Mijające dni znów nam niestety każą – wśród oczywiście wielu innych spraw – zastanawiać się nad tą jedną rzeczą, o której nie mamy najmniejszego pojęcia, a mianowicie nad stanem społecznej świadomości nas Polaków. I, niestety, wygląda na to, że czym dłużej się zmagamy z tą konkretną materią, tym bardziej i niezmiennie dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę, jedyne co na ten temat możemy powiedzieć, to to, że sami jesteśmy tacy jacy jesteśmy, ale że do końca nawet tego przyczyn nie rozumiemy.
Weźmy mnie. Kiedyś miałem chyba tu okazję wspomnieć, ze ja nie mam najmniejszego pojęcia, jak to się stało, że moje polityczne poglądy są takie a nie inne. I jak to się stało, że jestem do nich aż tak bardzo przywiązany. Jak to się stało, że jestem im tak wierny, i to wierny z taką intensywnością, że gotów jestem dla nich poświęcić aż tak wiele. Przyczyny tego stanu rzeczy ani nie są historyczne – a więc nie wiążą się z jakimś konkretnym, innym niż u innych ludzi mojego pokolenia, doświadczeniem. Nie są też rodzinne, a więc nie ma mowy o tym, że moi rodzice, czy dziadkowie w jakiś szczególny sposób mnie wychowywali. Nie czytało się u mnie w domu Trylogii, nie śpiewało pieśni patriotycznych, nie wieszało na ścianie portretów Marszałka. A jeśli idzie o moich rodziców, to oni też w najmniejszym stopniu nie angażowali się ani faktycznie, ani emocjonalnie w politykę. Więcej. Oni nawet nie byli ludźmi szczególnie pobożnymi. Ja zresztą też nie. Nigdy. Ale też za tym kim jestem, jeśli idzie na przykład o przeżywanie smoleńskiej masakry, nie stoi moje osobiste zaangażowanie polityczne. Rozumiem, że gdybym od lat 80. był aktywnym członkiem ruchu Solidarności, gdybym był działaczem którejkolwiek z polskich, niepodległościowych organizacji, jakiegoś – cholera – KPN-u, mogłoby się zdarzyć, że to ukształtowało jakoś moją przyszłość. Tymczasem nic z tego. Ani nie działałem, ani nawet nie goniłem się z milicją po ulicach mojego miasta.
A mimo to, kiedy – będąc na tyle niesolidnym i leniwym studentem, by się nie czuć ani przez moment bezpiecznie – zostałem wezwany na esbecką rozmowę i zachęcony do, wedle wszelkich pozorów, najbardziej miękkiej i delikatnej współpracy, z czystym, niczym nie skażonym strachem i pewnością, że to już koniec, powiedziałem temu szaremu człowiekowi, żeby się ode mnie odpieprzył. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta kwestia była zawsze całkowicie oczywista.
Przy okazji tego co się aktualnie wokół nas dzieje, tak bardzo się pochylamy nad sobą, jako społeczeństwem i narodem, i zadajemy sobie wciąż te same pytanie. Dlaczego? Jak to się stało, że części z nas udało się tak pięknie zachować w sobie tę Polskę i tę Walkę, a z kolei tylu z nas pozwoliło sobie na to, by się tak łatwo znaleźć po tamtej stronie? I tego, wbrew temu, co się nam od czasu do czasu może wydawać, też nie rozumiemy. Wczoraj oglądałem przez chwilę program Sekielskiego o tym, że – jak się domyślam, wbrew temu, co przydarzyło się w zwykłym gapstwie zasugerować Jarosławowi Kaczyńskiemu – białe nie jest czarne, a czarne nie jest białe. W pierwszej części audycji, Sekielski, w sposób maksymalnie jasny i jednoznaczny, pokazał i przeprowadził odpowiedni dowód na to, że rząd Donalda Tuska nie ma podstawowego prawa do rządzenia Polską, a jeśli idzie o ostatnie wydarzenia, ponosi oczywistą odpowiedzialność. Na zakończenie natomiast, pokazał demonstrację pod Kancelarią Premiera zorganizowaną przez ludzi, którzy w pełni podzielają wyrażone wcześniej tezy, tyle że w sposób bardziej aktywny.
Sposób, w jaki Sekielski pokazał tych ludzi, był dla TVN-u i w ogóle całego tego strasznego projektu, bardzo charakterystyczny. A więc zobaczyliśmy dziki tłum, złożony głównie z jakichś wariatów, z którymi nikt z nas nie chciałby mieć nic do czynienia. I ja oczywiście wiem, że to jest manipulacja. Ja wiem doskonale, jakie myśli za tą manipulacją stoją. Ja wiem też, że to co oni wczoraj pokazali, to perfidne kłamstwo. My tacy nie jesteśmy. My jesteśmy tacy, jak ludzie, których w pamiętnym filmie pokazał Jan Pospieszalski. Z drugiej jednak strony, ja naprawdę nie wiem, kim my w takim razie jesteśmy i jacy jesteśmy, skoro właśnie nie tacy, jak nas pokazał Sekielski. Ja, będąc zaangażowany na tyle na ile mi się zdarzyło w dzisiejszą Polskę, siłą rzeczy znam wiele osób, które stoją po stronie, po której i ja jestem. A więc znam też znaczną liczbę właśnie takich ludzi, jakich widziałem wczoraj w kłamliwym reportażu Sekielskiego. Ale wiem też, że nawet jeśli oni nie są tacy, jak to nam wmawia Sekielski, to oni w żaden sposób nie są tacy, jak ja, czy w ogóle my tutaj. Powiem więcej. Niektórzy ludzie, których znam, a którzy podobnie jak ja kochają Polskę i o nią się troszczą, są mi nie mniej obcy, niż niektórzy z tych, którzy o Polskę się nie troszczą i jej nie rozumieją. I jeśli ja się zastanawiam, dlaczego oni wszyscy są tacy, a nie inni, to i w jednym i w drugim wypadku czuję, że stoję przed zagadką, której rozwiązać nie potrafię.
Obserwujemy te smutne wydarzenia, które nam System zrzucił na głowę i nieustannie dręczy nas myśl, co się z nami stało. Czytamy wyniki badań sondażowych, z których wynika, ze wprawdzie większość z nas uważa, że raport moskiewski w sprawie smoleńskiej katastrofy jest nierzetelny, jednak z drugiej strony niemal połowa społeczeństwa twierdzi, że jest rzetelny jak najbardziej. Ja oczywiście rozumiem, że i to, podobnie jak niemal wszystko, co nam się wmawia, to prawdopodobnie wierutne kłamstwo. Ale też mam w pamięci wynik wyborów prezydenckich, a on jest też dla nas nie najkorzystniejszy. Biorę naturalnie pod uwagę, że wyniki wyborów zostały sfałszowane – sam zresztą tu o tym pisałem – no ale znam tez wielu ludzi, ludzi mądrych, dobrych, często wręcz wspaniałych, którzy tak nie uważają, i to nie tylko dlatego, że sami postanowili wziąć sobie za prezydenta tego strasznego myśliwego z jego straszną żoną. A to już daje do myślenia. No i myślimy – jacy tak naprawdę jesteśmy?
W komentarzach na naszym blogu temat ten w sposób zupełnie naturalny wraca raz za razem. I jeśli się przyjrzeć dokładnie, to jeśli ktoś daje odpowiedzi konkretne, to tylko jedną – że jesteśmy zwyczajnie beznadziejni. Że jako naród przegraliśmy tę bitwę. Że jesteśmy nic nie warci i właściwie na to co mamy, sobie w pełni zasłużyliśmy. Poza tym, nie przypominam sobie innych diagnoz, a już z całą pewnością nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek z nas poważył się na opinię, że Polacy to wielki i wspaniały naród. Nie dziś. Dziś już nie. Dziś jesteśmy wyłącznie źli, głupi, bezmyślni i obojętni. I dobrze nam tak. I kto jeszcze ma w sobie resztki instynktu niech stąd wieje. Najlepiej do Portugalii.
A ja nie chcę stąd wyjeżdżać. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że już jestem za stary na tak poważne ruchy, ale przede wszystkim dlatego, że kocham Polskę i Polaków miłością wręcz histeryczną. I nawet jeśli mogę się zgodzić, że moja miłość jest głupia i całkowicie nieodwzajemniona, nic na to nie poradzę. A więc kocham Polskę i Polaków, a mimo to, mam do niej i do nas nieustanne pretensje. I bardzo chcę wiedzieć, czemu my sobie wyrządzamy taką krzywdę. Czy dlatego, ze jesteśmy źli, głupi, i bezmyślni, czy może dlatego, że okazaliśmy się tak słabi, że w pewnym momencie zrobiło nam się wszystko jedno?
I nie znam odpowiedzi na to pytanie. Natomiast znam ludzi, i to ludzi z każdej strony, a więc zarówno tych tak zwanych „wspaniałych i niezłomnych Polaków”, jak i , też tak zwanych, „zdrajców, katów i tchórzy”. Tyle że, przepraszam bardzo, ale oni nieustannie mi się mylą. Wciąż mi się, cholera, mylą. Każdy kto czyta ten blog od dłuższego już czasu, pamięta być może, jak wyglądały jego losy w okresie Salonu24. Pamięta więc też, jak wiele osób, którzy zaczynali tu, jako nasi przyjaciele, skończyli jako nasi wrogowie. I to wcale nie dlatego, że nagle zapalali nową sympatię do projektu o nazwie Platforma Obywatelska. Każdy kto czyta ten blog od dłuższego czasu, pamięta tez pewnie, w jakiej atmosferze te rozstania nastąpiły. Ja natomiast mogę tyle tylko powiedziec, że jeśli już mam wybierać, to wybieram dzisiejsze czasy, ze StudentemSGH i Michałem Dembińskim, niż tamte – z jakimś Sowińcem. I, przepraszam bardzo, ale, jeśli ktoś mnie pyta, jacy jesteśmy, i czy warto tu zyć, to ja oczywiście wiem, co odpowiedzieć – jesteśmy różni. Ale jak już idzie o przyczyny, mam dylemat.
Znam wielu ludzi. Niektórych osobiście, innych z przypadkowych spotkań i z opowiadań innych. Wspominałem o tym już też (wygląda na to, że o wszystkim już kiedyś wspominałem; aż głupio myśleć, że doszło do tego, że muszę się wciąż powtarzać) jak pewna moja znajoma – kobieta wykształcona, elegancka i z całą pewnością bez jakichkolwiek kompleksów – powiedziała mi, że ona nienawidzi Kaczyńskiego, bo to Żyd. Natomiast uwielbia Tuska, bo to miły i elegancki człowiek, i Kutza, bo go zna osobiście. Wspominałem też już z pewnością (wszystko już było), jak moje dzieci wracały pociągiem z wakacji, i w przedziale miały okazję siedzieć z dwiema miłymi starszymi paniami, z których jedna w pewnym momencie powiedziała, że „podobno za tę całą katastrofę odpowiada jakiś Arabski, ale to jest zrozumiale, bo takich to właśnie ludzi dobierał sobie ten Kartofel”. Wspominałem też tu (a jakże!) o tej słodkiej pani z kościoła, która w przerwie między tą słodyczą – to tu to tam – opowiada mi, jak ona już nie może patrzeć na tę mordę.
Ale ja też tu wspominałem – a czasem już nawet nie musiałem wspominać, bo wszystko było jak na szpilce – o tych wszystkich ludziach, którzy stali murem za Jarosławem Kaczyńskim, bo to „prawdziwy Polak”, podczas gdy Tusk i Wałęsa to Żydzi, albo ruscy agenci. Wspominałem o tych, co by mnie utopili w łyżce zupy, tylko dlatego, że powiedziałem im, żeby się z mojego bloga wynosili, bo ich zwyczajnie i po ludzku nie lubię. I znów się muszę zapytać, czy jeśli ja mam zacząć szykować dobrą przyszłość dla moich dzieci gdzieś w Portugalii, czy Nowej Zelandii, to ze względu na tę moją znajomą z kościoła, czy mojego kumpla Dembińskiego, czy może odwrotnie – ze względu na tamtych szurniętych patriotów?
A najważniejszy problem pozostaje nierozstrzygnięty. Jacy jesteśmy i dlaczego? Przede wszystkim dlaczego? Jak mogliśmy się, jak naród doprowadzić do takiego upadku, żeby – znów muszę o nim wspomnieć – wybrać sobie na prezydenta zwykłą ruską swołocz i się jeszcze tym szczycić? Jak mogliśmy się dać tak upodlić, żeby wspierać całym swoim polskim sercem kogoś tak dramatycznie beznadziejnego, jak Donald Tusk i ci jego niby-ministrowie? Jak mogliśmy wreszcie uznać, że postać tak krystalicznie wybitna jak Jarosław Kaczyński jest – zgodnie z sączonym w te biedne umysły propagandowym przesłaniem – głupcem i świnią?
Nie znam się na tym. Nie jestem socjologiem i nie mam żadnych realnych podstaw, żeby stawiać jakiekolwiek diagnozy. Ale mogę sobie skromnie spekulować. I oto, co sobie myślę. Wszyscy z pewnością pamiętam ten niewypowiedziany dramat, jaki dotknął życie tamtej dziewczyny sprzed lat, która miała tego pecha, że na swojej drodze spotkała dwóch bezwzględnych morderców. Jechała sobie spokojnie pociągiem i została przez nich zarówno fizycznie, jak i przede wszystkim psychicznie zniewolona. Przez dwa dni wykonywała każde ich polecenie, szła za nimi krok w krok, ani jednym skromnym gestem nie sprzeciwiła się ich podłej, czarnej woli. Przez wiele długich godzin spokojnie, bez słowa sprzeciwu, przerażona i samotna w swojej bezradności, powoli zbliżała się do swojego strasznego końca. I w końcu, kiedy już przestała być im potrzebna, a może tylko ich swoją nędzą zirytowała, została wyrzucona jak śmieć.
Ja i moje dzieci do dziś czasem zastanawiamy się, jak to się stało, że oni ją tak skutecznie zniewolili? Jak ona mogła dać się tak potraktować? Co się stało w jej głowie, że straciła wszelką wolę walki? Że zatrąciła najbardziej podstawowy instynkt życia? Czy ona była głupia? Czy może tylko słaba? A jeśli słaba, to dlaczego aż tak słaba? A może, wręcz przeciwnie, ona była pełna nadziei i wiary w to, że zło nie istnieje? A przynajmniej nie takie? Może ona spokojnie się juz tylko modliła? Może gdybym ja tam się pojawił z ognistym mieczem i zapragnął ją z ich rąk uwolnić, a ich samych wtrącić w wieczną przepaść, ona by stanęła po ich stronie? Może ona by mnie znienawidziła? Za to że jestem taki podły i bezlitosny? Kto wie? Może i tak by się stało.
Nie wiem, czy mam rację, a – co więcej – nie mam wcale przekonania, że to co mi chodzi po głowie, to bluźnierstwo, czy celna diagnoza. Jestem jednak skłonny założyć, że los tej dziewczyny – w ten czy inny sposób objaśniany – stanowi doskonały symbol tego, przez co my dziś przechodzimy. A jeżeli mam racje, to nie mam żadnego powodu, by tych wszystkich, którzy nie podzielają moich emocji potępiać. Mogę co najwyżej ich spokojnie poobrażać, ale potępiać nie potrafię. A już z całą pewnością nie jestem w stanie przed nimi wiać do Portugalii czy Australii.
No i jeszcze coś. Mogę cierpliwie wtłaczać im do głowy najprostsze prawdy. Co niniejszym czynię.