wtorek, 13 maja 2008

"Donek, masz coś? - czyli etap ostatni

W moim poprzednim wpisie tu w Salonie na temat nowej strategii fachowców od kreowania wizerunku Donalda Tuska, przewidywałem, ze koncepcja przedstawienia Polakom Premiera, jako zaćpanego półgłówka jest objawem całkowitej desperacji Państwa Specjalistów i stanowi pewnie przedostatni już etap działań na rzecz tworzenia nowego zjawiska socjologicznego pod nazwą “Ekipa”.
Jeśli idzie o to, że etap miał być przedostatni chyba się nie omyliłem. Natomiast muszę ze wstydem przyznać, że nawet ja nie spodziewałem się, że etap ostatni nadejdzie tak szybko, bo już po jednym dniu tego szaleństwa bez cienia metody.
Histeria, jaka ogarnęła całe zastępy bojowników na rzecz wypalenia PiSowskiej zarazy ogniem i mieczem, osiągnęła w tym pierwszym dniu takie poziomy, że właściwie nie wiadomo od czego tę refleksję zacząć.
...?!
To może zacznijmy i skończmy już na TVN-ie. W magazynie 24 Godziny wystąpiła pani minister Pitera, która – trudno powiedzieć, czy z własnej, chorej, inicjatywy, czy realizując skoordynowaną strategię połączonych sztabów – postanowiła na własnym przykładzie zademonstrować działanie marihuany i wpadła w taką głupawkę, że mogłaby stanąć w konkury z tą tarzającą się zebrą przed Szkłem Kontaktowym.
Po upalonej Piterze wystąpił artysta estradowy o przezwisku Muniek, który wraz z jakimś ledwo przytomnym i z zachowania i z wyglądu wykształconym przedstawicielem terapeutów i psychiatrów III RP, wygłosili pean na cześć ganji, Boba Marleya, Donalda Tuska i wszystkich postępowych wciągaczy, tak by każdy telewidz, jeśli jeszcze nie rozumie co się dzieje na polu strategii i taktyki, zrozumiał wszystko jak najszybciej.
A dzieje się najwyraźniej to, że połączone umysły Platformy Obywatelskiej i medialnego przedstawiciela tej dziwnej partii, w swojej desperacji postanowiły, owszem, dalej odwoływać się do wrażliwości meneli, narkomanów i młodzieżówki komunistycznej; jednak już nie tylko w postaci takiego lekkiego mrugnięcia, kumasz facet, my rozumiemy, co czujesz, bo też byliśmy kiedyś tam, gdzie ty dziś.
Po zaledwie jednym dniu od pokazania całej Polsce zaprutego Donalda, przekaz skonkretyzował się w taki sposób, że Platforma już nie mówi do wszelkiego rodzaju szumowin, że ich rozumie i prosi o wsparcie, ale oświadcza z pełną otwartością: “Jesteśmy tacy, jak wy. Weźcie nas ze sobą”.
I to jest to, czego nie przewidziałem. Jeszcze wczoraj nie śmiałbym nawet podejrzewać, że bezpośrednią konsekwencją tego, w sumie głupiego, ale przecież niewinnego zabiegu promocyjnego, będzie zbiorowa śmiechawa. Spodziewałem się raczej, że, jak to zwierze uwięzione w klatce, Platforma dojdzie po raz kolejny do wniosku, że tędy się już nie da i wymyśli, oczywiście, coś jeszcze bardziej głupiego, ale przynajmniej nie będzie brnęła. A tymczasem okazało się, że jak Premier wspomniał o marihuanie, koledzy z rządu się zlecieli i poprosili, żeby dał spróbować.
Więc im dał. Ci dali innym i tak już poszło.
A teraz cała Polska widzi szalejącą Piterę i dziecięco rozdziawioną buzię redaktora Rymanowskiego, słuchającego bełkotu dwóch ćpunów.
Co będzie dalej? Trudno przewidzieć. Nadszedł jednak etap ostateczny. Nie wiadomo, jak długo ten obłęd potrwa. W końcu władza medialna wyraźnie już określiła swoje priorytety i swoją determinację, więc przy dokonanym już podziale terytorium, mamy przed sobą jeszcze trochę czasu do finałowego krachu.
Ale cóż za przyjemny przed nami widok: Zbigniew Chlebowski, Stefan Niesiołowski, Julia Pitera, Sławomir Nowak, a na nich zwaleni redaktor Miecugow z Moniką Olejnik – wszyscy w oparach zioła, zarzygani pod stołem i mamroczący swoje smutne deklaracje, których nikt i tak już nigdy nie wysłucha.

poniedziałek, 12 maja 2008

Donek Elektronek, czyli etap przedostatni

Specjaliści od tworzenia wizerunku Pana Premiera wkroczyli w nowy etap przedsięwzięć promocyjnych na rzecz powodzenia tak zwanej Ekipy Tuska i wszystko wskazuje na to, że jest to etap jeden z końcowych, jeśli już nie ostatni.
Przy tym tempie prac nad wizerunkiem człowieka w rzeczywistości pozbawionego jakiegokolwiek wizerunku, możliwe jest już tylko rozwiązanie ostateczne: pokazanie Donalda Tuska jako prostego idioty, idioty jak każdy idiota z sąsiedztwa, a to już może się okazać za dużo nawet jak na pomysłowość ludzi o pomysłach wydawałoby się nieograniczonych. No można jeszcze Donalda Tuska zaprezentować, jako idiotę szczególnego, ale w to, że desperacja może sięgnąć aż tak daleko, już zupełnie nie uwierzę.
Pomysł najświeższy, zaproponowanie obywatelom premiera, który, jak się okazja nadarzy, musi strzelić sobie fajeczkę, został w sposób pełny i bardzo barwny skomentowany tu w Salonie przez Norberta Maliszewskiego. Ja mogę tylko od siebie dodać, że mam wrażenie, iż ten gest, to tak okropnie nachalne oparcie się na Clintonie, jest dowodem albo ciężkiej właśnie desperacji twórców wizerunku tej władzy, albo może pragnienia uzyskania jakiegoś pola manewru, na wypadek, gdyby Premier Tusk podczas któregoś z najbliższych spotkań z Prezydentem w pewnym momencie z nerwów nagle spadł pod stół, zaczął charczeć i nie dał się wyciągnąć.
W tej mojej obecnej refleksji chciałbym się raczej skupić na tym, o czym już wspomniałem na początku: sztuczka z marychą jest jedynie etapem w całym szeregu działań promujących to, co nastąpiło po PiSie. Gdy Agnieszka Holland otrzymała zamówienie na swój serial o rządzie z bajki, to może niektórzy naprawdę liczyli na to, że sprawę da się przeprowadzić w miarę skutecznie. Że wystarczy posadzić za biurkiem fajnego faceta i reszta jakoś się ułoży.
I nawet nie poszło o to, że Tusk wcale nie jest fajny, a ministrowie Grad, Zdrojewski, czy pani Kasia Hall jeszcze mniej nadają się do pracy rządowej, niż Hania Suchocka i jej minister Jaś Rokita.
Problem w tym, że nie udało się przez czas dłuższy, niż parę dni utrzymać obywateli w złudzeniu, że oto przyszedł czas rzekomego wybawienia, że toczy się jakaś walka, że przed nami czas wielkich decyzji i wielkich wyborów. Okazało się, że nie dość, że ministerstwa zostały obsadzone jakimiś kompletnie nieprzygotowanymi, wziętymi z najbardziej ordynarnej łapanki smutnymi typami, których najwyższa ambicja sprowadza się do tego, by pobiegać sobie pod wieczór z Donaldem za piłeczką, to jeszcze ten film jest kompletnie pozbawiony akcji. Nie ma nic. Nie ma treści, nie ma tempa, nie ma aktorów, nie ma nic. Nie ma nawet tej krowy, o której wspominał Zdzisław Maklakiewicz w “Rejsie”.
Więc co pozostaje? Oblepiać tą zużytą plasteliną Pana Premiera. Bo jest znany. Bo podoba się starszym paniom. No i podobno kiedyś ktoś mówił (może nawet on sam), że jest równy facet. Więc wysyła się człowieka do Włoch na narty, pokazuje się do znudzenia jego dzieci i żonę, nasyła się na niego Dodę Elektrodę, by pokazał, jak uroczo się potrafi przytulić, a później i tak wszystko szlag trafia, bo Prezydent poczęstował gościa winem, a ten się schlał, jak dziecko, bo w tym nieustannym stresie kropla alkoholu go zrzuca z nóg i odejmuje rozum.
Więc wydają ciężkie pieniądze, by w majowy weekend pokazał Polakom swe piękne czoło i błękitne wejrzenie, a ten zamiast skorzystać z szansy i pokazać ludziom, że mają do czynienia z kimś, kto czegoś naprawdę chce, nerwowo miętosi i tak już wymiętoszone do bólu dłonie i pokazuje telewidzom coś, co małe dzieci określają słowem fak.
A czas płynie. Ludzie drapią się po skołowanych głowach, PiS pokłada się ze śmiechu, komuniści podskakują z radości, że odkryli drugą szansę. Więc trzeba wyciągnąć coś nowego. Więc dowiadujemy się, że Donald Tusk to wcale nie takie byle co. Że jak był młody, to i marihuanę palił, a nawet się zaciągał, że podobno i chlał. Że z ojcem swoim się żarł. Że Kościoła nienawidził. Może i nawet chuliganił. Jeszcze zdjęcie pokażą, że miał długie włosy.
A tu i tak nic z tego. Bo przede wszystkim wszyscy dobrze wiedzą, że nawet wśród chuliganów trafiają się zwykłe dupki, a na dodatek każdy przepytywany polityk, chwali się przed kamerą, że on też był trudnym dzieckiem i broił na potęgę. A w tej sytuacji, to atrakcyjność Kaczorów, czy Zbigniewa Ziobro, czy Pawła Kowala, czyli ludzi porządnych, zdolnych, inteligentnych i zawsze rozumiejących, co warto, a co nie, natychmiast zaczyna zwyżkować. Bo oni przynajmniej są inni.
Więc, jak już tu wspomniałem, kiedy PR-owcy Donalda Tuska zorientują się, że z tym marihuanowym przekazem udało im się dotrzeć tylko do tych najbardziej zaćpanych użytkowników forum dyskusyjnego onet.pl, pozostanie im, albo zwinąć manatki i zostawić ten smutny rząd swojemu smutnemu losowi, albo podjąć jeszcze jedna próbę poprawienia wizerunku Premiera. Jak? Nie wiem. Ale może być ciekawie
Straszno. Ale ciekawie.

piątek, 9 maja 2008

Kogo obrabia Cropp, czyli róbta co chceta

Miasto, w którym mieszkam, zostało oblepione w ostatnich tygodniach plakatami reklamowym firmy odzieżowej Cropp, co wywołało u mnie niejaką zadumę.
Zadumałem się jednak nie nad ofertą sklepów Cropp, ani nad jakością i urodą owej oferty, lecz nad samą zawartością ekspozycji i nad tak zwanym targetem, nad tym, jak właściciele Croppa widzą ten swój target i nad powszechnym stanem świadomości ludzi, wśród których żyję i z którymi mam przyjemność przebywać na co dzień.
Akcja, jak już wspomniano, promuje markę odzieżową o nazwie Cropp i przedstawia scenkę utrzymaną w klimacie lat 60tych, gdzie trzy uśmiechnięte panie wykonują drobne czynności krawieckie, a między nimi siedzi wesoły łysy staruszek w gatkach.
Plakaty występują w trzech odmianach. Napis głosi, że albo “obrabiamy dziurki”, albo “obciągamy guziki”, ewentualnie “krochmalimy poszwy”.
Domyślam się, że przesłanie plakatów jest takie, że Cropp jest OK. Jednak, domyślając się, mam poczucie, że sprawa jest nieco kłopotliwa. Mam bowiem przekonanie graniczące z pewnością, że jeśli powiem, że nie za bardzo wiem, jakaż to logika i estetyka stoją za obrazkiem, wielu ambitnych, inteligentnych i rozrywkowych obywateli wybuchnie szyderczym śmiechem i powie, że jestem po prostu głupi, co w okolicach Torunia jest normą.
Jeśli, z drugiej strony, pokuszę się o próbę analizy zamysłu stojącego przy narodzinach kampanii, ci sami wykształceni i błyskotliwi komentatorzy również wybuchną szyderczym śmiechem i powiedzą, że mam chore skojarzenia, co dla okolic Torunia jest normą, ale każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasłużył.
Tymczasem plakaty sobie wiszą na przystankach autobusowych i tramwajowych, na dworcach i na murach, a my codziennie oglądamy sobie trzy wesołe panie i wesołego staruszka bez spodni i czytamy informację na temat “obciągania guzików”, “obrabiania dziurek” i “krochmalenia poszwy”. I wypadałoby się jakoś odnieść. Może bez nadmiernego prowokowania, bez głębokiej analizy, bez zbędnych sugestii. Może bardziej na zasadzie luźnych refleksji. Zwykłej wczesnowiosennej zadumy.
Odnośmy się więc. Otóż każda kampania reklamowa ma to do siebie, że ma swoje dwie strony. Z jednej strony stoi umysł, który kreuje, a z drugiej strony umysł, do którego kreacja jest skierowana. I ciekawy byłem, cóż to jest za umysł, cóż za inteligencja i cóż to jest za myśl, z którą się tu spotykamy?
Wszedłem więc do jednego ze sklepów Croppa i przyjrzałem się kręcącym się po sklepie klientom i kogo ujrzałem? Głównie dzieci. Normalne dzieci, w wieku gimnazjalnym, lub licealnym. W ten więc sposób dowiedziałem się, kogo autorzy kampanii chcą zachęcić do udziału w obciąganiu guzików.
Wciąż jednak nie wiedziałem, kto zachęca. I niestety wciąż tego nie wiem i nie mam sposobu, żeby stanąć naprzeciwko tych oczu i zobaczyć tego kogoś, kto zachęca. Pewnie jednak tym razem nie zobaczyłbym dzieci. Może ujrzałbym takiego łysego staruszka w majtkach, a może jakiegoś młodego byczka w garniturze i krawacie, a może jakąś gwiazdkę z tatuażem na kostce. A może kogoś takiego, jak Szymon Majewski, albo Kuba Wojewódzki? Pana w średnim wieku, o wyglądzie i umysłowości dziecka.
A jak już bym tego kogoś poznał, to bym go spytał. Dlaczego się w ten sposób zwraca do dzieci? I dlaczego akurat do dzieci? Dlaczego nie na przykład do bardziej dorosłych klientów?
Przecież łatwo można by sobie było wyobrazić kampanię reklamową czegoś dla ludzi dorosłych, powiedzmy banku, gdzie John Cleese nie mówi, że chce być Polakiem, ale na przykład, że wkłada dziś, a wyciąga, kiedy chce.
Albo Piotr Frączewski, który – w odpowiedniej inscenizacji – mówi do swojego psa: “Z tobą nie mogę, ale z moim bankomatem, jak najbardziej".
Myślę, że jeśli zbierze się odpowiedzią kolekcję chorych umysłów – czy to po stronie nadawcy, czy po stronie odbiorcy – można poprowadzić skuteczną kampanię reklamową dowolnego produktu.
Z jakiegoś powodu jednak, specjaliści od lepienia społeczeństw uznali, że z dorosłymi trzeba uważać. Dzieci, owszem – są głupie, naiwne, no i czasem słabo przytomne, więc nie zaszkodzi, jeśli jeszcze parę razy dostaną w łeb.
Na dorosłych przyjdzie może czas później. Jak już różnego rodzaju telewizje i różnego typu wynajęci specjaliści, w typie wspomnianego już Kuby Wojewódzkiego, skutecznie pokażą im, jak to “pasi” być idiotą.

czwartek, 8 maja 2008

Rząd Trzeciej RP, czyli spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

Wprawdzie weekendowe wystąpienie Donalda Tuska było, jakie było, i pewnie jeszcze tylko trzeba będzie przetrzymać kilka dni i pies z kulawą nogą nie będzie o nim pamiętał, resztki dyskusji wciąż się gdzieś kołaczą.
Rozmowy jednak, także tu w Salonie, dotyczą nie tyle samego przemówienia, ani nawet filuternie sterczących paluszków Premiera, co bardziej może tego, kto za to przemówienie zapłacił, komu i ile.
Od razu oczywiście pojawił się argument, że kompletnie nie ma o czym dyskutować, bo nic nie jest za darmo, za wszystko, tak czy inaczej się płaci, więc komu Platforma dała i dlaczego jest kwestią nieinteresującą, zwłaszcza, że nie dała tak znowu dużo.
Argument taki, że mianowicie nic nie jest za darmo, jest oczywiście bardzo nośny i zawsze robi pewne wrażenie. Zwłaszcza na ludziach, którzy, ze względów różnych, przez wiele lat nie mieli o tym pojęcia, a teraz już wiedzą i z tego powodu czują niezwykłą dumę.
W tym wypadku, jednak, sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Nie dużo bardziej, ale jednak.
Wyobraźmy sobie proszę taką, oczywiście hipotetyczną, sytuację. Z jakiegoś powodu przepisy prawa zwalniają członków rządu z opłat za przejazdy komunikacją publiczną (pociąg, autobus, tramwaj).
I w tej sytuacji, premier Tusk, ni stąd nie z owąd, postanawia, że on gardzi pociągami, autobusami i tramwajami. Gardzi nimi, bo są do niczego, a poza tym nikt im nie ufa i słusznie. W tej sytuacji, członkowie rządu do podróżowania od tego momentu postanawiają wykorzystywać pewną prywatną firmę, która im zapewni komfort psychiczny i fizyczny na poziomie o wiele wyższym, niż przy rozwiązaniu standardowym. Oczywiście firmie trzeba będzie płacić, no ale przecież nie tak bardzo dużo, a poza tym i tak ktoś gdzieś tam zawsze płaci.
Proszę jednak zwrócić uwagę na następujący fakt. Jeśli ktoś jednak powie, że to mimo wszystko jest czysta rozrzutność, bo dotychczas za podróżującego ministra nie trzeba było płacić, a teraz trzeba, to jest to argument bardzo mocny, bardzo logiczny i w sumie oczywisty.
I nie zmienia tego fakt, że w rzeczywistości nic nigdy nie jest za darmo.
Jeśli ten przykład jest zbyt egzotyczny, to zejdźmy z wyżyn władzy państwowej niżej, na szczebel rodziny. I wyobraźmy sobie co innego.
Mam na utrzymaniu rodzinę i układ jest taki, że w związku z tym, że jestem kelnerem, mogę żywić siebie i rodzinę w moim miejscu pracy za darmo. Chodzimy więc wszyscy codziennie do mojej knajpy, jemy co nam pasuje, odstawiamy na bok talerzyki i wracamy do domu. Do następnego razu.
Któregoś dnia jednak, z jakiegoś powodu postanawiam, że jednak będziemy się wszyscy żywić w innej restauracji, na zwykłych zasadach. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że moja decyzja wzbudzi konsternację, a argument, że wcześniej też przecież nie było za darmo, bo nic nie jest za darmo, zostanie przez moją żonę z oburzeniem wyśmiany i słusznie.
Dodatkowo, żona moja i moje dzieci i również moi wszyscy znajomi nabiorą podejrzeń, że za moim postępowaniem kryje się jakiś tajemnicza agenda. A jak na dodatek, zacznę ich wszystkich z błyskiem w oku uświadamiać, jak działa rynek i tłumaczyć, że przecież nic nie jest za darmo, to ich podejrzenia się jeszcze bardziej umocnią.
I umocnią się jak najsłuszniej.
Stąd też moje - i nie tylko moje - podejrzenia w stosunku do pana Premiera i jego otoczenia. Podejrzenia jak najbardziej uzasadnione.

poniedziałek, 5 maja 2008

Zszargana reputacja, czyli ruską pałą po oczach

W ciągu minionego majowego weekendu, dzięki umysłowej pracy moich dwóch kolegów blogowiczów, Starego i Galopującego Majora, piramida zakłamania pokazała swój pazur również tu w Salonie24.
Poszło o PiS, PiS-owską telewizję i PiS-owską kolaborację z niedobitkami komuny. Stary, swój wpis zatytułowany “Reputacja”, rozpoczyna zdaniem krótkim, mocnym i dźwięcznym, jak dzwon: “Stało się”. Galopujący Major również uderza mocno: “Ojczyzna”, “fachowe kadry”, “poprzedni system”.
Nie będę tu dokładniej opisywał ani przedmiotu troski naszych dwóch analityków, ani też kształtu i urody wspomnianej troski, bo pewnie kto chciał, to przeczytał, a poza tym nie to jest najważniejsze, co piszą i o czym piszą Stary i Major.
To, o czym ci dwaj specjaliści od wylewania piany piszą, może nawet nie być prawdą. Informacja jest zaczerpnięta z Newsweeka, więc może być różnie. Ale, jak mówię, to nie ważne. To co się liczy, to wspomniane zakłamanie.
Chodzi o to, że już na samym początku III RP, a niektórzy mówią, że znacznie wcześniej, część naszej sceny politycznej została zagospodarowana przez niezwykle wpływową i potężną grupę polityków-wizjonerów, których główną filozofią i głównym celem było tzw. “historyczne porozumienie”. Pierwszym hasłem pionierów tej idei było ”dość swarów, dość kłótni – wszyscy budujemy nową Polskę”.
To na początku tego dziwnego procesu, który miał nas – Polaków – ucywilizować i wprowadzić do Europy, powstały tak piękne, historyczne już pojęcia, jak “jaskiniowy antykomunizm”, “zoologiczny patriotyzm” “spirala nienawiści”, “podłość”. To wtedy też dowiedzieliśmy się, kto jest “człowiekiem honoru”, a kto “zieje nienawiścią”, kto jest “spocony”, a kto “potrafi pięknie wybaczać”. To wtedy też powiedziano nam, że “od Generała” trzeba się “odpieprzyć”. I to nie były tylko słowa. To była cała, jak mówię, filozofia i ta filozofia stworzyła historię.
Jeśli więc dziś mój salonowy kolega Stary, trąbi na trwogę swoim “stało się”, to ja bym go chętnie uspokoił. To, co mu się wydaje, że właśnie się stało – stało się już dużo wcześniej i jeśli kogoś to kiedykolwiek martwiło, to akurat ani jego, ani jego politycznych faworytów.
Stało się, jak Michnik uciekał po krzakach przed telewizyjną kamerą, żeby spokojnie pójść na wódę z Jerzym Urbanem; stało się, gdy zjednoczone siły “solidarnościowe” wraz z bandą komunistycznych agentów niszczyły rząd Olszewskiego; stało się, jak prezydent Wałęsa postanowił “wzmacniać lewą nogę”, bo “czerwone pająki” gdzieś mu się nagle zapodziały.
Stało się też całkiem niedawno, jesienią zeszłego roku, gdy Platforma Obywatelska boki zrywała tak, że aż się sala sejmowa trzęsła, z każdym – bolszewikiem, Lepperem, Kaczmarkiem, nawet z Giertychem – byle tylko się pośmiać z Kaczorów. To nie był sojusz? To było może tylko lokalne porozumienie?
Najpierw się “stało”, a potem to już tylko “działo”. I działo się, gdy przez 15 lat polityka historyczna prowadzona przez tych, którzy zostali do tego wyznaczeni w prasie, w telewizji i we wszelkiej dostępnej publicznej domenie, miała tylko jeden cel – realizować pierwotną ideę “porozumienia ponad podziałami”. I jedyni, którzy sytuację tę przez wszystkie te lata kontestowali, to ci, z których Galopujący Major dziś szydzi, że “poświęcają się dla dobra Ojczyzny”.
I oczywiście mógłbym Majora spytać, kto jego zdaniem, bardziej się zasłużył dla Ojczyzny, którą Major Galopujący ni stąd ni z owąd postanowił pisać z dużej litery – dziś Kaczory, czy wczoraj Adam Michnik.
ógłbym zwrócić się do Starego i poprosić go o próbę oceny: kto, dla niego, jest piękniejszy – Jerzy Urban, kolega Michnika, Adam Michnik, kolega Jaruzelskiegi i Kiszczaka, czy Gadzinowski, kolega Kaczyńskiego?
Mógłbym ich obu troszkę popytać o to, jak się miewała ich wrażliwość, gdy słyszeli takie nazwiska, jak Janusz Onyszkiewicz czy Jan Lityński, wymieniane jednym tchem obok nazwiska ich wówczas nowego partyjnego kolegi Gadzinowskiego?
Nie będzie jednak żadnych pytań. Nie będzie dlatego, bo odpowiedzi już znam i wiem, że są tak samo pokrętne, jak myśli ich autorów. Nie będzie pytań też dlatego, że odpowiedzi nikomu nie są do niczego potrzebne.
To, co się liczy to to, że od tych osiemnastu już lat, na czele całej potężnej machiny propagandowej stoją ludzie, którzy do perfekcji wypracowali jedną stałą metodę niszczenia przeciwnika. Metodę w gruncie rzeczy, jak to mówią niektórzy strasznie “wieśniacką”, ale którą ja wolę nazywać “ruską”. Metodę polegającą, mówiąc najogólniej, na waleniu przeciwnika pałą w łeb. Tym razem, rolę pały pełni tak zwana “zszargana reputacja”; reputacja, o której z tak dzielnym zaangażowaniem opowiedział nam Stary.
Do czasu jak przeciwnik stał twardo i nieugięcie przeciwko wszelkiej współpracy z bolszewią, to dumni nauczyciele Starego i Majora wyszydzali archaiczność myślenia niepodległościowego, wraz ze wspomnianą bolszewią, wznosili toasty za każdą pojedynczą porażkę “naiwniaków” z obozu patriotycznego.
W momencie jednak, gdy naiwniacy postanowili wreszcie wyrosnąć z tej swojej dziecięcej naiwności i, żeby ostatecznie, wśród pijackiego rechotu, nie zatonąć, jednak wzięli udział w tej – owszem – bardzo brudnej grze i ją wygrali, to podnosi się zgiełk, bo “reputacja”, bo “stało się”, bo “Ojczyzna” i bo “poprzedni system”.
W tej sytuacji, jak mówię, nie mam żadnych pytań ani do Starego, ani do Majora Galopującego, ani do nikogo z Was – świeżo uwrażliwionych patriotów.
Zamiast pytań, mam prośbę – zamknijcie się wreszcie. To zupełnie wystarczy.

czwartek, 1 maja 2008

O eleganckim galopowaniu, czyli uczył Marcin Marcina

Przede mną, na stronie głównej Salonu, wpis Galopującego Majora – po przejściu do Onetu Azraela, ostatniej prawdziwie kultowej postaci Salonu. Tym razem jednak nie o tępych Polakach, nie o pazernym Kościele, nie o chorych z nienawiści pisiakach. Dziś, o języku debaty i o deficycie elegancji.
Major Galopujący (czyż tak nie brzmi lepiej) pisze tak:
“Fetyszyzowana rozmowa w Internecie przebiega wedle pewnych schematów, standardów, siłą jej rzadko jest erudycja, czy też urok osobisty, częściej chamstwo i typowe blagierstwo. W rozmowie nie używa się argumentów tylko standardowych erstycznych sztuczek zwanych przeze mnie cepami, bo tak jak cepami, tak i owymi sztuczkami macha się w sieci na blogach." (wszystkie cytaty z zachowaniem pisowni oryginalnej)
Major Galopujący, przystępując do misji przekazania ordynarnym uczestnikom Salonu nauki na temat “erudycji, czy też uroku osobistego”, kontynuuje wieloletnie już dzieło, zapoczątkowane jeszcze w początkach III RP przez tak wybitnych piewców kultury i szacunku dla drugiego człowieka, jak, zmarli już, mistrzowie gatunku, Andrzej Szczypiorski, czy Jacek Kuroń.
Ja pamiętam do dziś, jak kiedyś, właśnie w owych początkach, w telewizyjnym studio, pewien wrażliwy dziennikarz spytał Jacka Kuronia, dlaczego podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jacek Kuroń, człowiek z gruntu dobry i łagodny, odpowiedział bez namysłu, że od czasu, jak kiedyś podał rękę jednemu zbrodniarzowi hitlerowskiemu, z którym siedział w jednej celi – podaje już wszystkim. Więc i Kaczyńskiemu.
Więc, jak mówię, tradycja, która dziś determinuje postawę Majora Galopującego, jest barwna i mocna. No i nie ginie.
co mi chodzi? Ponieważ Major Galopujący ubolewał nad językiem i treścią, a ja miałem podejrzenia, że to jego ubolewanie jest marnego pochodzenia, nawet nie przejrzałem kilku jego wpisów w Salonie, lecz zaledwie jeden – ostatni.
Oto wybrane fragmenty słów pana Majora:
“Za każdym razem gdy słyszę: katolik, odruchowo się łapie za portfel, tudzież nerwowo spoglądam przez ramię. A nuż bowiem jakiś sługa Boży zacznie mi swawolnie szeptać do ucha o śmierc w Wenecji."
“Zdaje sobie sprawę z tego ile bólu i cierpienia musi kosztować Artura Boruca dzień jego powszedni w Szkocji, skoro zdecydował się paradować w koszulce z Ojcem Świętym na Celtic Park.”
Co to za różnica czy arcybiskupem zostanie biskup walący wódę w Charkowie, biskup od afery prania brudnych pieniędzy, biskup kapuś czy wreszcie biskup macający ministrantów?”
“Nie chciałbym, żeby Maryla czy inna prawicowa hołota mi się tu pałętała na blogu.”
Właściwie niepotrzebnie cytowałem tylko fragmenty. Bo poza tym, co powyżej, nie ma już wiele więcej. Sam wpis jest bardzo malutki.
I oczywiście mógłbym teraz zwrócić się do Majora Galopującego z pytaniem, co by sobie pomyślał o mnie i o moim czysto ludzkim formacie, gdybym ja, w którymś miejscu na moim blogu napisał, że jak słyszę słowo "żyd", albo "muzułmanin", albo "metodysta", albo i "ateista", to łapię się za kieszeń, albo uciekam do pierwszej lepszej bramy?
Nie zapytam go o to, bo Major jest bardzo inteligentny i na pewno jakoś mi to wszystko ładnie wytłumaczy, a ja po prostu już go nie mogę słuchać.
Więc chciałbym tylko podzielić się kilkoma myślami i kilkoma podejrzeniami. Otóż, jak już wspomniałem, wpis, którego fragmenty tak pięknie zdobią tę internetową stroniczkę jest króciutki. Jak jednak wiele mówiący, prawda?
I jakież pytania prowokujący. Na przykład, bardzo chciałbym, zanim umrę, dowiedzieć się, jaki to typ mentalności stoi za tymi dziwnymi ludźmi, którzy od lat tworzą awangardę chamstwa, agresji, czy zwykłej nikczemności, a jednocześnie z tak niezwykłą zaciętością walczą o czystość debaty?
Co to za przedziwnie pokręcone intelekty każą mi biadolić nad moją rzekomą nieuczciwością i bić się w moją nędzną pierś skrywająca serce, podobno wypełnione czarną i brunatną nienawiścią, kiedy one same nie są w stanie poprowadzić jednej prostej dyskusji bez precyzyjnego pokazania, co sądzą o wszystkich, którzy myślą inaczej.
Od osiemnastu ponad lat, język publicznej debaty jest programowany przez super niegrzecznych intelektualistów i ich równie niegrzecznych uczniów z jednego, bardzo wpływowego kącika politycznej sceny.
A wszyscy pozostali uczestnicy tej debaty mają, nie dość, że znosić nieustanne podłości, to jeszcze wysłuchiwać regularnych nauk, na temat tego, co jest ładne, co sympatyczne, co merytoryczne, a co słuszne. A co nie.
Chciałbym kiedyś to zrozumieć. Boję się jednak, że wśród tylu niewyjaśnionych zagadek wszechświata, pozostaną i takie dziwolągi, jak Major Galopujący i jego kręte myśli.

wtorek, 29 kwietnia 2008

Homo sovieticus, czyli o skuteczności tresury

FYM umieścił tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie się zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych.
Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani FYM, ani nie uda się tego zrobić mi, ani nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jak zwykły skromny blog.
Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć homo sovieticus , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "
“Jesteś jakże typową ofiarą systemu”.
"Ja nie - ty".
A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałby wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie.
Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak.
Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”.
Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której w swoim blogu pisał FYM.
Pani z okienka, pan milicjant i chłopak.
Powstaje pytanie. Która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny?
Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że homo sovieticusa poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie.
Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć.
A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim Ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę.
Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać.
Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy - ci ludzie w komunistycznym pochodzie - byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. To właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi jakoś się nam udało?
Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu Pani, czy może Twój Styl z dumą opowiadał.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...