środa, 14 grudnia 2016

Dawno temu w Kraju Miłością Płynącym

       Dziś z samego rana w telewizji TVN24 wystąpił przewodniczący Grzegorz Schetyna i w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim skomentował wczorajsze demonstracje, ze szczególnym uwzględnieniem zachowania Jarosława Kaczyńskiego i jego zwolenników. Oto kluczowe słowa:
      „Brałem udział w wielu demonstracjach przez wiele dziesięcioleci ostatnich, i takie miałem wrażenie, jak widziałem twarze ludzi, którzy stali odgrodzeni kordonem policji z drugiej strony. Tam była naprawdę nienawiść. Hasła, krzyki, wyrazy twarzy – to byli ludzie, którzy nienawidzą. Pierwszy raz coś takiego zobaczyłem. […] I za to odpowiedzialność biorą ci, którzy dzisiaj w taki sposób prowadzą sprawy polityczne i publiczne w Polsce i w taki sposób łamią prawo i taką zwykłą ludzką przyzwoitość”.
        Wsłuchuję się w zatroskane słowa Grzegorza Schetyny, widzę jego ściśniętą wzruszeniem twarz, przeżywam sposób, w jaki on próbuje oddać cały sens tego, co się właśnie stało i oczywiście łączę się z nim w bólu. Zanim jednak strażnicy ognia wiecznej miłości wyciągną z szuflad tak zwaną „niezdaną broń”, o której ostatnio parę razy mieliśmy okazję słyszeć, i zaczną strzelać we wspomniane przez przewodniczącego Schetynę twarze, chciałbym zaproponować powrót do przyszłości, przed którą jakże słusznie ów dzielny mąż nas przestrzega. Oto mamy rok 2008, miasto Bielsko Biała przygotowuje się do wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a odświętną atmosferę relacjonuje specjalnie dla nas „Gazeta Wyborcza” (http://wyborcza.pl/1,76842,5793027,Prezydent_w_Beskidach__Ale_o_co_chodzi_.html). Przed nami duże kolorowe zdjęcie Prezydenta z głupkowato oczywiście wykrzywioną miną, a pod spodem podpis: „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje". Niżej, artykuł pani Ewy Furtak z lokalnej Gazety, w którym czytamy:
      „Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta – akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości".
     Po tym sugestywnym początku, następuje dyskusja internatów, a ja przytoczę tylko kilka najbardziej reprezentatywnych dla całości wypowiedzi. Wszystko jak najbardziej wiernie, poprawiłem jedynie co bardziej irytujące błędy językowe i literówki.

***
Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach tez są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga "zaprotestuje"....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by ty k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd! (to jest dobre, tak jakby sam sie pchal do szkla... - spiskowy)
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!!Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi.Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem.Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie.Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu.Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów".
Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.


        Bardzo dobrze, że Grzegorz Schetyna przestrzega nas przed nienawiścią. Bardzo dobrze, że robi to z taką serdecznością. Szkoda tylko, że „Gazeta Wyborcza” uznała za stosowne po tych wszystkich latach usunąć ze swojej strony wszystkie powyższe komentarze. Szkoda, bo w ten sposób byłoby nam łatwiej zrozumieć, w jaki sposób miłość jest dobra, a nienawiść zła, no i przede wszystkim, jak to jest z tą wyżej wspomnianą „niezdaną bronią”.


Moje książki można niezmiennie kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

wtorek, 13 grudnia 2016

Jak zwariować na widok zielonej cebuli

      Pojawił się nam w minioną niedzielę na blogu Coryllusa temat ojca dominikanina Adama Szustaka i pewnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie udało mi się włączyć w wymianę komentarzy, Szustak zostałby przez pobożną stronę Internetu rozwałkowany na czysto i przerobiony na niedzielny rosół. O co poszło? Niestety o to co zawsze, szczególnie ostatnio, gdy część z nas, prowokowana kolejnymi wypowiedziami papieża Franciszka, za swój podstawowy obowiązek uznała walkę o czystość Doktryny i tylko patrzy, gdzie by tu można było wytropić jakiegoś kolejnego niewiernego. A o to mianowicie, że o. Szustak to wilk w owczej skórze, który na zamówienie światowego protestantyzmu gorszy nam młodzież. Dyskusja, jaką swoim wejściem sprowokowałem, była długa i, tak jak to często bywa, gdy nikt nikogo nie słucha, tylko w kółko powtarza to co już wie, kompletnie bezużyteczna. Oburzeni na Szustaka katolicy podsyłali mi kolejne linki z jego rekolekcjami, aby mi pokazać, jaka to z Szustaka bestia, ja ich uważnie wysłuchiwałem, zachwycony wracałem i potwierdzałem, że Szustak jest bez zarzutu, na co podnosił się nowy zgiełk, a  z nim nowe wystąpienia, których ja znowu wysłuchiwałem, z tym samym co poprzednio efektem i jeśli z jakąś różnicą w ocenie, to wyłącznie na korzyść Szustoka.
      Ja nie mam ani zamiaru, ani ochoty, by tu wchodzić w ponowną dyskusję na temat racji, czy ewentualnych herezji o. Szustoka, z tego przede wszystkim powodu, że moim zdaniem każdy z nas, kto zechce z otwartym sercem i odpowiednią uwagą wsłuchać się w jego słowa, czy to dotyczące kwestii zbawienia, małżeństwa, samotności, seksu, czy wreszcie tatuaży i diabła, musi sam dojść do tego przynajmniej wniosku, że to co Szustak mówi, w najmniejszym stopniu nie stanowi doktrynalnej rewolucji. Tak naprawdę, nie stanowi żadnej rewolucji, natomiast, owszem, podane jest z takim talentem i takim wyczuciem, że niech mu ich zazdrości większość księży.
     Nie będę więc się tu popisywał za niego i dyskutował z ludźmi, którzy tak naprawdę nie chcą nawet wiedzieć, co jest tematem rozmowy, natomiast spróbuję zwrócić uwagę na to, co jest przekleństwem wielu z nas i o czym też parę razy wspominał sam Szustak, a mianowicie o dramatycznym po naszej stronie braku umiejętności słuchania i refleksji. Wygłosił o. Szustak swoją naukę na temat zbawienia, a ponieważ on jest w znacznej części kaznodzieją internetowym, natychmiast został zasypany takimi czy innymi zarzutami ze strony internautów właśnie. W odpowiedzi na nie, wystąpił ponownie, oświadczył, że prawie wszystkie z tysięcy przeróżnych pretensji, jakie zostały do niego skierowane, nie dotyczyły tego, co on powiedział, ale tego, co chciano usłyszeć, no a następnie zaczął wyliczać: „Nie powiedziałem, że wszyscy zostaną zbawieni, nie powiedziałem, że poza Jezusem istnieje jakiekolwiek zbawienie, nie powiedziałem, że nie ma znaczenia, czy się jest w Kościele, czy nie, nie powiedziałem, że nie trzeba głosić Jezusa i wzywać do nawrócenia, nie powiedziałem, że nie trzeba przestrzegać ludzi przed piekłem, nie powiedziałem też, że nie ma piekła, nie powiedziałem, że nie trzeba się bać i można żyć, jak się chce”.  Jednocześnie przyznał się o. Szustak to jednej omyłki, kiedy to wszystkich ludzi dobrej woli zamieszkających Ziemię nazwał „członkami Kościoła”, podczas gdy precyzyjniej byłoby określić ich „Bożymi Dziećmi”. I co na to internauci? To co zawsze: „O! Wycofał się. Przynajmniej częściowo. Niech się stara dalej”.
     Powtórzę. Bardzo uważnie wysłuchałem wszystkich wystąpień o. Szustaka i  potwierdzam, że on rzeczywiście w żadnym z nich nie powiedział tego, co mu się zarzuca. Ani nie zachęcał do wyuzdanego seksu, ani nie mówił, że tatuaże są dobre, nie mówił, że piekła nie ma, nie mówił, że egzorcyści są zbędni. To wszystko stanowiło wyłącznie wymysł gnuśnych umysłów i nic więcej.
       Otóż to – gnuśne umysły. Jeśli piekło faktycznie istnieje, to jestem pewien, że one będą stanowić jeden z głównych argumentów dla Pana Boga, żeby nas tam wsadzić. W pewnym momencie owej niedzielnej dyskusji komentator Unukalhai, w końcu uchodzący tu w sieci za osobę jedną z bardziej przytomnych, komentując, jak mu się najwidoczniej zdawało, słowa o. Szustaka, napisał co następuje: „To czysta herezja, iż każdy BĘDZIE zbawiony. Zbawienie jest bowiem nagrodą za życie zgodne z Dekalogiem. Jak wiadomo w każdych zawodach nagrodę otrzymują tylko nieliczni”, czym w mojej opinii obsunął się do pozycji prezentowanej przez Świadków Jehowy, głoszących zbawienie dla wybranych 144 tysięcy.
      Ów rodzaj owej głupiej, moralnej zawziętości – tak dobrze znany i nam choćby i przy okazji niedawnej dyskusji na temat romansów Roalda Dahla – prezentowany we wspomnianej dyskusji wcale nie tylko przez Unukalhai i nawet nie najbardziej przez niego, przypomniał mi niedawny program w TVP Info pod tytułem „Studio Polska”, gdzie Maciej Pawlicki z Katarzyną Matuszewską regularnie każą się kłócić bandzie przypadkowo skojarzonych ze sobą tak zwanych „zwykłych ludzi” z osobami w ten czy inny sposób publicznymi. Sam program oczywiście jest pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia i jakikolwiek udział w nim stanowi oczywistą stratę czasu, to co natomiast zastanawia, to to, że tam – przez to właśnie, że pomysł programu opiera się w części na oddaniu głosu prostemu wariactwu –  bardzo niebezpiecznie powraca atmosfera, jaką coraz częściej znajdujemy w Internecie. Patrzymy więc na zagoniony do telewizyjnego studia tłum, a tam, wśród zwykłej Bogu ducha winnej publiczność, której zadaniem jest jedynie bić brawo w odpowiednich momentach, siedzą jakieś freaki, przy których Adam Słomka w czapce Związku Strzeleckiego, czy właśnie na okoliczność występu w programie wypuszczony z więzienia na przepustkę Zygmunt Miernik, wyglądają jak dziennikarze telewizji Sky News, a wszyscy są nakręceni, jak nie przymierzając – tak, tak –  uczestnicy bezmyślnego kompletnie kamienowania ojca Szustaka. I to jest myśl, która mi tu ostatnio coraz częściej towarzyszy, że gdybyśmy nagle tu w Internecie dostali możliwość ujrzenia naszych twarzy, poznania naszych imion, gdybyśmy nagle zostali odarci z tej okropnej anonimowości, mogłoby być równie ciekawie, jak w przypadku programu „Studio Polska”.
      Nam więc właśnie chciałbym zadedykować pewną przywoływaną tu już raz opowiastkę. Była sobie mianowicie kiedyś kobieta wyjątkowo zła i podła, która w całym swoim życiu nie zrobiła jednej dobrej rzeczy, i która, kiedy zmarła poszła naturalnie prosto do piekła. No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy ona już tam przez jakiś czas cierpiała, Pan Bóg nagle sobie przypomniał, że pewnego dnia, raz w życiu, ona właśnie wracając z targu zobaczyła jakieś biedne dziecko i dała mu zieloną cebulkę, i za ten jeden dobry gest postanowił ją z piekła wyciągnąć. Wysłał więc nad tę otchłań swoje anioły, które spuściły do owej kobiety tę samą zieloną cebulkę i powiedziały jej, że w niej było tyle miłości, że wystarczy, że ona się jej złapie i zostanie zbawiona. Czepiła się więc kobieta cebuli, a aniołowie zaczęli ja z piekła wyciągać. W tym momencie jednak inni też postanowili się cebuli złapać, licząc na to, że i im się uda w ten sposób wyjść z piekła. Kobieta jednak, zła, jak wiemy, jak jasna cholera, zaczęła ich zrzucać ze swojej cebuli. Oni czepiali się jej nóg i rąk, ta ich kopała i mimo że sami aniołowie prosili wszystkich, by się opamiętali i spokojnie wisieli na tej cebuli, w której miało być tyle miłości, by starczyć dla wszystkich, wywiązała się straszna bitwa i ostatecznie wszyscy pospadali w ten ogień, oczywiście razem z cebulą.
       I to już jest koniec tej historii i całej notki. Bardzo bym chciał, żeby jednak dotarło, bo inaczej już niedługo, kiedy na Krakowskim Przedmieściu co miesiąc będzie demonstrowało 60 różnych grup, my się doskonale zgubimy w tym tłumie i, jak u Orwella, nikt już nie będzie wiedział, kto świnia, a kto człowiek.

Zapraszam wszystkich do kupowania moich książek, które są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, lub na stronie www.toyah.pl pod wyraźnie wyeksponowanymi obrazkami. Polecam szczerze i serdecznie.




poniedziałek, 12 grudnia 2016

O stópkach, opornikach i przypinkach z napisem KOD

           Gdyby ktoś nie miał okazji, pragnę poinformować, że od wielu już lat noszę stale przypięty do klapy płaszcza, czy marynarki, antyaborcyjny znaczek przedstawiający stópki dziesięciotygodniowego dziecka. Kiedyś owe stópki były złote, ale niefortunnie je zgubiłem, i dziś mam białe, ale to są wciąż te same stópki od lat. Czemu je noszę? Uczciwie powiem, że nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć krótko, a jednocześnie wyczerpująco. Trochę oczywiście dlatego, że trzymam stronę życia poczętego, trochę też dlatego, że bardzo mi się te stópki podobają i uważam, że dzięki nim również moja ściśle estetyczna wartość rośnie. No ale oczywiście o tym mógłby opowiadać znacznie dłużej i głębiej, tyle że ani nie ma tu na to miejsca, ani też temat nie ten.
       O cóż więc chodzi? Otóż spotykałem się wczoraj z ludźmi bardzo bliskimi, których szanuję i kocham, którzy jednak, gdy chodzi o politykę, zachowują pozycje zbliżone, by nie powiedzieć tożsame z tymi, które znamy z demonstracji KOD-u, oraz innych, stowarzyszonych organizacji. Spotkanie upłynęło w atmosferze przyjaznej, bez jakichkolwiek odniesień do spraw natury ogólnej, jednak kiedy już wychodziłem, mój przyjaciel zauważył wspomniane wcześniej stópki i zapytał: „A co to takiego?” „Stópki”, odpowiedziałem. „Rozumiem, że to taka demonstracja”, zapytał przyjaciel, a ja na to, że owszem, mniej więcej taka sama, jak te przypinki z napisem „KOD”. Pożegnaliśmy się i to był koniec tej przygody. A ja dopiero wtedy zacząłem myśleć.
      Rzecz bowiem w tym, że tu, jak pewnie nigdzie indziej tak wyraźnie, nie ujrzałem różnicy między dwiema postawami, które determinują nasze dzisiejsze wybory, a które, co zostało już stwierdzone wielokrotnie, stanowią źródło naszego dzisiejszego nieszczęścia w postaci autentycznej wojny domowej. Otóż rzecz tak naprawdę sprowadza się do tego, że oni chodzą z przyczepionymi do czapek znaczkami KOD-u, a my nosimy stópki dziesięciotygodniowego płodu i to ukazuje najwyraźniej to co tak naprawdę jest źródłem owej wojny, mianowicie starcie dwóch cywilizacji. Po tamtej stronie my możemy dojrzeć, wbrew temu co się nam może zdawać, naprawdę wiele najróżniejszych postaw, a więc nie tylko dawnych ormowców, czy dzisiejszych humanistów, ale ludzi często niemal dokładnie takich samych jak my, różniących się od nas niemal wyłącznie tym, że my popieramy „dobrą zmianę”, a oni nienawidzą Jarosława Kaczyńskiego i życzą mu gwałtownej, najczęściej bolesnej śmierci. Dlaczego? Tego niestety sobie tu nie wyjaśnimy, ale taka jest właśnie prawda. My walczymy o życie, a oni o coś co nazwali demokracją.
      Prawda wydaje się jednak też być taka, że prawdziwą przyczyną tego dramatu jest też to – a przykład z obiema przypinkami pokazuje to bardzo precyzyjnie – że oni tak naprawdę nas nienawidzą za to, że mamy to, czego im brakuje, a mianowicie tę konsekwencję, organizację, ów moralny porządek, jakiego symbolem są wspomniane stópki. Oni patrzą na nas, widzą ów prosty gest zaczynający się na Kościele, Wierze, patriotyzmie, a kończący się konsekwentnie na walce o ochronę życia poczętego i sprzeciwie wobec wszelkiego typu wynaturzeniom i nagle uświadamiają sobie ów straszny fakt, że tak naprawdę oni wobec tego wszystkiego stoją z pustymi rękami i ze znaczkiem KOD-u przeczepionym do czapki. To jest ów poziom wartości, którzy oni są w stanie określić w sposób w miarę jasny: nienawidzimy PiS-u i bronimy demokracji. A reszta? Z resztą jest różnie, czasem nawet bardzo różnie, natomiast jedyny punkt, gdzie nie ma śladu chaosu, to właśnie ten – nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego.
       Ktoś się zapyta, o co mi chodzi, co takiego chcę dziś powiedzieć. Otóż mój przekaz jest tu bardzo prosty: spór, którego jesteśmy świadkami to nie jest spór ani cywilizacyjny, ani kulturowy, ani nawet polityczny. Tak naprawdę to nie jest nawet spór. W rzeczywistości wszystko się sprowadza do tego, że po jednej stronie stoją ludzie, którzy mają wszystko starannie poukładane i owemu porządkowi dają nieustanne świadectwo, podczas gdy z drugiej mamy tych, dla których tak naprawdę jedyną pewną i niepodważalną prawdą jest to, że nie ma to jak znaczek z napisem „KOD”, reszta natomiast jest do dyskusji.
       Oni i my. Ludzie z przypinką KOD-u, oraz ludzie ze stópkami 10-tygodniowego płodu. Patrzą na nas, wsłuchują się w nasze słowa i się gotują. Niektórzy są tak zdenerwowani, że sięgają po broń.

Przypominam, że nasze książki można niezmiennie kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a że Święta coraz bliżej, zapewniam, że nie widzę wiele innych możliwości, gdy chodzi o solidny prezent pod choinkę.

      

niedziela, 11 grudnia 2016

O wiecznej skuteczności modlitwy i ludziach z pistoletami



       Niewątpliwą zasługą pewnego naszego kolegi było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu już raz zwrócić uwagę na to coś, co zostało nam odsłonięte, ale najwidoczniej albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym szacunku – uważam za wyjątkowo niemądre.
       A zatem, tyle gdy idzie o zasługi kolegów. Przejdźmy zatem do moich. Otóż ja postanowiłem zająć się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych zainteresowań polską polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne. Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki takie sobie, a resztę ja Wam opowiem.
       Chodzi mianowicie o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary, z całą pewnością jeszcze sprzed Katastrofy, komiks wyprodukowany przez jakiegoś Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć, jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot. Opublikował więc on ten komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką oto sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy. Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się, że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już polewano ich benzyną i miano podpalić, pojawili się komandosi i obu uratowali. W 2011 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale wybuchła tzw. afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to, że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie. No i to pogrążyło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krwawą i okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy „Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z Pałacu Kultury. Na szczęście, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb i zaprowadzili porządek.
       To wszystko są wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem ludzie po kryjomu wymalowali obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną „Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.
      Jak mówię, komiks ten został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to, że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem – w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu – a gdy idzie o mnie, właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego na celu zniszczenie jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć, ale przy pomocy słowa, które stało się ciałem. Zwykłego słowa. To tu to tam słychać zdanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to skutecznością modlitwy. W odpowiedzi na te sugestie, wielu ludzi wpada w autentyczne oburzenie i zadaje pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego skierowanych do Pawła Kowala. Kowal odpowiedział, że tak, że słowo potrafi zabić.
        Jeśli zatem komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia, możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie. Przez Boga, względnie przez Szatana.
       Co natomiast, jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy z pomysłów. I staje się już wyłącznie ową desperacka próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota, Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu, który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest wyłącznie margines i przykry wypadek, że życie toczy się daleko poza tymi ekscesami, że Palikot  to ktoś kto już tak naprawdę nawet nie jest częścią Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.
      Kiedy zaczynając pisać ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego powieszonego „za flaki” na pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na zawsze. Jako znak i dowód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią. Będzie już tylko to.
      Powiem jeszcze jaśniej, o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten wyjaśnił, dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się zająć normalną zwykłą polityką, zamiast wciąż roztrząsać jakieś i tak nie do wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w „Rzeczpospolitej”, Joanna Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z Kaczyńskiego.
      Otóż ja wszystkim im mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej. Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku, właśnie przestało mnie interesować.



sobota, 10 grudnia 2016

Witamy EC Pietuszki - Wrocław

      Przedstawiam dziś tekst, który ukazuje się niemal jednocześnie w „Warszawskiej Gazecie”. Dotyczy on tematu, z którym już się tu mieliśmy okazję parę dni temu zmierzyć, tyle że dziś zamiast obrazu i obcego języka, mamy polskie słowo, a więc jestem pewien, że będziemy mieli z niego pożytek.

      Miniony weekend spędziłem we Wrocławiu na targach książki, a ponieważ całodzienne stanie, niemal nieprzerwane rozmowy z czytelnikami, a dla zabicia głodu kawa plus niekiedy jakiś herbatnik, potrafią zmęczyć nie takich jak ja, udaliśmy się w sobotni wieczór w okolice wrocławskiego rynku na kolację. Ponieważ akurat w mieście odbywał się tak zwany Jarmark Przedświąteczny, wszystkie lokale były zajęte, natomiast w pewnym momencie z tego tłumu wyłoniła się sympatyczna dziewczynka w wieku licealnym i zapytała, czy mamy ochotę na „darmowy striptease”. Widok tego dziecka, wraz z ową niezwykłą ofertą, tak nas zszokował, że myślę, że nawet gdybyśmy faktycznie byli dwoma starymi onanistami, którzy w swoim zidioceniu są w stanie uwierzyć w to, że wspomniany „darmowy striptease” jest rzeczywiście darmowy, i tak zwialibyśmy gdzie pieprz rośnie.
      Znaleźliśmy wreszcie spokojne miejsce z dala od tej strasznej perwersji, a ja już tylko sobie myślałem, że oto współczesny Wrocław – miasto burdeli i małoletnich naganiaczy.
      Że to nieprawda? Że generalizuję? Proszę więc uprzejmie, oto inna generalizacja, pewnie jednak bardziej dla nas przystępna.
      Właśnie trafiłem w Internecie na występ słynnego amerykańskiego komika Louisa C.K., który wspomina swoją wizytę w Moskwie na początku lat 90-tych ubiegłego wieku i w pewnym momencie opowiada nam anegdotę. Otóż zjechał Louis C.K. na samo dno moskiewskiego metra i tuż obok siebie zobaczył dwie postacie. Pierwsza z nich to absolutnie wybitny skrzypek, który za jakieś marne kopiejki grał dla śpieszących do metra moskwiczan, a oni zatrzymywali się, słuchali go i płakali ze wzruszenia. Nieco dalej obok natomiast, na ziemi pod ścianą, siedział żebrak. Nagle, między muzykiem a żebrakiem pojawiła się grupka małych dzieci o mocno ubrudzonych twarzach, w płaszczach do ziemi, ze zwisającymi rękawami i żebrak zaczął coś do nich wołać w języku, którego Louis C.K. oczywiście nie rozumiał. Jednocześnie też pokazywał im swój but z dramatycznie rozerwaną podeszwą. No i wtedy jeden z tych chłopaczków podszedł do niego, a ze sterczącego rękawa wynurzyła się dziecięca dłoń z tubką kleju. Żebrak wziął klej, przykleił oderwaną podeszew, oddał dziecku tubkę, ono wciągnęło klej nosem, i w tym momencie pojawiły się kolejne dłonie i reszta tych dzieci zrobiła to samo. To co na Amerykaninie zrobiło największe wrażenie, to to, że ów żebrak od początku najwyraźniej doskonale wiedział, do kogo się zwrócić o pomoc.
      Poruszający jest koniec owego występu. Otóż w pewnym momencie ów żebrak spojrzał na turystę, zaśmiał się i w tym momencie Louis C.K. pojął cały sens swojego wyjazdu do Moskwy. Wtedy bowiem zrozumiał, jak coś, co jest obiektywnie absolutnie przerażające, może być jednocześnie śmieszne. Głupio to mówić, ale boję się, że gdyby on dziś przyjechał do Wrocławia i ta biedna dziewczynka by mu zaproponowała striptease, też znalazłby dobry powód, by o tym opowiedzieć w jednym ze swoich popisów.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam z czystym sercem.


piątek, 9 grudnia 2016

"O, what a lucky man he was!"

Ledwo nam odszedł Keith Emerson, a tuż za nim, pokonany przez tego cholernego raka, w ową tak okropnie niezbadaną drogę, udał się Greg Lake, głos pierwszego King Crimson i Emerson Lake and Palmer właśnie. Wielki muzyk, kompozytor, cudowny wokalista, niezwykły głos. Miałem okazję słuchać go na żywo tylko raz, podczas pamiętnego koncertu w katowickim Spodku w roku 1997. Był już wtedy stary i gruby, niemal tak, jak dzisiaj ja, jego dawny głos to już była historia, no ale to był wciąż on: Greg Lake, którego pamiętaliśmy czy to z klasycznego dziś już, napisanego w wieku 12 lat, „Lucky Mana”, z „Epitaph”, „Moonchild”, „Take a Pebble”, „From the Beginning”, czy wreszcie z tego, czego tu sobie dziś będziemy słuchać. Skupmy się więc proszę i spróbujmy docenić wagę tego, co się wczoraj właśnie stało.

czwartek, 8 grudnia 2016

O wyrównywaniu szans, czyli palimy gimnazja

             Jakimś niezbadanym cudem, dotarła do mnie wiadomość, że była minister edukacji, Joanna Kluzik-Rostkowska, plus jeszcze bardziej była minister tej samej edukacji, Krystyna Szumilas, plus na doczepkę jakiś wynajęty ekspert od wspomnianej edukacji o niezapamiętanym przeze mnie nazwisku, wystąpili na wspólnej konferencji prasowej, na której ogłosili co następuje:
      „Badania dowodzą, że gimnazja wyrównują szanse dzieci rodziców mniej wykształconych. W 2015 r. aż 34,6 proc. takich gimnazjalistów osiągnęło najlepsze wyniki. Polscy uczniowie dzięki wprowadzeniu gimnazjów zaczęli osiągać bardzo dobre wyniki. Dziś są w czołówce”.
      Powiem szczerze, że od samego początku, gdy nowy rząd ogłosił plan likwidacji gimnazjów, a zjednoczona opozycja natychmiast zaczęła go kontestować, postanowiłem sobie, że nie będę zabierał głosu na ten temat, z tego prostego powodu, że bardzo nie lubię sytuacji karykaturalnie wręcz oczywistych, a ta taką właśnie od samego początku była. To że gimnazja stanowią nieszczęście, jakiego polska edukacja w swojej dotychczasowej historii nie przeżyła, jest jasne dla każdego, poza może pewną, niestety dość dużą, grupą samych gimnazjalistów, dla których te trzy lata stanowią być może jedyną okazję w życiu, by zanurzyć się w chaosie bezkarności, jakiego oni dotychczas nie doświadczyli i nigdy więcej już nie doświadczą. Tak naprawdę to tylko oni będą płakać za gimnazjami; wszyscy pozostali, w tym jak najbardziej ci, którzy tak bardzo dziś protestują, wiedzą, że obecny stan jest nie do utrzymania i że jeszcze parę lat tego eksperymentu i polska edukacja zwyczajnie umrze.
       Wyszli jednak oto na scenę Kluzik z Szumilas i tym trzecim, przedstawili swoje wyliczenia, a ja dostałem takiej cholery, że postanowiłem złamać dane sobie słowo i to kuriozum choćby bardzo krótko skomentować. Rzecz mianowicie w tym, że jeśli w sytuacji w jakiej znajdują się dziś gimnazja, „bardzo dobre wyniki” osiąga zaledwie 34,6% dzieci, oznaczać to musi, że pozostałe 65,4% to albo młodociani bandyci, albo idioci, dla których już nie ma najmniejszych szans. Bezhołowie, jakie panuje w zdecydowanej większości gimnazjów doprowadziło do tego, że jeśli nauczyciele mają przed sobą dziecko w najbardziej podstawowym stopniu spokojne i grzeczne, dają mu piątki i szóstki niemal z automatu. Wystarczy, że dziecko ma zeszyt, długopis i podręcznik, wie, jak każdego z nich używać, do nauczyciela zwraca się per „pani”, a jeszcze, nie daj Panie Boże, jego rodzice znajdują czas na to, by od czasu do czasu przyjść na zebranie i zapytać wychowawczynię o postępy, zostaje w jednej chwili prymusem. A jeśli w dodatku dziadkowie opłacili mu korepetycje, to właściwie wystarczy, że siedzi grzecznie, uśmiecha się i mówi „dzień dobry” i „do widzenia”. A to, że w śród nich większość stanowią dzieci rodziców „mniej wykształconych” jest skrajną oczywistością. Charakter dzisiejszych czasów jest taki, że dla przeciętnego dziecka nie ma nic gorszego, niż trafić na tak zwanych „rodziców wykształconych”, choćby z tego względu, że tam ojciec od dawna mieszka z druga żoną, a mama jest zarobiona po uszy.
      Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, od wielu już lat pracuję jako nauczyciel i o szkole wiem niemal wszystko. Kilka lat temu pracowałem w gimnazjum, a dziś kontakt z gimnazjami mam przez lekcje prywatne. Proszę zatem sobie wyobrazić, że dziś, ile razy próbuje się dowiedzieć od któregokolwiek z moich uczniów, co było w szkole, na ich twarzach niezmiennie widzę znużenie, a odpowiedź jest wiecznie jedna i ta sama: „Nic”. Dzieci, które uczę, lub uczyłem, były naprawdę różne. Niektóre z nich były bardzo słabe i jedyne czego ode mnie chciały, to bym, w owych nielicznych sytuacjach, kiedy coś tam miały zadane, odrobił za nie lekcje, niekiedy coś im tam opowiadałem, a one starały się to zapamiętać, w niektórych wypadkach były to dzieci naprawdę dobre, często najlepsze w klasie. I one wszystkie, bez jednego wyjątku, ile razy ich pytałem, co tam w szkole, odpowiadały, że nic. Właśnie tak: „Nic”.
      Ale też, proszę sobie wyobrazić, każde z owych dzieci regularnie otrzymywało i otrzymuje na świadectwie same piątki i szóstki. Dziś jest tak, że wśród tych, które uczę, jest dwoje, które nie znają języka w stopniu choćby najbardziej podstawowym, w tym sensie, że nie pamiętają nawet, jak jest po angielsku „kiedy”, „wiosna”, czy „jutro”. I one też mają same piątki, lub, zgodnie z nomenklaturą stosowaną przez Kluzik i Szumilas, „osiągają bardzo dobre wyniki”. W jaki sposób? A to w taki mianowicie, że to przede wszystkim nie są durnie, dla których produkowane przez wypuszczonych przez wykształconych w ostatnich latach metodyków testy mogłyby stanowić jakąkolwiek językową zagadkę, a poza tym, one akurat, jeśli tylko trzeba, potrafią się zachować.
      I tak wędrują owe dzieci przez lata gimnazjum, licząc w głębi serca na to, że kiedy dostaną się do liceum, to wtedy może się czegoś nauczą. No a kiedy przyjdzie wreszcie ten moment, okazuje się, że przed nimi już tylko trzy lata nauki, z tym zastrzeżeniem, że pierwszy rok musi im minąć na przystosowanie się do nowych warunków, drugi na nadrabianie zaległości i myślenie o tym, że za rok matura, no a trzecia klasa, to tak naprawdę zaledwie kilka miesięcy z przeznaczeniem na rozwiązywanie maturalnych zadań. No a w końcu, kiedy już przyjdzie czas matur, to jednym pójdzie lepiej, innym gorzej, natomiast wszystkich połączy fakt, że nikt z nich nie potrafi pisać tak, by się to dało rozczytać. Siedzą więc te dzieci, bazgrzą po tych kartkach, które udają druki urzędowe, a biedni egzaminatorzy próbują się przedrzeć przez stosy owego strasznego chaosu i wszyscy oczywiście świetnie wiedzą, że to wszystko przez to, że kiedy te dzieci miały czas, by się nauczyć staranności, akurat gniły w gimnazjach.
      Wie to każdy z nich znakomicie, co jednak – i to jest wiadomość już naprawdę dobijająca – nie przeszkadza żadnemu z nich, by, jeśli minister Kluzik-Rostkowska dmuchnie w gwizdek, pędzić na demonstrację przeciwko likwidacji gimnazjów. Dlaczego? No jak to dlaczego? Bo PiS łamie Konstytucję, obraża sędziów, no i jeszcze ten prokurator Piotrowicz, cholera jasna!


Okres targów się już skończył, zapraszam więc wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania naszych książek. 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...