poniedziałek, 9 listopada 2015

Śląsk czyta, a pana Twardocha zapraszamy na trufle do Toskanii

Skończyły się targi w Katowicach i w związku z tym wypada się podzielić paroma refleksjami.
Przede wszystkim, muszę powtórzyć to, co już zapowiedziałem wczoraj i przedwczoraj: jeśli to co mieliśmy okazję podziwiać przez minione trzy dni, organizatorzy targów zdołają utrzymać w roku następnym i przez kolejne edycje, targi katowickie mają szansę stać się najważniejszym wydarzeniem tego typu w Polsce. I tu nie ma dwóch zdań.
Sukces minionych targów był tym bardziej jednoznaczny, zwłaszcza gdy go porównujemy z tym, co się dzieje z targami w Krakowie, które w tej chwili stoją już tylko przed dwiema możliwościami: one albo zmienią lokalizację oraz sposób organizacji, albo za dwa lata tam pies z kulawą nogą się nie pojawi. Zarówno po stronie wystawców, jak i czytelników.
Druga kwestia. Kiedy w sobotę napisałem, że organizację targów w Katowicach przejęła Agora, jak się już w krótce okazało, popełniłem fatalną omyłkę, a to z tego powodu, że błędnie uznałem, że firma Murator to, jak dziś już niemal wszystko, co nie jest związane z myślą prawicową, Agora. Okazuje się więc, że nie. Murator to nie Agora. I to jest oczywiście wiadomość dobra. Od razu z samego rana na naszym stoisku pojawili się przedstawiciele wspomnianego Muratora ze skierowaną do mnie uprzejmą, acz stanowczą prośbą, bym ich natychmiast przestał kojarzyć z Agorą, którą oni akurat traktują jak konkurencję, no i skorygował informację na blogu, a ja – przyznaję, że dość paskudnie – uznałem to wyłącznie za bardzo mi miły dowód na to, że i oni nas tu czytają i to bardzo na bieżąco. A to jest już coś, prawda?
No i sprawa trzecia. Jak się pewnie część z nas orientuje, podczas spotkań z czytelnikami tradycyjnie zdecydowana większość kupujących okazuje się doskonale wiedzieć, po co tam przyszli i czemu zdecydowali się zatrzymać przy naszym stoisku. Mam wrażenie, że nigdy dotychczas, tak jak w Katowicach, naszych książek nie kupiło tak wiele osób całkowicie nam obcych, ale też takich, którym jeszcze chwilę wcześniej i mi byliśmy autorami całkowicie nieznanymi. A to zarówno dla wydawnictwa, jak i dla naszej twórczości, tworzy perspektywę naprawdę jasną.
Jeśli ktoś liczy na to, że opowiem, kogośmy tam na tych targach spotkali, to proszę uprzejmie: tam byli wszyscy, włącznie z Ewą Minge, Grzegorzem Miecugowem i Szczepanem Twardochem i powiem uczciwie, że mam bardzo duże wyrzuty sumienia z tego powodu, że się nie zdecydowałem i w związku z tym ostatnim nie przeprowadziłem pewnej demonstracji. No ale kiedy to miałem zrobić? No kiedy? Proszę mi powiedzieć.




Za twa tygodnie mamy targi w Warszawie, a tydzień później we Wrocławiu. Jeszcze przed Warszawą mam spotkanie autorskie na uniwersytecie w Opolu, o czym będę informował na bieżąco. Książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

niedziela, 8 listopada 2015

Katowice, czyli kto się nie boi gen. Ziętka

Jak już pisałem wczoraj, katowickie targi książki robią wrażenie czegoś absolutnie unikalnego. Jeśli organizatorom, a więc Muratorowi (przy okazji najgoręcej ich przepraszam za wczorajsze łączenie ich z Agorą, z którą, jak się okazuje oni nie maja nic wspólnego), uda się zachować to wszystko, czego jesteśmy świadkami tej jesieni, targi katowickie już w przyszłym roku będą najważniejszą tego typu imprezą w kraju. Tym większe jednak poczułem rozczarowanie, kiedy jeden z czytelników – zachwycony całością tak jak ja – zwrócił uwagę na to, że przed budynkiem Centrum Kongresowego, w którym targi się odbywają, wywieszone są dwie flagi: flaga Europy i flaga Śląska. Polskiej flagi brak.
Kiedy siedzimy tak dzień za dniem przy tym stoisku i co chwilę jest okazja do wymiany zdań z kolejnym czytelnikiem, pojawia się też szansa na rozmowę na najwyższym poziomie politycznej analizy. A skoro tak i w dodatku miejsce tych rozmów to Katowice i Śląsk, siłą rzeczy musi się pojawić kwestia planów, jakie mogą mieć do tego regionu tak zwane mocarstwa. I tu bywa naprawdę fascynująco. Proszę więc sobie wyobrazić, że dokładnie wczoraj, tuż po tym jak wróciłem do domu ze wspomnianego pięknego Centrum Kongresowego, zajrzałem na portal, który regularnie sprawdzam, a więc tvn24.pl, i tam na drugim miejscu od góry, znalazłem informację o tym, że „Katowice to miasto do wyburzenia”. Tekst jest wyjątkowo długi, wypełniony zdjęciami, na których widzimy to wszystko czym miasto kiedyś było, ale co już moim zdaniem na szczęście powoli umiera, a jego generalny wydźwięk jest akurat taki, że wszystko co tu było piękne, staje się historią. Katowicki dworzec z jego słynnymi kielichami, Pałac Ślubów, Rynek, a nawet właśnie stopniowo wyburzany gmach DOKP – to wszystko umiera. A z tym oczywiście Miasto.
Powiem zupełnie szczerze, że ja do końca nie rozumiem tej propagandy i nie wiem, jakie dokładnie emocje za nią stoją, a już z całą pewnością tych emocji zrozumieć nie jestem w stanie, natomiast wiem bardzo dobrze, że ja tę gadkę o kielichach i o Pałacu Ślubów słyszę już od dłuższego czasu. Katowice wreszcie po wielu latach czegoś, czego nie umiem nazwać inaczej jak totalnym syfem, zaczynają przypominać normalne europejskie miasto, gdy tymczasem niezidentyfikowana do końca grupa postanawia uprawiać propagandę pod tytułem „śmierć miasta z charakterem”. A mówiąc o „mieście z charakterem”, ma oczywiście na myśli charakter sygnowany nazwiskami Jerzy Ziętek i Edward Gierek.
I, jak można się domyślać, owa agenda nie wypadła sroce spod ogona. Tekst na portalu tvn24, w dodatku zamieszczony ni w pięć ni w dziesięć akurat dziś pod wspomnianymi wcześniej flagami Śląska i Unii Europejskiej, pozornie zupełnie bez żadnej okazji lejący łzy nad rozbieranym gmachem DOKP, to jest tekst w sposób oczywisty sponsorowany. Ja nie widzę żadnego innego powodu, dla którego coś takiego miałoby nagle znaleźć się w przestrzeni ogólnopolskiej bez żadnej szczególnej okazji, jak ten, że ktoś dał na to pieniądze. Nie wiem ani tego, kim są jego inicjatorzy, ani też, ile oni za to by on się tam znalazł zapłacili, podejrzewam jednak, że ich było na to stać. I że nie musieli na tę okazję brać kredytu z Deutsche Banku.

Targi mamy jeszcze dzisiaj. Przypominam: Centrum Kongresowe przy Rondzie (jak najbardziej imienia gen. Jerzego Ziętka), stoisko nr 23. Zapraszam wszystkich.

sobota, 7 listopada 2015

Gdy bycie durniem stało się grzechem wołającym o pomstę do nieba

Trwają katowickie targi książki i muszę przyznać, że jeśli dalej będzie tak jak było wczoraj, mamy szanse mieć prawdziwe wydarzenie. Jeśli dziś będzie tak jak było wczoraj, targi w Katowicach mogą się okazać targami najlepszymi. I nawet jeśli ma się to stać dzięki Muratorowi, który je w tym roku wyjątkowo skutecznie wyjął z rąk naszych słodkich nieudaczników, nie mam nic przeciwko temu. Powtarzam: nie mam nic przeciwko temu. Skoro nasi nie potrafią, niech interesu pilnują oni. Tymczasem przedstawiam najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” z nadzieją, że skoro już tak pięknie wygraliśmy te wybory, nie będziemy psuć tego, co jest zwyczajnie dobre.

W następstwie spektakularnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, pojawiły się głosy, robiące przy tym wrażenie bardzo poważnych, że oto Polska stanęła wobec sytuacji absolutnie wyjątkowej, a w swojej wyjątkowości dramatycznie niebezpiecznej, gdzie po raz pierwszy w jej najnowszej historii całą władzę w państwie, od Sejmu przez Prezydenta po Senat, obejmie jedna partia. Czemu niebezpiecznej? A to z tej przyczyny, że tego typu monopol stanowi proste zagrożenie dla demokracji, którą wszyscy oczywiście kochamy i bez której nas nie ma.
Ktoś powie, że tego typu głosy stanowią bezczelność o wyjątkowej sile rażenia, zwłaszcza gdy dochodzą z politycznych środowisk, które przez minione osiem lat pokryły Polskę taką siecią politycznego terroru, wspieranego dodatkowo przez system sprawiedliwości, media oraz kulturę popularną, że ostatecznie doprowadziły to państwo do takiego poziomu zepsucia, że zmuszony był w końcu zainterweniować sam System i zakończyć tę hucpę.
Powie ktoś, że tego typu pretensję stanowią wyjątkową bezczelność, w sytuacji gdy zgłaszają ją osoby, które na samym początku tak zwanej „transformacji” żyły tym jedynie planem, który sprowadzał się do uczynienia z Polski państwa, na wzór Meksyku, gdzie władzę sprawować będzie jedna tylko partia, wybierana w wolnych wyborach przez zniewolone społeczeństwo konsumentów, a przez to partia wieczna i niezniszczalna.
Ktoś wreszcie powie, że aby się dziś krzywić na rzekomy monopol Prawa i Sprawiedliwości, trzeba być bezczelnym szczególnie, zwłaszcza gdy zobaczymy, w jaki sposób ci sami ludzie, przez minione lata, w sposób zorganizowany i starannie przemyślany, stworzyli układ, w którym nie ma dziś praktycznie sposobu, by zmienić polityczną mapę Polski w jej wymiarze lokalnym, gdzie choćby polska wieś jest zarządzana przez system często przestępczych powiązań, na których czele stoją ludzie bezkarni i niezniszczalni.
Z całą pewnością tego typu głosy usłyszymy i będziemy musieli je uszanować, jako całkowicie słuszne i uzasadnione. To jednak co tu stanowi problem największy, to fakt, że wspomniana bezczelność nie jest ani żartem, ani w istocie rzeczy hucpą. Tu nie ma ani powodu, by z niej szydzić, ani ją tym bardziej lekceważyć. Kiedy ona uznaje za stosowne oburzać się faktem, że w wyniku wolnych wyborów naród zdecydował, że Prezydent, Rząd, oraz Parlament będą reprezentowani przez tylko jedną polityczną ideę, a będzie to idea na tyle silna, że mogą jej ulec połączone siły systemowej propagandy, no a przede wszystkim nie będzie to idea, która już na samym początku została przedstawiona, jako obowiązująca na dziś i na zawsze, my musimy pamiętać, że za owym oburzeniem stoją żywioły doskonale świadome tego, że jeśli to stracą, to stracą wszystko.
A zatem i my wszyscy powinniśmy wiedzieć, o co toczy się gra i jak wielka odpowiedzialność w tej grze spoczywa właśnie na nas. Jeśli uznamy, że to jest zabawa, gdzie raz się jest tu, a raz tam, nie wyjdziemy z piekła.

Przypominam, że jeszcze dziś i jutro od godziny 10 do 18 czekamy z Coryllusem na czytelników w Centrum Kongresowym na stoisku numer 23. A jeśli ktoś ma za daleko, serdecznie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

piątek, 6 listopada 2015

Jerzy Urban vs. Czesław Kiszczak - prowadzenie na punkty

Umarł Czesław Kiszczak, a ponieważ przed nim jeszcze odeszli Wojciech Jaruzelski i Florian Siwicki, należy stwierdzić, że z najbardziej że tak powiem kultowych bohaterów schyłkowej komuny, został już tylko Jerzy Urban, A ja, choć zdaję sobie sprawę z tego, że powinniśmy się wszyscy cieszyć, muszę zauważyć, że przynajmniej w naszej rodzinie nastroje są bardzo różne. Moja najmłodsza córka choćby jest akurat przerażona, a to, proszę sobie wyobrazić, z tego powodu, że wczoraj przed południem czytała jakiś tekst w tygodniku „W Sieci” wspominający komunistyczne zbrodnie lat 80. I nagle krzyknęła: „Żeby ten Kiszczak wreszcie zdechł!” No a on natychmiast wziął i zdechł, a ona się już tylko boi, że jest czarownicą.
Z kolei moja żona, kiedy już późnym wieczorem zrobiła mniej więcej porządek z wszystkim szkolnymi papierami i jakoś doszła do siebie po kolejnym dniu tej harówy, przyszła do mnie, uśmiechnęła się szeroko i zapytała: „Słyszałeś, że umarł Kiszczak? Jak fajnie!”. No a ja jej na to mówię, że moim zdaniem nie stało się nic szczególnego. W końcu wszyscy umieramy, niektórzy wcześniej, niektórzy później, jedni w wielkim bólu, inni spokojnie we śnie, część z nas w kompletnej samotności, inni z kolei otoczeni miłością najbliższych, a zatem, jeśli się zastanowić przez krótką choćby chwilę, to cóż takiego spotkało Kiszczaka? Zwłaszcza w porównaniu z losem, jak spotkał pewną moją koleżankę z pracy, cudowną, śliczną Monikę, u której pewnego dnia, jeszcze zanim zdążyła wyjść za mąż i założyć rodzinę, stwierdzono guz mózgu i lekarzom nie udało się jej z tego wyciągnąć. Cóż takiego spotkało Czesława Kiszczaka? Dożył późnej starości i umarł plewiąc grządki w swoim ogródku, jak nie przymierzając Don Vito Corleone. Tyle wszystkiego, że musiał jeszcze dostać cholery widząc, jak Jarosław Kaczyński odzyskuje władzę. Tu zresztą mam drobną uwagę na marginesie do części z nas, czytających dziś ten tekst. Jeśli Wy też dostaliście cholery widząc, jak Jarosław Kaczyński odzyskuje władzę, pamiętajcie, że nie jesteście samotną wyspą.
Umarł więc Czesław Kiszczak i powoli odchodzi do historii pewien bardzo ważny okres w naszym życiu. Już zostało postanowione, że jego akurat nie będziemy ani żegnać na Powązkach, ani też władze nie zorganizują mu kompanii honorowej, i to jest wiadomość oczywiście dobra. A ja mimo to ani się nie śmieję, ani nie płaczę, bo jak powiedziałem – i cóż takiego wyjątkowego się stało? Czy może rozległo się wycie Złego? Nic podobnego. Umarł zaledwie jakiś staruszek. Kolejny staruszek – przy okazji przepraszam Stanisława Kociołka, że o nim zdarzyło mi się zapomnieć – przeszedł na drugą stronę, a my się rozglądamy i widzimy, że w gruncie rzeczy pozostał już tylko jeden z nich, a reszta to już ci z drugiego rzutu – sami bohaterowie naszej wolności.
Został więc już tylko ostatni z nich, Jerzy Urban. A ja, przepraszam bardzo, ale ja w żaden sposób nie jestem w stanie wzbudzić w sobie owej szczególnej emocji związanej z oczekiwaniem na jego śmierć. Jeśli dziś już za chwilę media poinformują, że Jerzy Urban dostał ciężkiego zawału serca w trakcie wizyty w którymś z ekskluzywnych warszawskich burdeli, mój puls nie przyspieszy ani o jedno uderzenie. Ja mam wymagania znacznie bardziej ambitne. Skoro więc mówimy już o burdelach, niech się przynajmniej okaże, że on trafił na jakieś niedoświadczone dziecko, które nie zdążyło mu na czas ściągnąć z ryja tej folii.
To, proszę państwa, nazywa się namiastka satysfakcji, a nie wiadomość, że umarł 90-letni staruszek.

Już za chwilę wychodzę na targi książki, które przez najbliższe trzy dni będą się odbywać w Centrum Kongresowym w Katowicach. Będę ja, będzie Gabriel Maciejewski, będą nasze książki. Stoisko ma numer 23. Żyć nie umierać! A kto ma za daleko, niech zajrzy do księgarni na stronie www.coryllus.pl i też będzie mógł sobie poużywać. A już za miesiąc, po kolei – Opole, Warszawa i Wrocław. Jesteśmy wszędzie.

czwartek, 5 listopada 2015

Rothschildowie, czyli trzydziesta dziewiąta wyprawa na dziewiąty krąg

Już jutro rozpoczynają się w Katowicach Targi Książki, po raz pierwszy organizowane jako cześć Warszawskich Targów Książki, i po raz pierwszy też nie w nieszczęsnym Spodku, który, gdy chodzi o ten rodzaj zdarzenia, okazał się kompletnym nieporozumieniem, lecz w pięknym Centrum Kongresowym. Będziemy tam razem z Coryllusem na stoisku numer 23, od początku do końca do dyspozycji każdego, kto będzie miał ochotę porozmawiać i ewentualnie kupić którąś z naszych książek, a ja już się tego nie mogę doczekać. Tymczasem na zachętę proponuję fragment najnowszej książki, którą tam będzie można kupić z osobistą dedykacją autora w cenie, zatytułowanej „39 wypraw na dziewiąty krąg”, a dokładnie część rozdziału poświęconego nazwisku, które znamy wszyscy, a o którym nie wiemy nic.

Jednak już znacznie wcześniej, w pewnym momencie swojej drogi na szczyty władzy, Mayer Rothschild zdał sobie sprawę z tego, że aby móc wpływać i kontrolować finanse państw w stopniu naprawdę nieograniczonym, musi pozbawić władzy Kościół, a na to może liczyć tylko przez zawarcie paktu z Szatanem. Czy ten rodzaj kalkulacji miał jakikolwiek sens i czy w nim więcej było żydowskiego sprytu, czy szaleństwa, pozostaje kwestią osobnej dyskusji, w każdym razie faktem jest, że tak wyglądał ów plan, którego pierwszy etap polegał na założeniu wspólnie z byłym katolickim księdzem Adamem Weishauptem tajnego stowarzyszenia.
Adam Weishaupt, z urodzenia Żyd, wykształcenie pobierał u jezuitów, którzy nawrócili go na religię katolicką. Mimo że przez pewien czas pracował jako katolicki ksiądz, jego nienawiść do Kościoła była tak wielka, że ostatecznie utracił choćby pozory wiary i jako wierny uczeń Voltaire’a, stał się zdeklarowanym ateistą. Gdyby ktoś z nas potrzebował wiedzieć, jakie to nauki głosił ów Voltaire, wystarczy może przypomnieć fragment jego listu do króla Fryderyka II:
I wreszcie, kiedy już cały Kościół zostanie odpowiednio osłabiony, a wolna myśl osiągnie wystarczającą potęgę, ostatni cios zostanie zadany mieczem bezwzględnej zemsty. Rządy terroru zapanują na całej Ziemi i będą trwały tak długo aż ostatni chrześcijanin nie wyprze się swojej wiary”.
Uważa się powszechnie, że to właśnie z inspiracji w postaci pism Voltaire’a Weishaupt sformułował swoje własne już plany dotyczące zniszczenia Kościoła, i kiedy w roku 1775 został wezwany przez Rothshildów, na polecenie Mayera zaczął budować formalną potęgę słynnego zakonu Iluminatów, znanego w Niemczech już w XV wieku jako sekta, której, jak sama nazwa wskazuje, było niesienie światła Lucyfera, ale mającego dopiero teraz uzyskać ramy bardziej oficjalne.
Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie jest naszym zadaniem analizowanie poziomu szaleństwa owego przedsięwzięcia – relacjonujemy tylko fakty. A fakty są takie, że pierwsza myśl, jaka towarzyszyła powstaniu owego porządku, była taka, że tylko ci, którzy zostali oświeceni „światłem Lucyfera” są uprawnieni do tego, by rządzić światem i zaprowadzać na nim pokój. Formalnym celem organizacji stało się stworzenie czegoś, co zostało określone łacińską nazwą „Novus Ordo Seclorum”, a na normalny język tłumaczy się jako Nowy Światowy Porządek, lub Światowy Rząd.
Korzystając z całej sieci powiązań wewnątrz Organizacji, Mayer Rothschild podwoił swoje wysiłki na rzecz poszerzania i tak już wielkiej władzy, a jego imperium objęło całą Europę. Synowie Rothschilda, którzy w międzyczasie uzyskali tytuły Barona Austriackiego Imperium, niezmordowanie rozbudowywali to, co w spadku zostawił im ojciec i tak się to mniej więcej ciągnie do dziś, i to ściśle wedle trzech zasad, które przed śmiercią 19 września 1812 roku Mayer Amschel Rothschild zostawił tym, co mieli przyjść po nim:
1. Wszystkie ważne stanowiska mają być powierzane tylko członkom rodziny i tylko jej męskim przedstawicielom. Głową rodziny będzie najstarszy syn najstarszego syna, o ile reszta rodziny nie zdecyduje inaczej.
2. Małżeństwa w rodzinie będą zawierane wyłącznie między jej członkami, tak by rodzinna fortuna pozostała pod kontrolą rodziny i pozwoliła rozwijać imperium.
3. Majątek rodziny ma pozostać sprawą wewnętrzną i nie może być w jakikolwiek sposób dyskutowany publicznie.

I ta i wszystkie inne nasze książki dostępne są przez 24 godziny na dobę na stronie www.coryllus.pl.

środa, 4 listopada 2015

SGH, czyi jest zajebiście

Zapewne część z nas pamięta, jak jeszcze przed laty na tym blogu dość często komentował pewien kolega podpisujący się nickiem student SGH. Mimo że jego sympatie krążyły zdecydowanie wokół władzy, i w dużym skróci robił wrażenie klasycznego – przepraszam, nie lubię używać tego słowa, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy – tak zwanego „leminga”, głównie przez to, że starał się być zawsze uprzejmy i merytoryczny, mieliśmy do niego pewien szacunek i myślę, że on to doceniał i może też dlatego właśnie przez dłuższy czas nas odwiedzał i chciał z nami rozmawiać. Czy ja osobiście miałem poczucie zdobywania jakichś intelektualnych korzyści przez to, że on tu z nami spędzał czas i dzielił się refleksjami, nie sądzę. Wydaje mi się, że było raczej odwrotnie. Jemu, jako komuś z tamtej strony, nasze towarzystwo zdecydowanie bardziej służyło. Ludzi z jego poglądami my bowiem akurat nie musieliśmy jakoś szczególnie mocno szukać, natomiast dla niego z całą pewnością ktoś taki jak my stanowiliśmy oczywistą egzotykę.
Natomiast jest coś, co z tamtego czasu zapamiętałem do dziś, a mianowicie fakt, że bycie studentem SGH, to jest coś, czym się należy chwalić. I chwalić się nawet nie tym „studentem”, bo, jak wiemy, studentem, a nawet profesorem, na którego wykłady dany student uczęszcza, może być każdy idiota, ale ową Szkołą Główną Handlową. To wtedy właśnie się dowiedziałem, że SGH to poważna marka, jeden z najbardziej cenionych uniwersytetów ekonomicznych w Europie, szkoła, która wśród swoich absolwentów ma takich mistrzów polskiej ekonomii, jak Dariusz Rosati, Janusz Piechociński, Adam Bielan, Grzegorz Kołodko, Stanisław Kluza, Józef Oleksy, Bolesław Bierut, czy ostatnio prawdziwa gwiazda, Ryszard Petru. No a w tej sytuacji, trudno naprawdę było się dziwić naszemu koledze studentowi SGH, że zakładając konto na blogspocie postanowił nas wszystkich poinformować, że nie wypadł sroce spod ogona.
Dziś już, po tych wszystkich latach, student SGH przede wszystkim z całą pewnością nie jest studentem i zapewne pracuje w którymś z banków, i choć mam wrażenie, że do końca się z nami nie rozstał, to u nas już nie komentuje. Jest też jednak możliwe, że, owszem, na ten blog już dawno machnął ręką, a kto wie, czy nie jest jednym z posłów partii Ryszarda Petru. W końcu, gdy chodzi o osoby otwarte i ambitne, wszystko jest możliwe.
Natomiast parę dni temu na portalu wpolityce.pl, na który dość regularnie zaglądam, trafiłem na informację, która mocno wstrząsnęła moją opinią na temat SGH i reputacji, jaką ona się, jak słyszę, cieszy w Europie. Oto, jak się okazuje, dla dzisiejszych studentów uczelni – przypomnijmy, osób najlepszych z najlepszych – jej przyszłych absolwentów, a w dalszej perspektywie, tych, którzy obejmą funkcje menedżerów, a kto wie, czy nie ministrów, w murach uczelni zorganizowano trening, który polegał na tym, że wszyscy po kolei mieli się walili się po pyskach. Studenci SGH stali w kółku, jeden obok drugiego i po kolei każdy z nich strzelał sąsiada z całej siły w mordę, a całością dyrygował pomysłodawca eventu, człowiek nazwiskiem Julian Chwalewski z ksywą Proud. Popatrzmy może przez chwilę na owego Chwalewskiego. Jeśli ktoś myśli, że to jest jakiś kołcz-idiota, którego władze SGH zatrudniły, żeby wypełnić jakieś swoje lewe zobowiązania, jest w wielkim błędzie. Chwalewski to, gdy chodzi o branżę, prawdziwa gwiazda, osobisty kołcz Jarosława Kuźniara, ktoś kto się przedstawia jako Europejski Trener Rozwoju Osobistego i można podejrzewać, że z punktu widzenia SGH, która go zatrudniła, ktoś zwyczajnie najlepszy. W końcu reputacja zobowiązuje.
Otóż stali czytelnicy tego bloga z całą pewnością wyczuli we wcześniejszej części tej notki pewną nutkę ironii. Chodzi bowiem o to, że nawet jeśli ja przyjmuje do wiadomości fakt, że warszawska Szkoła Główna Handlowa to uczelnia z tradycją i pewną pozycją, choćby i w wymiarze międzynarodowym, a jej studenci to faktycznie śmietanka polskich liceów ogólnokształcących, nie zmienia to faktu, że ja do tego środowiska mam dokładnie tyle samo szacunku, ale też naturalnej zupełnie pogardy, co do osiedlowego gimnazjum w Katowicach-Ligocie, w którym kiedyś miałem okazję przez cały rok uczyć i już nie mogę się doczekać aż nowa władza, zamiast tych byków z kuratorami i nadzorem policyjnym, wpuści tam ponownie małe dzieci. Dla mnie więc to, co robił nasz kolega student SGH, a więc chwalenie się tym, że się jest studentem SGH – ale także chwalenie się, że się jest studentem Oxfordu, czy London School of Economics – jest idiotyzmem wołającym o pomstę do nieba. Natomiast muszę przyznać, że numer z tym Chwalewskim, to jest coś, czego nawet ja się nie spodziewałem. To jest coś, co, jeśli zakładać – a powodów, by tego nie robić, nie widzę – że Chwalewski nie jest tu ani jedyny, ani nawet nie koniecznie najważniejszy – budzi autentyczny strach. I prawdę powiedziawszy, ja nawet nie mam siły, by te refleksje zamknąć jakąś mocną pointą. Zacytuję więc może na koniec samego Mistrza, autoryzowanego kołcza studentów SGH: „Zajebiście! Kto zauważył, o co kaman?”



Jeśli ktoś nie wie, już w piątek w Katowicach rozpoczynają się targi książki, na których razem z Coryllusem przez trzy dni będziemy się spotykać z Czytelnikami i sprzedawać książki. Wszystkich serdecznie zapraszam do Centrum Kongresowego na stoisko nr 23.

wtorek, 3 listopada 2015

Czarny poniedziałek, czyli idą po nas

Ja zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że ponieważ czytelnicy tego bloga w większości są ludźmi wolnymi i dla nich nazwa „Szkło Kontaktowe” mówi tyle tylko, by wywołać proste wzruszenie ramion, to, o czym chciałbym opowiedzieć dziś, może robić wrażenie zwykłej straty czasu. Jednak mimo to, chciałbym namówić wszystkich do chwili skupienia. Otóż – a miałem to okazję powtarzać tu kilkakrotnie – owo „Szkło Kontaktowe” to nie jest w żaden sposób jeszcze jeden propagandowy trik, którym z większym lub mniejszym sukcesem próbowano nam przez minione lata zawrócić w głowie. Rzecz w tym, że owo „Szkło Kontaktowe” to audycja absolutnie wyjątkowa, nieporównywalna z jakimkolwiek innym telewizyjnym, czy radiowym programem, której zasługi dla propagandy Systemu są nie do przecenienia. Zadebiutował – proszę zwrócić uwagę na tę datę – w styczniu 2005 roku, i od tego czasu nadawany jest nieprzerwanie dzień w dzień, przez pełną godzinę, niemal w najlepszym czasie oglądalności, i jeśli przez te dziesięć już ponad lat zdarzyło się, że któregoś dnia „Szkła Kontaktowego” nie było, przypadki te można policzyć na palcach jednej ręki, a związane one z wydarzeniami o mocy historycznej.
Śmiem podejrzewać, że przez minione 10 lat, a tak naprawdę zapewne przez okres znacznie, znacznie dłuższy, nie dane nam było doświadczyć przykładu propagandowej agresji na takim poziomie bezwzględnej skuteczności, jak w wykonaniu autorów i aktorów owej audycji. Mogę się mylić, ale zaryzykuję i postawię dolary przeciwko orzechom, że żadne inne narzędzie systemowej propagandy, przez minione 10 lat nie osiągnęło takich sukcesów w zniszczeniu morale polskiego społeczeństwa, jak właśnie „Szkło Kontaktowe”. Powiem więcej – z pewnego szczególnego punktu widzenia, nic przez minione lata nie wyrządziło Polsce tyle krzywd, co „Szkło Kontaktowe”, nawet zbrodnia smoleńska.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że wczoraj „Szkła Kontaktowego” nie było. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Czy to było jakoś zapowiedziane? Nie wiem. Czy to był tylko wypadek, czy większy plan? Też nie mam na to odpowiedzi. Faktem jest, że praktycznie po raz pierwszy od 10 lat „Szkła Kontaktowego” nie było. Wczoraj wieczorem w całej Polsce, ale przecież nie tylko, o godzinie 22.00 przed telewizorami zasiadły setki tysięcy widzów gotowych do przeżywania tego, co im da ich ukochane „Szkiełko”… i nagle okazało się, że nie tym razem. A kto wie, czy może jeszcze kiedykolwiek.
Jak mówię, nie wiem, o co chodzi, nie rozumiem, co się stało, nie znam planów właścicieli stacji, ale – zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę nową polityczną sytuację – nie mogę lekceważyć takiej możliwości, że coś się rzeczywiście dzieje.
A zatem pozostając w spokojnym oczekiwaniu pragnę zwrócić uwagę na coś, co dla mnie jest niemal równie ważne, jak nie wyemitowanie przez TVN24 kolejnego odcinka „Szkła Kontaktowego”, a co się z tym wydarzeniem wiąże w sposób bezpośredni. Otóż chwilę wcześniej, w programie „Czarno na białym”, pokazano nam bardzo pobożną i szczerze kochającą się rodzinę, zmuszoną przez Kościół do życia w niesakramentalnym związku i autentycznie cierpiącą z tego powodu, że ten sam Kościół zakazuje im przyjmowania Komunii, zobaczyliśmy tę kobietę, jak klęczy ze swoimi dziećmi i wspólnie odmawiają modlitwę, a następnie ich sytuację skomentowano twardym, nie znoszącym sprzeciwu głosem biskupa. No a po chwili już zamiast wspomnianego „Szkła Kontaktowego” obejrzeliśmy inny kultowy program stacji TVN24, tak zwany cykl „Ewa Ewart przedstawia”, a w nim film zatytułowany „Pozwólcie mi umrzeć”, poświęcony pewnemu człowiekowi, który cierpi na bardzo rzadką i nieuleczalną chorobę o nazwie „klasterowy ból głowy”, a która sprowadza się do tego, że głowa boli tak, że człowiek wyje z bólu i nic na to nie można poradzić. Zobaczyłem początek tego filmu, gdzie pokazano nam żonę tego człowieka i jego dwóch synów, jak stoją bezradni nad jego łóżkiem i patrzą jak on strasznie właśnie wyje i jak jedynym już dla niego ratunkiem jest śmierć.
Dalej oczywiście już nie patrzyłem, trochę dlatego, że to faktycznie był widok nie do zniesienia, ale przede wszystkim dlatego, że ja doskonale znam tę ich czarną grę. Wyłączyłem więc telewizor i zająłem się innymi sprawami, a w głowie mi pozostała już tylko jednak myśl: czy to możliwe, że nowe sytuacje tworzą nowe wyzwania i od dziś będzie podobnie, tylko bardziej? Przekonamy się już niedługo i bardzo się boję, że już wkrótce zatęsknimy za „Szkiełkiem”.

Wszystkich zainteresowanych zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moją najnowszą książkę zatytułowaną „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Szczerze polecam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...