niedziela, 19 kwietnia 2009

Przepraszam. Sorry. Smutno.

We wczorajszej Rzeczpospolitej czytam rozmowę z Anną Branicką-Wolską, córką Adama Branickiego, ostatnią żyjącą przedstawicielką rodu Branickich. http://www.rp.pl/artykul/292869.html. Rozmowa dotyczy pretensji zgłaszanych przez Branicką do Pałacyku w Wilanowie. Sprawa polega na tym, że wprawdzie ten pałac to dom rodzinny pani Branickiej, odebrany rodzinie przez komunistów, ale również dawna siedziba polskich królów, a więc w pewnym sensie skarb narodowy, a przez to, ze społecznego punktu widzenia, tego typu roszczenia wydają się co najmniej niezrozumiałe. Rzeczpospolita więc chce się dowiedzieć, czemu pani Branicka tak się na ten pałac zawzięła.
Branicka nie za bardzo chce rozmawiać o szczegółach. Od razu zastrzega, że przede wszystkim sprawa jest w toku, sprawę prowadzi jej siostrzeniec i że wszystko jest bardziej skomplikowane niż by się wydawało. W pewnym momencie jednak sugeruje, że jej głównie chodzi nie o to, żeby Państwu odbierać pałac, ale o to, by to Państwo zechciało jakoś pokazać, że nie jest obojętne wobec pewnych wartości, leżących niejako na zewnątrz.
Nieważne. Nie o tym chcę dziś tu pisać. Nie chcę tu dyskutować ani o wrażliwości Branickich, ani o ich prawach – słusznych, czy nie słusznych – ani też o trudnej sytuacji Polskiego Państwa w tego typu sytuacjach. Ja chcę zwrócić uwagę jedynie na jeden aspekt sprawy, o którym wspomina pani Branicka. A jest to aspekt, w moim mniemaniu absolutnie wyjątkowy i porażający w swojej wymowie. Otóż Branicka opowiada, jak jeszcze przed laty, w latach 90, rodzina miała nadzieję odzyskać nie sam pałac, ale zaledwie jeden z budynków, znajdujący się poza kompleksem pałacowym, budynek stosunkowo nowy, w którym kiedyś mieszkał administrator. Oto jej opowieść:
Obiecano nam w latach 90., że ten budynek odzyskamy – nie było większych przeszkód, bo nie miał dużej wartości zabytkowej, a poza tym leżał poza ogrodzonym terenem kompleksu pałacowego w Wilanowie. Ustalono, że musimy zapłacić według sporządzonej wyceny. Transakcja miała być sfinalizowana. W wyznaczonym dniu pojawiłam się w odpowiednim urzędzie, w torebce miałam zaliczkę.
I usłyszałam od osoby, która miała podpisać dokumenty: – Przykro mi, ale nic z tego.Oficjalnie usłyszałam, że sprawa jest nieaktualna. Ale jeden z urzędników dyskretnie wskazał drzwi. Pożegnałam się i wyszłam. Na schodach urzędnik powiedział mi, że była interwencja i budynek ma otrzymać w dzierżawę przyjaciółka pani Jolanty Kwaśniewskiej.
Zdobyłam potem telefon tej pani, bardzo majętnej osoby, która miała już restaurację w Konstancinie. Prosiłam, żeby zrezygnowała z dzierżawy. Tłumaczyłam, że to jedyny budynek, który moja rodzina na pewno może odzyskać.
Była bardzo arogancka. Powiedziała, że takiej rzeczy się z rąk nie wypuszcza. – A poza tym – dodała: – ja mam pieniądze, zrobię z tego wspaniałą restaurację, a co pani może?.
Próbowałam interweniować. Na imprezie dobroczynnej spotkałam się z panią Kwaśniewską, poprosiłam, by wpłynęła na zmianę decyzji. Potraktowała mnie z góry i nieprzyjemnie.
Sens jej wypowiedzi był taki, żebym sobie nie wyobrażała, że ona w ogóle byłaby zainteresowana takim budynkiem, bo ma znacznie lepsze.
Dziś w budynku wybudowanym przez mojego dziadka jest restauracja Villa Nuova.”
Oto historia, która mnie poruszyła. Poruszyła mnie zarówno przez swoją własną siłę i przez samą swoją treść. Ale również przez to, że jestem przekonany, że cokolwiek sobie o niej myślę i cokolwiek o niej pomyślą sobie czytelnicy tego wpisu, ludzie wrażliwi i czuli na punkcie sprawiedliwości, prawa i prawa tego i sprawiedliwości braku, to wszystko co opowiada pani Branicka i tak – jeśli w ogóle – pozostanie w czyjejś pamięci zaledwie przez chwilę. Jestem przekonany, ze już wkrótce, wszelkie ewentualne cienie tej opowieści, te, tak niezwykle mocno opisane postaci Jolanty Kwaśniewskiej i jej znajomej, to wszystko stanie się tylko mglistym wspomnieniem, a w związku z tym właściwie już teraz, tak naprawdę nie ma o czym rozmawiać. Z tego wszystkiego i tak, w ostatecznym rozrachunku pozostanie ta – z pewnością bardzo piękna – restauracja Villa Nuova i nasze sprawy codzienne. Ostatnio na przykład, sprawa zakupu przez Kancelarię Prezydenta flaszek. Więc to tyle na ten temat. Kto ma rozum niech myśli. Kto ma serce, niech czuje.

piątek, 17 kwietnia 2009

Gali już dziękujemy, a więc przyszłość jest jasna

Wczoraj na blogu chinaskiego pokazał się tekst zatytułowany Kolenda-Zaleska dziennikarsko poległa http://chinaski.salon24.pl/507508.html . Zainteresowałem się tym wpisem z dwóch względów. Przede wszystkim, już w samej zapowiedzi tekstu pojawiła się informacja, że Kolenda będzie się zajmowała ostatecznym upadkiem braci Kaczyńskich. A ja, trzeba Państwu wiedzieć, z pasją kolekcjonera, od 20 lat zbieram wszelkie poważne analizy na temat „ostatecznego upadku Kaczyńskich”. Ile razy gdzież widzę, że z Kaczorami koniec, muszę tekstu wysłuchać, albo nawet go przeczytać. Taką mam fantazję.
Drugi powód był już bezpośrednio związany z osobą Kolendy. Otóż ja, w czasach, kiedy jeszcze czytałem Dziennik, miałem okazję od czasu do czasu przeżywać dziennikarski kunszt Pani Redaktor. Pani Kolenda-Zaleska od czasu do czasu jest proszona przez redakcję Dziennika o parę słów i wówczas chętnie pisze krótkie komentarze na tematy bieżące. Teksty te, pod względem formalnym, są zawsze na tak nieprawdopodobnie niskim poziomie, że ja się nigdy nie potrafię nadziwić, że z tego typu bezradność w niektórych środowiskach nie stanowi problemu. Rzuciłem się więc na Kolendę, bo chciałem bardzo popatrzeć, jak ona sobie poradzi z problemem Kaczyńskich. Nie merytorycznie. Merytorycznie sprawa jest już oficjalnie wyjaśniona. To są szkodnicy i idioci. Tu miałem na sercu wyłącznie formę. Język. Styl. Zgrabność.
Nie zawiodłem się. Pani redaktor Kolenda-Zaleska zaczyna swój tekst dla Wyborczej o ostatecznym końcu Kaczorów tak: „PiS robi wszystko, a jednak niewiele z tego wychodzi. Dlaczego? Po prostu - nie wiadomo o co PiS-owi chodzi.” Mam nadzieję, że wiecie, co mam na mysli. Gdyby Kolenda była uczennicą gimnazjum przed końcowym egzaminem i w ten sposób napisałaby swoją pracę próbną, egzaminator podkreśliłby ten fragment, a na marginesie napisałby coś w stylu „Robi wszystko???? Czyli co?” A po przeczytaniu reszty, dałby jej dwójkę, zakładając, że praca jest na temat. Reszty już nie czytałem. Wystarczyła mi informacja, że Kolenda trzyma stały poziom i że napięcie wokół Kaczyńskich nie ustaje.
Pomyślałem jednak sobie, że o Kolendzie można by było napisać osobny tekst. W końcu, wśród naszych dziennikarzy jest bardzo dużo wybitnych nieudaczników, ale ona bywa szczególna. Pierwszy raz miałem z nią do czynienia parę lat temu, kiedy – właśnie w Dzienniku – przeczytałem jej tekst o Lepperze i Samoobronie. To było cos takiego:
Może jestem naiwna, ale uważam, że w rządzie powinny zasiadać autorytety intelektualne i moralne. Andrzej Lepper, z całym szacunkiem do niego jako do człowieka, nie jest ani jednym, ani drugim. Jego kilkunastoletnia obecność w polskiej polityce miała tylko negatywne konsekwencje dla jakości samej polityki, a przede wszystkim dla społeczeństwa. Wzięcie go do rządu przez Prawo i Sprawiedliwość było po prostu sprzeniewierzeniem się wszelkim standardom. Doszło do relatywizacji zasad kierujących życiem publicznym. Jeśli godzimy się na to, żeby człowiek, który ma na koncie wyroki, pełnił zaszczytną funkcję wicepremiera, to znaczy, że się godzimy na wiele. I w takim razie dużo rzeczy jest już dozwolonych.Za sprawą Samoobrony polska polityka obniża loty, zamiast dążyć do tego, aby w kraju rządziły autorytety i ludzie kompetentni. Najgorsze, że całe społeczeństwo to dostrzega i też obniża swój poziom, bo przykład idzie z góry. Jak wiadomo, to elity kształtują standardy obowiązujące w społeczeństwie. Nie tylko polityczne, ale też kulturowe. A jaki wpływ na społeczeństwo mogą mieć takie "elity" jak Andrzej Lepper i inni działacze Samoobrony? Jaki wpływ na morale Polaków miały np. afery seksualne w Samoobronie?Z własnego doświadczenia wiem, że ludzie Samoobrony naprawdę potrafią wprawić w zażenowanie. Z racji wykonywanego zawodu czasami z nimi rozmawiam i widzę, że niektóre posłanki, czy posłowie Samoobrony mają problem nawet z poprawnym formułowaniem zdań po polsku. W takich momentach przypominam sobie, że parlamentarzystami były takie osoby, jak Tadeusz Mazowiecki, czy Władysław Bartoszewski. Do rangi symbolu urasta to, że na miejscu Wiesława Chrzanowskiego zasiada teraz Genowefa Wiśniowska.
Przeczytałem ten tekst i pomyślałem sobie, że sytuacja, z jaka mamy do czynienia, jest absolutnie niezwykła. Jak można być zawodowcem i pisać tak, jakby każde zdanie było jednocześnie pierwszym i ostatnim? Postanowiłem więc, że napiszę osobno o Kolendzie, choćby po to, żeby pokazać wszystkim, jak marnych przeciwników mamy my – bojownicy IV RP. Zajrzałem więc do Internetu i poszukałem innych tekstów, które mogłyby nas tu zainteresować. I wszystko się potwierdziło w całej rozciągłości. Na dodatek, Kolenda okazała się mistrzem wstępu. Oto parę przykładów:
Nie ma osoby, która nie śledziłaby w napięciu procesu Josefa Fritzla. Ja też się do nich zaliczam.”
„Biorąc pod uwagę doświadczenie w różnych dziedzinach, na stanowisku prezesa TVP najchętniej widziałbym Wiesława Walendziaka.”(To jest początek artykułu!)„W orędziu Lecha Kaczyńskiego zabrakło mi potwierdzenia, że prezydent ma wizję tego, jak Polska może wyjść z kryzysu. Oceniam to wystąpienie jako element doraźnej polityki - nagle euro stało się punktem, wokół którego koncentruje się dyskusja. A przecież nie tylko o to chodzi!”
„Być może moje poglądy w tej kwestii są nieco staroświeckie, ale wydawało mi się zawsze, że ludzie - a politycy w szczególności - powinni samodzielnie określać swój stosunek do rzeczywistości.”
„Żeby z młodego człowieka wyrósł inteligent w dosłownym tego słowa znaczeniu, trzeba włożyć w to wiele pracy. Ogromne znaczenie ma rodzina, atmosfera w domu - czy są w nim książki, czy rodzice je czytają, czy chodzi się do teatru Ale na kształtowanie młodego człowieka ogromny wpływ ma także szkoła. I jeżeli miałoby to być miejsce, którego celem jest ukształtowanie przyszłego inteligenta, bardzo taki pomysł popieram.”
Ponieważ wszystkie te teksty pochodziły z internetowej strony Dziennika, pomyślałem, że ‘zagugluję’ Kolendę i zobaczę, co ona wypisuje gdzie indziej, choćby w Przekroju, czy Tygodniku Powszechnym. I, niestety, pierwsze na co natrafiłem, to wywiad pani Kasi dla magazynu Gala http://gala.onet.pl/0,1343998,1,1,katarzyna_kolenda_zaleska,wywiady.html. Okazuje się mianowicie, że kiedy Kolenda gada, to jest dokładnie tak samo, jakby pisała. Ona nawet nie potrafi mówić. Przeczytałem wywiad z panią Katarzyną Kolendą-Zaleską dla miesięcznika Gala i pomyślałem sobie, że ona musi być dokładnie w tej samej sytuacji co te młode dziewczyny, które któregoś dnia zaczynamy spotykać w naszej dzielnicy, bo nagle powstał gdzieś blisko gabinet kosmetyczny i okazuje się, że to one ten gabinet prowadzą. Pojawia się więc ten gabinet kosmetyczny, pod gabinetem pojawia się zgrabny mercedesik, a na mercedesiku widać rejestrację ‘ASIA 01’ na przykład. I już wiemy, że dziewczyna skończyła liceum i rodzice – nie wiedząc co robić dalej – zorganizowali dziecku tzw. salon piękności. A tu mamy panią Kolendę-Zaleską i jej dziennikarstwo.
Zdarzyło się jednak tak, że wywiad z panią Zaleską jest właściwie w całości poświęcony jej życiu rodzinnemu i jej relacjach z córeczką, ilustrowany jest zdjęciem jej i jego dziecka i, w sumie, pomijając to co poza-merytoryczne, mamy życie jakiejś pojedynczej rodziny, która, wbrew wszystkiemu, stara się nie zatonąć. A to jest zawsze przejmujące. Szczególnie dla kogoś, dla kogo życie rodzinne to rzecz pierwsza, a jak trzeba, to i ostatnia. Opowiada więc Zaleska o swoim dziecku, o swoich wysiłkach jako matki, o swojej mamie, czasem o mężu – nieciekawie, bez śladu fantazji, dowcipu, czy po prostu zwykłej inteligencji – ale, jak mówię, oto mamy nagle przed sobą człowieka. I wtedy nagle, pod spodem, znajduję tzw. komentarze internautów. Normalka. Tyle że jakoś tym razem, mając z jednej strony tę nieszczęsną Kolendę-Zaleską, a z drugiej absolutnie typowy przykład sieciowego zidiocenia, pomyślałem sobie, że ten mój dzisiejszy tekst, choć rzeczywiście w dużym stopniu jest poświęcony jednej marnej dziennikarce, musi przede wszystkim uderzyć w coś, co jest tak naprawdę najważniejsze. Czyli w tzw. imponderabilia. Zaleska opowiada o swojej córeczce, o tym jak stara się o nią dbać, jak sobie jeżdżą na wakacje i takie tam, a pod spodem Naród ‘leci’ w ten sposób:„Ciekawe, jakie nazwisko ma jej córeczka. Bo w kuluarach mówi się, że spłodził ją biskup Chrapek.”
„A klerykalizm do sześcianu???? O duchownych i z duchownymi szepcze z nabożeństwem na kolanach, to co krytyczne o nich wypowiada z takimi grymasami i komentarzami, że moim zdaniem powinna się wstydzić!!! ("rzekomo, niesłusznie" itd etc)
i zająć się czymś mniej dla niej stresującym , pochwały na portalu to chyba od sutankowych.”
„A gdzie twój mąż, droga pani?”
„Mąż był, ale się zmył. Pozostał mikrofon i klęcznik, no i córka.”
„Fakt, piękna nie jest. Ani nawet ładna.”
„Pani Katarzyna powinna zostać wzorową gospodynią na plebani Proboszcza ks. biskupa Pieronka i ks. Bonieckiego.”
„Kolendowie. Czy rodzina Kolentów to jakaś znana rodzinka w Krakowie????”
„A cóż to? Ta świątobliwa niewiasta, gorliwa całownica wszelkich pierścieni, rozwódka? Nie ma chłopa? No, no!”
„Osoba tak gorliwie wierząca nie powinna być dziennikarką bo ma ograniczone postrzeganie świata. Albo gusła albo rzetelna informacja nie skażona dogmatami.”
Pragnę się tu od razu się zastrzec. Nie chodzi w ogóle o to, że Kolenda nie ma męża. Bo z wywiadu absolutnie jednoznacznie wynika że ma. Ona wręcz nieustannie o nim gada. Nie chodzi też o to, że ona chodzi do kościoła bardziej niż jej koledzy ‘celebryci’. O kościele wspomina tylko raz. I to na zasadzie takiej, że w niedzielę ona i rodzina chodzą na mszę. Standard. Chodzi o poziom powszechnego zidiocenia.
Kiedy Jarosław Kaczyński w jednym ze swoich wywiadów, dłuższych wywiadów na wszelkie możliwe tematy, pod sam jego koniec – właściwie w dwóch zdaniach – wspomniał o tym, że on jest przeciwny głosowaniu przez Internet, bo Internet to miejsce zbyt mało poważne jak na taki akt, jak wybory, podniósł się zgiełk, którego do dziś nie potrafię zapomnieć. Zarzut – ogólnie rzecz biorąc – był taki, ze Internet to Europa i cywilizacja, a Kaczyński to zacofanie i wstyd. Nie jestem w s tanie tu dziś powtórzyć nawet 1 procenta tych wszystkich obelg, jakie spotkały Jarosława Kaczyńskiego, nie dlatego, że wystąpił przeciwko Internetowi, ale dlatego, że powiedział, że wybory są aktem większym niż czysta technika. Ale nie muszę. Wystarczy ten drobny fragment dyskusji pod wywiadem z wybitnie mainstreamową dziennikarką. Oto mamy coś, co niektórzy nazywają społeczeństwem, inni wynaturzeniem, a jeszcze inni, po prostu - zinstytucjonalizowaną patologią.
Dla mnie, sytuacja, którą opisuję, jest interesująca jednak pod nieco innym względem. Otóż właśnie zobaczyliśmy rezultat hodowli, którą prowadziła przez ostatnie lata własnie Kolenda-Zaleska i jej koledzy. Oto, jak na obrazku, widzimy, czym się skończył projekt doprowadzenia społeczeństwa do stanu, gdzie już się wyłącznie charczy. Przed nami ludzie, którzy uznali, że będzie świetnie, jeśli społeczeństwo tak zdurnieje, że będzie można ich prowadzić jak owce na rzeź, i którzy teraz nagle będą musieli dostrzec, że ta ich hodowla przyniosła rezultaty wcale nie takie, jakich oni oczekiwali. Kolenda-Zaleska, jedna z bardziej uznanych postaci publicznego mainstreamu, udziela wywiadu jednemu z najbardziej wśród idiotów szanowanych kolorowych magazynów, wywiad jest publikowany w sieci – prawdopodobnie z myślą o osobach, które cywilizacyjnie osiągnęły etap wyższy niż budka Ruchu i parę kartek zadrukowanego papieru – a tu się pojawia zwykły debil. Debil absolutnie apolityczny. Debil, dla którego jest nieważne, czy ma do czynienia z PiS-em, czy z jakąś Platformą. Który ma głęboko w nosie, kto to Tusk, a kto to Gosiewski. A który jednocześnie ma w domu komputer z Internetem i który jest na tyle sprytny, żeby wiedzieć co, gdzie i jak. I że te klawisze na stoliku są po to, żeby w nie stukać i żeby z tego powstał tekst, który, jak się naciśnie klawisz ‘enter’, znajdzie się w sieci i jakiś drugi kretyn, gdzieś w innym mieście, ten tekst przeczyta.
A ja sobie dziś myślę, że oto przed nami Katarzyna Kolenda-Zaleska, Internet, kolorowy magazyn Gala i Polska. I nadchodzące wybory. I ten nieustanny zgiełk, który ma nas poinformować, że oto Prawo i Sprawiedliwość i wszystko to, co ten projekt ma symbolizować, jest już passe. Że prezydent Kaczyński ma najniższe poparcie od początku swojego urzędowania. Że śmierć 21 bezdomnych w kamieniu Pomorskim, to gwóźdź do trumny Polski wolnej, demokratycznej i sprawiedliwej. Oto przed nami mali i wielcy, ważni i zupełnie nieważni komentatorzy. Oto młody Warzecha i stary Skalski – wszyscy wieszczący zwycięstwo wizerunku nad prawdą – i system, który zupełnie niechcąco zadział tak jak zadziałać miał. I nawet jeśli jeszcze nie sprawił tym swoim nieprzewidzialnym figlem kłopotów, z pewnością pokaże swoje możliwości już niedługo. Mówię mianowicie o demokracji.
Bo oto, niedługo przed nami wybory. Ważne wybory. Pierwsze z trzech. A w tych wyborach głos będą mieli ludzie, którzy nie ulegli kłamstwu. Którzy zachowali swoje człowieczeństwo. I oni, będąc porządnymi obywatelami i Polakami, pójdą do wyborów i oddadzą swój głos na to, co ważne i co prawdziwe. Reszta zostanie w domu. I będą siedzieć na stronach internetowych najróżniejszych kolorowych magazynów i charczeć. I nie będą mieli dokładnie nic do powiedzenia. Przynajmniej do czasu aż ktoś jednak przeprowadzi ten plan, żeby im pozwolić głosować bez wstawania od laptopa. A i wówczas – mam poważne wątpliwości – czy coś z tego będzie. Bo żeby podjąć jakąkolwiek decyzję, trzeba znać różnicę między słowem ‘tak’ i słowem ‘nie’. A to, w tym wypadku, może być dla większości z nich już zbyt wiele.

środa, 15 kwietnia 2009

Jeszcze raz o poezji, czyli arytmetyka współczucia

Zbigniew Herbert napisał kiedyś wiersz, który zatytułował Pan Cogito czyta gazetę. Pomysł, mówiąc pokrótce, był taki, że pan Cogito przeczytał w gazecie artykuł o tym, ze gdzieś zginęło 120 żołnierzy i jakoś ta informacja go nie poruszyła. Choćby dlatego że „wojna trwała długo można się przyzwyczaić”. Choćby dlatego, że „120 poległych daremno szukać na mapie”. Choćby wreszcie dlatego, że „cyfra zero na końcu przemienia ich w abstrakcję”.
Obok, jednak, Cogito znalazł inną wiadomość. I ta już była o wiele bardziej interesująca. Robotnik budowlany zabił swoją zonę i dwoje dzieci. Zbrodnia została opisana bardzo dokładnie, ze wszystkimi szczegółami. Ciekawość pana Cogito tym razem została zaspokojona bardzo wyczerpująco, a więc też to co wzbudziło jego współczucie, to raczej te dzieci i ta kobieta, a nie tamtych 120 żołnierzy. Herbert kończy swój wiersz apelem o refleksję na temat „arytmetyki współczucia”.
Nie tak bardzo dawno temu, w Salonie, znalazłem wpis Krzysztofa Leskiego na temat katastrofy autokaru wiozącego wycieczkę szkolną. Autobus nie zmieścił się pod wiaduktem i jedynie za sprawą jakiegoś cudu nie doszło do masakry. Ponieważ wszystkie stacje informacyjne w naszej telewizji podawały te informacje przez cały dzień, Krzysztof Leski się zdenerwował, że przy całym swoim współczuciu dla ofiar, on bardzo prosi, żeby mu nie zawracać głowy. Argumenty były takie, jak są zawsze; czyli że każdego dnia ludzie giną na drogach, co chwilę gdzieś ktoś umiera, każda sekunda przynosi gdzieś jakieś tragedie, a my się przejmujemy jednym wypadkiem, gdzie na dodatek nikt nawet nie zginął.
Wygląda na to, że ten typ kalkulacji, który zauważyłem u Leskiego, a który znam jeszcze z dzieciństwa, kiedy to miałem jeszcze mnóstwo energii i otaczali mnie, nie od święta, ale na co dzień, sami ‘niedzielni filozofowie’, ostatnio wszedł do obiegu publicznego na dobre. Właściwie gdzie człowiek nie spojrzy, jak nie nastawi ucha, to jest narażony na wysłuchiwanie debat pod tytułem „Ile nieszczęścia mieści się w pojedynczej łezce?”
W ostatnich dniach jestem bardzo zajęty, z przyczyn w które nie potrzebuję wchodzić. Wystarczy powiedzieć, że od zeszłego tygodnia nie oglądam telewizji i nie czytam gazet. Jedyne miejsce, gdzie zdarza mi się posiąść jakieś informacje na temat Polski i świata, to Salon. Z Salonu też zatem dowiedziałem się o pożarze w Kamieniu Pomorskim. Z Salonu również usłyszałem informację o tym, że Prezydent ogłosił żałobę narodową. I z Salonu naturalnie doszły do mnie głosy dyskusji na temat słuszności, czy – o wiele częściej – braku słuszności organizowania żałoby na poziomie kraju z powodu tak błahego jak śmierć 20 bezdomnych w pożarze hotelu socjalnego.
Gdy przeczytałem tekst Łukasza Warzechy http://lukaszwarzecha.salon24.pl/507399.html na temat bezsensu ogłaszania przez Prezydenta żałoby narodowej za każdym razem, kiedy dojdzie do tragicznej śmierci kilkunastu osób, pomyślałem sobie, że oto red. Warzecha miał refleksję i postanowił się nią podzielić. Nic wielkiego. Ludzie refleksyjni mają refleksje nieustanne i jedyna różnica między jedną a drugą jest taka, że jedne są bardziej intelektualnie stymulujące, a inne mniej. Kiedyś Krzysztof Leski uznał za bardzo ciekawe to, że jeśli każdego dnia na drogach ginie 40 osób, to my to traktujemy, jak statystykę, a jeśli do tych czterdziestu dojdzie niespodziewanie, skutkiem jakiegoś ekstra-nieszczęscia, kolejnych dziesięciu, to już jest tragedia, a nie statystyka. Dziś Łukasz Warzecha nie może się nadziwić, że skoro codziennie ludzie umierają od chorób i wypadków, a Państwo Polskie nie urządza im żałoby, czemu tyle nagle szumu wokół tych 20 biedaków?
Ale nie tylko to. Czemu, skoro nigdzie na świecie ani trochę nie celebruje się tak pojedynczych tragedii jak w Polsce, u nas przez ostatnie lata przy byle okazji zamyka się kina i teatry, a ludzi się zmusza do publicznego manifestowania smutku, kiedy oni tego smutku wcale nie czują? I oczywiście nie jest tak, że Łukasz Warzecha ma niskie intencje. To absolutnie nie jest tak, ze on nie ma w sobie nic współczucia. Jemu chodzi z jednej strony o równe traktowanie ludzkich dramatów, a z drugiej o unikanie dewaluacji tych dramatów. „Uważam po prostu, że obywatele mają prawo i do równego traktowania, i do oczekiwania od najważniejszych osób w państwie stosowania przejrzystych kryteriów”, pisze Warzecha i ja go rozumiem. Podobnie jak go rozumiem, kiedy on zauważa, że „najgorszą metodą uwrażliwiania jest urzędowe zarządzania wrażliwości i wymuszanie jej żałobą narodową.” Rozumiem zainteresowanie Łukasza Warzechy tematem, tyle że go nie podzielam. Rozumiem, że w końcu, nie tylko red. Warzecha, ale wielu innych równie czujnych obserwatorów, może nie wytrzymać tej fali współczucia płynącej z Pałacu Prezydenckiego w stronę ofiar wypadków. Zwłaszcza gdy aż się prosi, żeby skorzystać z okazji i wrzucić tu odpowiednio skonstruowany komentarz polityczny.
Po tekście Warzechy przyszły kolejne. Swoje słowo wtrącić potrzebował Rybitzky i kilku mniejszych komentatorów. Nawet ja nie mogłem się powstrzymać i wyraziłem swoją opinię na ten temat w paru miejscach, w tym nawet u siebie. Sądziłem, że oto Warzecha zaczął, a ponieważ temat wydał się ciekawy, przyłączyli się inni. Uznałem po prostu, że Salon stworzył temat, no i dyskutuje.
Wczoraj wieczorem jednak włączyłem, po raz pierwszy od kilku dni, telewizor i ze zdziwieniem spostrzegłem, że problem żałoby narodowej jest problemem ogólnopolskim. A najlepiej tego dowodził fakt, że większa część codziennych popisów Grzegorza Miecugowa i zapraszanych przez niego pajacyków, była poświęcona właśnie debacie nad sensownością – a raczej bezsensownością – zachowania Prezydenta. No i w tym momencie nie mogłem już nie nabrać podejrzeń. Nie wierzę bowiem, że kolejność zdarzeń była taka, że oto Łukasz Warzecha walnął refleksją, a za nim ruszyły wszystkie polskie media. Tak się nie dzieje. Redaktor Warzecha to ważny dziennikarz, ale jednak nie na tyle ważny, żeby miał wymyślać tematy dla mainstreamu. Tym bardziej, mimo całego mojego szacunku dla jego talentów, nie sądzę, żeby Rybitzky był w stanie wpływać na program telewizji TVN24. Jest raczej odwrotnie.
I tu mam kłopot. I tu też muszę przejść do głównego tematu mojego dzisiejszego pisania. Z jakiegoś powodu, bowiem, kreatorzy publicznych nastrojów doszli do wniosku, że nie wcześniejsze katastrofy górnicze, nie jeszcze wcześniejsza tragedia autokaru we Francji, lecz właśnie najświeższa śmierć dwudziestu bezdomnych jest doskonałym powodem, żeby dowalić Prezydentowi. To właśnie ten pożar i to własnie ta śmierć okazały się – owszem, tragiczne – ale nie na tyle tragiczne, żeby dać Lechowi Kaczyńskiemu spokój. Z jakiegoś powodu – sam Rybitzky sugeruje, ze mogło pójść o to, że bezdomni nie budzą powszechnie aż takiego współczucia – specjaliści od tworzenia problemów doszli do przekonania, że teraz będzie najlepszy moment, żeby stuknąć Prezydenta w ten jego zapijaczony nochal i spróbować mu spuścić trochę na słupkach. Co też uczynili.
I to też rozumiem. Oni naprawdę zdążyli mnie przyzwyczaić do wszystkiego. Dlaczego tylko za nimi poszło dwóch wybitnych komentatorów w Salonie? Czemu tak ochoczo zgodzili się wejść w temat, który, obiektywnie rzecz biorąc, istnieć w ogóle nie powinien. Temat, który interesować może wyłącznie widzów Szkła Kontaktowego i niektórych, najbardziej wyrachowanych, polityków. Jak Marek Siwiec, powiedzmy. Nie lepiej to było nie oglądać telewizji i zamiast tego poczytać jakąś książkę? Choćby Herberta? Na temat cyfry zero, na temat współczucia i na temat arytmetyki w ogóle.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Kto zabił Patrycję z Kętrzyna

21 Marca 1963 roku w Los Angeles odbył się pojedynek bokserski o mistrzostwo świata w wadze piórkowej między Sugarem Ramosem - pretendentem, a obrońcą tytułu – Davey Moorem. W dziesiątej rundzie Ramos powalił Moore’a potężnym prawym sierpowym,. Moore upadł, uderzył tyłem głowy w linę ringu, uszkodził pień mózgu, po czym zmarł. Parę lat później, wybitny muzyk i kompozytor Bob Dylan napisał piosenkę zatytułowaną Who Killed Davey Moore?. Dylan nigdy nie nagrał piosenki o śmierci Moore’a na płycie, jednak wykonywał ja niekiedy na koncertach, zawsze wzbudzając zrozumiały entuzjazm.
O co chodziło Dylanowi? Otóż uznał on, że tak naprawdę Ramos był w najmniejszym stopniu winnym śmierci Moore’a. Dla Dylana, galeria osób, którzy ponoszą odpowiedzialność za tę śmierć, jest o wiele poważniejsza. Oto publiczność, która żądała dobrej, mocnej walki Nie mieli żadnych złych intencji. Oni chcieli tylko „odrobiny potu”. Oto sędzia, który – widząc, że sytuacja Moore’a jest dramatyczna – mógł walkę przerwać ”w ósmej, ale tłum by, cholera, buczał, że tylko stracili pieniądze”. Jest też dziennikarz sportowy, który zapewnia, że boks wcale nie jest jedynym niebezpiecznym sportem, że „w takim footballu jest dokładnie tyle samo ryzyka”. Słyszymy menadżera Moore’a, który oczywiście wie, ze „to okropne dla jego żony i dzieci, że umarł”, ale jednocześnie ma pretensje, że Moore go nie uprzedził, że się źle czuje. Mamy też nawet człowieka, który osobiście postawił na zwycięstwo Moore’a pieniądze. I on też przysięga, że go nawet nie tknął. I, podobnie jak cała reszta, krzyczy: „Nie ja!” I wreszcie mamy samego Ramosa, który w ogóle nic nie rozumie, bo on wie, że to co on robi to jego zawód, a to co się stało, to „przeznaczenie i wola boża”.
A Dylan z uporem pyta: „Kto zabił Davey’a Moore’a? Dlaczego? I z jakiego powodu?”
Naprawdę świetna piosenka. Tylko czemu przyszło mi dziś do głowy, żeby o niej wspomnieć? Otóż przez minione święta nadrabiałem zaległości czytelnicze i w pewnym momencie przeczytałem wiadomość, że na 25 lat więzienia został skazany niejaki Jakub Wereszczyński, który udusił pewną Patrycję, następnie zbezcześcił jej zwłoki, by w końcu je podpalić. On miał 19 lat, dziewczyna miała lat 15, była z chłopcem w ciąży, on namawiał ją żeby ciążę przerwała, ona nie chciała, więc ją udusił http://www.tvp.info/wiadomosci/polska/25-lat-za-zabojstwo-ciezarnej-dziewczyny. Oto prosta historia. Historia, jak z piosenki. Piosenki której nie ma. Bo nikt jakoś, cholera, takiej piosenki nie napisał. Niestety.
A tak bardzo bym chciał, żeby refleksja, która na wieść o tej zbrodni przyszła mi do głowy, również zainteresowała kogoś, kto ma zdolności, talent i serce. Tak bardzo bym chciał, żeby pytanie, które mi dziś przychodzi do głowy – Kto zabił Patrycję? Dlaczego? Z jakiego powodu? – zainspirowało kogoś, kto potrafiłby mu nadać wymiar artystyczny. Bo mam tyle pytań i do wielu ludzi te pytania chciałbym zaadresować. A wśród nich, to podstawowe – Jak do tego doszło, że ten Jakub uznał, że aborcja to zwykłe rozwiązanie na codzienne kłopoty. Jak to się stało, ze on – człowiek z pewnością niezbyt wykształcony, niezbyt oczytany, nie aż tak bardzo wrażliwy – może za wiele nie wiedział, ale to akurat wiedział. Że jest coś takiego jak aborcja i ona własnie stanowi wyjście w sytuacjach trudnych.
Boję się jednak, że nic z tego. Nie będzie z tego ani piosenki, ani opowiadania, ani nawet zwykłej zadumy, która by sięgnęła dalej niż poza tę stronę. Oczywiście, podstawowy problem jest taki, że artyści klasy Boba Dylana nie rodzą się na pniu. Nie rodzą się też na pniu artyści o jego wrażliwości. Ale też, nie da się ukryć, że u nas akurat nie za bardzo można znaleźć nawet zwykłych ludzi o choćby drobnym śladzie tego typu czułości. Jesteśmy wszyscy zajęci albo swoimi codziennymi sprawami, a – jeśli czas pozwoli – możemy się trochę powściekać na polityków i na to, co ostatnio zrobili lub powiedzieli. A i tu też tylko w wymiarze wybitnie podstawowym.
Jednak spróbuję. Chciałbym zaproponować temat. Może jakiś zdolny piosenkarz, choćby ten sprytny, wyszczekany, niezmiernie przebiegły Tomasz Szwed, który regularnie w Szkle Kontaktowym przedstawia swoje komentarze na tematy bieżące, z towarzyszeniem głosu i gitary. On by z pewnością umiał opowiedzieć taką prostą historię. Wzór już nawet ma. A temat? Proszę bardzo. Oto temat. Kto temu Kubusiowi pokazał, że aborcja jest rozwiązaniem? Kto tej Patrycji powiedział, że 15 lat to świetny wiek na rozpoczęcie życia seksualnego. A mam tu parę osób, które mogłyby stworzyć nie gorszą scenę, niż bohaterowie piosenki Dylana.
Oto mówi red. Piotr Pacewicz z Gazety Wyborczej: „To nie ja! Przecież ja nie kazałem mu zabić tej dziewczyny. Ja tylko zwracałem uwagę na cały szereg dramatów. Osobistych dramatów. Niechciane ciąże, życiowe problemy, złamane kariery. Poza tym, zastanówmy się, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby jednak to dziecko urodziła. Kto by się nią zajął. Kto by zatroszczył się o to dziecko. Czy taka sytuacja nie doprowadziłaby do większych nieszczęść? Nie przesadzajmy z tym wszystkim. I proszę mnie nie winić. Przecież ja jej nawet nie tknąłem.”
Oto minister Ewa Kopacz: „Przepraszam, czy to może do mnie pretensje? Proszę nie wskazywać na mnie palcem. Osobiście uważam, że aborcja nie jest żadnym rozwiązaniem. Sama zresztą jestem katoliczką i osobiście ani bym nie zgodziła się na aborcję dla własnego dziecka, ani nigdy bym do aborcji nikogo nie namawiała. A że w życiu bywa różnie? To niczyja wina. Zresztą moja sytuacja jest szczególna. Jestem urzędnikiem państwowym i swoje poglądy siłą rzeczy muszę zostawić za drzwiami swojego urzędu. Jak ktoś może ode mnie wymagać, żebym narzucała innym swój światopogląd?”
A teraz opinia publiczna: „Cóż można chcieć od nas? Człowiek haruje od rana do nocy, żeby związać koniec z końcem, od czasu do czasu sobie coś ładnego kupić i od pierwszego do pierwszego zasłużyć na tę odrobinę przyjemności. A poglądy? Każdy z nas przecież ma swoje poglądy. A jak człowiek czyta gazety, ogląda telewizję, to przecież trudno powiedzieć, co jest prawdą, a co kłamstwem. Nie każdy musi być znowu taki mądry. Kościół twierdzi, że aborcja to zło. Ale ja, mimo że uważam się za człowieka Kościoła, to wciąż zadaję sobie pytanie: ‘A cóż to jest to zło?’”
Wystąpiłby tu też z pewnością ten lekarz ginekolog, który zupełnie niedawno przeprowadził aborcje u niejakiej Agaty: „Nie wiem, czego ona się bała. Przecież w dzisiejszych czasach taki zabieg, to nic wielkiego. Rozumiem, że mogła nie mieć pieniędzy. Ale przecież nie ona jedyna. Jest kryzys, bywa ciężko, ale człowiek ma przyjaciół, rodziców. Nie rozumiem, czemu jej nikt nie pomógł. Ale żeby do mnie pretensje. Przecież to nie ja ją udusiłem. Mogę nawet zapewnić, że gdybym wiedział, co się stanie, to wyskrobałbym ją nawet za pół ceny.”
Mogłaby tez głos zabrać feministka, Magdalena Środa: „To prawdziwa tragedia! Ale czemu ani szkoła, ani Kościół, ani dom, nie uświadomił tej dziewczynie, że to ona przede wszystkim decyduje o swoim życiu? Czemu nikt jej nie powiedział, że nie powinna się bać? Mogła przyjść do nas. Mamy przecież najróżniejsze organizacje, gdzie służymy i radą i pomocą i żadna dziewczyna, czy kobieta nie odejdzie od nas bez odpowiedniej porady. Ale żeby mieć pretensje do nas! Za co? Przecież to nawet nie kobieta ją zabiła. To nie żadna z nas, prawda?”
I w końcu też na pewno zechciałby coś powiedzieć coś ten Kuba: „Co chcecie ode mnie? No dobra. Udusiłem ja. Ale zdenerwowała mnie. Przecież mogła się tak nie upierać. Wszyscy wiedzą, że aborcja to nic takiego. I gazety to piszą i w telewizji to mówią i różni politycy też swoje wiedzą. A ja mam dopiero dziewiętnaście lat. Przede mną całe życie. Czemu się tak uparła? Co jej szkodziło? Ale tak to jest. To wszystko przez ten Kościół. Mieszają ludziom w głowach i z tego tylko kłopoty.”
Taka piosenka mi się marzy. Ale – jak mówię – nie można na nią liczyć. Na nic za bardzo nie można liczyć. W świecie, który zajęty jest głównie aspirowaniem, nie ma czasu na sentymenty A o poezji, to już nawet nie wypada myśleć. Wczorajszej nocy, kiedy cała Polska cieszyła się malowanymi jajkami, barankami z ciasta, zastawionymi pięknie stołami, cudowną pogodą, na jednym kraju Polski powódź nie pozwoliła ludziom nawet pewnie złożyć sobie porządnie życzeń. Na drugim końcu naszej Polski, wybuchł pożar w tzw. hotelu społecznym. Rozumiem, ze hotel społeczny to takie miejsce, gdzie mieszkają rodziny eksmitowane, choćby z powodu nie płaconego czynszu. Więc część tych rodzin spłonęła. W noc z niedzieli na poniedziałek.
Prezydent ogłosił żałobę narodową. I się zaczęło liczenie. Właśnie tak. W społeczeństwach aspirujących, jedyne co jako tako się potrafi robić, to liczyć. Przede wszystkim liczyć.

sobota, 11 kwietnia 2009

Coming-out, czyli o tych, co wychodzą

Piszę w Salonie od ponad roku, udało mi się tu zamieścić już ponad 300 tekstów i – wbrew argumentom niektórych z moich przyjaciół – bardzo sobie to miejsce chwalę. Przyznaję, mogę być w tym momencie mało obiektywny. Moja pozycja w Salonie jest bardzo komfortowa. Teksty, które piszę są bardzo szeroko czytane, niemal każdy z nich jest uprzejmie przez Administrację umieszczany wysoko na głównej stronie, a co najważniejsze, dla wielu osób moje refleksje stanowią bardzo wyraźne źródło satysfakcji. Cóż można chcieć więcej?
Oczywiście, przez to, że moje poglądy są bardzo wyraźne, a temperament niekiedy zbyt bezpośredni, oprócz całego szeregu przyjaciół, mam tu też sporą grupę przeciwników, czy wręcz wrogów. Ludzi których irytuję, którzy mnie nie znoszą, którzy wręcz uważają mnie za durnia i chama. Oczywiście, wolałbym żeby wszyscy mnie kochali, ale wiem też, że wszystko ma swoją cenę, a natura jest taka, że czym kto jest bardziej otwarty, tym bardziej naraża się na atak. I w sumie może to i lepiej. Każda burza zawsze przynosi czystsze powietrze i piękniejsze zapachy. Więc, myślę sobie, że niech o tak pozostanie. Walczymy o prawdę, prawo i sprawiedliwość i niech się ziemia trzęsie.
Jest też jednak tak, że wśród osób, które tu na moim blogu spotkałem w ciągu tych kilkunastu miesięcy pojawiły się też charaktery na tyle dla mnie egzotyczne, że mimo całej mojej otwartości i cierpliwości, nie umiałem ich konsekwentnie tolerować. Byli to ludzie, którzy oczywiście najczęściej mnie i moich poglądów nie znosili, ale przy tym odniosłem wrażenie, że ostatnia rzeczą, na jakiej im zależało była rozmowa. Oni nie pisali, żeby mnie o coś spytać, żeby czegoś się dowiedzieć, nie żeby mnie przekonać, nawet nie po to, żeby mi powiedziec, że ich zdaniem jestem idiotą i że mną gardzą. Nie mogłem nie odnieść wrażenia, że ich jedynym celem było odnalezienie u mnie takiego punktu, w który jeśli uda się im trafić, sprawią mi przykrość. Ich jedynym zamiarem było przeprowadzenie takiej akcji, żeby mnie wyprowadzić z równowagi. Jeśli więc ktoś się zorientował, że moje związki z moją rodziną są szczególnie silne, albo nieustannie pozdrawiał moją żonę, albo składał kondolencje moim dzieciom, albo walił w mój dom w dowolny inny sposób. W momencie jak napisałem najpierw bardzo emocjonalny tekst o Grzegorzu Przemyku, a później o Annie Walentynowicz, znaleźli się tacy, którzy sprytnie doszli do wniosku, że tu mogę mieć pewne kompleksy i zaczęli notorycznie szydzić z udręczenia Przemyka i z wykształcenia pani Walentynowicz. Kiedy wreszcie kto inny zauważył, że mam szczególne uczucia w kwestii mojej Ojczyzny, od tego momentu uznał, ze może być bardzo skuteczne używanie w komentarzach pod moimi tekstami określenia ‘polaczkowie’. I tak to sobie szło po obrzeżach mojego blogowania.
Kiedy zacząłem tu pisać, przez pierwsze miesiące trzymałem się twardo zasady, że rozmawiam ze wszystkimi, nikogo nie lekceważę, a tym bardziej nikogo stąd nie wyrzucam. Jak jest dzisiaj, kto tu bywa w miarę regularnie, wie. Wycinam wszystkich, którzy zachowują się podle, a przede wszystkim nieuczciwie. Wszystkich tych, którzy nie mając argumentów, albo nie potrafiąc ich skutecznie zaprezentować, uciekają się do najbardziej prymitywnej kpiny i szyderstwa, i też nawet nie po to, żeby zabłysnąć, ale wyłącznie w celu spuszczenia z siebie nadmiar najbardziej złych emocji. Więc ci już tylko mogą czytać co tu piszę, a jak chcą mi dokuczyć, to albo robią to u siebie, albo po różnych obcych blogach. Czasem tam zaglądam i na te szczególne typy trafiam.
Często się zastanawiałem, skąd się bierze ten właśnie typ? Co za człowiek, realny, żywy człowiek za tym czymś stoi? Jak powstaje ten rodzaj zła i zgłupienia? Czytałem te komentarze, niekiedy miałem okazję czytać dłuższe wpisy, i w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie większość z tych moich dziwnych znajomych, to zwykli wariaci. Tacy nocni szaleńcy, którzy nie mają nic innego jak tylko ten komputer i poczucie, że właśnie dzięki niemu istnieją w świecie rzeczywistym. Choćby tylko z tego względu, że jest to jedyne miejsce, gdzie ktokolwiek w ogóle ma ochotę z nimi rozmawiać. A że nie chcą pokazać, jacy są biedni i samotni, to robią się tak beznadziejnie agresywni. Ale też od razu przyszło mi do głowy, że własnie przez to, że Internet ma to do siebie, że jesteśmy tu wszyscy anonimowi, na dodatek nasze charaktery są wielokrotnie przetworzone przez tę niezwykła sieć, to tak naprawdę nigdy do końca nie wiadomo, kim w rzeczywistości jesteśmy, ile w nas jest zła, ile dobra, ile prawdy, ile kłamstwa i na ile w ogóle ten obraz jest choć trochę autentyczny.
Jednak poza Internetem, jest też świat ludzi żywych, i tam, bez większych kłopotów, każdego dnia mogę znaleźć postaci, które – nawet jeśli tylko w wersji karykaturalnej – krążą to tu to tam w tym moim już dziś Salonie. Ile razy uda mi się – w tak zwanym realu – albo usłyszeć, albo przeczytać opinię, która mnie powali na oba kolana w ten właśnie, absolutnie niepowtarzalny sposób, w jaki mnie wyprowadzają z równowagi autorzy tych zupełnie najgorszych komentarzy, oprócz zwyczajowego osłupienia, czuję też pewną satysfakcję. Bo właśnie wtedy mam wrażenie, że oto nauczyłem się czegoś nowego. A jednocześnie coś bardzo starego się potwierdziło.
Wczoraj, Rzeczpospolita zdecydowała się opublikować wyznania Jacka Żakowskiego na temat Donalda Tuska, Platformy i wielkiego rozczarowania, jakie Żakowski czuje po niemal już półtorarocznych rządach tej szczególnej ekipy http://www.rp.pl/artykul/288563.html. Nie przeczytałem tekstu Żakowskiego z dwóch względów. Raz, ze wiedziałem mniej więcej na tyle na ile mi to było potrzebne, co on napisze. Po drugie, przeczytałem pierwszy akapit i – przynajmniej jeśli idzie o Żakowskiego – intensywność tego, co się tam znalazło wystarczyła mi na jakieś trzy lata. No i jeszcze jedno. W tych paru zdaniach, nagle ujrzałem wspólny podpis, wspólne logo tych wszystkich przedziwnych blogerów, którzy przewinęli się przez tę stroniczkę, by ostatecznie zniknąć gdzieś w sieci, jak najdalej ode mnie.
Żakowski zaczyna swój tekst tak:
„Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.”
W ten sposób ten tekst się zaczął i, równie dobrze, na tych właśnie słowach mógł się skończyć. Właściwie mógł się skończyć jeszcze wcześniej. Na tym jednym zdaniu : „Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy.” To jedno zdanie ukazuje cały początek tego nieszczęścia, z którym musimy żyć od niemal półtora roku. Jego przyczynę i jednocześnie jego skutek. W tym własnie zdaniu zamyka się cała mentalność, która tak bardzo zatruła nasze życie przez te długie miesiące. W tym własnie zdaniu mieści się to całe kłamstwo, ta cała buta, ta nienawiść, która uniemożliwia Polsce i nam, którzy tu mieszkamy, normalne zwykłe życie.
Było kilka takich momentów w ciągu tej najbardziej świeżej historii, kiedy czułem, jak bardzo część tego społeczeństwa – część którą i ja tworzę – jest przez pełen bardzo istotny fragment publicznej opinii w Polsce odsunięta poza nawias tego własnie społeczeństwa i tego Narodu. Myślę, ze każdy z nas ma własne na ten temat przemyślenia i własne wspomnienia. Jeden pamięta to bydło Bartoszewskiego, kto inny te watahy Sikorskiego, kto inny wspomni pewnie cos innego. W ostatnich jednak tygodniach zwróciłem uwagę na dwie rzeczy, które ukazały mi całą powagę zamierzenia, które najpierw doprowadziło do zwycięstwa Platformy w roku 2007, a dziś do tego zdenerwowania, które demonstruje Jacek Żakowski w swoim tekście. I które – jedno i drugie – wyrzuca mnie i wielu podobnie myślących poza nawias tego co publiczne.
13 grudnia zeszłego roku, na swoim blogu, rewizor http://niepoprawni-pl.salon24.pl/106573.html zwrócił uwagę na istnienie niemieckiej organizacji o nazwie Fundacja Karola Adenauera. Zaczął swój wpis w ten sposób:
Fundacja Konrada Adenauera nie lubi jawności - najchętniej działa zakulisowo i w cieniu. Na stronie internetowej FKA http://www.kas.de/proj/home/home/48/8/index.html daremnie szukać wymaganych przez prawo informacji o jej władzach, personelu i Polakach współpracujących z tą instytucją. Nie ma też informacji, ile pieniędzy wydaje rocznie FKA, co właściwie finansuje i jakie są jej związki z prominentami polskiego życia publicznego. Jedyną informacją jest wykaz kilkunastu instytucji, które FKA nazywa swymi partnerami. Na ostatnim miejscu wymieniono Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau http://www.for.org.pl Kliknąłem z ciekawości - i tu zaczyna się naprawdę interesujący trop. Spróbuję zabawić się w dziennikarza śledczego.
Forum für Bürgerschaftliche Entwicklung in Warschau pod polskim adresem internetowym nosi nazwę Forum Obywatelskiego Rozwoju. Strona http://www.for.org.pl podaje, że FOR rozpoczęło swoją działalność we wrześniu 2007 r. (a więc na miesiąc przed wyborami do Sejmu) i jest rzekomo instytucją niezależną (do tej sprawy wrócimy za chwilę). Niestety, nie ma żadnej informacji o włożonym kapitale i o jego pochodzeniu – poza zdaniem, że „jego wyłącznym fundatorem jest prof. L. Balcerowicz”. L. Balcerowicz jest też przewodniczącym pięciosobowej Rady, w której skład wchodzi m.in. były minister i bankowiec Tadeusz Syryjczyk oraz Jan Wejchert współwłaściciel TVN, człowiek najbogatszy z wszystkich ludzi polskich mediów. W Komitecie Programowym FOR znajdujemy nazwiska Wł. Bartoszewskiego, Andrzeja Olechowskiego, Marka Safjana, Andrzeja Zolla, Jacka Fedorowicza i wielu innych postaci o powszechnie znanej orientacji politycznej. Po przeczytaniu listy kilkudziesięciu nazwisk członków komitetu w deklarację niezależności i apolityczności Forum uwierzyć może tylko polityczny analfabeta".
Jeśli ktoś jeszcze nie zna sprawy, zachęcam. Można poczytać oryginalny wpis rewizora, można też wejść na stronę tego Forum http://www.for.org.pl. To tam znajdzie wszelkie potrzebne informacje na temat na przykład akcji „Zmień kraj – idzie na wybory”, która – jak już nawet Jacek Żakowski zauważył – zmieniła faktycznie kraj. Tak go zmieniła, że wszystkim nam już się nawet nie chce rzygać. Ale zmieniła. Proszę tam zajrzeć. Tam jest wszystko co trzeba wiedzieć na temat niszczenia demokracji w majestacie państwa prawa. Zachęcam.
Więc przeczytałem tekst rewizora, zajrzałem na stronę FOR, zobaczyłem, czym się zajmuje na przykład Leszek Balcerowicz i na samym końcu zrozumiałem, kim jestem ja, z punktu widzenia potęgi, nie Państwa, ale tego, co na tym Państwie pasożytuje i, co to Państwo doprowadza do kompletnej ruiny. A dziś, czytam tekst Jacka Żakowskiego w Rzeczpospolitej, gdzie on już nawet nie próbuje udawać, że to co nam przygotowano, ma jakikolwiek związek z wolnością i demokracją. On właściwie równie dobrze mógł swoje żale sformułować następująco: „Jesteśmy rozżaleni i zawiedzeni. Pomogliśmy wam dokonać tego zamachu i przejąć władzę, a wy? Co daliście nam w zamian? Tylko wstyd i nieustanny lęk”. A też już wiem, ze to jest własnie źródło tego, z czym mammy do czynienia tu w Salonie. To właśnie stąd wzięli się ci wszyscy, którzy mnie i podobnych do mnie tak bardzo nienawidzą. Oni właśnie zostali stworzeni przez ten plan i to przekonanie, że tu w Polsce jest miejsce tylko dla niektórych, że cała reszta jest jak gdyby poza tym, co Żakowski nazywa „ogólnonarodowym wysiłkiem”. Z tego punktu widzenia, my nie stanowimy równoprawnego partnera w rozmowie. My możemy albo się zgodzić na to co nam się daje, albo zniknąć.
Ale jest też w tym wszystkim coś bardzo pocieszającego. Oto zaczął się ten szczególny coming- out. Po Żakowskim przyjdą następni. I będą mówić. I wreszcie dojdzie do tego, że ci wszyscy, którzy się dali tak fatalnie oszukać, zrozumieją. A wśród nich, również ci najbardziej obrzydliwie zmanipulowani publicyści z tego naszego wspólnego Salonu, o których wspomniałem na początku tego tekstu. Ci, którzy tyle serca wkładają w to, żeby bronić coś, czego się bronić nie da, żeby pluć na tych, na których pluć nie wypada, z których wielu, utraciwszy już wszelkie argumenty, wyłącznie potrafią nienawidzić. Oni już niedługo, wszyscy się otrząsną i zobaczą, co to się stało. Jak fatalny udział wzięli w czymś, co pod względem czystego zła jest zjawiskiem zupełnie wyjątkowym.
I to już będzie niedługo. Czego sobie i Wam wszystkim życzę przy okazji tych wielkich Świąt Zmartwychwstania Naszego Pana Jezusa Chrystusa.

środa, 8 kwietnia 2009

O nadętych pałach i aureolkach

Gazety Wyborczej nie czytam, więc są rzeczy, które w sposób naturalny mi uciekają. Nie wiedziałem na przykład, że Ewa Milewicz obraziła się na Prezydenta i ogłosiła, że zwróci swój order, który jakiś czas temu własnie od Prezydenta otrzymała. Na szczęście codziennie zaglądam do naszego Salonu, więc i o tym niezwykle ciekawym zdarzenie w końcu się dowiedziałem.
Ewa Milewicz, podobnie jak wiele innych osób, bardziej lub mniej zasłużonych dla walki z bolszewicką represją, swego czasu została przez Lecha Kaczyńskiego uznana za godną wyróżnienia i – konsekwentnie – wyróżniona została. Osobiście uważam, że akurat jeśli idzie o Milewicz, pana prezydent mógł sobie darować, ale nie protestuję. Polityka historyczna przez niego prowadzona jest niezwykle intensywna i otwarta, więc musimy się zgodzić, że nie każdy koniecznie musi być zawsze zadowolony. To jest trochę tak jak było z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. O ile się orientuję, żaden z wcześniejszych papieży nie realizował z takim przekonaniem i taką intensywnością przekonania, że współczesny świat potrzebuje świętych. I stąd – mam wrażenie – nigdy przed papieżem Wojtyłą, my ludzie Kościoła, nie zostaliśmy obdarzeni tyloma nowymi osobami właśnie świętymi.
A więc, tu oczywiście z zachowaniem wszelkich koniecznych proporcji, Lech Kaczyński, przekonany, ze współczesna Polska i nasz polski patriotyzm potrzebuje czytelnych wskazówek i jeszcze czytelniejszych przykładów i bohaterstwa i zwykłego poświęcenia, stara się bardzo nadrabiać te wszystkie minione lata, które pod tym akurat względem należy uznać za stracone.
Kiedy – jak dobrze pamiętam przy tej samej okazji, kiedy Ewa Milewicz otrzymała od Prezydenta swój medal – Adam Michnik odmówił przyjęcia odznaczenia, oficjalne tłumaczenie było takie, ze on Kaczyńskiego nie lubi i nie szanuje, więc tez nie będzie od niego nic brał. Jednak nieoficjalne informacje stawiały sprawę nieco inaczej. Michnik oczywiście Lecha Kaczyńskiego nienawidzi, ale, ta jego nienawiśc nie jestakurat na tyle wielka, żeby mogła przesłonić jego typowo dla środowiska, które reprezentuje - ego. Dla michnikowego środowiska, w ostatecznym rozrachunku zawsze liczy się przede wszystkim cena. A zatem, jesli idzie o tamten order, Michnik mianowicie uznał, że on oczywiście na niego jak najbardziej zasługuje, tyle że na coś o wiele większego i ważniejszego, niż to co w swoich planach przewidział Prezydent. Oczywiście ta informacja była dla mnie dość interesująca, jednak nie na tyle, żeby się jakoś nią szczególnie zadręczać. W końcu Michnika i jemu podobnych znam od dawna i trudno żebym się codziennie podniecał tym co on robi, czy mówi.
Dziś odzywa się Ewa Milewicz. I tu akurat przyszła mi do głowy pewna szczególna refleksja. Kiedy Michnik nie pojawił się na rozdaniu odznaczeń, Ewa Milewicz order - owszem - wzięła. I ja to rozumiem. Ona – jako osoba niezwykle skromna – z pewnością uznała, że Michnik, będąc człowiekiem o nieskończenie większych zasługach od niej, na byle co nie zasługuje, ale Milewicz – owszem, może już być. I to jest, jak mówię, lekcja skromności. To natomiast, co ona wyprawia teraz, nie za bardzo przykłada się do mojej wyobraźni. Ewa Milewicz zwraca order nie dlatego, że doszła do przekonania, że na niego nie zasłużyła, że ktoś o wiele bardziej od niej dzielny i wspaniały orderu niesprawiedliwie nie dostał, lecz wręcz przeciwnie. Poszło o to, że ktoś właśnie ten order dostał, a ona uważa, że nie powinien. Bo jej się, faktycznie należy, ale komuś innemu już nie.
Ewa Milewicz przyjęła order medal od Lecha Kaczynskiego, skromnie spuściła oczy, nieśmiało się uśmiechnęła i wciąż bardzo nieśmiało szepnęła: „No cóż, Panie Prezydencie. Było nas paru. Cieszę się, że nie okazał się Pan gapą i mnie zauważył”, a następnie, drżącą rączką ten medal na swej bohaterskiej piersi przyklepała. Więc nie zdziwiłbym się, gdyby nagle dziś prezydent Kaczyński odmówił swego uznania komuś, kogo pani Milewicz szanuje bardziej niż siebie i w geście solidarności z pokrzywdzonym, odpięła sobie ten przyklepany już wcześniej medal i dała go temu komuś. Byłby to gest honorowy i godny najwyższego uznania. Jeśli jednak ona wyłącznie protestuje przeciwko temu, by ktoś miał czelność pomniejszać jej wielkość przez kojarzenie jej osoby z tymi, których ona traktuje z pogardą, to ja za takie gesty dziękuję. To nie jest żaden honor. To jest czysta pycha i najzwyklejsza podłość. To jest zachowanie ucznia, który w szkole dostaje piątkę, a kiedy nagle zobaczy, że ta piątka nie jest jedyna najpierw dostaje szału, potem się obraża, a później już tylko chodzi po nauczycielach i objaśnia wszystkim, że te pozostałe piątki były całkowicie niezasłużone.
Podejrzewam, że za wiele, wiele lat, jeśli wszystko potoczy się jak dotychczas, świat już kompletnie zwariuje, a jakiś nowy papież uzna, że Adam Michnik i Ewa Milewicz powinni zostać beatyfikowani, Adam Michnik obrazi się i powie, że on głupiej beatyfikacji sobie nie życzy, bo on by chciał wejść co najmniej na czwartego. Natomiast Ewa Milewicz się grzecznie zgodzi, ale po pewnym czasie, kiedy się już dobrze rozejrzy i zobaczy w jak nędznym towarzystwie się znalazła, walnie tą aureolą papieżowi prosto między oczy i sobie pójdzie. W diabły.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Guma na mózgu, mózg w gumie

W swojej drodze do Afryki, odpowiadając na pytanie jednego z dziennikarzy dotyczące plagi AIDS właśnie w Afryce, Benedykt XVI wypowiedział następujące słowa: „To tragedia, której nie można powstrzymać tylko pieniędzmi, której nie można powstrzymać, rozdając prezerwatywy, bo one jeszcze potęgują problem.” Przesłanie to nie powinno dziwić żadnego myślącego człowieka, i to nawet nie ze względów ideowych, lecz czysto zdroworozsądkowych. Nie będę tu jednak wyjaśniał rzeczy oczywistych. Trochę dlatego, że nie chcę się rozpisywać bardziej niż zwykle, ale też z tego względu, że od czasu, kiedy papież Benedykt powiedział co powiedział, minęło już wystarczająco dużo czasu, żeby niemal wszystkie odpowiednie argumenty zostały – skutecznie i nieskutecznie – przedstawione. Poza tym jeszcze, ze względów, o których za chwilę, chciałem zająć się tym tematem z troszkę innej strony. Pragnę mianowicie zastanowić się, dlaczego? Skąd się bierze tyle kontrowersji tam gdzie tych kontrowersji być nie powinno?
1 kwietnia Komisja Spraw Zagranicznych Belgijskiego Parlamentu, zdecydowaną większością głosów, postanowiła skierować do Papieża rezolucję potępiającą go za jego słowa http://www.rp.pl/artykul/67352,286036.html.
Ponieważ projekt rezolucji poparły niemal wszystkie ugrupowania parlamentarne, uważa się, że przyjęcie rezolucji przez cały Parlament jest faktycznie przesądzone. Spekuluje się również, że akt belgijski jest zaledwie pierwszym z wielu oficjalnych posunięć tego typu w Europie, a zatem atak na Kościół Katolicki będzie się w najbliższym czasie toczył nie tylko na poziomie kultury pop (wysyłanie prezerwatyw do Watykanu), ale w skali daleko poważniejszej.
Jeszcze zanim dotarła do mnie informacja o belgijskiej akcji, wpadłem na fachowe amerykańskie czasopismo medyczne o nazwie American Journal of Obstetrics and Gynecology. Według oficjalnych szacunków, AJOG należy do 100 najbardziej wpływowych czasopism z dziedziny biologii i medycyny na świecie. Jeśli wśród czytelników tego tekstu są lekarze, myślę, ze będą mogli to potwierdzić. Otóż jeszcze w roku 2004, w AJOG ukazała się praca podpisany przez wybitnego kanadyjskiego ginekologa Stephena J. Genuisa i Shelagh K. Genuis, pod tytułem „Walka z pandemią chorób przenoszonych drogą płciową: pora na re-ewaluację” http://www.teenstar.hr/pdf/1_AJOGpaper_Genuis_20041206.pdf.
Nie będę się tu wdawał w szczegółową analizę samej pracy, choćby z tego względu, że jest to artykuł skierowany do środowisk naukowych, na dodatek dotyczący kwestii związanych bezpośrednio z ginekologią, a więc nie bardzo mi tu pasuje zarzucać czytelników tego bloga zbędnymi gruncie rzeczy, z naszego punktu widzenia, szczegółami. Parę rzeczy jednak trzeba powiedziec. Otóż autorzy artykułu, analizując sytuację, nie skupiają się na epidemii AIDS, jako takiej, lecz przez cały tok swojej argumentacji mówią o tzw. chorobach przenoszonych drogą płciową (STD). Powodem tego podejścia jest fakt, że, choć rzeczywiście, na Dalekim Wschodzie, czy jeszcze bardziej w Afryce AIDS jest plagą dominującą, i niewątpliwie jest to problem najbardziej medialnie rozpoznawalny, w innych częściach świata epidemia (bo musimy mówić o epidemii) związana już jest przede wszystkim z innym typem zakażeń.
A zatem, według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), dwie trzecie wszystkich przypadków zakażeń na świecie występuje u nastolatków i osób wkraczających w wiek dorosły. Jak twierdzą autorzy, według wszelkich dostępnych informacji, opartych na rzetelnych badaniach, niezależnie od tego czy chodzi o AIDS, czy o jakiekolwiek inne choroby przenoszone drogą płciową, stosowanie prezerwatyw nie jest w ogóle istotnym czynnikiem chroniącym przed zakażeniem. Wręcz przeciwnie. Wedle wszelkich dostępnych danych, prezerwatywa nie chroni przed większością chorób przenoszonych drogą płciową, a ze względów ściśle praktycznych, nie chroni przed którąkolwiek z tych chorób, włącznie z AIDS. Podobnie zresztą jak, według tych samych poważnych źródeł, brak prezerwatywy nie ma znaczącego wpływu rosnącą liczby zakażeń. Wszelkie znane przypadki raptownego wzrostu zachorowań są powszechnie rozpoznawane, jako przede wszystkim wynik coraz wcześniejszego momentu inicjacji seksualnej u młodzieży, i – konsekwentnie – zwiększającej się mody na częste zmiany partnerów. Podobnie, we wszystkich znanych przypadkach rzeczywistego obniżenia liczby zachorowań, decydującą rolę odgrywały programy na rzecz podwyższenia wieku inicjacji, wstrzemięźliwości i wierności, czyli, najogólniej rzecz biorąc, zmiany zachowań seksualnych.
Stephen i Shelagh Genuis, powołując się na raport Amerykańskiej Agencji na rzecz Międzynarodowego Rozwoju (USAID), wskazują na efekty powszechnego wprowadzenia programu, mającego na celu zmianę zachowań seksualnych w Ugandzie. Od roku 1989 do roku 2000, zaobserwowano nie tylko dramatyczny spadek liczby kobiet posiadających więcej niż jednego partnera (z 20% do 2,5%), nie tylko jeszcze bardziej znaczący spadek liczby młodzieży między 13 a 16 rokiem życia, prowadzących aktywność seksualną (z 60% w roku 1994 do 5% w roku 2001), ale co najważniejsze, bardzo wyraźny spadek zachorowań – z 30% w roku 1994 do 5% w roku 2001. Jednocześnie USAID stwierdza, że w Ugandzie użycie prezerwatyw pozostało na stałym, niskim poziomie, natomiast „młodzi mężczyźni w wieku od 15 do 19 lat, obecnie znacznie mniej chętnie angażują się w aktywność seksualną, chętniej się żenią i znacznie chętniej zachowują wierność”.
Powyższe spostrzeżenia zdecydowanie kontrastują z tym, co można zaobserwować na przykład w Zimbabwe i w Botswanie, gdzie przez wiele lat prowadzono bardzo szeroką kampanię na rzecz stosowania prezerwatyw. I tu i tam, stwierdzono znaczny wzrost sprzedaży prezerwatyw i ich stosowania. Jednocześnie, w obu krajach, poziom zachorowań na AIDS utrzymał się na jednym z najwyższych poziomów na świecie. W miejskich dzielnicach Botswany, szacuje się, ze 55% młodych kobiet w ciąży, zakażonych jest wirusem HIV. Wyliczenia wskazują również, że do 2020 roku, w Zimbabwe dojdzie do trzydziestoprocentowego spadku zatrudnienia, spowodowany epidemią właśnie epidemią AIDS.
I teraz tak. Mam oczywiście nadzieję, że wśród komentarzy dotyczących niniejszego wpisu znajdą się głosy fachowe. Biorę też pod uwagę, że ktoś bardzo dobrze zorientowany w temacie, po zapoznaniu się z artykułem z AJOG, wykaże autorom niekonsekwencję, lub wręcz manipulację. Jednak nikt nie zaprzeczy, że analiza przedstawiona przez obu specjalistów, to nie jest ani głos amatorów, ani – tym bardziej – głos Watykanu. Należy przypuszczać, że i jeden i drugi autor artykułu to postaci uznane w środowisku, których głos się musi liczyć. To jest chyba logiczne, prawda? No ale załóżmy, że tezy przedstawione w artykule są dyskusyjne. Nie zmienia to jednak faktu, ze najwyraźniej dyskusja trwa i najróżniejsze opinie prezentowane są bez cienia wstydu na nawet najwyższych poziomach debaty. Czy to jednak okazało się być wystarczającym powodem, żeby Parlament Belgii zwrócił się z rezolucją do rządu Kanady o zrobienie porządku zarówno na Uniwersytecie w Albercie, jak i w Royal College of Surgeons of Canada? Nie. I teraz powstaje pytanie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego belgijscy parlamentarzyści nie unoszą się swoim gniewem na opinie uznanych naukowców, które Benedykt XVI niemal cytuje? Dlaczego oni swoich pretensji kierują nie do wydawców AJOG, do WHO, do USAID, ani do dziesiątek innych kompetentnych organizacji, lecz do Watykanu?
Można by było sądzić, że skoro temat budzi tak niezwykłe emocje, osoby stojące za tymi emocjami, to ludzie autentycznie zatroskani i przy tym – konsekwentnie – doskonale zorientowani w tematyce. Nie umiem uwierzyć, że tak nieprawdopodobny poziom złości, jaki wywołały w niektórych środowiskach słowa Benedykta XVI, zawdzięczamy jedynie zwykłym emocjom i czystemu współczuciu dla ofiar epidemii AIDS. Jeśli tyle osób jest tak autentycznie przekonanych o wyjątkowej kompromitacji Benedykta XVI, to za tym ich przekonaniem musi stać jakiś zasób autentycznej wiedzy. Tymczasem wychodzi na to, że nawet jeśli ta wiedza jest faktycznie znacząca, to niewątpliwie cały czas pozostaje bardzo niepełna. Bo nie można mówić o wiedzy, skoro zakres tej wiedzy w tak rażący sposób lekceważy fakt istnienia autentycznego i rzeczywistego sporu.
Uważam więc, że za środowiskami z jednej strony propagującymi powszechne używanie prezerwatyw, a z drugiej potępiającymi Kościół za sprzeciw wobec tej kampanii, stoją w najlepszym wypadku właśnie emocje. Ale to w najlepszym wypadku. Bo w rzeczywistości, jestem przekonany, ze główną przyczyną tego niezwykłego ataku z jakim dziś mamy do czynienia, jest najszerzej rozumiany biznes erotyczny i pornograficzny, oraz na obrzeżach tego rynku – lobby homoseksualne. I niewykluczone, że nie tylko, ale o tym za moment. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że właśnie w interesie tych grup i tych osób, które świetnie egzystują dzięki erotyce – a w tym choćby całej branży żyjącej z produkcji i sprzedaży prezerwatyw – jest propagowanie i podtrzymywanie rozwiązłości seksualnej na wszelkich możliwych poziomach geograficznych, kulturowych i wiekowych.
Dla ludzi umocowanych na najwyższych szczeblach tego biznesu, jak i tej kultury, dla ich osobistego powodzenia, największym zagrożeniem jest nie pandemia AIDS i innych chorób przenoszonych drogą płciową, nie plaga rozwodów, nie rozpad rodziny, nie setki innych nieszczęść związanych z tym niezwykłym rozpasaniem, z jakim mamy do czynienia na całym świecie i na wszystkich poziomach cywilizacyjnych, lecz wręcz przeciwnie – moda na wstrzemięźliwość, wierność i emocjonalną dojrzałość.
Rezolucja przyjęta przez belgijskich parlamentarzystów jest doskonałą ilustracją problemu, na który chcę zwrócić uwagę. Oto Belgia. Kraj, który dla wielu będzie się już zawsze kojarzył przede wszystkim z pedofilską aferą sprzed lat, kiedy to został aresztowany i osądzony niejaki Mark Dutroux. Nie będę przypominał szczegółów tej niesłychanej zbrodni. Ci co pamiętają, to pamiętają i te zamordowane przez Dutroux dziewczynki, ale również całą aurę zjawiska o wiele bardziej rozległego i poważnego, niż indywidualny los dwojga dzieci. I dziś, każdy z tych którzy pamiętają, musi sobie pomyśleć własnie o tym, że wspomniana rezolucja została przyjęta właśnie w tej samej Belgii. I ja nie mówię, ze to jest bezczelność. Ja tylko zwracam uwagę na zbieg okoliczności.
A przecież nie chodzi tylko o Belgię. Mamy i Austrię, mamy Włochy mamy też i naszą polska prowincję, a kto wie, na ile tylko prowincję? Mamy Anglię i mamy Stany Zjednoczone. Mamy Tajlandię i Rosję. I mamy Pakistan, o którym tu niedawno pisałem. I mamy kolorowe magazyny, takie jak Glamour, czy Joy, czy diabli wiedzą co jeszcze. I mamy ten Internet, z którego i ja dziś korzystam, zawalony najczystszego sortu pornografią i – oczywiście – miliardy prezerwatyw rocznie produkowanych na potrzeby tej otępiałej klienteli.
Więc jeśli ktoś mi powie, żebym miał serce dla tych biednych mieszkańców Afryki, każdego dnia umierających z powodu AIDS, to ja najpierw sobie przypomnę to stare powiedzenie „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, któregoś dnia pięknie i jakże dowcipnie zmienione przez Ciebie, Przyjacielu, na „Wszystkie drogi prowadzą do Briana Eno”, a dziś już tylko kołaczące się po mojej biednej głowie informacją, że wszystkie drogi nie prowadzą, ani do Rzymu, ani do Briana Eno, ani nawet do Afryki, ale do tej budy na katowickim dworcu, gdzie można kupić i jakiś ładny film, a do niego parę gumek produkcji dowolnej. O każdej porze dnia i nocy.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...