czwartek, 20 stycznia 2011

O prawdzie, która zawsze zwycięża

Dziś króciutki tekst, który napisałem dla Solidarnych 2010, na prośbę (słuchajcie! słuchajcie!) Jana Pospieszalskiego, ale jestem pewien, że i nam się on też należy. Choćby za te wszystkie smutki, które nas spotkały w dniu wczorajszym. Cieszmy się!

Niedługo minie dziesięć miesięcy od pamiętnego sobotniego poranka, gdy ta cholerna smoleńska mgła nas ścięła z nóg, a 96 istnień dosłownie porozrywała na strzępy. Oto niemal już 10 miesięcy, gdy pokazano nam, co człowiek może zrobić jeśli znajdzie w sobie wystarczająco dużo z jednej strony zła, a z drugiej poczucia bezkarności w jego egzekwowaniu. Mijają te miesiące, i kiedy się wydawało, że już wszystko uda się elegancko poukładać na półkach z napisem ‘historia’, a kłamstwo po raz kolejny zatryumfuje, coś się zaczyna dziać. I to w sposób niemal tak cudowny, jakby zupełnie wbrew naszej woli, wbrew naszej rezygnacji, jakby wyłącznie po to, by pokazać, że kłamie człowiek, natomiast prawda pozostaje czymś naturalnym, czymś niepokonanym, czymś wiecznym.
A więc z jednej strony mamy to kłamstwo – codzienne, agresywne, bezczelne kłamstwo – a z drugiej prawdę, która, wbrew naszym obawom, okazuje się była z nami zawsze i nigdy nas nie opuściła. Nawet kiedyśmy myśleli, że już tylko cud może rozjaśnić te mroki. Ona była sobie spokojnie z nami, niewzruszona, spokojna, ufna. I to jest obraz niezwykły. I bardzo radosny.
Niedługo przyjdzie dzień, kiedy będziemy obchodzić rocznicę tamtego strasznego tryumfu zła i czarnej beznadziei. Rozglądam się wokół siebie i mam bardzo głęboką wiarę, że pojawia się pewna szansa, że ten dzień będziemy mogli przeżywać już tylko we własnym gronie. Z powagą i skupieniem, na jakie ten dzień będzie zasługiwał. Bez tego podłego jazgotu ze strony wszystkich tych, którzy czy to przez swoje zło, czy przez zwykłą bezmyślność dali się uwieść pokusie śmierci.
Gdzie więc będą oni? O tak! To jest bardzo ciekawe pytanie. Pewien mój przyjaciel, który miał tę możliwość by obserwować tych ludzi z bliska, bez retuszu jaki daje telewizyjna kamera i redaktorski mikrofon, powiedział mi właśnie, że widział te twarze. Twarze przykryte kolejnymi warstwami pudru, maski ukrywające to co stanowi już bardzo bliską przyszłość każdego z nich. Ale też maski, które, choć kryją nerwowy pot i pełne przerażenia grymasy, nie potrafią już ukryć świadomości, że dla każdego z nich żaden dzień nie jest spokojnym dniem wieszczącym bliską już wiosnę. Myślę dziś o tych maskach i o tym wszystkim, co się czai jeszcze głębiej, co jest pod nimi, głęboko w ich czarnych przerażonych sercach, i dochodzę do wniosku, że tak właśnie musi się realizować ta prastara prawda, opisywana przez naszych ojców i dziadów, a sprowadzająca się do przekleństwa: „Nie zaznasz spokoju”.
Tak szybko minął ten czas, kiedy każdy dzień budził nas i układał do snu z jednym wciąż obrazem – owego rozbitego na drobne kawałeczki samolotu i wynurzającej się z tych zniszczeń tej biednej, tak wzgardzonej i tak wielokrotnie obrażonej białoczerwonej szachownicy. Mieliśmy przed oczami ten obraz, a ze wszystkich stron dochodził do nas jedynie ten nieustanny szept: „Wystarczy już na ten temat”. I oto nie dość że on tam wciąż leży, to zaczyna do nas wołać coraz głośniej, a my już wiemy, że to wołanie nie ustanie. Podobnie jak strach przed prawdą i odpowiedzialnością.

środa, 19 stycznia 2011

A jednak Auchan!

Poruszony głosami, które dotarły wczoraj do mnie, a dotyczące mojego raptownego zainteresowania nowym towarzystwem, oraz nowym sposobem spędzania czasu, w nowej cywilizacyjnej przestrzeni, pragnę się Wam przyznać do czegoś ważnego. Otóż to prawda. Macie racje. Przeżyłem wewnętrzną rewolucję. Wiecie, Moi Drodzy, jak bardzo jestem zaangażowany we współczesne problemy, jakimi żyje nasz kraj, więc pewnie zdziwi Was nie mniej niż zdziwiło to mnie, że w tym całym chaosie, jakiego nam dostarczają media – ale którym przecież karmimy się wciąż i my sami – poczułem, ze już mam dość. Dość mam tego ciągłego grzebania w przeszłości, tego ciągłego rozpamiętywania tego, co już przecież nie wróci.
Niedawno, oglądając jak codzień popularny program pod tytułem Szkło Kontaktowe, zwróciłem uwagę na wypowiedź pewnego telewidza, który słusznie zauważył ów swoisty paradoks polegający na tym, że od niemal już roku zajmujemy się śmiercią 96 ludzi, podczas gdy nic nas nie wzruszają te wszystkie tragedie, które w tym samym czasie miały miejsce choćby na polskich drogach, tak bardzo zaniedbanych przez błędy kolejnych ekip rządzących. Ledwo co przedwczoraj również, miałem okazję wysłuchać wypowiedzi pani Dolniak, wdowy po tragicznie zmarłym w wypadku pod Smoleńskiem pośle Grzegorzu Dolniaku, gdzie ta jakże mocno dotknięta swoim bólem kobieta – wiedząca przecież świetnie co mówi – powiedziała, że ponieważ życia jej męża nic jej nie przywróci, ona nie musi wiedzieć, co się tam w tamten sobotni poranek stało i dzięki komu. Dla niej najważniejsze jest to, by tragedia taka jak ta się już więcej nie powtórzyła.
Jak mówię, sam się nie spodziewałem, że kiedykolwiek mnie – osobie przecież bardzo zaangażowanej i mocno przezywającej tragiczne wydarzenia z kwietnia ubiegłego roku – przyjdzie dzielić się takimi refleksjami, ale proszę się zastanowić – czyż nie nadszedł czas by powiedzieć sobie „dość”? Czy nie czas, by spojrzeć w przyszłość, i zamiast troszczyć się o naszych zmarłych, zacząć myśleć o tych, co wciąż żyją?
Powiem uczciwie, że chodzą mi te myśli po głowie od pewnego już czasu, ale w ostatnich dniach bardzo się nasiliły. Wczoraj natomiast, kiedy polska komisja rządową zwołała specjalną konferencję prasową, by w miarę możliwości skonkretyzować wszelkie braki, jakie zawierał raport przedstawiony niedawno przez stronę rosyjską, pomyślałem sobie, że dość już tego. Droga, którą wybraliśmy, prowadzi nas donikąd. Co gorsza prowadzi nas donikąd bez żadnego sensownego powodu. Bez żadnych konkretnych korzyści. Bo – i tu muszę się odwołać do jakże celnej uwagi wdowy po pośle Grzegorzu Dolniaku – co nam po prawdzie? Co nam po zemście? Co nam, wreszcie, po kolejnych sporach i swarach? Umarli ludzie – ludzie których czasem kochaliśmy, a czasem krytykowaliśmy. Ale ludzi, których życie się skończyło i nie ma takiej siły na niebie i ziemi, która by tę sytuację odmieniła. A nie zapominajmy przy tym o tylu – o wiele zbyt wielu – ofiarach wypadków drogowych, na polskich zaniedbanych drogach.
Gdybym miał tu pociągnąć jakąś parabolę do sytuacji może innej, ale równie tragicznej, mógłbym wspomnieć to, co się przydarzyło już wiele lat temu, ale czym wciąż od czasu do czasu jesteśmy karmieni. Mam tu na myśli sprawę śp. Krzysztofa Olewnika. Od tamtego wypadku minęło już wiele lat, i choć w pewnym momencie wydawało się, że będziemy mogli go umieścić na kartach naszej jakże dramatycznej historii, wciąż jesteśmy zmuszani do rozpamiętywania godzin i minut, na które i tak już nie mamy wpływu. Chciałbym się przy okazji tego mojego dzisiejszego wpisu zapytać, w jakim celu wciąż grzebiemy w tamtych przykrych wydarzeniach sprzed lat? Jaki interes i jakie ambicje potwierdzają sens dalszego uczestnictwa w tym – nie bójmy się tego określenia – festiwalu publicznej nekrofilii. Krzysztof Olewnik został zamordowany. Fakt ten został oficjalnie i publicznie stwierdzony przez polską prokuraturę i sądy. Nie ma chyba wśród nas nikogo, kto by te prawdę kwestionował. Co więcej, sprawcy tego ohydnego czynu zostali ukarani i potępieni. Więcej, wielu z nich nie ma dziś już wśród nas, gdyż, nie mogąc najprawdopodobniej znieść ciężaru sumienia, odebrali sobie życie. Tymczasem to tu to tam, wciąż słyszymy apele – niestety również ze strony rodziny – by tę sprawę, zakończoną już przecież w wymiarze faktycznym, zakończyć też w wymiarze oficjalnym. O właśnie – ze strony rodziny. Czy dziwne postępowanie rodziny śp. Krzysztofa Olewnika nie przypomina nam dziwnego zachowania części rodzin ofiar wypadku pod Smoleńskiem? W tym brata zmarłego Prezydenta? Zachowania co najmniej dziwnego.
Zdaję sobie sprawę z tego, że są wśród nas tacy, co na moje argumenty odpowiedzą, że najważniejsza jest prawda. I jestem oczywiście gotów z tak postawioną kwestią się zgodzić. Tylko pragnę zapytać: Prawda w imię czego? Prawda po co? Prawda dla jakiego dobra wspólnego? I wreszcie – pytanie najważniejsze: Czym w ogóle jest prawda? A na tak postawione pytanie, odpowiedź może być tylko jedna. W obecnej sytuacji polityczno-społecznej otóż chodzić może tylko o prawdę na usługach polityki. O prawdę w służbie partykularnych interesów tych osób, którym nie tyle zależy na wyjaśnieniu sprawy, jak na tym, żeby załatwić swoje własne, często bardzo niskie interesy.
Krzysztof Olewnik nie żyje. Został zamordowany. Zabójcy zostali wskazani, ukarani i w efekcie tego aktu ponieśli karę najwyższą. Komu dziś może zależeć na tym, by w dalszym ciągu przeżywać ten smutny przypadek? Uważam, że poza najbardziej bezwzględnymi politykami i ludźmi kierującymi się wyłącznie nienawiścią – nikomu. Przed nami wiele różnych wyzwań. Niedługo Polska obejmie przewodnictwo w Unii Europejskiej. Chwilę później rozpoczną się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, Polska dostanie swoją szansę pokazania światu, że jest jednym z liderów nowej, rozwijającej się Europy. Jak idzie o moje miasto, Katowice, budujemy nowy dworzec kolejowy i zastanawiamy się, jakiego koloru mają być krzesełka na odremontowywany stadionie. To są realne problemy. Zastanówmy się więc teraz, czy kogokolwiek z możnych tego świata zainteresują nasze niepoważne rozważania na temat przeszłości?
Kiedy piszę ten tekst, zza ściany słyszę informacje o tym, że tym razem już nie Polacy, ale Rosjanie postanowili coś ujawnić. Ze teraz nasza wiedza na temat czegoś, co się stało całe dziesięć miesięcy temu gdzieś w dalekiej Rosji, będzie większa i pełniejsza. A ja się mogę tylko domyślić, że też już za chwilę odezwie się ktoś, kto zechce te dane zakwestionować i przedstawić nam nowe, zapewne rzekomo bardziej wiarygodne. A ja się znów pytam – w imię czego? Nie żyje Krzysztof Olewnik. Nie żyje Lech Kaczyński. Ale też nie żyje wiele innych osob, które zginęły w wypadkach, lub zmarły w swoich łóżkach. I kto dziś zgodzi się stanąć przede mną i z podniesioną głową powiedzieć, że którakolwiek z tych śmierci jest ważniejsza od innych? Że czyjaś rozpacz i czyjaś żałoba jest większa i poważniejsza?
Tak nam mijają dni, mijają szybko, a czas nie czeka na nikogo. Pomyślmy o przyszłości. Zastanówmy się nad tym, co czeka nas w najbliższych miesiącach. Zastanówmy się nad tym, co możemy zrobić dla Polski i dla naszego wspólnego dobra. Niedawno mój przyjaciel Michał Dembiński postawił tu pytanie w języku angielskim „Smoleńsk. When will it ever cease?” Kiedy po raz pierwszy stanąłem przed tym problemem, miałem wrażenie, że nie. Że to jeszcze nie ten czas. Ale dziś już wiem. Michał miał rację. To prowadzi donikąd. Przed nami rok 2011. Rok bardzo ważny. Rok który będzie decydował o sprawach znacznie ważniejszych, niż tak zwana prawda o 96 osobach plus 1. Mam na myśli rok, który nas wprowadzi w rok kolejny – Rok Euro 2012. A przy tym rok, gdzie razem z Ukrainą wkroczymy w czas nowej, jeszcze bardziej wspólnej Europy, niewykluczone nawet, że z euro zamiast złotówki.
Chyba za chwilę wsiądę w tramwaj i pojadę do Auchana. Nawet jak sobie nic nie kupię, to wiem że będzie warto. Jestem pewien, że będzie warto. Choćby po to, by poczuć ów elektryzujący nastrój lepszego towarzystwa.

wtorek, 18 stycznia 2011

Michał Dembiński: Fabryka Opiłków - przypowieść ekonomiczna

Każde dziecko, które uczyło się o magnetyzmie wie, że opiłki żelazne odgrywają istotną rolę w każdym szkolnym eksperymencie, który ma na celu wyjaśnienie jak fenomen ten działa.
W marcu 1949 r. Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej ustaliła, iż w walce z amerykańskimi hegemonami i ich neo-imperialistycznymi lokajami, blok socjalistyczny potrzebuje Naukowców. Ogromne ich rzesze. W związku z tym nauki ścisłe powinny zajmować czołowe miejsce w każdym planie lekcji, ustępując jedynie naukom Marksizmu-Leninizmu. Laboratoria muszą być wyposażone i zaopatrzone. Aby nauczyć dzieci z ZSRR, PRL, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii i Węgier, czym jest magtnetyzm, potrzebne były Magnesy. No i opiłki żelazne, bez których Magnesy pozostałyby jedynie małymi podkowami pomalowanymi na czerwono.
Oczywiście Magnesy pochodziłyby z Magnitogorska, największego ośrodka przemysłu metalurgicznego w ZSRR. Ale skąd wziąć opiłki....?
Polskiej stronie udało się przeforsować pomysł, aby fabryka znalazła się w województwie Ełkskim, na wiejskich terenach PRL, które przed wojną były wiejskimi terenami Trzeciej Rzeszy.
W wielkim socjalistycznym trudzie i znoju pracującego proletariatu, ogromny kombinat produkujący opiłki żelazne powstał nieopodal miasteczka Nienacko (ludność. 15 tys.), na polach, gdzie dotychczas uprawiano buraki. Z powodu braku materiałów budowlanych, sabotażu ze strony reakcyjnego i antysocjalistycznego elementu polskiego społeczeństwa, bumelanctwa, pijaństwa i zacofania, uroczyste otwarcie Zakładów Opiłków Żelaznych im. Postępu Leninowskiego w Nienacku (NZOŻ) odbyło się dopiero w listopadzie 1956 r.
Aby ułatwić transport opiłków (pakowanych w 100 kg workach, szytych z chińskiego jedwabiu) zbudowano szerokotorową linię kolejową z ZSRR do Polski, a tory o normalnym rozstawie przekazywały towar na południe i zachód do bratnich demokracji ludowych.
NZOŻ zatrudniały na pełnym etacie ponad 3000 Nienackowian. Linie produkcyjne były pełne wykwalifikowanych pracowników, którzy cierpliwie piłowali sztabki żelaza i pieczołowicie zamiatali ciemnoszary proszek w małe porcje, które były sprawdzane każdorazowo pod mikroskopem (żeby były odpowiedniej jakości), zanim zostały wysłane do swoich miejsc przeznaczenia. Socjalistyczne normy były ustalone i stale przekraczane.
W zakładzie w Nienacku pracowali nie tylko robotnicy. Był tam również duży dział administracji i kadr, departament transportu i konserwacji, no i księgowość. A ponieważ Polska Rzeczpospolita Ludowa istniała dla dobra robotników, istniał tam również fundusz socjalny, prowadzony przez oficjalne związki zawodowe. Pracownicy opiłków NZOŻ mieli swoje własne sanatorium w górach Złotosolnych, nieopodal granicy czechosłowackiej. Mieli też swoje własne sklepy, gdzie takie luksusy jak musztarda, sznurówki, nożyczki do paznokci czy lokówki do włosów były dostępne nawet wtedy, gdy okoliczne sklepy świeciły pustkami.
I w taki oto sposób fabryka wywiązywała się ze swoich zobowiązań, a dzieci w szkołach od Magdeburga do Władywostoku mogły się uczyć, jak działa zjawisko magnetyzmu. Z siedmiu kominów buchały gęste kłęby czarnego dymu, który pokazywał jak produktywna była fabryka; pociągi kursowały przywożąc sztabki żelaza, a wywożąc worki opiłków. Bywało, że rozliczano się z fabryką płacąc w zamian traktorami, czasami ropą naftową, a czasami nie płacono w ogóle. Były lepsze czasy, były gorsze czasy, ale wszyscy mieli pracę. Wszystkim w Nienacku – fryzjerom, taksówkarzom, a nawet pani z prywatnej pracowni kapeluszy, jakoś udawało się przeżyć od pierwszego do pierwszego.
W tym cichym zakątku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, z dala od kosmopolitycznej wielkomiejskiej inteligencji, wszyscy w fabryce harowali po to, aby ze sztabek żelaza wyprodukować coś, co pozwoliłoby młodym socjalistycznym uczniom przekonać się naocznie, na czym polega siła magnetyzmu.
Przyszedł rok1968, a potem rok 1970. Wydarzenia tych lat jakoś ominęły Nienacko bez echa. Pracownicy nadal piłowali żelazo, a z głośników zawieszonych w halach produkcyjnych słychać było fragmenty utworów Marksa, Engelsa i Lenina, czytane przez członków zakładowego komitetu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
Ale w roku 1980, gdy fala strajków solidarnościowych przetoczyła się przez naród, coś nagle pękło. Pracownicy się zbuntowali, domagając się praw, o których im się nigdy wcześniej nawet nie śniło. Zarząd zakładowy wprawdzie wreszcie uległ, jednak piętnaście wspaniałych miesięcy wolności brutalnie przerwał Stan Wojenny, a potem nigdy już nic nie było takie same. Wielu młodych ludzi wyemigrowało na zachód.
Wielki Człowiek z Partii, który zarządzał fabryką został zwolniony. Ktoś bardziej stanowczy, ktoś spoza lokalnego układu, bez rodziny czy znajomych w mieście, ale z odpowiednimi znajomościami w Warszawie i w tamtejszych ministerstwach, zajął jego miejsce.
Kolejna fala zmian nadeszła w roku 1988. Gdzieś wybuchały jakieś strajki – ludzie z Partii byli przerażeni. Z Warszawy napływały coraz to nowe pogłoski jakoby komunizm miał wkrótce upaść. Rok później odbyły się Wybory. Pracownicy, pełni obaw, co się stanie z ich fabryką, nie mogli się skupić na pracy. Wreszcie udało się przekształcić państwową firmę w Przedsiębiorstwo Materiałów Naukowych im. M. Sędziwoja S.A., w którym Skarb Państwa posiadał 100% akcji.
Wolność. Prywatyzacja. Wolny Rynek. Dolary i marki niemieckie legalnie sprzedawane na ulicach! Zachodnie produkty, choć w kosmicznych cenach, były dostępne wszędzie. Można było być wierzącym czy patriotą – nikt nie zwracał na to uwagi! Ludzie z Partii zaczęli jeździć mercedesami.
Ale w niedługim czasie zamówienia z Bułgarii na opiłki przestały napływać do fabryki. Związek Radziecki rozpadł się, Czechosłowacja też. Ministerstwa edukacji tych państw nawet nie odbierały telefonów. Sytuacja wyglądała źle. Jeśli nikt nie będzie kupował opiłków, fabryka zbankrutuje, wszyscy stracą pracę…
Panowie z „Solidarności” pojechali do Warszawy i jasno przedstawili sytuację: „Jeśli zamkniecie Nienackie Zakłady Opiłków Żelaznych, to całe miasto wpadnie w nędzę,” powiedzieli. „Utrzymajcie fabrykę jeszcze przez jakiś czas, a my poszukamy nowych rynków zbytu na zachodzie, przeprowadzimy restrukturyzację zakładu, zainwestujemy w nową technologię, abyśmy mogli produkować opiłki w nawet bardziej wydajny sposób. „Nie dobijajcie naszej fabryki! Znajdziemy etaty dla waszych krewnych i znajomych!” Zadziałało. Warszawa nie zamknęła fabryki.
Szukając oszczędności, departamenty zaopatrzeniowe szkół od Bonn do Ottawy nagle uświadomiły sobie, że mogą kupować opiłki z Polski po cenach niższych niż dotychczas.
W ciągu 18 miesięcy Zakłady w Nienacku całkowicie zmieniły listę swoich odbiorców – z krajów wschodnich na zachodnie, gdzie płacono w twardej walucie. Pojawił się nowy rodzaj młodych menadżerów ze znajomością języków obcych i doskonałymi umiejętnościami negocjacyjnymi. Nowi menadżerowie byli coraz bardziej widoczni w strukturach zakładu. Jakoś udało im się utrzymać fabrykę przy życiu.
Starsi pracownicy, związani z zakładem od samego początku, przeszli na emeryturę, sanatorium zostało sprzedane, a linie kolejowe zaczęły rdzewieć, ponieważ transport opiłków przejęły teraz lekkie samochody dostawcze. Mimo to, fabryka coraz bardziej się zadłużała i każdego roku przynosiła coraz większe straty. Koszty związane z utrzymaniem środków trwałych i wypłatami dla pracowników były zbyt wysokie w porównaniu z poziomem przychodów ze sprzedaży opiłków.
Marszałek i wojewoda województwa Ełckiego doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli fabryka zbankrutuje i miasto popadnie w biedę, pojawią się poważne problemy natury politycznej. Więc choć reprezentowali różne opcje polityczne, postanowili razem znaleźć środki na utrzymanie fabryki.
Minęło dwadzieścia lat. Ministerstwo Skarbu Państwa sprywatyzowało tysiące mniejszych i większych przedsiębiorstw państwowych, ale fabryka opiłków żelaznych w Nienacku nadal pozostała własnością publiczną.
Po każdych wyborach parlamentarnych zwycięska partia przejmowała kontrolę nad Ministerstwem Skarbu Państwa, wymieniając dotychczasowych sekretarzy stanu, podsekretarzy, dyrektorów, naczelników i kierowników, zastępując ich swoimi ludźmi - osobami zaufanymi, bliskimi strukturom partii. Nowi dyrektorzy, z kolei, wymieniali prezesów i członków zarządów przedsiębiorstw państwowych, takich jak Przedsiębiorstwo Materiałów Naukowych im. M. Sędziwoja S.A. w Nienacku. Prezes i członkowie rady nadzorczej byli wybierani spośród członków partii, ich znajomych lub rodziny. Nieważne z której byli partii – UW, SLD, ZChN, PSL, PiS, PO – przejmowali spółkę i dalej wymieniali kadry średniego szczebla, rozdając etaty swoim kolegom i członkom ich rodzin.
Po każdych wyborach ponownie wymieniano kadry, obsadzając stanowiska ludźmi, którzy nie mieli pojęcia o biznesie opiłkowym i których, szczerze mówiąc, niewiele to obchodziło. Dalej pobierali wynagrodzenie, jeździli służbowymi samochodami i pracowali nie wysilając się zbytnio. I tak aż do następnych wyborów, po których znów następowała wymiana kadr.
W halach produkcyjnych zachodnioniemieckie maszyny do piłowania, kupione za czasów Gierka, już dawno się zepsuły, więc sztabki żelaza znów piłowano ręcznie, tak jak to miało miejsce w latach 50-tych.
Na każdego pracownika piłującego żelazo przypadały dwie osoby, które obliczały płacony przez niego podatek VAT. Kolejne trzy osoby obliczały składki ZUS-owskie, zdrowotne i socjalne, wypełniały formularze BHP i notowały wypadki przy pracy (17 przypadków połamanych paznokci w październiku 2010 r.).
Z funduszu socjalnego, którego czasy świetności dawno już minęły, wciąż opłacane były suto zakrapiane wyjazdy integracyjne oraz liczne szkolenia dla pracowników. Prezes zarządu, dyrektorzy i menedżerowie – wszyscy jak dawniej mieli do dyspozycji samochody służbowe z kierowcą.
Tysiące przedsiębiorstw państwowych w branżach takich jak budownictwo, komunikacja czy usługi finansowe już dawno zostały sprywatyzowane. Ich właścicielem jest dziś w przeważającej części kapitał zagraniczny. Przedsiębiorstwa te, zarządzane obecnie według najlepszych światowych wzorców i w pełni doinwestowane, pod względem wydajności mogą doskonale konkurować z najlepszymi firmami na świecie.
A w Nienacku nadal wszystko idzie po staremu. W wielkich magazynach tony opiłków rdzewieją, nie mogąc znaleźć nabywców gotowych zapłacić za nie jakąkolwiek cenę. Departamenty zaopatrzeniowe szkół zachodnich już dawno temu znalazły źródło jeszcze tańszych opiłków o wyższej jakości – sprowadzają je teraz z Chin.
Przedsiębiorstwo Materiałów Naukowych im. M. Sędziwoja S.A. zatrudnia obecnie około 1850 osób. Liczba mieszkańców Nienacka spadła do 10 000, a bezrobocie w powiecie wzrosło do 26%. W tej sytuacji zamknięcie fabryki byłoby katastrofą dla miasta i jego restauratorów, fryzjerów i kapeluszników.
Tak więc polscy podatnicy nadal wydają miliony złotych miesięcznie aby utrzymać fabrykę, mimo że nikt już nie potrzebuje jej produktów. Władze lokalne i politycy w Warszawie nie powinni udawać, że nic się nie dzieje. Jak długo jeszcze polscy podatnicy będą musieli utrzymywać takie zakłady?

Autor chciałby serdecznie podziękować Annie Świerk za pomoc w tłumaczeniu tego wpisu, który oryginalnie ukazał się na blogu autora (http://jeziorki.blogspot.com/2010/05/iron-filings-factory-economic-parable.html) w wersji anglojęzycznej.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

My ludzie z hipermarketu Auchan

Miniony weekend spędziłem w Warszawie, podejmowany przez mojego serdecznego kolegę Michała Dembińskiego. Michał Dembiński, jak niektórzy z nas z całą pewnością wiedzą, jest cudownym człowiekiem, uroczym kompanem, szczerym Polakiem, wspaniałym patriotą i serdecznym antykomunistą. Michał Dembiński urodził się w Londynie, w Londynie się wykształcił, w Londynie miał dom i wspaniałą pracę, i któregoś dnia pieprznął tym wszystkim i ze swoją rodziną przeprowadził się do Polski, bo czuł się Polakiem, Polskę zawsze kochał, i zawsze życzył jej jak najlepiej. Dziś Michał Dembiński głosuje, i tak długo jak sytuacja będzie tego wymagała, będzie głosował na Hannę Gronkiewicz Waltz na poziomie Warszawy, Bronisława Komorowskiego na poziomie kraju, oraz Davida Camerona na poziomie Wielkiej Brytanii, której razem z Polską wciąż jest obywatelem. Przy okazji Michał Dembiński ślubuje sobie uroczyście, że zrobi wszystko, by na polskie losy nigdy najmniejszego wpływu miał Jarosław Kaczyński i jego towarzystwo. Prawdopodobnie też z tego względu Michał Dembiński nie bardzo lubi rozmawiać na temat Smoleńska i tego wszystkiego co się tam stało.
Pamiętam, jak kiedyś Michał Dembiński, w ferworze którejś z debat na tym blogu, napisał, że na Ursynowie, w obrębie którego ma on piękny dom, „pies z kulawą nogą nigdy nie zagłosuje na PiS”. Z myślą, która stała za tą informacją polemizowaliśmy tu, jak sądzę dość skutecznie, a w pewnym momencie, o ile dobrze pamiętam, z odsieczą przybył nam nawet StudentSGH – człowiek zdecydowanie nie z naszego gangu. Mówię „z myślą”, bo oczywiście co do faktów, nie mieliśmy najmniejszych podstaw, żeby dyskutować. Co najwyżej mogliśmy pogardliwie wydąć usta, wzruszyć ramionami i – gdybyśmy chcieli być złośliwi – odpowiedzieć, że owszem, świetnie zdajemy sobie sprawę, że na Ursynowie nie mamy najmniejszych szans. Podobnie jak w Magnitogorsku. Lub pokiwać w zamyśleniu głową – gdybyśmy uznali, że tu nie ma co żartować.
Przypomniał mi się ów michałowy komentarz sprzed wielu miesięcy w minioną sobotę, kiedy zaszliśmy wspólnie do lokalnego supermarketu o nazwie Auchan, by na okazję naszego długowyczekiwanego spotkania kupić parę flaszek i coś do nich. Byłem tam już parokrotnie wcześniej, ale muszę przyznać, że nigdy nie miałem ani powodu, ani odpowiedniej inspiracji, żeby się wokół siebie rozglądać baczniej niż poza przestrzeń zajmowaną przez półki z towarem. Pamiętam tylko, że za każdym razem miałem wrażenie, że – choć sam sklep jest tej samej wielkości co każdy inny tego typu – jest tam znacznie więcej ludzi niż gdzie indziej, że mijane wózki są znacznie bardzie przepełnione, a przy kasach stoi znacznie więcej ludzi. I oto teraz, być może przez tę ogólną atmosferę jaka panuje w Polsce, a może z jakiegoś innego, nieuświadomionego przeze mnie powodu, zacząłem bardzo intensywnie przyglądać się naszym współzakupowiczom, i to na dodatek pod tym jednym tylko kątem – jako ludziom, wśród których gdyby nagle się pojawił kulawy pies, to on też by nie zagłosował na PiS. Gdyby pojawił się tam ten z jedną nogą kulawą pies, gdyby miał do wyboru Hannę Gronkiewicz Waltz i Czesława Bieleckiego, podobnie jak jego pan i sąsiedzi i znajomi pana, wybrałby Hannę Gronkiewicz Waltz.
Przyglądałem się tym ludziom tak intensywnie, że w pewnym momencie nawet wystraszyłem się, że ktoś to zauważy i mi coś powie. Ale kiedy już zacząłem, nie mogłem się powstrzymać. Patrzyłem na nich, a po głowie tańczyła mi ta jedna myśl. Że Michał miał bezwzględną rację. Nikt z nich nigdy nie zagłosuje na PiS. Mowy nie ma! I teraz, skoro już to sobie wyjaśniliśmy, muszę trochę opowiedzieć o tych ludziach. Ludziach, których kompletnie nie znam, ale których widziałem i którzy zrobili na mnie takie wrażenie. Otóż – nie wiem, może to jest kwestia w ogóle Warszawy, o której Michał mówi, że ona jest znacznie bliżej Londynu, niż Radomia – mam wrażenie, że ludzie, którzy mijali mnie w minioną sobotę w ursynowskim Auchanie, byli ludźmi bardzo, ale to bardzo zadowolonymi. Zadowolonymi przede wszystkim, że jest sobota i po pracowitym tygodniu oni wszyscy mogą się spotkać tu na zakupach, że wokół mają w bród wspaniałego, kolorowego towaru, że ten towar jest tani i w bardzo przystępnej odległości od ich dłoni, że te wózki są wystarczająco pojemne, żeby się w nich wszystko co oni sobie wypatrzą zmieściło. Ale też zadowoleni, że przez ten pracowity tydzień udało im się uczciwie zarobić na te zakupy, że w ogóle dobrze im się wiedzie, na tyle, że mają i ładne fryzury, ładne buty i w ogóle są bardzo dobrze ubrani. To być może przede wszystkim – że oni naprawdę dobrze wyglądają. A na nich, na zewnątrz czekają ich samochody, które są niemal tak ładne jak oni sami, a których bagażniki są wystarczająco pojemne, żeby zmieścić wszystko, co oni za chwilę wyjmą z auchanowskich wózków. I pojadą za chwilę do swoich domów, gdzie będzie na nich czekał kolejny bardzo sympatyczny weekend, który postarają się wykorzystać – tak jak co tydzień – jak najlepiej. I ostatnią rzeczą jakiej będą potrzebować w tym wszystkim, to Jarosław Kaczyński i jego obsesje.
Czy ja może sugeruję, że ludzie, których widziałem w minioną sobotę w warszawskim Auchanie, mają jakiś szczególny defekt? Że może oni są od nas gorsi. A może że oni w ogóle są jacyś inni? Nie bardzo. Owszem – oni są trochę inni, ale wcale nie na tyle, żebyśmy mieli ich jakoś szczególnie potępiać. Mogę nawet przyjąć taką ewentualność, że w swoim podstawowym wymiarze, oni są dokładnie tacy sami jak i my, a więc przede wszystkim nastawieni na to, żeby tego co już mamy nie stracić, żeby nikt im nie próbował mieszać w naszym życiu. Mój kolega Michał Dembiński opowiedział mi, że jest jeden rysunek Mleczki, który jemu bardzo, ale to bardzo się podoba. Oto stoi sobie młody król Kazimierz Wielki, a jakiś jego doradca mówi mu tak „Pamiętaj Kaziu. Zastałeś Polskę drewnianą. I lepiej nic nie kombinuj”. A więc, zupełnie paradoksalnie – wbrew intencjom Mleczki i podejrzeniom Michała – moglibyśmy uznać, że ludzie z Auchana na Warszawskim Ursynowie są jak ten doradca młodego Kazia Wielkiego. Oni bardzo proszą, by nie kombinować.
A więc w pewnym sensie są tacy jak my. Skromni, zwykli ludzie. Ludzie uczciwie pracujący, starający się dobrze wychować swoje dzieci, a niewykluczone, że wielu z nich już w niedzielne przedpołudnie z tymi dziećmi udający się na mszę do pobliskiego kościoła, gdzie, niekiedy wręcz siedząc obok nas, będą śpiewać pobożne pieśni i modlić się za pomyślność Ojczyzny. Tacy sami jak my, tyle że może trochę bardziej zamożni, a przez to bardziej przywiązani do swoich marzeń. A w tym przywiązaniu, naprawdę bardzo liczący na to, że będzie już tylko lepiej. Oczywiście, nie od razu, może też nie aż w takim stopniu, jak by to sobie wyobrażali, może nawet nie dzięki najlepszym, najmężniejszym i najzdolniejszym ludziom, może nawet dzięki ludziom nie do końca mądrym, kompetentnym i uczciwym. No ale mamy, co mamy. Mogło być lepiej, ale też spójrzmy na to co za nami. Popatrzmy wreszcie choćby na ten sklep. Czyż on, ze swoim jakże funkcjonalnym przepychem nie świadczy o tym, że jesteśmy na dobrej drodze? No i jeszcze jedno. Oni lubią Polskę i bardzo nie chcą, by na tej Polsce cokolwiek kładło się cieniem. Więc po co im taki PiS?
I to mnie prowadzi do wyjaśnienia, czemu w ogóle postanowiłem, przy tak neutralnym w gruncie rzeczy temacie, jego bohaterem uczynić mojego kolegę Michała Dembińskiego. Otóż przede wszystkim chodzi o to, że ja mam wrażenie, że on jest bardzo dumny z Polski, uważa że Polska to piękny kraj, który daje duże nadzieje na dobre i pełne dobrej satysfakcji życie. On patrzy na Polskę i widzi kraj, który niekiedy jeszcze wygląda jak Anglia lat 60-tych, czy Stany Zjednoczone lat 30-tych, ale wszystko idzie powoli do przodu. Z oporami, ale idzie. I dobrze jest być Polakiem, dobrze mieszkać w Polsce, dobrze jest tu umierać. I naprawdę nie ma żadnego powodu, żeby go co do tego pozbawiać złudzeń, mówiąc, że wcale nie jest tak słodko. Żeby go pozbawiać co do tego złudzeń, mówiąc że to jest kraj, który nam skradziono i to w najbardziej parszywy i podły sposób. I że to zrobili ludzie gorsi od najgorszych moskali. Tyle że on wiedząc to wszystko, nie rozumie, że Polskę można kochać nie za to czym ona jest, ale wbrew temu, czym ona jest. I chyba też nie wie, że nawet kiedy któregoś dnia te wszystkie Auchany się zawalą, a ludzie próbując spod nich uciec swoimi samochodami do swoich pięknych domów, do nich nie dojadą, bo utkną na nowowybudowanych, a już kompletnie rozwalonych drogach, a jeśli już im się uda dojechać, to zobaczą, że ich domy, skutkiem ostatnich opadów, są zalane przez lokalne podtopienia, to tę Polskę wciąż kochać warto i warto tu zyć i umierać. I że kiedy wtedy nagle Polska się przebudzi, a na je czele stanie przywódca na miarę Jarosława Kaczyńskiego, to ta Polska nadal będzie piękna. Więcej – będzie piękniejsza. I myślę, że tego on nie rozumie. I myślę też sobie, że – choć on akurat, przez swoją historię, stanowi przykład dość szczególny – właśnie przez tę szczególność świetnie symbolizuje tę zagadkę, która nas tak od długiego już czasu zadręcza.
To więc jest pierwszy powód. Drugi to taki, że Michał Dembiński napisał autentycznie znakomity tekst, który swego czasu zamieścił na swoim blogu, i właśnie zgodził się, bym go umieścił tutaj. A ja – nie chcąc go już w jakikolwiek sposób uzupełniać swoim komentarzem – pomyślałem, że napiszę do niego swoisty wstęp, właśnie w postaci tego wpisu. Jak mówię tekst Michała to tekst moim zdaniem wybitny, ale ma w sobie przy okazji to coś, co z całą pewnością wymaga uzupełnienia polemicznego. I bardzo bym chciał, żebyśmy tu ten tekst przeczytali, i go podziwiając, jednocześnie mu dołożyli – tak brutalnie jak tylko potrafimy. To jednak dopiero jutro.

Post Scriptum – Dla wszystkich tych, którzy swego czasu przejęli się moimi wynikami badań dotyczących Gazety Wyborczej, przedstawiam najnowszą aktualizację. Okazuje się, że papier na którym drukowany jest ten dziennik ostatnio bardzo obniżył poziom. O ile jeszcze rok temu, przy pomocy jednego wydania można było skutecznie umyć po dwa duże okna w dwóch pokojach, dziś ta sama ilość materiału z trudem wystarcza na jeden pokój i zaledwie początek drugiego. Chyba trzeba będzie się przerzucić na Rzepę, zwłaszcza że ceny są już podobno zbliżone.

Psikus w kolorze krwi

Jak może uważni czytelnicy tych, ukazujących się to tu to tam, refleksji zauważyli, ile razy wspominam o katastrofie smoleńskiej, używam określenia „zbrodnia”, lub wręcz „morderstwo”. Robię to w sposób świadomy i metodyczny. Jeśli przy jakiejkolwiek okazji zastępuję którekolwiek z tych określeń słowem „nieszczęście”, lub „katastrofa”, lub jakimś innym, adekwatnym do sytuacji, robię to wyłącznie ze względów literackich. To co się stało w Smoleńsku 10 kwietnia minionego roku, z mojego punktu widzenia pozostaje przede wszystkim zabójstwem i zbrodnią. Niezmiennie, od niedługo już roku.
Używając tego a nie innego języka, zdaję sobie też świetnie sprawę, że u części z czytelników zarówno mojego bloga, jak i tekstów publikowanych tutaj, takie zachowanie będzie budziło conajmniej zniecierpliwienie. Wydaje mi się bowiem, że doskonale orientuję się w świadomości – a co może ważniejsze, w stanie sumień – osób, które niemal od pierwszego dnia po tamtej katastrofie nie marzą już o niczym innym, jak tylko o tym, by wreszcie zmienić temat i dać im święty sposób. Mimo to, jak widać, nie przestaję powtarzać niemal jak zaklęcia tych dwóch słów – „morderstwo” i „zbrodnia”, i proszę mi uwierzyć, że mam ku temu swoje bardzo mocne powody. I nie widzę takiej możliwości, żebym przestał to robić, o ile albo te powody nie ustąpią, albo ktoś mi wreszcie nie każe się zamknąć.
Jakie zatem są to powody, dla których, zdaniem z całą pewnością wielu, staję się powoli wręcz nudny? Pierwszy jest, przyznaję, dość perfidny. Otóż mam bardzo głęboką wiarę w to, że w końcu pojawi się ta jedna osoba – choćby jedna – która wreszcie nie wytrzyma i krzyknie: „No i dobrze! Niech wam będzie. Zabiliśmy skurwysyna.” Czemu mi tak na tym zależy? Przyczyna jest prosta. Ja wiem, że oni Prezydenta zabili, i bardzo chcę, żeby to wreszcie przyznali. A zatem, jak widzimy, nie chodzi o nic innego, jak o zwykłe, niemal starożytne już pragnienie, by zanim się przejdzie do dalszej części… no, czegokolwiek, zadbać o czystość spraw niezałatwionych i pozamykać wszystkie drzwi. To jest sytuacja trochę taka, jaką znamy z Ojca Chrzestnego, kiedy to Michael Corleone, zanim wyprawi swojego nieszczęsnego szwagra w jego ostatnią podróż, musi usłyszeć to jedno zdanie: „Tak, zrobiłem to”.
Drugi powód jest już bardziej poważny. Chodzi mianowicie o to, że ja wiem, że Prezydent, a z nim wszyscy inni, zginęli nie wbrew woli złych ludzi, ale właśnie, jak najbardziej, zgodnie z ich – nawet jeśli nie wolą – to bardzo intensywnie i wielokrotnie wyrażanym życzeniem. Ja wiem, że nawet jeśli to był wypadek, to wypadek wręcz wymodlony. A więc wiem, że to do czego doszło tamtej kwietniowej soboty, to był straszny, niewybaczalny występek dokonany przez ludzi złych, podłych i głupich. A więc zbrodnia. A skoro to wiem, to nie widzę najmniejszego powodu, żeby dla głupiej elegancji, zaciskać zęby tam gdzie ich zaciskanie jest nikomu po nic. Nawet im.
A więc wiem, że Prezydent, Jego Małżonka, ale też Sebastian Karpiniuk i Przemysław Gosiewski zostali zamordowani mniej lub bardziej celowo. W jaki sposób? Tego niestety wciąż nie umiem powiedzieć ani ja, ani wielu z nas. No bo skąd? No bo jak? Oczywiście są tacy, którzy wykorzystują całą swoją wiedzę i zaangażowanie, żeby znaleźć odpowiednio sensowne wyjaśnienie tej zagadki, ale wszystko co mogę tu zrobić, to przyjmować te propozycje z większym lub mniejszym zaufaniem. Znam bardzo dużo relacji, robiących na mnie wrażenie bardzo eksperckich, z których wynika, że żadna z oficjalnie przedstawianych nam wersji nie ma najmniejszego sensu. I mówię tu o analizach na wszelkich możliwych poziomach obejmujących zarówno to co się wydarzyło tamtego wiosennego poranka, jak i wszystko to, co się działo wcześniej, w miesiącach poprzedzających. A więc wiem, że tak wielki samolot jak Tupolew każdą brzozę, o którą by niefortunnie zawadził, zamiast tracić skrzydło, ściąłby jak zapałkę. Wiem że gdyby jakiś cudem to ta brzoza urwałaby mu skrzydło, to uderzając w ziemię, ludzie znajdujący się w środku nie zostaliby tak strasznie zmasakrowani. Wiem też, że żołnierze pilotujący samolot nie byli głupcami, którzy z niezrozumiałego kompletnie powodu uznali nagle, że wylądują tam gdzie trzeba, nie mając kompletnie pojęcia, gdzie się znajdują i dokąd lecą, o ile ktoś im w tym ich szaleństwie skutecznie nie pomógł. Poza tym wreszcie, ci, którzy za tym nieszczęściem stoją, nie milczą. Gadają dzień w dzień, i z tego ich gadania każdy kto ma otwarte uszy i rozum może usłyszeć też bardzo dużo. Naprawdę dużo.
Ale wiem też coś jeszcze. Na długo jeszcze zanim doszło do tego ostatecznego nieszczęścia, bardzo wiele osób – i to zarówno tych, którzy mają na wiele rzeczy wpływ, jak i tych, którzy ów wpływ bardzo mieć chcieli, ale musieli się zadowolić tym, że będą w tym wszystkim pełnić wyłącznie rolę kibiców – bardzo marzyło o tym, żeby dożyć dnia, gdy będzie leciał ten samolot, a później nagle zacznie spadać. Wiem też, że było zawsze bardzo wiele osób – i jest ich mnóstwo jak najbardziej i dziś, tyle że już z innym rodzajem uwagi – którzy, nawet jeśli nie posunęli się w swoich marzeniach aż tak daleko, żeby ujrzeć tę krew, to z wielką satysfakcją witali każdą możliwą porażkę w codziennym kalendarzu tego, kogo całym sercem nienawidzili. I tak się składa, że jeśli nawet to tylko ich pragnieniom i wysiłkom możemy zawdzięczać to, że samolot z Prezydentem spadł w to smoleńskie błoto, pozostawiając po sobie kupę złomu i przemielone ciała, to też nie mam najmniejszego powodu, żeby machnąć na to wszystko ręka i zacząć o tym nieszczęściu mówić „wypadek”.
Jak mówię, nie mam bladego pojęcia, jak doszło do katastrofy rządowego Tupolewa. Nie wiem, czy ktoś rozpylił tam tę mgłę, czy ktoś przeniósł złośliwie radiolatarnie, żeby zmylić pilotom drogę, czy rosyjscy kontrolerzy kazali naszym pilotom lądować, podczas gdy lądować nie wolno było pod żadnym pozorem, czy – jak twierdzą niektórzy – doszło do jakiegoś supernowoczesnego wybuchu, który ten samolot rozpruł w drobny mak. Wiem natomiast z całą pewnością, że nie mogło wydarzyć się tak, że ktoś kapitanowi Protasiukowi powiedział „Ląduj”, on zapytał „Gdzie?”, ten ktoś mu powiedział „Gdzie bądź”, a on na to wypowiedział te słynne słowa: „To ja wszystkim pokażę, jak lądują debeściaki”, rąbnął w to drzewo i rozpadł się na setki krwawych strzępów.
Ale wiem jeszcze coś. I żeby pokazać dokładnie, co wiem, spróbuję opowiedzieć pewną historię. Historię całkowicie zmyśloną, ale mam nadzieje, że się wszystkim spodoba. Otóż wyobraźmy sobie, że ja kogoś bardzo nie lubię. Co ciekawsze, mam wszelkie powody, żeby tego kogoś nie lubić. Jak to pięknie wyraził w niedawnej wypowiedzi dla Rzeczpospolitej Paweł Śpiewak, moja nienawiść do tego kogoś byłaby w pełni „uzasadniona”. Najchętniej w tej sytuacji bym mu oczywiście wlał, albo sprawił, żeby on się wyniósł z mojej okolicy, lub tak go nastraszył, żeby stał mi się posłuszny i przestał mnie nieustannie irytować. Jednak z jakiegoś powodu, ani jedno, ani drugie, ani też trzecie, nie leży w moich możliwościach. A zatem, jedyne co mi pozostaje, to – jak już powiedzieliśmy – w uzasadniony sposób go nienawidzić, i mu nieustannie dokuczać. Dokuczać tak, żeby on te moje dokuczliwości odczuł, i żeby przy każdej kolejnej okazji, odczuwając je, budził powszechny w okolicy śmiech.
I oto wyobraźmy sobie, że ten mój znajomy, któregoś dnia planuje urządzić u siebie w domu uroczystość z udziałem zaproszonych przyjaciół, do tej uroczystości się przygotowuje, bardzo jej wyczekuje i bardzo się na nią cieszy. A ja wtedy wymyślam sobie, że to będzie bardzo dobry psikus, jeśli ja mu na przykład wsadzę szpilkę w zamek do drzwi i kiedy on będzie wracał do domu z zakupów, nie będzie mógł wejść do domu, będzie stał pod domem jak głupi, z tymi wszystkimi flaszkami i co tam jeszcze sobie na tę uroczystość przygotował, po pewnym czasie zaczną schodzić się goście i będą tak wszyscy stali pod tymi drzwiami, wystrojeni do zabawy, której nie będzie, a on będzie się jak kretyn szarpał z tymi drzwiami, wściekał, i będzie taki w tej swojej bezradności żałosny i śmieszny. A ja będę stał w oknie i pokładał się ze śmiechu.
I wtedy, nagle, zupełnie niespodziewanie, kiedy on i jego kumple tak się będą bezradnie kręcić pod tą jego głupią furtką, obok będzie przejeżdżać jakaś ciężarówka, prowadzona niefortunnie przez pijanego kierowcę, wpadnie na tę całą grupę niedoszłych imprezowiczów i wszyscy w jednym momencie zginą…
Przepraszam teraz wszystkich bardzo, ale czy ja kogoś zabiłem? Czy ja może jestem winien zbrodni? Czy my w ogóle możemy mówić o zabójstwie? Czy to ja może się napiłem i wjechałem w kręcących się po jezdni ludzi?
Ja, jak mówię, nie mam pojęcia co się tam, w tamtej smoleńskiej mgle, wówczas stało. A ponieważ nie wiem, to dopuszczam wszystkie możliwości. Nawet i tę, że tak naprawdę nikt nie chciał, by się przydarzyło cokolwiek złego, a co dopiero aż tak paskudnego. Że chodziło wyłącznie o psikusa. I to nawet nie tak bardzo podłego, jak ten opisany w mojej historii, ale zwykłego, wesołego psikusa, urządzonego w dodatku w celu czysto politycznym i w bardzo dobrych intencjach – żeby skompromitować człowieka, który sobie na tę kompromitację jak najbardziej zasłużył i na nią skutecznie zapracował. Dla dobra Polski i Polaków. Biorę zupełnie szczerze pod uwagę taką możliwość, że to nieznośne i nieustanne wysuwanie się Lecha Kaczyńskiego przed szereg, to jego przekonanie o swojej ważności, to ciągłe gadanie: „Jestem prezydentem, jestem prezydentem, jestem prezydentem”, stawały się już dla niektórych tak bardzo nie do wytrzymania, że ludzie, którzy naprawdę nie mieli wielkiego pola manewru, w swojej łagodności i wesołym usposobieniu jedyne co mogli zrobić, to temu bucowi pokazać, jaki jest śmieszny i żałosny w tym swoim nadęciu. I wymyślili sobie, jak to będzie fajnie i wesoło, kiedy on z tymi wszystkimi ludźmi przyleci nad ten Smoleńsk, gdzie nikt poważny go ani nie czeka, ani nie potrzebuje, zobaczy tę mgłę i będzie musiał wracać do domu jak niepyszny. I wszyscy będziemy się śmiać i za nim wołać, że taka wyprawa, jaki prezydent, a taki prezydent, jakie to całe jego towarzystwo. Tchórz i ofiara losu i głupi kartofel. I będzie dobrze.
I nagle, kiedy wszystko się tak elegancko rozwijało, ktoś coś spieprzył… i stało się, jak się stało.
I co? Czy ja mam znów słuchać tych ciągłych pretensji, że mam przestać gadać o zbrodni, o morderstwie, o złych ludziach? Mogę słuchać. Zwłaszcza że wiem świetnie, co za nimi stoi. Z jednej strony mianowicie zwykły strach i poczucie kompletnego osaczenia, a z drugiej bardzo nieczyste sumienia. I ten straszny, niewymowny wysiłek, żeby przestać słyszeć te głosy. Żeby już one się wreszcie uciszyły. Żeby przestały szeptać i budzić ludzi po nocach. Mogę słuchać. Jednak jeśli ktoś się spodziewa, że przestanę się pieklić, to może na mnie już nie liczyć.


Powyższy tekst napisany został jeszcze tydzień temu, a zamieściła go Warszawska Gazeta w miniony piątek. Wszystko jednak, jak możemy wyraźnie stwierdzić pozostaje aktualne. Może nawet bardziej niż wtedy.

piątek, 14 stycznia 2011

Smutna refleksja o ludziach z pociągu

Mijające dni znów nam niestety każą – wśród oczywiście wielu innych spraw – zastanawiać się nad tą jedną rzeczą, o której nie mamy najmniejszego pojęcia, a mianowicie nad stanem społecznej świadomości nas Polaków. I, niestety, wygląda na to, że czym dłużej się zmagamy z tą konkretną materią, tym bardziej i niezmiennie dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę, jedyne co na ten temat możemy powiedzieć, to to, że sami jesteśmy tacy jacy jesteśmy, ale że do końca nawet tego przyczyn nie rozumiemy.
Weźmy mnie. Kiedyś miałem chyba tu okazję wspomnieć, ze ja nie mam najmniejszego pojęcia, jak to się stało, że moje polityczne poglądy są takie a nie inne. I jak to się stało, że jestem do nich aż tak bardzo przywiązany. Jak to się stało, że jestem im tak wierny, i to wierny z taką intensywnością, że gotów jestem dla nich poświęcić aż tak wiele. Przyczyny tego stanu rzeczy ani nie są historyczne – a więc nie wiążą się z jakimś konkretnym, innym niż u innych ludzi mojego pokolenia, doświadczeniem. Nie są też rodzinne, a więc nie ma mowy o tym, że moi rodzice, czy dziadkowie w jakiś szczególny sposób mnie wychowywali. Nie czytało się u mnie w domu Trylogii, nie śpiewało pieśni patriotycznych, nie wieszało na ścianie portretów Marszałka. A jeśli idzie o moich rodziców, to oni też w najmniejszym stopniu nie angażowali się ani faktycznie, ani emocjonalnie w politykę. Więcej. Oni nawet nie byli ludźmi szczególnie pobożnymi. Ja zresztą też nie. Nigdy. Ale też za tym kim jestem, jeśli idzie na przykład o przeżywanie smoleńskiej masakry, nie stoi moje osobiste zaangażowanie polityczne. Rozumiem, że gdybym od lat 80. był aktywnym członkiem ruchu Solidarności, gdybym był działaczem którejkolwiek z polskich, niepodległościowych organizacji, jakiegoś – cholera – KPN-u, mogłoby się zdarzyć, że to ukształtowało jakoś moją przyszłość. Tymczasem nic z tego. Ani nie działałem, ani nawet nie goniłem się z milicją po ulicach mojego miasta.
A mimo to, kiedy – będąc na tyle niesolidnym i leniwym studentem, by się nie czuć ani przez moment bezpiecznie – zostałem wezwany na esbecką rozmowę i zachęcony do, wedle wszelkich pozorów, najbardziej miękkiej i delikatnej współpracy, z czystym, niczym nie skażonym strachem i pewnością, że to już koniec, powiedziałem temu szaremu człowiekowi, żeby się ode mnie odpieprzył. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta kwestia była zawsze całkowicie oczywista.
Przy okazji tego co się aktualnie wokół nas dzieje, tak bardzo się pochylamy nad sobą, jako społeczeństwem i narodem, i zadajemy sobie wciąż te same pytanie. Dlaczego? Jak to się stało, że części z nas udało się tak pięknie zachować w sobie tę Polskę i tę Walkę, a z kolei tylu z nas pozwoliło sobie na to, by się tak łatwo znaleźć po tamtej stronie? I tego, wbrew temu, co się nam od czasu do czasu może wydawać, też nie rozumiemy. Wczoraj oglądałem przez chwilę program Sekielskiego o tym, że – jak się domyślam, wbrew temu, co przydarzyło się w zwykłym gapstwie zasugerować Jarosławowi Kaczyńskiemu – białe nie jest czarne, a czarne nie jest białe. W pierwszej części audycji, Sekielski, w sposób maksymalnie jasny i jednoznaczny, pokazał i przeprowadził odpowiedni dowód na to, że rząd Donalda Tuska nie ma podstawowego prawa do rządzenia Polską, a jeśli idzie o ostatnie wydarzenia, ponosi oczywistą odpowiedzialność. Na zakończenie natomiast, pokazał demonstrację pod Kancelarią Premiera zorganizowaną przez ludzi, którzy w pełni podzielają wyrażone wcześniej tezy, tyle że w sposób bardziej aktywny.
Sposób, w jaki Sekielski pokazał tych ludzi, był dla TVN-u i w ogóle całego tego strasznego projektu, bardzo charakterystyczny. A więc zobaczyliśmy dziki tłum, złożony głównie z jakichś wariatów, z którymi nikt z nas nie chciałby mieć nic do czynienia. I ja oczywiście wiem, że to jest manipulacja. Ja wiem doskonale, jakie myśli za tą manipulacją stoją. Ja wiem też, że to co oni wczoraj pokazali, to perfidne kłamstwo. My tacy nie jesteśmy. My jesteśmy tacy, jak ludzie, których w pamiętnym filmie pokazał Jan Pospieszalski. Z drugiej jednak strony, ja naprawdę nie wiem, kim my w takim razie jesteśmy i jacy jesteśmy, skoro właśnie nie tacy, jak nas pokazał Sekielski. Ja, będąc zaangażowany na tyle na ile mi się zdarzyło w dzisiejszą Polskę, siłą rzeczy znam wiele osób, które stoją po stronie, po której i ja jestem. A więc znam też znaczną liczbę właśnie takich ludzi, jakich widziałem wczoraj w kłamliwym reportażu Sekielskiego. Ale wiem też, że nawet jeśli oni nie są tacy, jak to nam wmawia Sekielski, to oni w żaden sposób nie są tacy, jak ja, czy w ogóle my tutaj. Powiem więcej. Niektórzy ludzie, których znam, a którzy podobnie jak ja kochają Polskę i o nią się troszczą, są mi nie mniej obcy, niż niektórzy z tych, którzy o Polskę się nie troszczą i jej nie rozumieją. I jeśli ja się zastanawiam, dlaczego oni wszyscy są tacy, a nie inni, to i w jednym i w drugim wypadku czuję, że stoję przed zagadką, której rozwiązać nie potrafię.
Obserwujemy te smutne wydarzenia, które nam System zrzucił na głowę i nieustannie dręczy nas myśl, co się z nami stało. Czytamy wyniki badań sondażowych, z których wynika, ze wprawdzie większość z nas uważa, że raport moskiewski w sprawie smoleńskiej katastrofy jest nierzetelny, jednak z drugiej strony niemal połowa społeczeństwa twierdzi, że jest rzetelny jak najbardziej. Ja oczywiście rozumiem, że i to, podobnie jak niemal wszystko, co nam się wmawia, to prawdopodobnie wierutne kłamstwo. Ale też mam w pamięci wynik wyborów prezydenckich, a on jest też dla nas nie najkorzystniejszy. Biorę naturalnie pod uwagę, że wyniki wyborów zostały sfałszowane – sam zresztą tu o tym pisałem – no ale znam tez wielu ludzi, ludzi mądrych, dobrych, często wręcz wspaniałych, którzy tak nie uważają, i to nie tylko dlatego, że sami postanowili wziąć sobie za prezydenta tego strasznego myśliwego z jego straszną żoną. A to już daje do myślenia. No i myślimy – jacy tak naprawdę jesteśmy?
W komentarzach na naszym blogu temat ten w sposób zupełnie naturalny wraca raz za razem. I jeśli się przyjrzeć dokładnie, to jeśli ktoś daje odpowiedzi konkretne, to tylko jedną – że jesteśmy zwyczajnie beznadziejni. Że jako naród przegraliśmy tę bitwę. Że jesteśmy nic nie warci i właściwie na to co mamy, sobie w pełni zasłużyliśmy. Poza tym, nie przypominam sobie innych diagnoz, a już z całą pewnością nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek z nas poważył się na opinię, że Polacy to wielki i wspaniały naród. Nie dziś. Dziś już nie. Dziś jesteśmy wyłącznie źli, głupi, bezmyślni i obojętni. I dobrze nam tak. I kto jeszcze ma w sobie resztki instynktu niech stąd wieje. Najlepiej do Portugalii.
A ja nie chcę stąd wyjeżdżać. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że już jestem za stary na tak poważne ruchy, ale przede wszystkim dlatego, że kocham Polskę i Polaków miłością wręcz histeryczną. I nawet jeśli mogę się zgodzić, że moja miłość jest głupia i całkowicie nieodwzajemniona, nic na to nie poradzę. A więc kocham Polskę i Polaków, a mimo to, mam do niej i do nas nieustanne pretensje. I bardzo chcę wiedzieć, czemu my sobie wyrządzamy taką krzywdę. Czy dlatego, ze jesteśmy źli, głupi, i bezmyślni, czy może dlatego, że okazaliśmy się tak słabi, że w pewnym momencie zrobiło nam się wszystko jedno?
I nie znam odpowiedzi na to pytanie. Natomiast znam ludzi, i to ludzi z każdej strony, a więc zarówno tych tak zwanych „wspaniałych i niezłomnych Polaków”, jak i , też tak zwanych, „zdrajców, katów i tchórzy”. Tyle że, przepraszam bardzo, ale oni nieustannie mi się mylą. Wciąż mi się, cholera, mylą. Każdy kto czyta ten blog od dłuższego już czasu, pamięta być może, jak wyglądały jego losy w okresie Salonu24. Pamięta więc też, jak wiele osób, którzy zaczynali tu, jako nasi przyjaciele, skończyli jako nasi wrogowie. I to wcale nie dlatego, że nagle zapalali nową sympatię do projektu o nazwie Platforma Obywatelska. Każdy kto czyta ten blog od dłuższego czasu, pamięta tez pewnie, w jakiej atmosferze te rozstania nastąpiły. Ja natomiast mogę tyle tylko powiedziec, że jeśli już mam wybierać, to wybieram dzisiejsze czasy, ze StudentemSGH i Michałem Dembińskim, niż tamte – z jakimś Sowińcem. I, przepraszam bardzo, ale, jeśli ktoś mnie pyta, jacy jesteśmy, i czy warto tu zyć, to ja oczywiście wiem, co odpowiedzieć – jesteśmy różni. Ale jak już idzie o przyczyny, mam dylemat.
Znam wielu ludzi. Niektórych osobiście, innych z przypadkowych spotkań i z opowiadań innych. Wspominałem o tym już też (wygląda na to, że o wszystkim już kiedyś wspominałem; aż głupio myśleć, że doszło do tego, że muszę się wciąż powtarzać) jak pewna moja znajoma – kobieta wykształcona, elegancka i z całą pewnością bez jakichkolwiek kompleksów – powiedziała mi, że ona nienawidzi Kaczyńskiego, bo to Żyd. Natomiast uwielbia Tuska, bo to miły i elegancki człowiek, i Kutza, bo go zna osobiście. Wspominałem też już z pewnością (wszystko już było), jak moje dzieci wracały pociągiem z wakacji, i w przedziale miały okazję siedzieć z dwiema miłymi starszymi paniami, z których jedna w pewnym momencie powiedziała, że „podobno za tę całą katastrofę odpowiada jakiś Arabski, ale to jest zrozumiale, bo takich to właśnie ludzi dobierał sobie ten Kartofel”. Wspominałem też tu (a jakże!) o tej słodkiej pani z kościoła, która w przerwie między tą słodyczą – to tu to tam – opowiada mi, jak ona już nie może patrzeć na tę mordę.
Ale ja też tu wspominałem – a czasem już nawet nie musiałem wspominać, bo wszystko było jak na szpilce – o tych wszystkich ludziach, którzy stali murem za Jarosławem Kaczyńskim, bo to „prawdziwy Polak”, podczas gdy Tusk i Wałęsa to Żydzi, albo ruscy agenci. Wspominałem o tych, co by mnie utopili w łyżce zupy, tylko dlatego, że powiedziałem im, żeby się z mojego bloga wynosili, bo ich zwyczajnie i po ludzku nie lubię. I znów się muszę zapytać, czy jeśli ja mam zacząć szykować dobrą przyszłość dla moich dzieci gdzieś w Portugalii, czy Nowej Zelandii, to ze względu na tę moją znajomą z kościoła, czy mojego kumpla Dembińskiego, czy może odwrotnie – ze względu na tamtych szurniętych patriotów?
A najważniejszy problem pozostaje nierozstrzygnięty. Jacy jesteśmy i dlaczego? Przede wszystkim dlaczego? Jak mogliśmy się, jak naród doprowadzić do takiego upadku, żeby – znów muszę o nim wspomnieć – wybrać sobie na prezydenta zwykłą ruską swołocz i się jeszcze tym szczycić? Jak mogliśmy się dać tak upodlić, żeby wspierać całym swoim polskim sercem kogoś tak dramatycznie beznadziejnego, jak Donald Tusk i ci jego niby-ministrowie? Jak mogliśmy wreszcie uznać, że postać tak krystalicznie wybitna jak Jarosław Kaczyński jest – zgodnie z sączonym w te biedne umysły propagandowym przesłaniem – głupcem i świnią?
Nie znam się na tym. Nie jestem socjologiem i nie mam żadnych realnych podstaw, żeby stawiać jakiekolwiek diagnozy. Ale mogę sobie skromnie spekulować. I oto, co sobie myślę. Wszyscy z pewnością pamiętam ten niewypowiedziany dramat, jaki dotknął życie tamtej dziewczyny sprzed lat, która miała tego pecha, że na swojej drodze spotkała dwóch bezwzględnych morderców. Jechała sobie spokojnie pociągiem i została przez nich zarówno fizycznie, jak i przede wszystkim psychicznie zniewolona. Przez dwa dni wykonywała każde ich polecenie, szła za nimi krok w krok, ani jednym skromnym gestem nie sprzeciwiła się ich podłej, czarnej woli. Przez wiele długich godzin spokojnie, bez słowa sprzeciwu, przerażona i samotna w swojej bezradności, powoli zbliżała się do swojego strasznego końca. I w końcu, kiedy już przestała być im potrzebna, a może tylko ich swoją nędzą zirytowała, została wyrzucona jak śmieć.
Ja i moje dzieci do dziś czasem zastanawiamy się, jak to się stało, że oni ją tak skutecznie zniewolili? Jak ona mogła dać się tak potraktować? Co się stało w jej głowie, że straciła wszelką wolę walki? Że zatrąciła najbardziej podstawowy instynkt życia? Czy ona była głupia? Czy może tylko słaba? A jeśli słaba, to dlaczego aż tak słaba? A może, wręcz przeciwnie, ona była pełna nadziei i wiary w to, że zło nie istnieje? A przynajmniej nie takie? Może ona spokojnie się juz tylko modliła? Może gdybym ja tam się pojawił z ognistym mieczem i zapragnął ją z ich rąk uwolnić, a ich samych wtrącić w wieczną przepaść, ona by stanęła po ich stronie? Może ona by mnie znienawidziła? Za to że jestem taki podły i bezlitosny? Kto wie? Może i tak by się stało.
Nie wiem, czy mam rację, a – co więcej – nie mam wcale przekonania, że to co mi chodzi po głowie, to bluźnierstwo, czy celna diagnoza. Jestem jednak skłonny założyć, że los tej dziewczyny – w ten czy inny sposób objaśniany – stanowi doskonały symbol tego, przez co my dziś przechodzimy. A jeżeli mam racje, to nie mam żadnego powodu, by tych wszystkich, którzy nie podzielają moich emocji potępiać. Mogę co najwyżej ich spokojnie poobrażać, ale potępiać nie potrafię. A już z całą pewnością nie jestem w stanie przed nimi wiać do Portugalii czy Australii.
No i jeszcze coś. Mogę cierpliwie wtłaczać im do głowy najprostsze prawdy. Co niniejszym czynię.

czwartek, 13 stycznia 2011

Panie Premierze! Może już Pan mówić po polsku

Tak się szczęśliwie złożyło, że główny wczorajszy atak ze strony Imperium przetrwałem pozostając w idealnej niewiedzy. Dopiero wieczorem, dzieci moje przekazały mi odpowiednie informacje, i w ten sposób dowiedziałem się dokładnie wszystkiego, co wiedzieć musiałem. Wspominam o tym szczęściu, bo z innych relacji wiem, jak fatalnym doświadczeniem dla wielu się stało zarówno obserwowanie samej moskiewskiej konferencji, jak i komentarzy już w języku polskim, które nastąpiły tuż po jej zakończeniu. W sposób naturalny, moje wieczorne doświadczenia, miały już znacznie mniejszą wagę. Przy okazji, właśnie przez to, że proporcje między ilością przekazu w języku rosyjskim a w języku polskim, w miarę upływu dnia przesunęły się na korzyść zdrajców. A, co do czego musimy się wszyscy zgodzić, los zdrajców zajmuje nas dziś znacznie bardziej, niż los panów.
Oczywiście, trudno nam przewidzieć, jak się teraz rozwinie sytuacja. Nasze dotychczasowe doświadczenia pokazują aż nazbyt wyraźnie, że zarówno poziom społecznego zniewolenia, jak i potęga propagandowej agresji Systemu, nie pozostawiają tu zbyt dużego manewru. Już od pewnego czasu można się obawiać, że przede wszystkim pozostaje nam modlitwa. I tym razem już przede wszystkim słowami psalmisty.
Ale też, jak sądzę, powinniśmy się bardzo uważnie wsłuchiwać w głosy. I to nie w głosy płynące do nas z Moskwy, ale właśnie w te, nasze polskie głosy. Patrzmy im prosto w te wybałuszone oczy i słuchajmy tego syku. To w nich znajdziemy odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania. Rosjanie powiedzieli nam już wszystko, co mieli nam do przekazania. To była demonstracja siły, pogardy i całkowitej obojętności na to, co my możemy sobie pomyśleć, lub powiedzieć. To było szyderstwo doskonale. Szyderstwo na poziomie tamtej kultury, cywilizacji i historii. I oni nas już nie będą interesować. Dziś już tylko rozmawiamy po polsku.
Na razie panuje pełny chaos, a więc wszyscy mówią to co mówili już wcześniej. Przedwczoraj w telewizji wystąpił wspomniany już Antoni Mężydło i powiedział, że wyłączną odpowiedzialność za tę ruską agresję ponosi Prawo i Sprawiedliwość. Wczoraj, już po ataku Imperium, pojawiła się posłanka Kidawa-Błońska i oświadczyła, że raport MAK-u jest „w miarę rzetelny”. Oficjalni medialni eksperci od spraw lotniczych powtórzyli wszystkie swoje dotychczasowe zarzuty pod adresem polskich pilotów. Minister Miller po raz kolejny ogłosił, że nie wiadomo, kto naciskał i w jaki sposób naciskał, ale fakt nacisków jest bezsprzeczny. Pokazał się nawet adwokat „tamtej” części rodzin i z szyderczym uśmiechem poskarżył się, że my Polacy jesteśmy wiecznie niezadowoleni. Brak raportu – źle. Jest raport – jeszcze gorzej. Media, jak zwykle, przekazują obraz równoległy – a więc moskiewski raport jest jak najbardziej nierzetelny, natomiast winę za katastrofę ponosi, jak najbardziej, generał Błasik i polscy piloci. Pojawił się właśnie kultowy tu już Jacek Palasiński i ogłosił, że on nie widzi powodu, żeby się w ogóle denerwować. Moskwa powiedziała co powiedziała, świat to przyjął i na tym powinniśmy sprawę zakończyć. Bo mamy już tylko to. Dziś Polsat pokazał kolejnego psychologa, który przedstawił naukowy opis stresu, jakiemu musieli podlegać piloci tupolewa., a konferencję prasową Prawa i Sprawiedliwości wszystkie telewizje, jedna po drugiej, raptownie przerwały. Wciąż czekamy na wypowiedź premiera Tuska w sprawie hańby, na jaką jego zaniedbania naraziły Polskę na świecie. Zapewne zmarszczy nam premier swoje słodkie czoło. I nie spodziewajmy się rewelacji. Jeśli cokolwiek się zdarzy, to zdarzy się z dnia na dzień. Ani dziś, ani jutro. Ale to będzie ważny dzień.
W końcu pojawi się jakiś nowy, wspólny komunikat. A więc słuchajmy. To jest jedyne co nam pozostaje. Ale powinniśmy już zapomnieć o tamtych. Od dziś zajmujmy się wyłącznie naszymi. Z całym sercem i oddaniem. W końcu tacy jesteśmy – serdeczni i pełni oddania.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...