowana przez koncerny farmaceutyczne. Niektórzy, ci bardziej dociekliwi, powinni być może się skonsultować z tymi biednymi dziewczynami po biotechnologii, zatrudnionymi w licznych aptekach, czy z lekarzami wystawiającymi nam odpowiednie recepty, a oni w przypływie szczerości opowiedzą, jak ów system jest zorganizowany i o co w nim tak naprawdę chodzi.
Broń Boże jednak, jeśli już nam przyjdzie do głowy prosić o konsultacje, nie zwracajmy się o w tej sprawie do właścicieli owych aptek, którzy rzekomo – wedle zapewnień Jarosława Gowina – mają się stać niewinną ofiarą owej nowelizacji. A najbardziej bowiem mamy ucierpieć my, szare, doświadczalne myszki, które już za chwilę będą musiały więcej płacić za lekarstwa, które dotychczas były takie tanie.
Już kończę. Aby jednak owe refleksje zamknąć jakimś mocnym akcentem, przytoczę słowa bohatera dzisiejszej notki, ministra Gowina:
Ja rozumiem, że apteki nie mogą być traktowane jak normalne sklepy i na całym świecie są regulacje polegające na tym, że apteka musi być prowadzona przez farmaceutę. Zgoda. Ale dlaczego właścicielem apteki może być tylko farmaceuta? To jest tak, jakby właścicielem stacji telewizyjnej mógł być tylko dziennikarz, a politykiem politolog”.
A burdelu kurwa. Prawda, obywatelu ministrze? Burdelu kurwa. Przecież to byłby absurd, prawda?


Zapraszam wszystkich do naszej księgarni, która od niedawna funkcjonuje pod nowym adresem basnjakniedzwiedz.pl, i gdzie tak jak dotychczas są do kupienia moje książki.

środa, 17 maja 2017

O czynieniu dobra, o czynieniu zła i o propagandzie z piekła rodem

Oto z samego środka piekła, czyli z Grupy ITI, dotarła do nas wiadomość zupełnie niezwykła. Oto, jak się okazuje, gdzieś w Polsce mieszkają państwo, którzy opiekują się chorą córką, niejaką Wiktorią. Na co konkretnie chora jest owa Wiktoria, nie wiadomo, wiadomo natomiast, że ma dziś ona 18 lat i nie potrafi się poruszać samodzielnie. My tu oczywiście jesteśmy na tyle sprytni, by wiedzieć, że to akurat nie może w żaden sposób stanowić jeszcze owej niezwykłej wiadomości. W końcu, jak się możemy domyślić, w Polsce jest bardzo dużo rodzin, gdzie problem opieki nad osobą niepełnosprawną determinuje całe życie. Niezwykłość owej opowieści leży natomiast w tym, że rodzice wspomnianej Wiktorii w pewnym momencie zapragnęli, by im w domu zainstalowano specjalną windę, dzięki czemu nie musieliby oni swojego dziecka dłużej nosić na rękach, zamiast jednak zwracać się o pomoc do lokalnych instytucji, uderzyli prosto do Watykanu i papież Franciszek wpłacił na ich konto odpowiednią sumę. Teraz jeszcze tylko trzeba znaleźć parę brakujących groszy i winda będzie. Oddajmy teraz głos stacji TVN24: „- Problemy z kręgosłupem, problemy z kolanami - mówiła Dorota Kaim, matka Wiktorii. - Jest ciężko, ale daję radę. Z Bożą pomocą trochę jeszcze podźwigam Wiktorię - dodaje pan Piotr, ojciec dziewczynki”.
No i dalej:
Zwykle nie proszą o pomoc. Jak proszą, wtedy z odpowiedzią bywa różnie. Tym razem zapukali do właściwych drzwi. Papież Franciszek odpowiedział na list, który mama Wiktorii do niego napisała. Bez owijania w bawełnę prosi w nim o finansowe wsparcie na zakup i zamontowanie windy dla osób niepełnosprawnych. 'Dzięki niej wejście i zejście z drugiego piętra nie będzie dla nas takim wysiłkiem i obciążeniem' - argumentowała w liście pani Dorota. Franciszek oddzwonił za pośrednictwem papieskiego jałmużnika. Zapytał o szczegóły i chwilę później na koncie znalazła się cześć potrzebnej kwoty. Teraz każdy może zachować się po papiesku i wesprzeć rodzinę, by choć trochę było im lżej. - Od ziarenka się zaczęło i mamy nadzieję, że usypiemy bardzo duży kopczyk - dodaje mama Wiktorii".
Mam nadzieję, że dotychczas jest wszystko jasne. Rodzice Wiktorii „zwykle nie proszą o pomoc”, a ponieważ jak proszą, to „z odpowiedzią bywa różnie”, no ale tu się przełamali i uznali, że najlepiej będzie się udać prosto do Franciszka, no a ten pokazał swoje serce. W tym momencie jednak pojawia się ktoś, kogo redaktorzy portalu przedstawiają, jako księdza Wojciecha Pełkę, rektora Kościoła Zmartwychwstania Pańskiego w Krakowie, który sprawę komentuje w sposób następujący: „Gest Franciszka zobowiązuje i trochę zawstydza. Gdzie są polskie instytucje? Dlaczego w Polsce nie było pomocy może ze strony Caritas, może ze strony Kościoła?
Gdyby ktoś nie rozumiał, w czym rzecz, powtórzę. Mamy rodzinę z niepełnosprawnym dzieckiem, opieka nad którym wymaga szczególnego fizycznego wysiłku. W tej sytuacji, rodzice dziewczynki, którzy, jak słyszymy, zwykle o pomoc nie proszą, robią ten wyjątek, tyle że o ową pomoc zwracają się prosto do Watykanu, uzyskują ją i w tym momencie pojawia się krzyk: „A czemu nie pomógł Caritas?”. Oczywiście co bardziej przytomni czytelnicy tego bloga zapytają zaraz, a czemu nie Owsiak, czy choćby fundacja „Nie jesteś sam”, no ale w tym samym też momencie dodadzą, że to pytanie to przecież tylko żart, bo wszyscy wiemy, jak działa owa najbardziej prymitywna propaganda i jak bardzo nie ma sensu z nią wchodzić w polemikę. Ja jednak chciałbym tu przypomnieć pewną historię, którą w pewnej części opowiedziałem już w mojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, a która stanowi jednak odpowiedź na to o czym tu rozmawiamy. Proszę posłuchać.
Oto moim absolutnie najbliższym kumplem zarówno latach szczenięcych, jak i młodzieńczych, ale też i już całkiem dorosłych, był pewien Czesiu. Czesiu cierpiał na postępujący zanik mięśni i w wieku czterdziestu paru lat,kiedy nie miał już siły, by zaczerpnąć powietrza, zmarł. Przez całe swoje życie Czesiu znajdował się pod opieką swojej cioci i babci, które przez owe czterdzieści lat musiały go nosić wszędzie – do łóżka, do ubikacji, do wanny, na krzesło, do wózka. Ponieważ winda w domu, w którym mieszkał Czesiu dojeżdżała tylko do tak zwanego wysokiego parteru, jeśli pojawiała się myśl, by wyjść z Czesiem na spacer, ciocia z babcią musiały o wszystko zadbać osobiście. Oczywiście, zwracały się o pomoc do różnych instytucji, w tym oczywiście do PFRON-u, o to, by zechciano tam Czesiowi zainstalować specjalną windę dla niepełnosprawnych, no ale to były dawne czasy, a Polska wtedy jeszcze Polska nie była nawet członkiem Unii Europejskiej, więc nie było o czym gadać. Warto jednak przy tym podkreślić, że ani babci, ani cioci Czesia, ani tym bardziej samemu Czesiowi, nie przyszło nawet do głowy, by z pretensjami zwracać się do Jana Pawła II. Oczywiście, nie przyszło też im do głowy, by o pomoc pisać do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, choć z dzisiejszej perspektywy uważam, że ów gest mógłby się okazać nad wyraz skuteczny. No ale to byli ludzie dumni, którzy mieli świadomość, że pewnych rzeczy nie można robić nawet w stanie kompletnej desperacji.
Dziś mój serdeczny kumpel Czesio, podobnie jak jego babcia, dawno już nie żyją, natomiast Ciocia szczęśliwie wciąż jest z nami. Rozmawiam z nią czasem o tamtych dniach i ona nie ma pojęcia, jak ostatecznie dała sobie radę, ale mówi, że nie żałuje ani jednego dnia. A ja już tylko czekam, aż papież Franciszek zostanie zalany tysiącami tego typu próśb o wsparcie w tej czy innej kwestii, i aż przebieram nogami, nie mogąc się doczekać chwili, gdy usłyszę, co powiedzą ci wszyscy, którzy się spóźnili. Proponowałbym im oczywiście, by uderzali do Owsiaka, lub do TVN-u, tyle że co z tego, skoro ci wzruszą zaledwie ramionami, a pies z kulawą nogą o tych prośbach nawet nie wspomni? Może jedynie ksiądz Pełka zabierze głos, no ale to tylko pod warunkiem, że o wypowiedź poprosi go red. Pochanke.


Przypominam wszystkim, że Klinika Języka otworzyła nową księgarnię pod adresem basnjakniedzwiedz.pl i to tam są do nabycia wszystkie moje książki. Ponadto trzeba nam wiedzieć, że od wczoraj działa nowe blogowisko, pod równie poruszającym adresem: szkolanawigatorow.pl. Polecam z całego serca.

wtorek, 16 maja 2017

Podchodzą mnie krótkie numery, część kolejna


Ze względu na wydłużony majowy weekend mieliśmy dwutygodniową przerwę w ukazywaniu się „Polski Niepodległej”, a tym samym moich wesołych kawałków przy tablicy. No ale ponieważ przed nami kolejny numer owego naprawdę fantastycznego tygodnika, zapraszam do kolejnej porcji zabawy.


Ja wiem, że w to trudno uwierzyć, ale kultowa dziś już postać Platformy Obywatelskiej, posłanka z Lublina Joanna Mucha, zapragnęła zostać pisarką i oczywiście, dzięki uprzejmości warszawskiego wydawnictwa W.A.B., pisarką została. Oto jak „Gazeta Wyborcza” reklamuje najnowszą powieść Joanny Muchy: „Anna, czterdziestoletnia samotna matka wychowująca dwóch dorastających synów, przyjmuje ofertę zostania wiceburmistrzem w małym miasteczku. Ostatecznie nic z tego nie wychodzi, bo przez ziemię przetacza się TO: tajemniczy kataklizm, który powoduje załamanie cywilizacyjne i zamienia ludzi w półdzikusów, sprowadzając ich psychikę na niemal zwierzęcy poziom.
Anna, jedna z nielicznych, którzy pozostali ludźmi, zostaje uratowana przez obznajomioną z wiejskim życiem kobietę i usiłuje przetrwać na wsi. Musi się nauczyć dojenia krów, hodowli kur i podstaw medycyny (szczegółowe opisy). Wchodzi w kontakt z dzikusami (ostry, przemocowy seks zakończony ciążą) i trafia na kolonię ‘ocaleńców’”.
Przepraszam bardzo, ale czy to możliwe, że ostatnie sukcesy sondażowe Platformy Obywatelskiej są spowodowane literacką działalnością Joanny Muchy?

***

Ktoś powie, że ja sobie stroję żarty, tymczasem żarty ani mi w głowie. Platforma Obywatelska i jej wyborcy, to świat, gdzie świadoma sztuka w wykonaniu świadomych artystów, czy to w formie sztuki teatralnej, muzycznej, filmowej, czy właśnie literackiej, stanowi podstawę wszelkiej działalności, a zatem jest bardzo prawdopodobne, że Joanna Mucha ze swoją powieścią ma za zadanie poszerzać elektorat PO. Popatrzmy na innego artystę, piosenkarza Czesława Mozila. Ten również pojawił się na łamach wspomnianej „Wyborczej” i zakomunikował wszem i wobec, że on ma pragnienie, by na jego nagrobku umieszczony został napis: „Czesław Mozil – człowiek, który powoli uczył nas, Polaków, śmiać się z samych siebie”. Rozumiem, że Klub Parlamentarny Platformy Obywatelskiej już zaczyna zbiórkę na opłacenie kamieniarza.

***

Wygląda więc na to, że w dzisiejszym konkursie na idiotę miesiąca wygrywa Czesław Mozil, natomiast, żeby nikomu się nie wydawało, że zwycięstwo przyszło mu zbyt łatwo, mamy też wypowiedź profesora Tomasza Nałęcza – co warto podkreślić, również dla „Gazety Wyborczej”, na temat różnic między Jarosławem Kaczyńskim, a Józefem Piłsudskim: „Czy pan sobie wyobraża Józefa Piłsudskiego” - intelektualnie zaatakował Nałęcz dziennikarza - „pędzącego w kolumnie samochodów do Torunia, by jakiemuś wpływowemu zakonnikowi złożyć hołd lenny? A wyobraża pan sobie go spacerującego po Sejmie w obstawie prywatnych ochroniarzy?” Powiem szczerze, że nie wiem, jak tam dziennikarz „Wyborczej”, natomiast ja odpowiadam bez bicia, że nie wyobrażam sobie Piłsudskiego ani w limuzynie pędzącej do ojca Rydzyka, ani na Wiejskiej w towarzystwie oficerów BOR-u, ani nawet Piłsudskiego wygrywającego finał Wimbledonu po porywającym pojedynku z Elvisem Presleyem. Natomiast, owszem, gdy chodzi o profesora Nałęcza, to umiem go sobie wyobrazić w najróżniejszych sytuacjach. Nawet rapującego na scenie wspólnie z Czesławem Mozilem i Adamem Michnikiem.

***

Ciekawa sprawa z tą „Gazetą Wyborczą”. Najpierw Joanna Mucha, po Musze Mozil, po Mozilu Nałęcz. Czy to możliwe, że  kiedy wreszcie akcje Agory spadną do takiego poziomu, że wartość tej ich smutnej siedziby przekroczy wartość samej firmy, a im nie pozostanie już nic innego, jak sprzedać budynek, zwinąć interes i poświęcić się handlowi popcornem w kinach, my również będziemy musieli sobie poszukać nowego zajęcia? Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że nawet wiem, co to będzie. Będziemy relacjonować kolejne odcinki walki w kisielu między Karnowski Massive, a Sakiewicz Massive.

***

Gdy wydawało się, że już nie spotka nas nic ciekawego, niemal rzutem na taśmę konkurs na idiotę miesiąca ostatecznie wygrał nie kto inny, jak sam Kuba Wojewódzki. Otóż mistrz Wojewódzki, w rozmowie z Moniką Jaruzelską, zadał następujące pytanie: „Czy świat popkultury nie zmierza w kierunku jakiegoś absurdu, groteski?” Ja wiem, że już w tym momencie jest śmiesznie, najlepsze jednak jest to, że wypowiadając ową sentencję, mistrz Wojewódzki miał na sobie granatowe spodnie, które kończyły się w połowie łydek mankiecikami w kolorze seledynowym. Gdy chodzi o Monikę Jaruzelską, z tego co mi wiadomo, ona nie wspomniała jednym słowem o kurtce, jaka jej tatuś przywiózł z Budapesztu w 1956 roku.

***

Chyba nigdy mi nie przyszło do głowy, aby się akurat nad tym zastanawiać, ale nagle sobie pomyślałem, że w rzeczy samej byłoby z pożytkiem dla nas wszystkich dowiedzieć się, kim był tatuś Radka Sikorskiego, kiedy ten w roku 1981, będąc uczniem klasy trzeciej jednego z liceów w Bydgoszczy, wyjeżdżał do Wielkiej Brytanii, żeby rzekomo podszkolić się w języku. Tego, jak mówię, nie wiemy, natomiast wiemy, kim jest Radek Sikorski dzisiaj. Radek Sikorski dzisiaj to człowiek, który komentując odsłonięcie w Białej Podlaskiej pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich zakomunikował, że on jest też chętny postawić pomnik obu braciom Kaczyńskim pod warunkiem, że ktoś mu da na ten projekt pieniądze, no i że wolno mu będzie na owym pomniku umieścić napis w języku angielskim: „Terrain ahead. Pull up”. Gdyby ktoś nie znał języka angielskiego, wyjaśniam, że chodzi o to, że za katastrofę w Smoleńsku odpowiadają Lech i Jarosław Kaczyński i w związku z tym zasługują na wszelkie możliwe szyderstwa. A ja wciąż się zastanawiam, kim był ojciec Sikorskiego.

***

Inna sprawa, że nie ma absolutnie żadnej pewności, że ta wiedza cokolwiek by w naszej sytuacji poznawczej zmieniła. Wiemy na przykład znakomicie, kim był ojciec Romana Giertycha, a musimy przyznać, że nic to nam absolutnie nie daje, gdy chodzi o ocenę zachowań Giertycha Juniora. Swoją drogą, jego też bardzo wzburzyło odsłonięcie pomnika w Białej Podlaskiej. Wzburzyło do tego stopnia, że na swoim profilu na Twitterze zamieścił następujący komentarz: „Mój program budowy pomników Kaczyńskiego w każdej wsi będzie się nazywał: ‘Wieś Kaczyńskim stoi!’" I to jest coś, co mnie fascynuje jeszcze bardziej niż wybryk Sikorskiego. O ile u tamtego widać jakiś ślad, chorej, bo chorej, ale jednak myśli, wyrażonej sugestią, że Lech Kaczyński nie zasługuje na pomnik, bo zabił 95 osób, to Giertych osiągnął poziom zidiocenia, dla którego nie ma żadnego innego usprawiedliwienia, jak tylko choroba psychiczna. I to jest tak oczywiste, że nawet nie wymaga dodatkowego komentarza.

***

Swoją drogą, ciekawy człowiek ten Giertych. Wszyscy do dziś pamiętamy, jak w roku 2007 ogłaszał, że „obecność organizacji homoseksualnych w szkole jest automatycznie propagowaniem samego homoseksualizmu i powinna być zakazana na takiej samej zasadzie, jak organizacje komunistyczne czy faszystowskie nie mają prawa przychodzić do szkoły i wygłaszać pogadanek na temat swoich postaw”. Dziś Roman Giertych nie dość, że o faszystowsko-komunistycznym pedalstwie nawet nie raczy wspomnieć, to chodzi po zaprzyjaźnionych mediach i opowiada, że Lech Kaczyński to wiejski burak. A ja bardzo jestem ciekawy, jakie relacje łączą dziś Giertycha z prezydentem Słupska Robertem Biedroniem, który również ledwo co został posadzony przed kamerą i wprawdzie na temat Lecha Kaczyńskiego się nie wypowiedział, ale w temacie pozostał i ogłosił, że „na naszych oczach odbywa się spektakl samounicestwienia prezydenta Dudy". Gdyby ktoś nie kojarzył, Biedroń to ten, co w czasach, gdy Roman był jeszcze polskim patriotą, występował w telewizji obok Krystiana Legierskiego i Szymona Niemca, jako licencjonowany homoseksualista, jednak w pewnym momencie drogi trzech panów się rozeszły i Biedroń wylądował w polityce. Pojawiają się ostatnio informacje, że Biedroń ma mieć kłopoty w związku z zarzutami o seksualne wykorzystywanie jakiegoś dziecka. Rozumiem, ze Roman Giertych podejmie się obrony. Bracia płacą.

***

No właśnie, Biedroń. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że z osób starszych szydzić nie wypada, pewne zalecenia w tej sprawie zostały nawet zapisane w Piśmie Świętym, cóż jednak robić, kiedy na scenę postanowiła wejść prof. Jadwiga Staniszkis i zabrać głos w sprawach bieżących. Początkowo wydawało się, że standard zostanie zachowany, czyli usłyszymy parę słów na temat podobieństw między naszą obecną sytuacją, a sytuacją Republiki Weimarskiej, niestety, kiedy już pani profesor przedstawiła swoją analizę, zadeklarowała, że w najbliższych wyborach prezydenckich zagłosuje na Roberta Biedronia. No, ja rozumiem, że „choćby nawet rozum stracił” i takie tam, są jednak pewne granice, czyż nie?


No i to tyle na dziś. Zapraszam jak zwykle do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania moich książek. Szczerze powiedziawszy, wciąż nie umiem uwierzyć, że muszę o to apelować do czytelników tego bloga.


poniedziałek, 15 maja 2017

Eurowizja, czyli o sutenerach i ludziach

Zanim zaczniemy, chciałbym poinformować tych, którzy nie zauważyli, że youtube usunął filmik z ataku pod gdańskim gimnazjum, w związku z czym postanowiłem się podporządkować i pod moim wczorajszym tekstem znalazł się film już jak najbardziej słuszny. Niech żyją gimnazja! Szczególnie z Janem Pawłem II w nazwie. A teraz do roboty.


Jestem pewien, że czytelników tego bloga nie muszę zapewniać, że festiwal tak zwanej eurowizji interesuje mnie w zaledwie minimalnie mniejszym stopniu, niż interesował mnie w latach, kiedy samo słowo „eurowizja” miało dla nas konkretne znaczenie. I prawdopodobnie gdyby nie fakt, że z wielką przyjemnością śledzę propagandę, jakiej nam dostarczają Wiadomości TVP, nie wiedziałbym, że oto w tych dniach odbywa się kolejna edycja owego przekrętu – bo z całą pewnością musimy mówić o poważnym bardzo przekręcie – i dziś pewnie zamiast piosenkami zajmowalibyśmy się po raz kolejny bandą jakiś niedorobionych satanistów. Stało się jednak tak, że przez owo przywiązanie do pisowskiej propagandy, nie mogłem najpierw któregoś dnia nie wpaść na niejaką Kasię Moś, czyli nasz najnowszy produkt eksportowy z przeznaczeniem na europejski rynek piosenki popularnej, a później już tylko z regularną częstotliwością przyglądać się jej postępom w drodze na muzyczny szczyt. I od razu muszę przyznać, że już kiedy ową Moś – swoją drogą, obawiam się, że w pojęciu jej promotorów to był niezwykle inteligentny pomysł, by z niej zrobić polską Kate Moss – ujrzałem po raz pierwszy, nie poczułem nic poza bardzo ciężkim zażenowaniem, którego jeszcze przed laty miałem okazję doświadczyć, gdy gdzieś w kolorowej prasie przypadkiem natrafiłem na relacje z jakiejś warszawskiej gali, która zrobiła na mnie wrażenie urodzin któregoś z ruskich biznesmenów gdzieś we wschodniej Ukrainie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak ona się prezentuje, oraz wysłuchałem, jak śpiewa, zrobiło mi się tak strasznie wstyd, a jednocześnie smutno, bo wtedy to właśnie w pełni zrozumiałem, w łapy jakiego buractwa wpadła przez ostatnie lata nasza biedna Polska i jak beznadziejne są nasze nadzieje na to, że kiedykolwiek uda nam się ją stamtąd wyrwać. Oto bowiem widzimy coś, co wyrasta bezpośrednio z czegoś, co nawet najprostsza wrażliwość identyfikuje jako proste ruskie kurewstwo, a co my musimy akceptować, jako nasz polski wkład w europejską kulturę popularną i nie mamy nawet sposobu, by zareagować.
I proszę nie myśleć, że ja mam pretensje do tej całej Moś, czy jak ona się tam naprawdę nazywa. To jest prawdopodobnie jakaś biedna dziewczyna o na tyle mocnym głosie, że w pewnym momencie zwrócili na nią uwagę jacyś działający w branży estradowej cwaniacy i przekonali ją, by machnęła ręką na swoje ewentualne plany indywidualnej kariery i zdała się na ich wyczucie tego co się nazywa rynkiem, no a ona uznała, że czemu nie, może tak będzie szybciej i lepiej. No a oni zrobili z niej to co zrobili i wystawili ją w Konkursie Eurowizji w przekonaniu, że w ten sposób Polska podbije świat.
Nie mam więc pretensji do niej, podobnie jak nie mam pretensji do owej grupy muzycznej sprzed lat, której nazwy już nikt nie pamięta, a która również miała zdobyć serca telewidzów w całej Europie przy pomocy cyców, tyle że wtedy mieliśmy cyce w ujęciu rustykalnym, a dziś w takim bardziej, że tak to ujmiemy, korporacyjnym. No i to też na nic. Bo trzeba nam wiedzieć, że oto właśnie Kasia Moś, podobnie jak tamci, została potraktowana tak jak na to zasłużyła, czyli jak towar z Dzikiego Wschodu.
Ktoś powie, żebym się zamknął, bo wszyscy pamiętamy, jak ów festiwal wygrał jakiś transwestyta z Austrii, a to świadczy o tym, że oni nie mają żadnego prawa, by nas pouczać, co jest w dobrym, a co w złym tonie. Otóż nie. Nagroda dla owej Wurst to był gest czysto polityczny, kompletnie bez znaczenia ukłon w stronę branży LGBT, no a poza tym, skoro już mówimy o trendach, to musimy przyznać, że cokolwiek byśmy sobie myśleli o tej bandzie zboczeńców, to oni akurat przynajmniej wiedzą, co i jak. W odróżnieniu od naszych speców od rozrywki.
To wszystko, o czym tu piszę nie ma jednak najmniejszego znaczenia wobec demonstracji, jakiej byliśmy świadkami podczas tegorocznej edycji owego dziwnego festiwalu. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w tym roku zwycięzcą ogłoszono jednogłośnie niejakiego Salvadora Sobrala z Portugalii. Człowiek odebrał nagrodę, a następnie wyszedł na scenę, powiedział, że ma nadzieję, że tę tak zwaną „fast food music”, która opanowała rynek, w końcu trafi szlag, przedstawił swoją siostrę, która napisała dla niego zwycięską piosenkę, wspólnie z nią ją zaśpiewał i wzbudził autentyczny entuzjazm.
I proszę mi nie mówić, że to dlatego, że Portugalczycy są dalej niż my od Ukrainy. W ogóle, może lepiej nie wspominajmy Ukrainy, bo to akurat może się dla nas skończyć niewiele lepiej.



I pomyśleć tylko, jak niewiele potrzeba, by się pokazać człowiekiem. Do tego nawet nie trzeba śpiewać po angielsku.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie basnjakniedzwiedz.pl. Naprawdę warto.

niedziela, 14 maja 2017

Spokojnie, to tylko reforma edukacji

Dziś, mam nadzieję, że nie tylko dla nabrania oddechu, najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Może te skojarzenia nie są najbardziej uprawnione, ale kiedy wczoraj dotarł do sieci ten film, gdzie grupa gimnazjalistek próbuje zatłuc na śmierć swoją koleżankę, a reszta dzieci im w tym przedsięwzięciu kibicuje, pomyślałem sobie, że to jednak będzie w temacie.


Ostatnio, raz za razem, i jak się zdaje coraz intensywniej, powraca do nas kwestia reformy edukacji, jaką najpierw w kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość nam obiecało, a dziś konsekwentnie realizuje. Napięcie wokół owego tematu zostało podgrzane do takiej temperatury, że pojawiają się wręcz żądania rozpisania w tej sprawie ogólnokrajowego referendum. Tymczasem fakty są takie, że w rzeczy samej tak naprawdę, cokolwiek byśmy mówili dobrego o działaniach rządu Dobrej Zmiany, jakkolwiek byśmy nie bronili premier Szydło i jej ministrów, jeśli się na poważnie wsłuchać w słowa, które do nas docierają na temat szkoły, jaką dostaniemy w wyniku wprowadzanej reformy, to tam tak naprawdę nie ma nic. I ja się obawiam, że nie ma nic nie dlatego, że minister Zalewska jest zbyt leniwa, głupia, lub tym bardziej ma złe intencje, ale dlatego, że polska szkoła to coś, co się może już tylko zwijać i nawet zespół najwybitniejszych i najbardziej oddanych sprawie specjalistów nic tu nie pomoże.
Rzecz bowiem polega na tym, że poziom poszczególnych szkół nie dość że nie zależy od sposobu, w jaki system edukacji jest zorganizowany, od tego, czy nasze dzieci będą chodzić do podstawówki przez sześć, siedem, osiem lat i czy ich starsi bracia, czy siostry będą się przygotowywać do matury trzy, czy cztery lata, to w dodatku na ów poziom nie mają wpływu choćby i sami nauczyciele, bo oni akurat są wszyscy mniej więcej tacy sami, a wraz z upływem lat raczej gorsi niż lepsi. To czy szkoła jest dobra, czy zła, zależy wyłącznie od poziomu reprezentowanego przez uczniów, a ten z kolei zależy wyłącznie od indywidualnych, często wrodzonych, talentów, od domu rodzinnego, wychowania przez rodziców, od Kościoła, od kolegów z jakimi się spotykają, czy wreszcie od inspiracji, jaką czerpią z filmów, książek, czy piosenek. A zatem to, czy uczeń jest dobry, czy zły też nie zależy od nauczyciela, z tego prostego względu, że nauczyciel jedyne co może zrobić, to ucznia zepsuć, a i to praktycznie tylko w teorii.
Półtora roku temu doszło w Polsce do politycznej zmiany warty. Tak zwani „nasi” objęli władzę i, jak możemy to oglądać każdego dnia, wstrząsy, jakie po tym wydarzeniu nastąpiły, nie ustają. Przeciwko nowej władzy protestują praktycznie wszystkie środowiska, z nauczycielami niemal na pierwszym miejscu. Otóż ja mam dla nich wiadomość, która powinna ich uspokoić. Rzecz w tym, że nie ma najmniejszych powodów do obaw. Po pierwszych zawirowaniach wszystko wróci do normy, a wy nadal będziecie mogli robić to, co umiecie robić najlepiej, czyli w pokojach nauczycielskich obgadywać uczniów, sprawdzać klasówki oraz zadania domowe, no i oczywiście z większym lub mniejszym sukcesem udawać srogich. No i byłbym zapomniał. W momencie gdy tylko ZNP da sygnał do podjęcia obywatelskiej aktywności, będziecie mogli zorganizować kolejny nauczycielski protest.

PS. Ponieważ film z owego ataku, prawdopodobnie w trosce o dobre imię III Gimnazjum im. Jana Pawła II w Gdańsku i jego młodzieży, przez youtube został usunięty, wesprzyjmy solidarnie ten gest i pokażmy, że tam tak naprawdę dzieje się przede wszystkim dobro. Jak zresztą w większości polskich gimnazjów.




Przypominam, że nasza księgarnia została otwarta pod nowym adresem i w całkowicie nowej witrynie. Zachęcam serdecznie; basnjakniedzwiedz.pl

sobota, 13 maja 2017

Czy w Ministerstwie Kultury powstaje Departament Grzybów?

Przyznaję uczciwie, że to całe moje pisanie od czasu do czasu natrafia na mur, na który nie jestem w stanie znaleźć sposobu i ostatecznie stoję wobec niego bezradny, ze spuszczoną w pokorze głową. I wcale nie chodzi o to, że tego czegoś nie rozumiem, czy tym bardziej nie umiem znaleźć dla jego opisania odpowiednich słów. Wręcz przeciwnie: ja to coś rozumiem znakomicie, a odpowiednich słów jest dużo za dużo i właśnie przez to owa materia przybiera kształt plazmy, której początku ani końca nie widać, a przez to nie wiadomo nawet, z której strony można do niej próbować podejść. W tej oto zatem sytuacji często nie pozostaje mi nic innego, jak pozwolić, by owa plazma przemówiła sama za siebie.
Oto w komentarzu pod wczorajszą notką pojawił się link do następującej informacji:
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zaprasza do Muzeum nad Wisłą na premierę video Krainy Grzybów przygotowanego specjalnie na wystawę ‘Syrena herbem twym zwodnicza’.
W grudniu 2013 roku w serwisie YouTube pojawił się kanał Kraina Grzybów TV, który zainaugurował pierwszy odcinek ‘Poradnika Uśmiechu’ pod tytułem ‘Jak skutecznie jabłko’. Przez ponad 3 lata trwania projektu anonimowe materiały wywołały falę spekulacji na temat ich znaczenia, celu oraz tożsamości autorów, a Kraina Grzybów pomimo bariery językowej znalazła liczne grono odbiorców również w innych krajach Europy, Ameryki Północnej i Południowej oraz Azji.
Na program projekcji w Muzeum nad Wisłą złożą się filmy z kanału Kraina Grzybów TV oraz krótkie wideo przygotowane specjalnie na wystawę ‘Syrena herbem twym zwodnicza’. Po projekcji odbędzie się dyskusja z udziałem dr Magdaleny Kamińskiej (cyberkulturoznawczyni, autorki wielu publikacji, w tym „Niecne Memy. Dwanaście wykładów o kulturze internetu”) oraz autora Krainy Grzybów TV, Wiktora Striboga”.
(http://artmuseum.pl/pl/wydarzenia/co-kraina-grzybow-projekcja-i-spotkanie-z-autorem).
Czytelnicy tego bloga z całą pewnością rozumieją, że, pomijając wstrząsającą treść samej informacji, zwłaszcza w kontekście pojawienia się w niej nazwy warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, a więc instytucji jak najbardziej objętej państwowym patronatem, z naszego punktu widzenia najciekawszą wiadomość stanowiło owo szczególne imię, Wiktor Striborg. A w tej sytuacji zaglądamy do naszej ulubionej Wikipedii i oto czego, poza serią nazw przeróżnych zespołów grających muzykę black metalową, się dowiadujemy:
Strzybóg, Stribog – bóstwo wschodniosłowiańskie, wzmiankowane po raz pierwszy w 'Powieści minionych lat' w katalogu bóstw, którym Włodzimierz I Wielki wystawił posągi w Kijowie. Pojawia się także w Słowie o wyprawie Igora, gdzie wiatry unoszące strzały połowieckie nazywane są ‘wnukami Strzyboga’, na podstawie czego identyfikowano go jako boga wiatrów”.
Skoro nasza wiedza odpowiednio się już poszerzyła i pogłębiła, wróćmy na koniec do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie, jak się okazuje, wspomniany na początku event miał swój początek zaledwie przedwczoraj. Wsłuchajmy się zatem w te słowa:
Publiczność odwiedzająca nowo powstały pawilon Muzeum obejrzy połączenie materiału historycznego – dzieł sztuki i artefaktów – z twórczością współczesnych artystów inspirowaną mitologicznym motywem. Celem wystawy jest pokazanie i uruchomienie potencjału tkwiącego w symbolu syreny. Jest to pierwsza tak duża wystawa współcześnie traktująca o syrenie, łącząca różne podejścia do zagadnień hybrydowości, tożsamości narodowej i mitologii”.
No i jako epilog tych skromnych bardzo rozważań niech nam służy przesłany przez jednego z trzymających tu stałą wartę czytelników film. W pierwszej chwili zamierzałem ostrzec bardziej wrażliwą część czytelników tego bloga, by może jednak tego nie oglądali, jednak po namyśle uznałem, że mamy fatalny czas na to by się popisywać naszym pięknoduchostwem. A zatem trzymajmy się foteli i nie spuszczajmy z nich oka:



Zauważyliśmy z pewnością przy okazji najpierw nazwisko niejakiej Aleksandry Waliszewskiej, artystki, której prace, jak się dowiadujemy, są wystawiane w jeszcze jednej kulturalnej instytucji Warszawy, czyli w CSW Zamku Ujazdowskim (tu: http://culture.pl/pl/tworca/aleksandra-waliszewska), ale, co może jeszcze bardziej frapujące, samego Szczepana Twardocha, jako autora owego szczególnego tekstu. Otóż fakt, że ów wybitny pisarz zechciał się nam objawić w tym szczególnym kontekście, świadczy niezbicie o tym, że zatoczyliśmy właśnie pierwsze koło. A ja już tylko chciałbym zwrócić uwagę ministrowi Glińskiemu, że jeśli jemu się wydaje, że jego pierwszym na dziś obowiązkiem jest zmiana dyrekcji Teatru Starego w Krakowie, jest w głębokim błędzie. I jeśli będzie dalej w owym błędzie tkwił, spłonie. Właśnie tak – spłonie. A w tej sytuacji, sukces, czy jego brak, rządu Beaty Szydło, którego przyszło mu być ministrem, pozostaje kompletnie bez znaczenia, zwłaszcza gdy jest oczywiste, że te płomienie sięgną znacznie dalej, niż oni wszyscy mogą się spodziewać.


Jak może część z nas wie, nasza księgarnia uzyskała nową odsłonę i dziś jest dostępna pod adresem basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam do kupowania moich książek.




piątek, 12 maja 2017

O biednej Magdzie i jej trzech fantastycznych kolegach, czyli Szatan Jest Nudny

Jak już tu niedawno wspominałem, żona moja została ostatnio zakwalifikowana do bardzo elitarnej grupy egzaminatorów międzynarodowej matury, a to, mimo że jest dla nas obojga i powodem do zawodowej dumy i również daje nadzieję na lekką poprawę naszej bieżącej sytuację finansową, to jednocześnie jednak sprawia, że maj, który nam powoli mija, stanowi dla niej okres fizycznego i intelektualnego wysiłku, wydawałoby się, nie do wytrzymania. Stało się więc tak, że żona moja wczoraj wieczorem oceniała te prace, ja sobie siedziałem przed telewizorem i oglądałem najnowsze doniesienia stacji TVN24 na temat zabójstwa Magdy Żuk, kiedy nagle żona się tu pojawiła, zapytała: „O co chodzi z tą kobietą?”, a ja nagle zrozumiałem, że jest nad wyraz prawdopodobne, że ona o tym, o czym mówi cała Polska, zwyczajnie nie wie.
I tu muszę się przyznać do tego, że i ja sam od czasu gdy jeszcze o sprawie Magdy Ż. informowała jedynie interia.pl i Coryllus, postanowiłem sobie, że na ten temat nie będę się wypowiadał, przynajmniej do czasu gdy albo się dowiemy czegoś w tej kwestii względnie sensownego, albo o wszystkim każe się nam zapomnieć i z tym wszystkim zostaniemy już sami. I oto wczoraj siedziałem przed telewizorem, słuchałem jak oni wszyscy na zmianę narzekają, jaki to wielki kłopot, że w wyjaśnienie śmierci Magdy Ż. włączył się Internet, „o którym wszyscy wiemy, jaki jest”, kiedy nagle żona moja zapytała mnie, o co chodzi, a ja nagle, gdy najlepiej jak umiałem objaśniałem jej wszystkie te zagadki, nagle ujrzałem w całej owej sprawy jaskrawości, że jeśli my tu nie powiemy tego, co nam leży na sercu, to niewykluczone, że z tego już nic nie będzie.
Nie będę tu w szczegółach przypominał, na czym polega problem. Jeśli ktoś nie wie, a jest zainteresowany i potrafi korzystać z Internetu, to sobie poradzi beze mnie. Z myślą o tych natomiast, co sprawę znają i podobnie jak ja mają z nią problem, chciałby zwrócić uwagę na jedną rzecz, która w oficjalnym przekazie praktycznie się nie pojawia. Otóż w materiale TVN-u dziennikarz rozmawia zarówno z Marcusem, jak i z jego kumplem, który cały czas był przy nim, gdy Magda umierała w egipskim szpitalu. Oddajmy więc głos pewnemu Michałowi, który nagrywając telefoniczną rozmowę Marcusa z Magdą, w pewnym momencie zwraca się do Marcusa: „Nie wyciągaj od niej...”, a poproszony przez dziennikarza o wyjaśnienie sensu tego apelu, odpowiada tak:
Nie chciałem, żeby wyciągał od Magdy wiele, bo wiedziałem, że ona nie powie. A jeżeli powie, to mogło się to wiązać z jakimiś konsekwencjami, ponieważ zostałaby zrozumiana, jeżeli faktycznie ktoś był winny z tamtej strony”.
Na to odzywa się Marcus i dopowiada:
Chodziło o to, byśmy cały czas robili taką bajeczkę, że wszyscy na nią tu czekamy, przekonując ją do tego, by ona chciała tu dobrowolnie wrócić”.
W dalszej części programu, Marcus tłumaczy, dlaczego oni to nagranie natychmiast wrzucili na youtuba:
„Chcieliśmy je zabezpieczyć. Było bardzo dużej pojemności, więc postanowiliśmy, że wrzucimy je na konto na youtubie”.
No, a teraz, skoro już przyjrzeliśmy się dokładnie tym dwóm, pozostał nam już tylko ostatni z tej trójki, pewien Maciek Solczak, który, kiedy ci robili tę swoją „bajeczkę”, siedział już w lecącym do Afryki samolocie, by wyrwać Magdę Ż. z rąk złych ludzi. Ponieważ jednak, jak się okazuje, Maciek to przy okazji też wybitny poeta, posłuchajmy może nie tego, co mówi jego język, lecz owa poetycka dusza. Dusza, należy przyznać nie byle jaka:

Palę dziewice na stosie, jedna za drugą, do ognia dokładam.
Wciągam ten miód w płuca, puszczam z dymem ich ciała, co nad punktem ogniska fale zatacza.
Morduję je wcześniej, w pożądania szczycie, rozczłonkowuję delikatne ich ciała.
Zazwyczaj ostrymi nożyczkami odcinam im głowy, ciacham, szatkuję dziewczęce członki w pełnym skupienia zachwycie.
Nic na to poradzić nie mogę, w przyjemności szale, przecinam jej właśnie system nerwowy.
Pękają pod naciskiem ostrzy nożyczek, z chrzęstem, na pół kruche trichomy.
Zagarniam na stos te zielone ciała, co los ich przypieczętowany, co straciły życie.
Przejdą materii ognia przemianę, w wyższym celu je poświęciłem.
Szaleństwo lecz znowu przykładam pochodnię, słyszę ciche ciał skwierczenie, gdy dym w nozdrza wdycham.
Wchłaniam dziewczęce ich dusze jak Kronos, boskie przymierze.
Gdy tylko jeden stos palić zakończę, drugi zawijam w bletę.
Mówią, że jestem morderca, co litości nie zna, nie cofnie się przed niczym.
Nie słucham, z Salamandrą znów ogień podkładam, zaciągam się dymem, twarz uśmiechniętą Jej widzę.
Płonie stos żarem wyraźnym, dym tłoczę w swe płuca, z powietrza tlenu dodaję, oczy zamykam.
Jestem zieleni killerem, bezwzględnym gangsterem, co morduje najlepsze topy.
Z fajki dym, gdy zawrzesz ze mną przymierze, na osobności, tak między nami: morduję tylko świadomości wierszami
”.

A tu, już na sam koniec, tym wszystkim, którzy mogliby nie do końca pojąć głębię owej metafory, Maciek sam osobiście wyjaśni, jak to jest naprawdę:



A ja może od siebie już tylko dodam, że współczuje bardzo naszym dzielnym prowadzącym tę sprawę prokuratorom, bo wiem z ponurą pewnością, że kiedy oni w końcu dojdą do momentu, gdy na obrazku pojawią się ci trzej artyści, to jednocześnie okaże się, że dalej ani rusz. Bo wszędzie już tylko Kraina Grzybów, gdzie ludzkie prawo nie sięga. Może dlatego oni tak bardzo się starają, by nie patrzeć w tamtą stronę.

Przypominam, że moje książki, w tym oczywiście i ta, w której palimy licho, są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...