środa, 9 września 2020

Integrator: Białoruś mlekiem i miodem płynąca


Trafiłem przypadkiem na wideo, dziś to się zdarzyło, w którym Aleksander Kwaśniewski odpowiada na dręczące nas wszystkich pytanie: i co to panie będzie  dalej z tą Białorusią? Powoli temat staje się moim konikiem ale nie umiem spokojnie przejść obok kolejnych doniesień, czy takich mądrości jakie serwuje były prezydent. I sam już nie wiem czy to dlatego, że wychowałem się przy wschodniej granicy i wciąż mam w pamięci długie wędrówki wzdłuż Bugu, czy bardziej może dlatego tak mi to na sercu leży, że szkoda mi tych szarych, zwyczajnych przecież ludzi.
W swej parominutowej sesji daje nam były prezydent rady, które pokazują, że on nie ma za krzty pojęcia o podstawowych niuansach jakie panują w stosunkach międzynarodowych pomiędzy poszczególnymi państwami tudzież ich głowami. Co przyznam dziwi, wziąwszy pod uwagę fakt, że on przecież pełnił bardzo wysoką funkcję, i miał cholernie dużo czasu by się w tych sprawach zacząć jako tako orientować. A jednak nie, a jednak cały ten czas nauki poszedł jak krew w piachu.
Radzi więc prezydent Kwaśniewski, że skoro Andrzej Duda ma tak dobre relacje z Donaldem Trumpem, to winien do niego zadzownić z prośbą o włączenie się w rozgrywkę na Białorusi. Tak, dokładnie tak radzi. A przecież nawet średnio rozgarnięty polityk ma tę wcale nietajemną wiedzę, że świat wciąż jest naznaczony przez Rosję i Stany Zjednoczone obszarami ich wpływu, i że Białoruś jest w niekwestionowany sposób przypisywana do stref tej pierwszej. Mało, to nie jest jakaś odległa Syria ale państwo "przyklejone" do Rosji, i której premier mieszkańcow tego państwa nazywa jednym narodem (z rosyjskim). Tymczasem Aleksander Kwaśniewski, wie o tym lub nie ale i tak mówi swoje, w dodatku z przekonaniem, że skoro obaj panowie się lubią, to prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki po telefonie z Polski ruszy do akcji, osobiście weźmie sprawy w swoje ręce. To się panie ex-prezydencie na pewno nie wydarzy, i dobrze. Bo o ile, owszem, możemy skorzystać ze wsparcia wywiadowczego i dyplomatycznego tego kraju, to jeśli ktokolwiek powinien zaangażować się w pertraktacje z Łukaszenką to bez wątpienia powinna to być Polska. To w naszym bezpośrednim interesie jest oddzielić się od Rosji państwem, które będzie możliwie najmniej z nim zwiazane, które w dodatku jest potencjalnie zainteresowane projektowanym u nas hubem gazowym, z którego to właśnie głównie powodu możemy liczyć na przychylność dla tych działań ze strony USA.
Ale z takim podejściem do sprawy nie zgadza się w dalszej części wywiadu Aleksander Kwaśniewski twierdząc, że od wielu lat nic nas nie łączy z Białorusią jak tylko złe relacje co wyłącza Polskę z jakichkolwiek uprawnień do prowadzenia rozmów. Fakt te relacje to wynik ciągłego wchodzenia w końcowy otwór układu pokarmowego liderom Zachodu, zarazem laurka dwóch prezydenckich kadencji Kwaśniewskiego i jego doradców. Mądrość jednakże polega na wychodzeniu z błędów a nie na kurczowym się ich trzymaniu.
Dlaczego więc ja się tak upieram by z nim rozmawiać a nie czekać aż ulica zrobi swoje? Z tego prostego powodu, że ja niestety nie wierzę w sukces stłoczonych tam ludzi, bo zainicjowano ich bunt w realiach nie dających żadnych szans na powodzenie. 
Po pierwsze, o czy już pisałem w poprzednich notkach, czołowi liderzy Europy jak Macron czy Merkel nie zająknęli się jak dotąd w tej sprawie. Niewzruszona cisza. Za to bardzo Merkel jest dziś zajęta pchaniem Nordstream2, jak to kiedyś zrobił jej poprzednik z wersją 1.0 tej rury, czyli de facto wzmacnianiem pozycji Rosji bezpośrednio zaangażowanej w wygaszanie białoruskiego zrywu. Tak wytężonej pracy na rzecz Moskwy nie powstydziłby się żaden agent, a na pewno nikt, kto chciałby wykupić się w łaski Putina, z nadzieją, że trafi kiedyś do rady nadzorczej gazowego koncernu. Póki co trzeba sobie na to jeszcze zasłużyć, stąd zamykanie kopalni węglowych, wygaszanie elektrowni jądrowych by Niemcy (jeszcze przez długie lata po epoce Merkel) nie miały innego wyjścia jak tylko ta ruska rura. Na Europę bym więc nie liczył, zaś co się tyczy pieniądzy jakie ta zapowiada ustami Tuska, to ja nie ma najmniejszej nawet wątpliwości, że zostaną przejedzone: najpierw przez agendy unijne, niżej przez organizacje wolnościowe o bardzo rozbudowanych przecież strukturach, a ta reszta która jakimś cudem dotrze na Białoruś zostanie przejęta przez tamtejsze służby i zaangażowana do walki z protestującymi.
Ruchawka na Białorusi nie uda się także z tego powodu, że choć media próbują podtrzymać ten ogień rzucając kolejnymi cyframi to oczywitym jest, że nawet 100 tys. demonstrantów to wciąż nie jest zryw ogólnonarodowy. Tą smutną prawdę widać na wszystkich prawie migawkach, gdy funkcjonariusze pakują do wozów demonstrantów, albo wcześniej jeszcze pałują ich na trawniku podczas gdy wokoło toczy się zwykłe, codzienne życie. Po ulicach jeżdżą samochody, jacyś ludzie przechodzą z zakupami po pasach uważając tylko by rozgrywająca się za ich plecami akcja przypadkiem ich samych nie objęła, pozostali zaś gapią się, czekając na przystanku autobusu. Do boju poszła zatem garstka, za którą nie poszedł naród, co dało Łukaszence mandat by nazywać ich nielegalny zbiorowiskiem, które zgodnie z obowiązującymi regulacjami dotyczącymi utrzymania porządku w sferze publicznej, musi pacyfikować. Nie stanęły także zakłady pracy, które przecież podczas naszych przemian były trzonem oporu, powodem dla którego w ogóle komuniści usiedli do stołu. Tu nie ma strajków jako takich, a na pewno nie ma generalnych, czyli tu też nie załapało. [c.d. kliknij poniżej "Następna"]
Nie ruszyli w ślad za demonstrantami szefowie służb siłowych czy choćby porządkowych, ani nawet zwykli funkcjonariusze wysłani by dzielnie pałować bezbronnych. Ci zaś pojedynczy, którzy uwierzyli, że to już teraz, że to jest ten czas, cóż... wszelki słuch o nich zaginął.
Nie bez znaczenia jest także różnica w poziomie życia Białorusinów, diametralnie lepsza od tej w jakiej przyszło żyć pokoleniu Polaków, które wyszło przed laty na ulicę. Wiem, że to co teraz napiszę nie będzie pasowało do od lat forsowanego w Polsce i na świecie obrazu Łukaszenki, ale gdy u nas półki sklepowe świeciły pustkami, gdy wszyscy chodzili w ubraniach z jednego, smutnego kroju, to Białoruś 2020, w której odpalono demonstracje jawi się na tym tle jak jakiś cholerny Disneyland. I zamiast zapalać się rzucanymi w mediach hasłami, poważnie proponuję  skupić się przez choć krótką chwilę na zdjęciach jakie bezustannie stamtąd płyną poprzez serwisy informacyjne. Budynki są wyremontowane i czyste (bez śladu graffiti a lepiej jeszcze bo bez wszechobecnych u nas reklam), podobnie ulice bez dziur i także na bieżąco sprzątane, trawniki przycięte. To jak idzie o sferę publiczną, a w prywatnej to już pełny luz. Na ulicach widać auta zachodnich marek, młodzież ubrana nowocześnie i na zachodnią modłę, przy tym fryzury niemniej wymyślne niż u nas. No i bieda, szczególnie w mniejszych miejscowościach, w odpowiedniej oczywiście skali, też jest jako i u nas, gdyby kto pytał.
Ja tu, zrozumcie proszę, nie przyszedłem zachwalać Łukaszenki a jedynie pokazać jak bardzo nas przez lata oszukiwano, pokazując w mediach ten kraj jako drugą Koreę. Przyszedłem pokazać, jak nieodpowiedzialną politykę względem tego kraju prowadzili polscy politycy minionych dekad, obrażonych i zdystansowanych dzieci, co skutkowało dalszą izolacją Białorusi i koniecznością budowania własnych standardów w bezpośrednim obszarze wpływów Rosji. Niby jak więc miał Łukaszenka iść ku demokracji gdy z jednej strony stała Europa odwrócona do niego plecami a z drugiej strony siedział Putin na kurku gazowym z szeroko rozwartymi ramionami? W takim układzie fakt, że Białoruś to odrębne i wciąż rysowane na mapach państwo to wyłącznie zasługa Łukaszenki, i może tak też warto na niego spojrzeć. Może łatwiej będzie wtedy powiedzieć pierwsze od lat "Dzien dobry". Mam tylko nadzieję, że rząd Polski, choć otwarcie i doraźnie wspiera demonstrantów, podejmuje jednocześnie działania długofalowe, niekoniecznie kanałami dyplomatycznymi, by rozpocząć dialog z Łukaszenką. Dokładnie tak jak cały świat robi to z Chinami czy Rosją.
Nie, to nie jest hipokryzja, to jest polityka. I trzeba było te rozmowy zacząć zanim Rosja, fundacja Sorosa czy inna cholera wypchnęła tę "garstkę" ludzi na ulicę popychając Łukaszenkę do szaleńczych zachowań i do szukania pomocy w Rosji. Bo jedno jest pewne, że sam Łukaszenka nie odejdzie. Po to pokazał nam syna i karabin, żeby wszyscy to dobrze zrozumieli, że on będzie się bronił do końca, sobie i rodzinę, a jeśli mu się uda to ma w dodatku następcę. 
Wciąż nie jest za późno, póki piłka w grze. Acz Rosja nie śpi. I w tym kontekście źle postrzegam brawurową akcję Kolesnikowej, dzięki której ostała się w kraju podczas gdy pozostałych opornych udało się bez problemu wyrzucić zagranicę. Serio dała radę w pojedynkę tylu zbirom? Także to rwanie paszportu zbyt bardzo przypomina mi równie brawurowy ongiś i jakże poetycki skok naszego Lecha przez płot. Bo niby jakim cudem, jeśli nawet to prawda, opowieść o tym symbolicznym geście dostała się do mediów, które już teraz zrobiły z tego legendę? Nie żartujmy sobie i uważajmy bo jeśli Moskwa robi powtórkę z przeszłości, jeśli kompletują własną opozycję, z którą każe Łukaszence usiąść do okrągłego stołu, to Białoruś będzie miała tyle wspólnego z odrębnością ile jej kontur na mapie. Tak, jest trudniej niż miesiąc temu ale wciąż jest szansa na prawdziwy Okrągły Stół, z udziałem Polski. Odwagi!
Autor: Integrator


1 komentarz:

  1. "Mam tylko nadzieję, że rząd Polski, choć otwarcie i doraźnie wspiera demonstrantów, podejmuje jednocześnie działania długofalowe, niekoniecznie kanałami dyplomatycznymi."

    Czy po ostatniej wizycie Svetlany Cichanouskiej możemy jeszcze mieć taką nadzieję?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.