wtorek, 6 października 2020

Integrator: "Amba Fatima, była a ni ma" czyli o tym jak ograno prawicę

Gdy Andrzej Duda wygrał wyścig o fotel prezydenta (dzięki czemu ten drugi nie przejdzie już raczej do historii, hura!), podniósł się wrzask, że to zaledwie dwa procent, fart, najpewniej błąd w liczeniu, trzeba więc wszystko powtórzyć - a gdy już to się stanie z Dudy nie zostanie nawet mokra plama na suficie. Abstrahując od stanu umysłów co to ciemną nocą konstruują takie tezy, należałoby w tej kwestii zadać jednak pytanie - o te dwa procent różnicy - by w końcu i raz na zawsze stanęło czy to jest dużo czy może jednak mało? Bo sprawa wcale nie jest oczywista.

Jakoś mi tak zostało od czasu ostatnich wyborów, normalnie automat, że ilekroć słyszę te nieszczęsne "2%" - zaraz przychodzi mi na myśl Kidawa Błońska. Zniknęła!? Kobieta, która miała być w pierwszym zamyśle prezydentem, nawet jeśli nim nie została, powinna choćby dla zachowania fasonu brylować w słusznej odległości od światła - cobyśmy ją mogli przynajmniej od czasu do czasu zobaczyć, upewnić się, że żyje, że ma się dobrze, że nie spędza za karę długich godzin w kącie za szafą. Tymczasem grubsze ćmy tak ustaliły regulamin tych lotów, że niedoszła prezydent zniknęła sprzed kamer a niedługo potem wszyscy przeszli nad tym faktem do spraw codziennych. I tylko ja spać nie mogę, bo gdzieś tam w głębi serca czuję, że jakkolwiek ten temat powinien był zostać zamknięty, to na pewno nie tak jak to się stało czyli "amba fatima, było a ni ma". A przecież tam było tyle zagwozdek i takie fajerwerki, że każdy polityk a już na pewno każdy socjolog powinien w tym ich błotku sumiennie pogrzebać. I wcale nie chodzi mi o falstart wizji jakoby Polacy byli już gotowi wybrać kobietę, bo pleść farmazony a jeszcze w nie wierzyć może każdy - więc tu mamy jakby posprzątane. W USA, demokracji starszej zarazem bardziej liberalnej, kobieta nigdy nie byłab prezydentem i wszystko wskazuje na to, że po ostatniej porażce pani Clinton długo tam jeszcze tej radości nie będzie. Nie mam też wiedzy, by jakaś pani w którejkolwiek z demokracji europejskich pełniła tę funkcję dłużej niż jedną kadencję, co by wskazywało, że mamy do czynienia z faktyczną zmianą w tym względzie - jak to ma miejsce w Szwajcarii, a nie z przypadkiem potwierdzającym regułę, które dają nam dla przykładu państwa nadbałtyckie. Tymczasem ktoś tam palną, ktoś inny powtórzył i tak oto urodził się pomysł z Kidawą. No ale jak mówię, to biurko mamy już posprzątane, ja myślę na długie lata. Mnie zaś osobiście nurtuje pytanie, jakim cudem Kidawa Błońska ustrzeliła te marne 2%?

Jest bowiem u nas tak (ja tu teraz mówię o żelaznej, najbardziej zapiekłej części wyborców Platformy), że gdyby Borys Budka w akcie kompletnego szaleństwa, które tak przecież często zerka na nas z jego oczyu, wymyślił, że kandydatem na prezydenta z ramienia ich partii będzie jakie budle, no niech będzie na ten przykład - koń, to i tak miałby on gwarantowane  (jak bum-cyk-cyk słowo daję) minimum te 5% procent głosów. Tak wiem, szaleństwo, ale oni już dawno przestali się trzymać balustrady i od lat funkcjonują w bardzo niedobrych oparach. Jedni uznaliby więc, że tak trzeba bo Budka ma zapewne "chitry plan", inni zrobili by to jak każdą dotąd hucpę dla odsunięcia Pisiorów od władzy, a wszystko rzecz jasna... dla dobra Ojczyzny. Tfu-tfu! bleeee! Tfu! Wyplułem to brzydkie słowo, bo oni go przecież nie używają - ...dla dobra Polski by to zrobili, dla "tego kraju". Ba! Ja się tu nawet pokuszę o tezę, opartą o znajomość zwyczajów wyborczych "wykształconych" z wielkich miast, że gdyby platforma podpadła w taką biedę, iżby nie wystawiła nikogo, to oni zagadnięci na ulicy, dalej dumnie by oznajmiali, że jak zawsze głosować będą na kandydata Platformy. Niestety ja to środowisko dość dobrze od lat diagnozuję i wiem, że ich lewa półkula, zwyczajowo odpowiedzialna u większości za analityczne i logiczne myślenie, w ich przypadku odpowiada wyłącznie za funkcję zbiorowego rechotania. A im ich więcej obok siebie w jednym stawie tym większy rezonans, a co za tym idzie mniejsza szansa na rozumne decyzje. Rzecz  dodatkowo komplikuje przyjemność płynącą z trwania w tak osobliwym stanie, bo uzależnia, stąd szansy na poprawę nie widzę. Mówicie co chcecie, ale moherowa słuchaczka Radia Maryja z której wyżej opisani mają powszechną polewkę, ma po stokroć większą od nich wiedzę, tak o sprawach bieżących, jak i o historii czy świecie. Kto wie, może to dlatego, że one czytają coś więcej niż tylko hasła na kapslach Tymbarka czy ekrany w metrze? Reasumując, cobyśmy wspólnie dotarli do mety, jest zawsze kilka procent tych gwarantowanych a pewnie i więcej, ale na pewno nie dwa.

No i teraz tak. Jeśli już wiemy, że twardy elektorat Platformy Obywatelskiej zagłosowałby a choćby i na konia, a nawet za kimś kto by nie startował (kuriozum a jednak fakt) - to ja się pytam jakim cudem Kidawa dostała w sondażach jedynie te marne 2 procent poparcia? No jak? Przecież to jest zwyczajnie i statystycznie, fizycznie i organoleptycznie, i jakkolwiek jeszcze inaczej po prostu niemożliwe by na kandydata największej opozycyjnej partii, wciąż mającej przychylnych sobie ludzi w mediach i sądach, nie zagłosował prawie nikt. Szczególnie, że tam się nie głosuje "za" tylko "przeciw" co znaczy, że niżej porzeczki już się ustawić nie da. Nie pojmuję tego i uważam, że ten wynik był najzwyklej w świecie skręcony. Najwyraźniej ktoś wymyślił na tym etapie kampanii, że aby złamać wewnętrzny opór w Platformie dla zamiany Kidawy na Trzaskowskiego, trzeba pokazać odpowiednie prognozy. Nie wiem czy w pełni przedarła się przez ekran moja koncepcja więc raz jeszcze pozwólcie, bo to jest rzecz kluczowa, sens dzisiejszego spotkania. Ma oto Platforma żelazny elektorat, który bezmyślnie głosuje na cokolwiek mainstream zechce, tymczasem Kidawa jakimś cudem dostaje te marne 2 procent, i nie dzieje się absolutnie nic. Zero podejrzeń. Cisza. Technicy zwijają kable, sprzątaczka myje podłogę, gasi światło i nikt, ale to kompletnie nikt nie rzuca pytania - co się tu właściwie do cholery stało? Dała się na to nabrać frakcja zwolenników Kidawy, to rozumiem, ale dlaczego łyknęli to kłamstwo wprawieni w boju prawicowi dziennikarze i politycy. Wstyd? Oczywiście, i może dlatego taka cisza? Fakt, że Kidawa leży i kwiczy wpędził ich w tak dobry stan ducha, że zamiast podrapać się w głowę i zadać sobie pytanie - o co tu tak na prawdę come one? - poszli w tanie szyderstwa i drwiny. A tymczasem doszło do "spisku", swoistej ugody między jedną czy drugą sondażownią, mediami i politykami i usmażono nam oni wspólnie taki oto właśnie placek. Przy czym tu już nie chodzi o to czy ona by przeszła do drugiej tury, bo pewnie nie, ale o to, że najwyraźniej złe moce umiały połączyć siły i stworzyć warunki do wymiany kandydata w trakcie trwającej kampanii - a to jest rzecz niespotykana na skalę światową, przypuszczam, że próżno też szukać takowych przypadków w historii. To są brzydkie sprawki, które się dzieją zazwyczaj pod parasolem służb, a że do tego tanga potrzeba dwojga, zostaje na koniec postawić pytanie kto w Zjednoczonej Prawicy "wychodził" zgodę na taką podmiankę, bo to jak nic pewne jest, że zdradził. Na to pytanie, wiem, odpowiedzi nie dostanę ale przynajmniej z przeświadczeniem takim kończę, że umieć zejść do poziomu 2% to także może być jednak sukces.

Inna rzecz, taka jeszcze wrzutka, że nie byłoby tego sukcesu gdyby nie akceptacja dla wspomnianej podmianki ale wcześniej jeszcze brak hamulców u spin doktorów grających na Andrzeja Dudę. Podręcznik podstaw sztuki wojennej, no dobrze, niech będzie, że podręcznik psychologii wyraźnie pokazałby im kiedy należało przestać dokręcać jej śrubę. Nie ma wątpliwości, że Kidawa była od pewnego momentu wysadzana z tego wyścigu przez swoich, a wpadki i gafy, które popełniała były niemniej reżyserowane i eksponowane jak późniejsze bon moty "Czaskowskiego". A gdyby jednak odciąć Warszawskiego Luzaka od dopływu słuchawkowego tlenu, pogrzebałby się i on już na pierwszym wystąpienie. I wszystko było by ok, Andrzej Duda do końca zasuwałby po zwycięstwo w I turze a Kidawa środkiem kościółka po Komunie Świętą we warszawskim Ursusie, gdyby stratedzy od kampanii Prezydenta nie dali się wciągnąć w grę deprecjonowania i wymiany kandydata opozycji. Sztuka wojenna, a jednak, nie pozwala doprowadzać przeciwnika do stanów ekstremalnych bo przyciskanie do ściany kończy się z reguły nagłą eksplozją skumulowanych, ukrytych sił. Gdyby o tym wiedzieli, odpuścili by Kidawie na poziomie 10% procent poparcia, dzięki czemu jej frakcja w PO utrzymałaby ją w dalszym wyścigu a Andrzej Duda wygrałby dużo piękniej i bez zbędnego stresu.

Niech to więc będzie nauczka na przyszłość, że póki piłka w grze... i tego, i tak dalej.... a poza tym, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że po tamtej stronie dzień i noc grają do naszej bramki wszelkiej maści służby. Wszak trudno podejrzewać, patrząc na buźki ludzi z zarządu Platformy, by umieli prowadzić tak skomplikowane, operacje środowiskowe. Oni bez stanowisk, bez pieniędzy państwowych nie są w stanie zająć się czymkolwiek, ot mniej więcej jak ci co to właśnie ogłosili zbiórkę na Radio 357. Po latach grzania foteli, gdzie wszystko spadało im z nieba, trzech założycieli, dorosłych mężczyzn nie potrafi się zrzucić na stówkę - radiowcy jego mać. Oderwanie od realiów, żenada? Nie, to raczej cyrk przyjechał do miasta i od razu błaznuje, że jeszcze pięć takich stówek będzie im co miesiąc trzeba na... pensje? może czapeczki? najpewniej trąbki do grania a jeszcze przydałby się w tym radio-cyrku choć jeden mikrofon. Prosim więc Państwa pięknie co łaska do kapelusza.

Rozgadałem sie, czas minął, kończyć trzeba a my nadal nie wiemy czy te dwa procent to dobrze czy "eeee tam"? Dobrze więc - to dobrze, i to nawet bardzo dobrze, a do tej konkluzji niech Was wprost prowadzą poniższe wyniki:

"Dwight Eisenhower 55,3% głosów, Adlai Ewing Stevenson II  44,3%

GeorgeW. Bush 48,35%, Al Gore  48,87% 

Donald Trump 47,5% Hillary Clinton 47,7%"

Że niby co to? Pstro! Skoro w kraju gdzie po raz pierwszy na świecie stanęła konstytucja, kandydaci wciąż się tam "prześlizgują" na fotel prezydenta to nasze dwa procent jest całkiem okej. Znać też, że nasza demokracja wciąż się rozwija a co za tym idzie rośnie szansa, że nie będzie już nigdy wyborów jak te gdy naiwny a zbałamucony naród zagłosował w tak dużym procencie na Wałęsę (74,25%). Wszak duże różnice w wynikach wyborczych właściwe są dyktaturom lub historycznym przesileniom; i bardziej niż o jakości demokracji świadczą o skutecznym działaniu narzędzi służących do prania mózgów tudzież o owczym wyborców pędzie.

Zatem jak zwykł mawiać Stanisław Anioł: Zważywszy na wszystko co powyżej... i tego, i w ogóle... zwycięstwo Duda-Trzaskowski z różnicą 2% mieści się w standardzie i jest na miarę naszych czasów. 

Autor: Integrator

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.