niedziela, 30 czerwca 2013

Czy Bauman lubi kobiece pupy

Zgodnie z tradycją, przedstawiam kolejny felieton, jaki każdego piątku zamieszczam w "Warszawskiej Gazecie". Dziś o Baumanie. Mam nadzieję, że żadne słowo się nie zmarnowało. Jeśli ktoś się ze mną zgadza, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Większość z nas może nie pamięta, jak to przed laty, jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie, szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahn został aresztowany w Nowym Jorku za gwałt na pokojówce. Sprawa przez pewien czas była popularna w mediach, potem została przykryta przez inne, ciekawsze wydarzenia, i dziś nie sądzę, by ktokolwiek z nas wiedział, co u tego Kahna słychać. O ile pamiętam, w pewnym momencie, gdy wiadomo było, że już po nim, Kahn odpalił pokojówce parę milionów, ta zgodziła się z tej okazji wycofać oskarżenie, i sprawa przyschła.
Chciałbym jednak przypomnieć pewien epizod, który też został wspomniany w mediach, a który miał miejsce między incydentem w hotelu, a wspomnianym przekupstwem, a więc w dniach, kiedy przyszłość Kahna była niepewna. Otóż Strauss-Kahn, nagle, jako znakomity przedstawiciel międzynarodowej gospodarki, wielki autorytet w kwestiach światowych finansów, no a przede wszystkim wybitny Europejczyk, został zaproszony do wygłoszenia wykładu uniwersytecie w Cambridge. I proszę sobie wyobrazić, że zapowiedziana wizyta do tego stopnia wzburzyła studentów, że około 150 z nich otoczyło budynek, w którym miało dojść do wykładu i, wznosząc wrogie okrzyki, uniemożliwiło Cohenowi wejście do środka. Nie wiem, co oni tam krzyczeli, nie wiem też, jak całe starcie wyglądało, i jak długo trwało, nie wiem też, czy doszło do interwencji policji, w każdym razie Kahn ostatecznie, tylnym wejściem, wlazł do środka, wykład wygłosił i zapewne swoje odebrał.
Ale wiem coś jeszcze. Reakcja studentów spotkała się z powszechnym zrozumieniem. Oczywiście, można zgadywać, że ci, którzy spotkanie zorganizowali, najchętniej tych studentów zakuliby w dyby, natomiast opinia publiczna była jednoznaczna. Dziennikarka dziennika „Guardian” Meera Patel w odredakcyjnym komentarzu napisała, że każdy z nas wręcz ma obowiązek protestować wobec traktowania Kahna, jak autorytet: „Moim zdaniem organizacje uczelniane mają obowiązek potępić wykładowcę tak obciążonego, jak Kahn”.
I proszę sobie wyobrazić, że jej nawet nie chodziło o zarzut gwałtu. Zdaniem Patel, Kahn powinien zostać z uczelni wyrzucony na zbity pysk niezależnie od tego, czy on tę pokojówkę ostatecznie zgwałcił, czy nie. Z punktu widzenia wymagań cywilizacyjnych, jego kompromituje choćby to, że w pewnym momencie, broniąc się przed odpowiedzialnością, stwierdził, że ponieważ pokojówka we wstępnej fazie swoich zeznań nie mówiła prawdy, nie powinna być traktowana, jako wiarygodny świadek.
Skąd oburzenie? Stąd, że Dominique Strauss-Kahn ma reputację notorycznego kobieciarza, że swoim zachowaniem i słowami uwłaczył godności kobiety, i że w obliczu takiego występku, nie liczą się jakiekolwiek zasługi.
Kiedy przyglądam się temu, co się dzieje wokół osoby niejakiego Baumana, i kiedy słucham pojawiających się tu i tam argumentów, myślę, że nam pozostaje już tylko poszperać w przeszłości i znaleźć ten jeden dzień, kiedy Bauman, kiedy nie był jeszcze autorytetem, ale zwykłym komunistycznym śmieciem, i klepnął w tyłek którąś z funkcjonariuszek, z którymi pracował. Niechby i naukowo.

piątek, 28 czerwca 2013

Pluskwa i cebulka, czyli o ukrytych talentach naszej prawicy

Nie wiem, czy to jest coś, co wciąż pamiętamy, czy może w natłoku najróżniejszych, starszych i nowszych, anegdot rozpłynęło się to wspomnienie wraz całym szeregiem innych, ja jednak pamiętam. Otóż był sobie za PRL-u taki dowcip: Przychodzi człowiek do restauracji i na talerzu, wśród ziemniaków, surówki i mięsa, znajduje zasuszoną pluskwę. Woła kelnera, kelner przychodzi, grzecznie się kłania, zdejmuje pluskwę z talerza, zjada ją, i z bezczelnie pewną siebie miną oświadcza: „Cebulka”.
Co się stało, że dziś akurat przypomniał mi się ten stary dowcip? Parę rzeczy. O jednej z nich – wbrew pozorom, wcale nie najbardziej dla nas istotnej – wspomniałem w notce zamieszczonej w Salonie24, a mam tu na myśli rozmowę, jaką dla tygodnika „Do Rzeczy” z Moniką Jaruzelską przeprowadził Rafał Ziemkiewicz. Mamy tu jednak z jednej strony tego Ziemkiewicza, a z drugiej – tak, tak – komunistyczną księżniczkę, i praktycznie wszystko jest jasne. Jasne w tym sensie, że nikt niczego nie udaje. Ziemkiewicz – prawicowy dziennikarz i legenda myśli konserwatywnej – zaprasza do rozmowy swoją dawną, szkolną miłość, Monikę Jaruzelską, córkę generała Jaruzelskiego i czołową gwiazdę popularnej kultury, i coś tam plotą, tak, by część publicznej opinii, którą nazywamy „prawicową”, uznała, że jedynym dla nas rozwiązaniem jest powszechna zgoda wokół tego, czym dla nas wszystkich jest Polska. To jednak, co wprawia mnie w nastrój, powiedziałbym, wyjątkowo ponury, to seria wydarzeń, które towarzyszą tej rozmowie niejako z boku, a które w pewnym sensie wręcz przebijają ją pod względem bezczelności wręcz modelowej. Bezczelności opisanej tak fantastycznie w owym starym dowcipie o cebulce.
Oto we wspomnianym Salonie24 znajduję notkę zamieszczoną przez Jarosława Gowina, który postanowił wreszcie się wyemancypować spod kurateli Donalda Tuska, ogłosił bardzo ambitne plany – o których w szczegółach, ze względu na szacunek do czytelnika, nie będę wspominał – i, zapewne w celu spopularyzowania owych planów wśród tak zwanej „internetową nędzy”, założył bloga w Salonie24. Oczywiście, nie pierwszy on i nie ostatni. Każdy, kto tu jest odrobinę dłużej, doskonale wie, jak ten przekręt działa. Pojawia się jakaś poważna okazja do załatwienia paru zaległych spraw, więc człowiek uderza w tak zwane „blogi”. Mieliśmy tu i Kazimierza Kutza, i Jarosława Kaczyńskiego, i Janusza Palikota, że już nie wspomnę o takiej nędzy, jak Zbigniew Girzyński. Ci czterej jednak, a z nimi jeszcze paru mniej istotnych, działali w czasie, kiedy ci bardziej może naiwni z nas wierzyli, że Internet to jest jakaś oferta, więc ich obecność tu mogła robić jakieś wrażenie. Dziś mamy tego Gowina, który przyłazi na te nasze blogi i z jak najbardziej poważną miną zaprasza nas do dyskusji, w której on sam oczywiście nawet przez krótką chwilę udziału brać zamiaru nie ma i nigdy nie miał. Nikt go oczywiście nie słucha, ale niemal w tym samym momencie pojawia się Igor Janke, i ogłasza koniec tradycyjnego dziennikarstwa, bo oto władzę przejmują blogerzy oraz politycy, tacy jak właśnie sam Jarosław Gowin. I on to pisze tak, jakby sądził, że dla nas cała ta sytuacja jest czymś nieskończenie poważnym.
Mamy więc tego Gowina, tuż za nim nadchodzi Igor Janke, a przecież nie sposób w tym kontekście zapomnieć o – również ledwo co wspomnianym przez mnie – Janie Pietrzaku. Tygodnik „Sieci” zamieszcza z Pietrzakiem wywiad, a całość zdobi najbardziej tandetnym, niemal jarmarcznym zdjęciem Pietrzaka z elektryczną gitarą i w wypasionych ray-banach – po ciężką, na Boga, cholerę! –zupełnie bezwstydnie przyznając, że zarówno gitara, jak i okulary, zostały wypożyczone z paru warszawskich sklepów na potrzeby sesji, a tym samym przyznając, że ani ów Pietrzak, ani cały ten przekaz nie jest w najmniejszym stopniu autentyczny; że to jest najbardziej tandetny przekręt przeprowadzony na potrzeby tych, których oni uważają za ostatnich durniów. A więc nas.
Ale jest jeszcze coś, co moim zdaniem jest już naprawdę groźne, choćby z tego względu, że się dzieje nie w owej skromniej przestrzeni między nami, a gazetą, czy ekranem komputera, ale zwyczajnie, na ulicy. Otóż w tym samym wydaniu tygodnika „Do rzeczy”, który zrelacjonował nam randkę po latach między Ziemkiewiczem, a Jaruzelską, jest tekst poświęcony postaci niejakiego Andrzeja Hadacza. Kim jest ów Hadacz? Otóż jest to, jak się okazuje, jeden z głównych, najbardziej radykalnych tak zwanych „obrońców krzyża”, który oto właśnie okazał się prowokatorem, opłacanym przez Janusza Palikota, jeśli nie przez kogoś stojącego znacznie jeszcze wyżej. Okazuje się, że to właśnie ów Hadacz, przez wiele miesięcy, czy już nawet lat, zjednywał sobie popularność wśród spragnionych prawdy Polaków zawołaniami w rodzaju: „rozliczyć tych skurwysynów”, „Tusk, albo Komorowski – w łeb”, czy wreszcie – przyznaję, że moje ulubione – „Jaruzelski powinien skończyć tak samo jak Ceausescu! Kula w łeb temu zbrodniarzowi! Dawać mi tego łobuza, mordercę!” I co my z tego wiemy? Dokładnie to samo, cośmy się właśnie dowiedzieli z rozmowy Ziemkiewicza z Jaruzelską, debiutu Jarosława Gowina w Salonie24, czy tekstu Igora Janke, w którym on nas informuje o tym, że to my przejmujemy władzę. To samo, co widzimy, jak się nam fantastycznie odbija w przepięknych ray-banach, które dla Jana Pietrzaka, bohatera naszej walki o sprawiedliwość wypożyczył redaktor Lisicki. Dokładnie to samo, co wypadło spod szarpanych palcami tego samego Jana Pietrzaka strun gitary, którą, podobnie jak te nieszczęsne ray-bany, a konto jeszcze jednego taniego grepsu dla nas, naiwnych patriotów, wyszarpał na parę godzin ów bohater naszej wiecznej walki.
O co chodzi? Otóż obawiam się – i temu dziś chciałem dać świadectwo – że jesteśmy manipulowani, jak nigdy dotąd. Z bezczelnością tak bezpośrednią, że ów stary peerelowsko-restauracyjny żart z pluskwą i cebulką jawi się nam, jako nie wart splunięcia bzdura. Ale jest w tym coś jeszcze znacznie gorszego. O ile wtedy, nie było takiej siły, by nam wcisnąć tę cebulkę, dziś do tego kłamstwa ustawiamy się wręcz w kolejkach. I niech no tylko ktoś się spróbuję wepchać przed nami!
Kiedy pisze się taki tekst, jak ten, a więc wypełniony czystą emocją, trudno jest się czasami zorientować, od którego momentu to, co się chciało powiedzieć na samym początku, jest jeszcze w wystarczający sposób przejrzyste. A zatem, jest całkiem możliwe, że kiedy zacząłem od tej pluskwy i cebulki, wszystko co pozostało z pierwszego wrażenia zostało skutecznie przykryte przez kolejną porcję tak zwanej polityki, reprezentowanej przez jakiegoś Lisickiego czy Gowina. W tej sytuacji, kto wie, czy zupełnie bez związku z tym, co tu się wydaje tak bez sensu sterczeć, chciałem powtórzyć po raz nie wiem już który, że zostaliśmy załatwieni równo i na czysto. A mnie pozostaje tylko urządzić konkurs pod hasłem: „Pluskwa czy cebulka”. Nagroda jest najskromniejsza ze wszystkich możliwych – czyste sumienie.

Wszystkim, którzy wspierają ten blog, czy to swoją obecnością, czy przez bardzo szczodre wpłaty na konto, bardzo dziękuję i zapewniam o swojej nieskończonej wdzięczności. Proszę nie odchodzić.

środa, 26 czerwca 2013

O prawicy w wypożyczonych ray-banach

Przyznam, że czuję się trochę niezręcznie, po raz kolejny już przychodząc tu jak ta cholerna Kasandra, ale przede wszystkim daję słowo, że nie mam wyjścia, widząc jak wszystko – dokładnie wszystko – wskazuje na to, że szykuje się ciężki, kto wie, czy nie najcięższy z dotychczasowych, przekręt, i to dosłownie w świetle reflektorów. Po drugie, byłoby mi jeszcze bardziej głupio, gdyby miało się okazać, że ja się tu niemal codziennie wymądrzam, a tu niemal z dnia na dzień okazuje się, że o najważniejszym nie powiedziałem; że najważniejsze przegapiłem; że coś, co w pewnym sensie kwestionuje całą naszą walkę, zlekceważyłem. Oczywiście jest możliwe, że nie mam racji; że to, co obserwuję wręcz z przerażeniem, to nie jest znak niczego specjalnie istotnego, a zaledwie dowód na to, że część z tak zwanych „naszych” z jakichś nieznanych nam powodów czuje, że się mogą nie załapać, i dostają histerii, która niekiedy może wyglądać jak szyderstwo. Może i tak jest, ja jednak przede wszystkim obawiam się jednak, że tym razem to się dzieje naprawdę, a poza tym, wolę dmuchać na zimne. To nigdy nie zaszkodziło.
Proszę więc sobie wyobrazić, że w najnowszym numerze tygodnika „Do Rzeczy”, który, co byśmy nie powiedzieli – zwłaszcza w ostatnich tygodniach – wciąż, jak by nie było, uchodzi za bardzo ważne pismo konserwatywnej prawicy, i który za jakoś tam zaprzyjaźniony uważa sam Jarosław Kaczyński, ukazał się wywiad, jaki z Moniką Jaruzelską – tak, tą samą Jaruzelską, która swego czasu popisywała się w TVN Style piękną skórzaną kurtką, którą „tatuś przywiózł w 1956 z Węgier” i jej, kiedy już była duża, podarował - przeprowadził Rafał Ziemkiewicz, o którym również można by wiele – zwłaszcza ostatnio – ale który wciąż to tu to tam uchodzi za główny autorytet po tej stronie politycznej sceny. Nie będę tu dokładnie omawiał tej niezwykłej rozmowy, natomiast powiem, jak do niej doszło, i bardzo ogólnie, na czym polega jej istota. Otóż z tego, co się zdążyłem zorientować, było tak, że Rafał Ziemkiewicz – od zawsze kumpel Jaruzelskiej – przeczytał książkę, jaką ta niedawno wydała, książka owa go tak zachwyciła, że napisał do niej na Twitterze, czy jakimś innym Facebooku, uściskał ją i poprosił, by do niego zadzwoniła. Jaruzelska się z Ziemkiewiczem skontaktowała, no i w wyniku tego spotkania po latach dostaliśmy ową, pięknie zilustrowaną przez „Do Rzeczy” sesją zdjęciową, rozmowę.
O czym ta rozmowa? Myślę, że więcej na ten temat napisze jutro mój kumpel Coryllus, z którym dziś sobie trochę w tej sprawie pogadaliśmy, ja dziś bardzo krótko i (nomen omen) do rzeczy. Otóż chodzi o to, że Ziemkiewicz i Jaruzelska chodzili najpierw do jednej klasy, później razem studiowali, i mimo różnic politycznych jakoś się tam zawsze szanowali. A więc ona w popularnej opinii oczywiście była komunistyczną księżniczką, on faszystowską świnią, ale oboje wiedzieli, że to tak do końca nie jest; że tak naprawdę w ogóle tak nie jest. Więcej. Oboje bardzo mocno czuli, że tak, Bogiem a prawdą, bycie czy to aniołem, czy zbirem to propagandowa fikcja wrzucana nam przez pilitykę. Weźmy takiego tatę Jaruzelskiej. Tak łatwo jest nam go oceniać, tymczasem, jeśli się dobrze zastanowić, to jest postać bardzo niejednoznaczna. Sam Ziemkiewicz przyznaje, że on kiedyś czytał jakiś stenogram z wystąpienia Jaruzelskiego, kiedy on „miotał gromy, że to zgnilizna, hańba, dno” pod adresem lokalnych komunistów, i był w tym naprawdę szczery. Albo popatrzmy na Urbana, o którym Jaruzelska mówi „Jerzy”. Niektórzy go nie lubią – może i słusznie, nie ma co wnikać – ale Jaruzelska na przykład bardzo się lubi z jego żoną – zupełnie tak samo, jak lubiła Marię Kaczyńską – i często u Urbanów bywa. No a poza tym, po co ta zapiekłość? Ona wie, że na Jerzego mówią „Goebbels stanu wojennego”, ale też wie, że na Ziemkiewicza mówią z kolei „Goebbels IV RP”. Komu to potrzebne?
Taka to jest rozmowa. Od początku do końca. Rozmowa dwojga przyjaciół, których los porzucił po obu stronach politycznej barykady, a oni, biedactwa, tam zostali ze swoją uczciwością i sercem, otoczeni przez ludzi tak samo dobrych i uczciwych, jak oni, tyle że zniszczonych przez politykę.
Co mnie w tej rozmowie najbardziej porusza? Oczywiście ani paplanie Jaruzelskiej, ani mądrości Ziemkiewicza. Prawdę powiedziawszy, to, co oni tam mówią nie ma najmniejszego znaczenia. To, co się liczy, to fakt, że do tego spotkania w ogóle doszło i że redakcja „Do Rzeczy” uznała za stosowne ją nam przedstawić z tą jedną sugestią: jeśli tylko zechcemy, możemy się wszyscy pogodzić. Tak jak pogodził się Terlikowski z Hołownią i z Wanat, a teraz Jaruzelska z Ziemkiewiczem. Bo jeśli tylko postaramy się zrozumieć wybory dokonane przez innych, wszystko już pójdzie prostą drogą. To co się liczy – po tym, jak Ziemkiewicz z Monika Jaruzelską ostatecznie się zgodzili co do tego, że nie ma co drzeć kotów nad naszymi wspólnymi grzechami – to fakt, że w tej chwili, jeśli w kolejnym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy” ukaże się rozmowa Terlikowskiego z żoną Jerzego Urbana o patriotyzmie i religii – w końcu Monika Jaruzelska im jest w stanie to bez problemu załatwić – będziemy mogli już tylko wzruszyć ramionami.
No i jest jeszcze coś – i tu już zmierzam do sedna. Dotychczasowy przebieg zdarzeń, moim zdaniem, wskazuje przede wszystkim na to, że Prawo i Sprawiedliwość przejmuje w Polsce władzę, niewykluczone, że z konstytucyjną większością. To po pierwsze. Po drugie, owo przejęcie władzy odbędzie się w sposób cywilizowany w tym sensie, że nikt nikogo nie będzie dręczył. Do dwa. Trzecia kwestia natomiast jest taka, że będziemy ciąć po skrzydłach, a do skrzydeł zostaną zaliczeni ci, którzy nie zechcą się pogodzić. A zatem prawdziwi komuniści i prawdziwi faszyści. A ponieważ, co, jak właśnie zostało nam to pięknie pokazane przez Monikę Jaruzelską i Rafała Ziemkiewicza, nawet ktoś taki, jak Wojciech Jaruzelski tak naprawdę komunistą nigdy nie był, pozostają tylko faszyści. A więc my.
Powinienem jakoś zakończyć te refleksje, i daję słowo, że nie wiem jak. Może więc zajrzyjmy do drugiego, bardzo nam bliskiego tygodnika o prawicowo-konserwatywnym obliczu, a tam na samej już okładce anonsowany jest wywiad już ani nie z Monika Jaruzelską, ani z żoną Urbana, ani ze Stanisławem Kanią, ani nawet z Czesławem Kiszczakiem, ale z samym Janem Pietrzakiem. Mamy więc tego Pietrzaka w pełnej okazałości, na tle wielkiego białego orła, w wypasionych ray-banach i z równie wypasioną, super fantazyjnie wymodelowaną, elektryczną gitarą, na której palce jego lewej ręki łapią odpowiedni chwyt, a palce drugiej pokazują znak zwycięstwa, i tytuł: „Polska będzie Polską wbrew Tuskowi”. Jak kto jest zainteresowany, może zajrzeć do samej rozmowy, i tam zobaczy Pietrzaka raz jeszcze, tyle że już bez znaku wiktorii, ale za to w pełnej pozie gitarzysty… i informację: „Podziękowania dla Salonu Muzycznego RIFF (pl. Konstytucji 5 w W-wie) za wypożyczenie gitary marki B.C. Rich Warlock oraz dla salonu Optique (pl. Trzech Krzyży 18 w W-wie) za wypożyczenie okularów marki Ray-Ban Aviator”.
Ci przynajmniej nie ukrywają, że jadą na pożyczonym. I tym optymistycznym akcentem zamknę ten dzień.

Jakoś ciągniemy, ale nie ulega wątpliwości, że tylko dzięki Waszemu wsparciu. Bez niego, nie ma nic. Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziekuję

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Przyszedł człowiek z koniem i chce nam poopowiadać o Polsce

Przyznam szczerze, że poprzedni tekst o Mai, która z tak skandalicznym uporem uczepiła się życia, że w pewnym momencie została z nią tylko jej mama i sam Pan Bóg, jest dla mnie tak ważny, że nie bardzo mi się chce go zastępować czymkolwiek innym, ale raz, że widzę aż nazbyt wyraźnie, że moje emocje są w dość jednoznacznej mniejszości, a dwa, że sprawy i tak biegną swoim własnym porządkiem i trudno sterczeć wciąż w jednym miejscu. W tej sytuacji, z jednodniowym opóźnieniem, przedstawiam swój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że się spodoba.

Kiedy wydawałoby się, że nasze wspólne doświadczenia są wystarczająco jednoznaczne, byśmy przestali ulegać złudzeniu, że słowa „Polska”, „prawica”, „wolność”, gwarantują cokolwiek innego, jak pewność, że ktoś nas chce wystawić do wiatru, i to w sposób najbardziej brutalny, bo wykorzystujący naszą naiwną wiarę, co chwilę musimy trafiać na kogoś, kto nam tłumaczy, że „nie ma wroga na prawicy”. Co najmniej od 1989 roku, a jak idzie o ludzi jeszcze bardziej czujnych i przezornych od nas, znacznie dłużej, nie ma praktycznie dnia, byśmy nie mogli się przekonać osobiście, wręcz na własnej skórze, w jaki sposób System regularnie okręca sobie nas wokół swojego brudnego palucha, podsuwając nam kolejne, „prawicowe”, jak jasna cholera, propozycje, które my łykamy, jak dzieci we mgle, i wciąż powtarzamy, że najgorsze, co nas może spotkać, to wewnętrzne kłótnie. Bo przecież „nie ma wroga na prawicy”.
W najświeższym numerze „Warszawskiej Gazety” znajdujemy dwa obszerne artykuły poświęcone udowadnianiu owej absurdalnej tezy, pierwszy Rekontry, gdzie od razu na pierwszej stronie dostajemy w łeb argumentem, że nie trzeba przecież „bać się inicjatywy ludzi, których łączy miłość do ojczyzny”, a nieco głębiej, Mirosław Kokoszkiewicz bierze nas pod włos czymś co już stanowi oczywisty szantaż. Okazuje się bowiem, że każdy z nas, kto boi się raptownego – co ciekawe, pojawiającego się regularnie przed każdymi kolejnymi wyborami – mnożenia prawicowych ofert, faktycznie wspiera „ducha wyłączności”, tak dobrze nam znanego z ulicy Czerskiej w Warszawie.
Kokoszkiewicz akurat, w ogóle, jak idzie o wymiar retoryczny swojej refleksji, bije wszelkie rekordy, a jednocześnie, w owym zauroczeniu własnym głosem, sam sobie skutecznie zaprzecza. Przysłuchajmy się co on ogłasza: „Właśnie jednego frontu i jednej wielkiej masowej ofensywy boją się zdrajcy i wrogowie Polski, więc będą dążyć do skłócenia, jątrzenia i dzielenia”. Przepraszam Kolegę bardzo, ale czy tu przypadkiem nie chodziło mu o niedawne słowa Rafała Ziemkiewicza, który najbardziej jednoznacznie jak tylko można było, zasugerował, że Jarosław Kaczyński i Adam Michnik wywodzą się z jednego wspólnego układu i że jego i jego kumpli narodowców ambicją jest stworzenie oferty, która w sposób pełniejszy będzie reprezentowała autentyczną polską prawicę?
Jak napisałem wcześniej, całe nasze doświadczenie minionych dwudziestu kilku już lat każe nam od rana do nocy pamiętać, że źli ludzie przede wszystkim nie próżnują, a poza tym – chociaż nie tak głupi, jak się nam wydaje – naprawdę nie są tacy mądrzy, by umieć wymyślić coś naprawdę nowego, jak idzie o to, co od zarania dziejów nosi nazwę prowokacji.
Dziś wpychają się nam do naszego domu z kolejnym koniem trojańskim i swoimi śliskimi głosami opowiadają nam, jakie to nam ciekawe patriotyczne historie przywieźli. A kiedy my mówimy im, żeby sobie tego konia wsadzili w tyłek, przychodzą Kokoszkiewicz z Rekontrą i tłumacza nam, jacy jesteśmy brzydcy, i że nam tylko zwady w głowie.

Domyślam się, że okres wakacyjny stawia przed większością z nas dodatkowe finansowe wyzwania, co w połączeniu z faktem, że w ogóle przez ostatnie lata zrobiło się raczej cieżko, niż lekko, pozostawia nam bardzo niewielkie pore manewru. Niemniej, jeśli ktoś czuje się w miarę bezpiecznie, a lubi tu spędzać czas, bardzo proszę o wsparcie pod podanym obok umerem konta. Dziękuję.

sobota, 22 czerwca 2013

O życiu nieznośnie uporczywym

Oryginalny plan był taki, by historię – jeśli ktoś myśli, że już całą, myli się bardzo – opisać w dniu, kiedy moja córka mi na nią zwróciła uwagę i mi ją pięknie opowiedziała, jednak, ze względów, które staną się jasne w miarę zapoznawania się z kolejnymi szczegółami, pomyślałem, że się z tym wstrzymam aż do dziś. Czy to akurat jest moment właściwy? Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak.
Proszę posłuchać. Oto wiosna roku 2009 i oto Maja:


Pewnego dnia czteroletnia wówczas jeszcze Maja straciła ochotę do jedzenia, narzekała, że boli ją ręka, przestała się bawić i praktycznie przestała wstawać z łóżka. Po pewnym czasie ręka boleć przestała, natomiast pojawił się katar i gorączka. Ale i to po jakimś czasie minęło, za to na którymś ze spacerów, na idealnie prostej drodze, Maja potknęła się i zwichnęła nogę. Noga się wyleczyła i przez dwa tygodnie dziewczynka miała spokój, tyle że po owych dwóch tygodniach, noga znów zaczęła boleć, do tego pojawiła się jakaś paskudna wysypka, no i znów wróciła gorączka.
Rodzice Mai postanowili już nie ograniczać się do zwykłych lekarskich wizyt, lecz zawieźli córeczkę do szpitala. Tam zrobiono Mai szereg badań, stwierdzono stan zapalny tkanek miękkich, wybroczyny, a w końcu, po badaniu krwi, postawiono ostateczną diagnozę – ostra białaczka limfoblastyczna. Podczas szczegółowych badań wykryto 55% komórek nowotworowych w szpiku, zapowiedziano leczenie na następne 2 lata, chemioterapię, może przeszczep, transfuzje krwi, i przekazano wiadomość, że istnieje szansa na przeżycie”.
Jeszcze w maju, zanim rozpoczęto chemioterapię, Maja nagle zaczęła umierać. Dziewczynka była nieprzytomna, nie było z nią żadnego kontaktu, nie otwierała oczu, nie ruszała się. Ponieważ ciśnienie miała bardzo wysokie, lekarze podejrzewali udar i wylew krwi do mózgu, jednak po kolejnych badaniach okazało się, że to wprawdzie nie to, jednak że stan dziewczynki jest tak zły, że śmierć nastąpić może w każdej chwili. Jednak to był dopiero początek lata roku 2009, i choroba Mai dopiero się zaczynała.
Rozpoczęła się chemioterapia, która trwała aż do sierpnia 2011 roku. Jeśli zajrzymy na prowadzony od początku przez mamę Mai blog mamy, widzimy, ze w tym czasie były chwile naprawdę dobre. Można obejrzeć sobie robione w tamtym czasie zdjęcia dziewczynki, widzimy, jak się śmieje, tańczy. Niestety z powodu owej chemii Maja wciąż cierpiała na różnego rodzaju choroby, które systematycznie niszczyły jej organizm. W dodatku, 3 miesiące po zakończeniu terapii nastąpił nawrót białaczki. Jest listopad 2011 roku. Kolejne leczenie, dziewczynka zaczęła otrzymywać cała serię sterydów. Któregoś dnia przestała ruszać ręką i palcami. Otrzymała skierowanie na przeszczep szpiku kostnego.
Stwierdzono u Mai porażenie nerwu w ręce, a jakby tego było mało, od podawanych sterydów i innych leków, zaczęło jej się psuć serce. Rozpoczęto kolejną chemioterapię. Okazało się, że Maja cierpi na tak zwane „zakażenie Browiaka”, chorobę tak samo groźną jak groźnie brzmi jej nazwa. Kolejne transfuzje płytek krwi. Dziecko, w wyniku wieloletniej już chemioterapii, ma poparzone jelita. Był z nią słaby kontakt, była bardzo chora.
W styczniu 2012, aby przeżyć, dziewczynka otrzymała wyjątkowo ciężką dawkę chemii, która całkowicie zniszczyła jej szpik kostny. Była już bardzo słaba i, jak to określiła jej mama, „wyzerowana”. Znowu stan krytyczny i z godziny na godzinę coraz bliżej i bliżej śmierci. Luty, to transfuzja za transfuzją, tymczasem Maja doznała całkowitego paraliżu, od głowy do stóp. Jeśli ktoś pyta w tym momencie o ból, morfina przestała pomagać. 17 lutego miała mieć kolejny przeszczep szpiku kostnego, ale ponieważ wystąpiły jakieś nowe, przedziwne objawy, lekarze zdecydowali zabieg przełożyć. Sparaliżowane dziecko w kompletnej histerii wrzeszczy z bólu.
Oddajmy głos Mamie:
21.02.2012. Stan Majeczki z godziny na godziną się pogarsza. Powróciło czucie po prawej stronie ciała, lewa strona ciała została nadal w paraliżu. Podłączenie do tlenu, bo saturacja gwałtownie spadła. Nasi lekarze bezradni. Płytki krwi 4 tys, krew płynie z nosa. Straszny ból głowy, oczu, szyi i uszu. Maja ryczy z bólu i jest uciszana przez pielęgniarkę, bo pobudzi inne dzieci. Jest krytycznie, poinformowano nas, że to może być koniec naszej walki”.
Tymczasem u Mai stwierdzają krwiak w mózgu. Konieczna jest natychmiastowa operacja. Niestety, z powodu stanu zdrowia Mai, zabieg nie wchodzi w grę. Ale oto nagle staje się cud, i stan dziewczynki ulega poprawie na tyle, że lekarze przeprowadzają operację. Stan dziewczynki jest wciąż bardzo zły, dziecko ma ciągłe wodniste biegunki, lewa strona ciała jest nadal sparaliżowana, a lekarze nie są już w stanie niczego przewidzieć. Rodzice zgadzają się na eksperymentalny przeszczep komórek macierzystych mezynchemalnych ze sznura pępowinowego z Polskiego Banku Komórek macierzystych z Warszawy.
Jest kwiecień 2012 roku. Stan Mai dramatyczny. Dziewczynka wciąż krzyczy z bólu, a lekarze nie są w stanie przewidzieć, jak długo jeszcze będzie żyła. Tymczasem u Mai pojawiają się kolejne choroby, w tym całą kupę nieznanych wirusów i grzybów, które następnie mijają, ustępując miejsca nowym, i tak w kółko. Lekarze nieustannie podają jej całe mnóstwo leków, sterydów, wykonywane są nieustanne punkcje szpiku, ponieważ od zakończeni operacji krwiaka, rana na głowie nie chce się goić, z głowy wystają dreny odprowadzające wciąż wyciekający płyn mózgowy.
Czerwiec 2012. Maja w stanie ciężkiej depresji. Z powodu ciągłego wbijania igieł dziewczynka ma zmasakrowane pachwiny. Dodatkowo, w wyniku osteoporozy, nastąpiło pęknięcie kręgosłupa. Organizm zostaje opanowany przez wirus cytomegalii. Po rehabilitacji, Maja zaczyna raczkować.
W styczniu 2013 roku kardiolodzy stwierdzają trwałe uszkodzenie serca. W marcu zwłóknienie wątroby. W kwietniu powraca sepsa i znowu mamy groźbę śmierci. Stan dziecka fatalny.Na blogu mama relacjonuje, że tkanki Mai są „jak sito”, wszystkie płyny i krew przeciekają. Dwa razy dziennie lekarze robią jej transfuzję, jednak nowa krew natychmiast się wylewa. Maja jest w stanie śpiączki, nie ma z nią kontaktu, ale mama czyta jej książki i wciąż do niej mówi, tak na wszelki wypadek. W kwietniu lekarze informują, że gorzej już być nie może. Maja, w obawie przed ustaniem akcji serca, utrzymywana jest w śpiączce farmakologicznej. Ciekawe, że Mama zauważa, że, kiedy wchodzi do pokoju i zaczyna do niej mówić, alarm zaczyna piszczeć, co oznacza, że Maja czuje jej obecność.
Lekarze powoli zaczęli jej zmniejszać leki usypiające, powoli wybudzając dziewczynkę. Maja zaczyna się ruszać, tyle że to powoduje pogorszenie stanu. Serce nie potrafi bić samo, w płucach jest krew, lub woda. W organizmie nieustanne stany zapalne, powodujące ryzyko śmierci, jednak ponieważ nie ma sposobu określenia źródła zapalenia, lekarze zaczynają mówić, że nic już nie są w stanie zrobić i że w tej chwili można już tylko czekać.
W maju dziewczynka znowu zaczyna umierać. Brzuch ma napompowany tak, że nie widać pępka. Organizm jest całkowicie zagrzybiony. Płuca w bardzo złym stanie, ciągła sepsa.
I nagle okazuje się, że grzybica ustąpiła całkowicie. Wszystkie posiewy z krwi ujemne, co oznacza, że nie ma w krwi ani grzyba ani bakterii.
Maja ma jednak bardzo uszkodzone serce. Lekarze twierdzą, że stan jest nieodwracalny i że po odłączeniu dziecka od respiratora, dziewczynka nie da rady sama oddychać. Tyle że nawet z respiratorem, nie sposób powiedzieć, jak długo serce dziewczynki będzie jeszcze bić. Lekarze twierdzą, że mamy do czynienia z terapią uciążliwą i proponują odłączenie od respiratora. Jednak Maja już się rusza, nie jest już tak opuchnięta i wygląda zdrowiej. W czerwcu lekarze wyciągają jej rurkę z krtani, Maja zaczyna trochę mówić, zaczyna jeść.
Potrzebny jest drugi przeszczep szpiku. Dawca jest, ale ponieważ Maja nie ma już własnej hemoglobiny i płytek krwi, zabieg jest niewykonalny.
Maja nagle zaczyna tracić wzrok, odróżniać kolory, lekarze mówią, że jest to wynikiem porażenia nerwu wzrokowego i że proces jest nieodwracalny. Znowu pojawia się sugestia dotycząca terapii uporczywej.
Zajrzyjmy na blog mamy Mai:„Powoli do mnie dociera, że leczenie Mai staje się leczeniem uciążliwym, a to teraz to przypomina przedłużanie agonii. Maja tak bardzo chce żyć, tak się stara, nawet nie przyznała się nam, że nie widzi. Bardzo się starałam, tak chciałam pomóc, ale los jest okrutny i naszego światełka w tunelu nadal nie widać. Chyba nam już nie można pomóc, ale za wszystko dziękujemy. Podczas całego leczenia Mai, doświadczyliśmy kilku cudów, inaczej tego nie można nazwać ani wytłumaczyć, ale teraz po prostu potrzebujemy natychmiastowego cudownego uzdrowienia. Miałam wielkie nadzieję na ten drugi przeszczep, że pomoże, wyobraziłam sobie, że wszystkie nasze problemy znikną jak za machnięciem cudowną różdżką. Chyba patrzyłam przez różowe okulary. Maja już nie chodzi, mamy uszkodzone serce, osteoporozę, po pęknięciu kręgosłupa, a teraz jeszcze utrata wzroku. A Majeczka nadal chce żyć, walczy i nie może zrozumieć co się dzieje i bardzo się boi i zaczęła zadawać trudne pytania: dlaczego ja?
Ja się dziś rozkleiłam”.
Maja przestaje rozumieć, co się do niej mówi, nie widzi, nie słyszy, nie umie myśleć, liczyć, tępo patrzy w ścianę. Lekarze dochodzą do wniosku, że został zaatakowany mózg. Maja drży, jakby za chwilę miała umrzeć. A ona żyje. Lekarze mówią, że to, iż Maja żyje, to nie ich zasługa, i że jeszcze nie widzieli, żeby ktoś w tym stanie jeszcze żył.
Posłuchajmy Mamy raz jeszcze:
Lekarz powiedział, że jesteśmy cudem i jeżeli modliliśmy się do Jana Pawła to mamy to zgłosić do Rzymu. Ja nie jestem żarliwą katoliczką, a moje modlitwy zawsze są do Jezusa i od 2 lat proszę o wstawiennictwo Ojca Pio, rzadko Jana Pawła II. Ale nie sądzę, aby jakiekolwiek moje modlitwy były wysłuchane, to nie moja zasługa, to modlitwy któregoś z Państwa są wysłuchiwane. Bardzo dziękujemy za każdą modlitwę o zdrowie Mai.
Wczoraj wieczorem przyszła neurolog i diagnoza: Maja jest w bardzo dobrej formie i jej stan nie jest z powodów neurologicznych i że należy jej organizm wypłukać z wszystkich leków, które mogły jeszcze pozostać po OITD, więc lecą wory kroplówek nawadniających
Maja już nie ma raka, żadnych wirusów, grzybów ani bakterii, ale jest bardzo chora i ledwo żyje z powodu powikłań i efektów ubocznych leków. Nie może siedzieć. Mama znów zaczyna się martwić, że skazuje ją na męki przez to, że nie chce jej odłączyć od aparatury. Ale nagle wszystko się poprawia. Maja zaczyna lepiej widzieć, myśleć logicznie, mówić, jeść, po raz pierwszy siada. Serce pracuje znacznie lepiej. W końcu lekarze postanawiają odłączyć Maję od respiratora.
Najnowszy wpis:
Gdy byliśmy na OITD Maja była w stanie krytycznym, mogła umrzeć w każdej chwili. Pytałam się lekarzy czy jest lepiej, ale nie dostawałam nadziei. Wtedy mówiłam, ale nie jest gorzej i odpowiedź była: nie jest gorzej. I to musiało mi wystarczyć, aby się pocieszyć, choć wiedziałam, że w jej przypadku gorzej oznacza tylko śmierć. Maja została wyprowadzona z wszystkiego, co najgorsze, było bardzo ciężko, ja nie będę tego opisywać, bo to się nie da opisać i nie do tego zmierzam. Lekarze się starali, choć przypadek beznadziejny, słuchali hematologów i Maja wróciła na hematologię. Gdy byliśmy na OITD, moim marzeniem było tylko jedno: jeszcze nie teraz, jeszcze nie, jeszcze przed Mają jest szansa, jeszcze musimy spróbować, jeszcze czeka ją drugi przeszczep, jeszcze ma szansę na życie. Nie udało się odłączenie Mai od respiratora za pierwszym razem, wtedy mówiłam spróbujemy za drugim, bo Mai za pierwszym razem się nic jakoś nie udaje. Lekarze mówili, że nie wiadomo czy uda się za drugim razem i czy w ogóle będą mieli okazję, była powoli przygotowana i w inny sposób redukowane leki i się udało. Wtedy marzeniem było, aby Maja tu kiedyś wróciła nie jako pacjent, ale jako okaz zdrowia z własnymi płytkami krwi i na własnych nogach i żeby lekarze na własne oczy ujrzeli, że dzieci z hematologii mają szansę, mimo że ich wyniki są tragiczne i że te dzieci to najdzielniejsi wojownicy i że starania lekarzy nie idą na marne i za dają szanse na dalsze leczenie i w efekcie wyzdrowienie. Gdy tylko jedziemy do innego szpitala niż hematologia lekarze są zdziwieni tak bardzo złymi wynikami morfologii i wydaje mi się, że patrzą na nas jak na chodzące zombie. Tak samo było dwa lata temu, gdy Maja, właśnie skończyliśmy chemię podtrzymującą i robiliśmy kontrolę nad morzem na wyjeździe i uprzedzaliśmy panią z laboratorium, że Maja ma białaczkę, że wyniki będą złe tzn. poniżej normy i że u nas to normalne. Ale Pani z laboratorium i tak wystraszona zadzwoniła mówiąc, że wyniki są złe i mimo że była uprzedzona to tak złych wyników morfologii jeszcze nie widziała i była w szoku.
Będąc na OITD moim marzeniem było zabrać ją na spacer, chciałabym aby pobyła jeszcze w domu. To marzenie może się wydać każdemu śmieszne, ale nie wtedy i nie w tamtej sytuacji, to był szczyt marzeń. Wtedy dni mijały tak wolno, a każdy dzień był gorszy od poprzedniego. Teraz jedno moje marzenie się spełniło i wydaje mi się, że to nastąpiło bardzo szybko. Dziś Maja mogła być 4 godziny na spacerze. Pojechaliśmy do parku i na pergolę z fontanną. Ale wciąż wydaje mi się, że Maja czeka na ten przeszczep, bo ma złe wyniki krwi. Poza tym ciągle nie za dobrze widzi. Nie może chodzić, ale może siedzieć bez oparcia”.

Powyższy tekst został oparty na informacjach pochodzących z blogu mamy Mai, do obejrzenia na stronie http://ksiezniczka-maja.blogspot.com/, tak jak mi je zrelacjonowała moja córka. Bardzo jej za to dziękuję. Jedyny komentarz, na jaki mnie stać, to być może tylko tytuł tej notki.

piątek, 21 czerwca 2013

O honorze w opakowaniu zastępczym

Ponieważ do niespodziewanych, pojawiających się wręcz z dnia na dzień, akcji medialnych mam stosunek bardzo podejrzany, nie za bardzo widzę potrzebę komentowania filmu, jaki Niemcy nakręcili na temat swojej nie tak dawnej przeszłości, a przy okazji, polskiej, w wytyczanym przez nią zakresie, za nią współodpowiedzialności. Powiem coś jeszcze. Ponieważ mianowicie mam bardzo wyczulony nos na wszelkie prowokacje, z którejkolwiek strony by one nie nadchodziły, ani nie przyszło mi do głowy, by zwracać uwagę na jakiekolwiek komentarze dotyczące tematu, a już tym bardziej oglądania samego filmu. Tyle wszystkiego, że to tu to tam dotarły do mnie strzępki jakichś rozmów, z których się dowiedziałem, że film jest naprawdę bardzo dobry, no i że niestety stanowi bardzo oczywisty fragment stałej antypolskiej propagandy w wydaniu niemieckim.
No i trafiłem na coś jeszcze, czego akurat bez komentarza już pozostawić nie mogłem. Otóż jeden z moich ulubionych dziennikarzy Piotr Semka zaproponował, byśmy my, w reakcji na niemiecką propagandową agresję, wyeksportowali do Niemiec, a pewnie i jeszcze dalej, nasz „Czas Honoru”… Ooops!
Gdyby ktoś nie wiedział, „Czas Honoru” to jest polski telewizyjny serial, który, podobnie zresztą jak niemal każda kolejna krajowa filmowa produkcja, jeszcze zanim powstał, został ogłoszony wydarzeniem, i który natychmiast jedynie potwierdził kompletny upadek naszej kinematografii. Przyznaję, że miałem okazję obejrzeć jeden odcinek tego filmu, i byłem autentycznie wstrząśnięty. Tam nie było jednej sceny, którą można by było znieść bez oburzenia. To było coś tak upiornego, że nie pomogło nawet to, kiedy nagle zauważyłem, że autorzy filmu w roli najbardziej czarnego charakteru postanowili obsadzić podobno dziennikarza – ostatnio nawet obdarowanego specjalnym wyróżnieniem przez prezydenta Komorowskiego – niejakiego Kozyrę.
I nagle okazuje się, że oto pojawia się propozycja – składana jak najbardziej poważnie – byśmy ruszali na wojnę ze szwabską zarazą, uzbrojeni w film „Czas Honoru”. Każdy z nas, kto ma jako taki kontakt z polską kinematografią, z tym całym gównem, poczynając od kolejnej komedii o dupczeniu, a kończąc na dramatach o spauperyzowanych nauczycielach i skorumpowanych policjantach, w tym momencie prawdopodobnie zaledwie wzruszy ramionami, i być może wykrzywi usta w ironicznym uśmiechu. Moim zdaniem jednak sprawa jest jak najbardziej poważna. Powiedziałbym wręcz, że poważna w sposób szczególny. Oto Niemcy produkują film – jak głosi dość powszechna opinia, naprawdę bardzo dobry – którego jedynym zamierzeniem jest pokazać, z jednej strony, że taka wojna to naprawdę psychologicznie ciężkie wyzwanie, a z drugiej, że ci Polacy to jednak była banda skurwysynów, a my na to albo unosimy się oburzeniem i piszemy listy protestacyjne, albo – a to akurat w przypadku zachowań nieco bardziej rozumnych – proponujemy zaatakować tą samą bronią. W naszym wypadku, polską kinematografią.
Przepraszam bardzo, ale to jest coś tak upiornego, że, z jednej strony, aż mi odbiera mowę, a z drugiej, czucie w palcach. Niemcy kręcą film, który już dziś podobno jest sprzedany do Stanów – a skoro do Stanów, to, jak wiemy, pewnie wszędzie – gdzie Polacy są pokazani w kontekście II Wojny Światowej, jako banda zdziczałej hołoty, a my na to mówimy: „Pokażmy im ‘Czas Honoru’ z Kozyrą, jako złym esesmanem, to Szwabom pójdzie w pięty, a świat się opamięta”.
Nieco wyżej napisałem, że w całej tej akcji obrony naszego honoru przed kłamstwem i pomówieniem, musi chodzić o coś na tyle brudnego, że ja osobiście wolę się od tego trzymać jak najdalej. Ktoś się być może zainteresuje tym, cóż to może być takiego, czym źli ludzie chcą nam zrobić wodę z mózgu, proszę więc pozwolić mi na parę jeszcze słów refleksji.
Rzecz bowiem w tym, że, z punktu widzenia tak zwanego mainstreamu, Polska, zarówno jako coś cudownie realnego, jak też i zaledwie pewien symbol, to coś, czym sobie nie należy w ogóle zaprzątać głowy, o ile akurat nie chodzi o to, by się spodobać tak zwanym „dużym graczom”. Oczywiście, na tak zwanej „arenie”. Ile razy pojawiają się nieśmiałe apele o to, by się może zacząć wreszcie szanować, bo dzisiejszy świat jest tak skonstruowany, że tak naprawdę poza tym szacunkiem nie ma nic, słyszymy, że mamy się zamknąć, bo nie ma nic gorszego, jak brak świadomości miejsca, które nam przysługuje.
I w tej oto sytuacji Piotr Semka proponuje, byśmy wyeksportowali do Niemiec nasz film „Czas Honoru”. Osobiście nie wierzę, żeby, z jednej strony, ktokolwiek zadał sobie trud, żeby to coś wystawić w jakiejkolwiek ofercie, a tym bardziej, żeby ktoś za to chciał zapłacić choćby uprzejmym skinieniem głowy, jednak przede wszystkim obawiam się, że po obejrzeniu pierwszych dwóch minut tego czegoś, każdy, nawet najbardziej przyjaźnie nastawiony do Polski mieszkaniec Kolonii, czy Frankfurtu, pierwsze, co pomyśli, to albo żeby wyjść na miasto i napić się piwa, albo odrobić jakieś zaległości. No ale dobrodusznie załóżmy, że owa ciekawość świata przeważy, i ktoś się autentycznie zaprze. Co więc ten ktoś zobaczy? Stan umysłu pana reżysera, pana scenarzysty, pana producenta, i wreszcie pana aktora, a więc coś, gdzie dla Polski, jako Polski, miejsca zwyczajnie nie ma. Gdzie Polska, jeśli nagle z jakiegoś niezbadanego powodu się pojawia, to wyłącznie, jako podłe, zakłamane alibi. Na okoliczność jakichś przelotnych zawirowań w tak zwanym przekazie. Dlaczego tak? Ależ to jest wszystko bardzo proste, i ja akurat ostatnio na ten przekręt zwracam uwagę. Będą nas próbowali wziąć na miłość do Ojczyzny. Dziękuję bardzo, ale przy tym stanie rzeczy, proszę mnie w to nie mieszać.

Serdecznie proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Każdy gest pozwala nam się zblizyć do końca tego okropnego czasu. Dziękuję.


środa, 19 czerwca 2013

O dorzynaniu watahy inaczej



Minęło już kilka dobrych dni od czasu, jak nasz kolega LEMMING przysłał mi to zdjęcie z krótką opinią, że jest w nim coś, co jednak przeraża, a ja, powiem szczerze, choć nie będę ukrywał, że pewne szczególne myśli miałem, to przestraszyć się jakoś nie potrafiłem. Dałem sobie więc kilka dni na przemyślenie sprawy, no a przede wszystkim na zorientowanie się w sytuacji, by wiedzieć już na pewno, czy rzeczywiście jest się czego bać. Dziś, po ponad już tygodniu, wszystko potwierdza moją oryginalną ocenę: mamy do czynienia ze zwłokami.
Dziś zaszliśmy sobie z panią Toyahową do lokalnej Żabki, aby zakupić butelkę wina na okoliczność tych strasznych upałów i przy okazji wpadła mi w oko „Gazeta Wyborcza”, gdzie oni na pierwszej stronie zamieszczają wyniki jakiegoś swojego badania, z którego wynika, że zdecydowana większość Warszawiaków nie może już znieść widoku tej swojej ukochanej pani prezydent. Z sondażami, a już zwłaszcza przeprowadzanymi na zamówienie „Wyborczej”, należy oczywiście bardzo uważać, szczególnie, jak idzie o ich intencje, kiedy to sam nawet diabeł nie jesteś w stanie ich rozpoznać, nie zmienia to jednak faktu, że oni ewidentnie judzą, i to judzą na rzecz porażki, która musi stanowić gwóźdź do trumny projektu, który dotychczas stanowił zarówno sens, jak i gwarancję ich istnienia.
Ktoś mi powie, że to jest taka gra. Że oni robią te sondaże po to, by nas zmylić, uśpić naszą czujność, odwrócić naszą uwagę, i kiedy mu już uznamy, że wygraliśmy, to dostaniemy tak w łeb, że się nie pozbieramy, i wtedy dopiero zrozumiemy, co miał na myśli Donald Tusk, kiedy mówił, że się bez walki nie podda. A kiedy Hanna Gronkiewicz–Walc wyszczerzy swoje urocze dziąsła, zobaczymy, czym jest strach naprawdę.
Otóż nie. To tak nie działa. Ten rodzaj manipulacji nie istnieje. Nie ma bowiem takiej możliwości, by wielkiej grupie społecznej najpierw wbić do głowy pewną informację, która de facto zmienia całe jej życie, a następnie poinformować, że nie, że to był tylko taki żart, i że wszyscy mają wracać do codziennych zajęć i udawać, że nic się nie stało. Wiemy bowiem wszyscy świetnie, jak działa tak zwany przekaz. Tam nie ma miejsca na wahania. Wszystko musi być oparte na idealnej wręcz konsekwencji, szczególnie jeśli owo wszystko jest od początku do końca wierutnym kłamstwem.
Mieliśmy okazję na własne oczy obserwować, jak to wyglądało na początku lat 2000, kiedy to System uznał, że Leszek Miller i jego ferajna to już ostateczna przeszłość. Pamiętamy bardzo dobrze, jak wystarczyło zaledwie kilka miesięcy, by zarówno Lech Kaczyński, jak i Jarosław, stali się dwoma niemal pierwszymi pod względem popularności politykami w Kraju. Wystarczyła jedna chwila przekierowania ataku w przeciwną stronę, by poszła lawina, której już nikt nie był w stanie zatrzymać. Czy ktoś sobie wyobraża, by w roku 2004, czy tym bardziej 2005, System nagle ogłosił, że nie, nieprawda, że ten Kwaśniewski z Siwcem to jednak równi goście, Miller był jednak fantastycznym premierem, Święcickim fantastycznym prezydentem Warszawy, a o tak wybitnych politykach, jak Kołodko, Sobotka i Ulicki, to już nawet nie ma co wspominać? Oczywiście, że nie. Tak się nie żartuje. Jak już zaczęto te dożynki, to trzeba było je skończyć.
A kiedy przed wyborami 2005 roku nagle spostrzeżono, że robi się niebezpiecznie, było już za późno. Po prostu za późno.
Uczepiłem się tego porównania z ostatecznym upadkiem postkomuny, i wiem, że część szczególnie bardziej uważnych czytelników tego bloga może tu poczuć pewne poirytowanie, ale daję słowo, że ja to podobieństwo, wręcz ścisłą tamtej akcji powtórkę, widzę bardzo wyraźnie. I oczywiście, podobnie jak dziś nie wiem, czemu System nagle postanowił wystawić swoje ukochane dziecko, Platformę Obywatelską na pastwę losu, i wtedy nie miałem też pojęcia, co oni chcą od tego biednego Kwaśniewskiego. No ale coś z całą pewnością chcieli i pokazali te swoje pretensje najlepiej jak umieli.
Patrzę na to nieszczęsne zdjęcie Donalda Tuska, opublikowane z taką starannością i oprawione tym żałosnym zapewnieniem, że on się będzie bronił, i przypomina mi się wspomniany ledwo co notkę wcześniej Wojciech Fibak, kiedy stoi przerażony przed Latkowskim i błaga go o to, by on może poprosił swoich mocodawców, by mu dali tę jeszcze jedną szansę. Przypomina mi się ten Fibak i myślę sobie, że ja bym bardzo chciał zobaczyć, jak wyglądały podobne negocjacje, tym razem prowadzone przez Donalda Tuska, zanim on ostatecznie udał się do swoich przyjaciół z „Polityki”, oni załatwili mu tę sesję, gdzie on robi tę swoją minę, a on drążącym głosem szepcze: „Nie oddam Polski bez walki”. Chciałbym to widzieć, jak on – zapewne parę smutnych dni wcześniej – szlocha: „Zrobię wszystko, co mi każecie”. To musiało być dopiero przedstawienie!

Bardzo proszę o to by, w miarę indywidualnych możliwości, finansowo wspierać ten blog. Musimy przetrwać jeszcze tę końcówkę. Dziękuję.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Do Tegoconieprzepuszczażadnejokazji po prośbie

Bóg mi świadkiem, że raz w życiu poświęciłem tekst dziennikarzowi Piotrowi Skwiecińskiemu i wiedziałem, że ten jeden raz to o jeden raz za dużo. A tu tymczasem ni stąd ni z owąd okazuje się, że on się tak zaktywizował, że niewykluczone, że pod nieobecność Rafała Ziemkiewicza, który zapewne niedługo otrzyma stały kącik w „Gazecie Wyborczej”, to on właśnie będzie tu reprezentował upadek prawicowego dziennikarstwa. O co poszło? Praktycznie o jeden niedługi tekst zamieszczony w wydaniu tygodnika „Sieci” z zeszłego tygodnia, a zatytułowany „Bronię Wojciecha Fibaka”.
Zanim bardziej dokładnie napiszę, o co poszło, mała dygresja. Kupuję te nieszczęsne „Sieci” w tej chwili już tylko ze względu na moją biedną córkę, która resztkami sił wierzy, że powinniśmy się jednoczyć, jednoczyć i jeszcze raz jednoczyć, i kiedy wydawało mi się, że akurat zeszły tydzień uda się jakoś uratować, ona wręcz rzutem na taśmę, w minioną sobotę, wywalczyła to wydanie i natychmiast popędziła do czytania. Chwilę później przyszła do mnie, i poprosiła, żebym rzucił okiem i jej powiedział, czy Skwieciński robi sobie jaja, czy to, co on napisał, to na poważnie.
I to, moim zdaniem jest sytuacja ciekawa podwójnie. Jak niektórzy z nas może pamiętają, swego czasu zamieściłem tu pewien bardzo ironiczny tekst, zatytułowany „Bronię Senatora”, w którym sparodiowałem ową pamiętną, tak bardzo agresywną medialną obronę Krzysztofa Piesiewicza przed ludźmi, których jedyną winą było to, że mają ograniczone zaufanie do – przepraszam wszystkich za wyrażenie – ześwinionych autorytetów. Tamten tekst to była, jak mówię, czysta ironia, jednak tak bardzo ukryta, że na nią dał się nabrać nawet mój ukochany przyjaciel Coryllus, wówczas zaledwie znajomy z sieci. Tu natomiast mamy niemal to samo, tyle że już jak najbardziej na poważnie.
Druga rzecz jest taka, że ja bardzo niedawno, właśnie przy okazji sprawy Fibaka, zacytowałem argument wypowiadany przez Fibakowych obrońców, że Fibak organizował swoim ustosunkowanym znajomym te biedne, zdesperowane dziewczyny całkowicie bezinteresownie, wyłącznie z dobrego serca, i któryś z mniej inteligentnych komentatorów uznał te słowa za moje, i mnie wykpił, że jestem naiwny i głupi.
No i na to wszystko przychodzi moje biedne dziecko z tym nieszczęsnym Skwiecińskim i jego – tym razem w sposób oczywisty szczerą – obroną Fibaka i pyta mnie, czy to wszystko na poważnie, czy może mamy do czynienia z klasycznym, choć średnio udanym, persyflażem.
Co więc ów Skwieciński tam do nas mówi? Przede wszystkim mianowicie powinniśmy wiedzieć, że Skwieciński osobiście tenisem się kompletnie nie interesuje, a samego Fibaka ma w pogardzie – za co, tego nie wiemy – jeśli natomiast idzie o sprawę owego stręczycielstwa, jego bardzo boli nagonka, jaka szczególnie prawicowa część opinii publicznej przeciwko Fibakowi rozkręciła, i to aż z trzech względów. Przede wszystkim, jak wszyscy wiemy, Fibak za swoje usługi nie brał ani grosza i wszystko, co robił, robił z przyjaznego serca, no a poza tym, nawet jeśli coś tam było jeszcze, to on nie jest ani księdzem, ani politykiem, więc wara nam od jego grzechów, no a poza tym opinia, jakoby stręczycielstwo z reguły było czymś złym, to wymysł najbardziej radykalnego feminizmu! W końcu, skąd wiadomo, że te dziewczyny nie są bardzo ze swojego losu zadowolone?
Naprawdę. Ja nie żartuję. Skwieciński tak w istocie rzeczy pisze. Dziś już wprawdzie w kioskach leży kolejny numer tygodnika „Sieci”, tym razem z mądrościami piosenkarza Kazika, ale, o ile mi wiadomo, za marne parę złotych, Skwiecińskiego można sobie ściągnąć z netu i co trzeba, sprawdzić.
Powiem jednak szczerze, że nawet mimo tej eksplozji zgłupienia, ja bym pewnie się Skwiecińskim zasadniczo nie zajmował, gdyby nie jeden jeszcze szczegół, a mianowicie pointa tego jego głupstwa. Już na sam koniec swoich refleksji, Skwieciński pisze co następuje:
I tu retoryczne pytanie do rozradowanych ‘kompromitacją Fibaka’ prawicowych blogerów: Czy naprawdę jest wam po drodze z takim myśleniem? Czy chcecie takiego świata?
Gdyby ktoś miał wątpliwości, chodzi o świat, gdzie stręczycielstwo traktuje się jak występek, a stręczycielstwo w wykonaniu osób publicznych, przez wielu traktowanych jako autorytety, występek szczególny.
A zatem owa końcowa refleksja wypowiedziana przez Skwiecińskiego każe mi się dziś nim zająć. Nawet jeśli tylko po to, by mu powiedzieć tych parę słów: Odpieprz się pan ode mnie, bo jeszcze jedno słowo dostaniesz pan tak zwaną fangę w nos. Ostatnia rzecz, jaką dziś potrzebuję to umoralniające rady od jakiegoś planktonu.
A teraz, trochę na wypadek, gdyby ktoś znów mi powiedział, że mnie nie stać na jedno dobre słowo w stosunku do bliźniego swego, ale że też ten tekst jest pozbawiony porządnej pointy, chciałbym odnieść się do bardzo inspirujących przemyśleń Andrzeja Zybertowicza, zamieszczonych w tym samym numerze „Sieci”, na ten sam zresztą temat. Otóż Zybertowicz postanowił przytoczyć w znacznie szerszej niż dotychczas nam znanej wersji, znane nam dotychczas zaledwie z bardzo oszczędnych omówień, błagania Fibaka, jakie on skierował do naczelnego „Wprostu” Latkowskiego, by on się nad nim ulitował i nie ujawniał informacji o tym, czym Fibak się na codzień zajmuje. Posłuchajmy więc i tego. Przepraszam za dosłowność i ostrzegam, że młodzież małoletnia powinna pozostawać pod opieką rodziców:
Ja współpracuję z "Wprost", zawsze byłem do dyspozycji. […] Z "Wprost" współpracuję od lat, czy ma sens coś takiego puszczać? […] Pana decyzja, ale ja bym prosił, ze względów wszystkich, że ja ogólnie jednak dużo dla Polski zrobiłem, chociaż na pewno mam jakieś wady. […] Zawsze wszystkich łączę, zawsze wszystkich przedstawiam. […] A co ja mogę zrobić, żeby to nie poszło? Obiecuję współpracę do końca życia. Jestem po prostu na pana łasce. […] No co ja mogę zrobić, że pan…? Co zaproponować? Cokolwiek pan chce, jakikolwiek inny materiał, nie wiem, może się okaże, że mogę zaproponować świat tenisowy, świat artystyczny, współpracę, wszystko. […] Zawsze byłem gotów, a teraz będę tym bardziej. Mogę jakieś specjalne rzeczy robić, będzie miło, mogę mieć jakąś kolumnę, nie będę pobierać. [...] Więc jeśli mogę pana prosić. Ja też, gdyby ktoś do mnie dzwonił, o coś prosił, to też starałbym się […]. W ogóle wszystko co pan chce, żeby tylko to nie poszło, to byłbym bardzo zobowiązany. […] Ja ze swej strony zapewniam współpracę na wszystkich frontach. Jakieś materiały, nie wiem, wyjątkowe, jakiekolwiek pan zamówi, mogę przeprowadzać na przykład jakieś wywiady dla was, naprawdę się wysilę, żeby jakoś z tego wyjść”.
Zybertowicz przytacza owe straszne, upiorne wręcz, słowa i zadaje pytanie, które oczywiście powinny się nasunąć w tej sytuacji każdemu – może jedynie z wyjątkiem Skwiecińskiego i umysłów jemu podobnych – ile tego typu rozmów prowadzonych jest dzień w dzień, w najróżniejszych zakamarkach dzisiejszej Polski? I w ilu tego typu przypadkach wszystko się kończy jakimś satysfakcjonującym dla obu stron kontraktem? Pisze, słusznie zresztą i bardzo mądrze, Zybertowicz:
Interesuje mnie zatem nie Fibak, nie Latkowski, ale wymiar socjologiczny tego typu sytuacji”.
A ja, już na sam koniec spróbuję jednak trochę z Zybertowiczem nie tyle popolemizować, co się w pewien szczególny sposób do jego refleksji podłączyć i ją uzupełnić o coś, na co on nie zwrócił uwagi. Otóż mnie jednak chodzi o Latkowskiego. Sylwestra Latkowskiego. Takiego, jakim go znamy i tego samego, o którym sobie niejednokrotnie bardzo ciekawie myśleliśmy. Jak idzie o mnie, to ja przyznaję, że wśród osób, które dla mnie stanowią przykład obleśności wręcz modelowej, on zajmuje od zawsze miejsce pierwsze. Gdyby zdarzyło mi się w moim życiu trafić na kogoś o tego typu prezencji, szyku i ogólnej aurze, wiałbym gdzie pieprz rośnie, uważając jednocześnie, by nie zwymiotować. I oto, cokolwiek dziś o nim nie myślimy, jakkolwiek te nasze myśli nie są usprawiedliwione, z jednej strony mamy tego Latkowskiego, a z drugiej jednak Fibaka. Jednak „tego” Fibaka. I oto ów Fibak stoi przed Latkowskim, tak strasznie upodlony, i ze łzami w oczach błaga go o zmiłowanie: „Panie Sylwestrze! Co mogę zrobić?
Zybertowicz nazywa to „matnią”. Bardzo przepraszam, ale to jest naprawdę mało powiedziane. Matnia przy tym to przedszkole, by nie powiedzieć żłobek.

Bardzo proszę pamiętać o mnie i w miarę możliwości wspierać ten blog pomocą finansową. A jeśli ktoś sam się męczy, by jakoś przezyć kolejny miesiąc, niech czasem znajdzie czas, by tu zajrzeć i z nami pobyć. Dziekuję.

sobota, 15 czerwca 2013

Ziemkiewicz ściągnął kaptur

Tradycyjnie, jak w kazdy weekend, zapraszam do mojego stałego felietonu, który w swojej "Warszawskiej Gazecie" zamieszcza Piotr Bachurski. No i polecam samą "Warszawską". Ona jest coraz lepsza.

Powiem uczciwie, że pojawienie się czegoś, co się nazywa Ruch Narodowy zwyczajnie przegapiłem. I to przegapiłem w pewnym sensie z premedytacją. Niestety, tak jak to często bywa, przed propagandową agresją, w dodatku tak zmasowaną, uciec się nie da, no i w końcu dotarło do mnie, że zgodnie ze stałą, obserwowaną od lat, tradycją, ile razy Prawo i Sprawiedliwość zaczyna osiągać polityczne sukcesy i mierzyć w wyborcze zwycięstwo, aktywizować się zaczynają tak zwani „faszyści”, najczęściej pod przewodnictwem Artura Zawiszy, ale też zawsze z jakimiś nowymi, powyciąganymi z różnych zakamarków, twarzami.
Jak mówię, ja jestem do tego typu demonstracji ubeckiej przebiegłości przyzwyczajony, i tego rodzaju zamierzenia mnie nie niepokoją. Wiem bowiem doskonale, że za tym stoi coś, co ja osobiście, za dobrym wojakiem Szwejkiem, nazywam zbałwanieniem do kwadratu, a czego postpeerelowska agentura, choćby nie wiem, jak się starała, wyzbyć się nie jest w stanie, a mianowicie przekonania, że Polacy to faszystowskie ścierwo, które w końcu nie wytrzyma i zagłosuje na coś odpowiednio głupiego. Ja wiem doskonale, że oni już nigdy nie przestaną stosować tej swojej nędznej prowokacji, bo ona jest wynikiem czegoś, bez czego oni równie dobrze mogą sobie po kolei, jeden po drugim, zacząć strzelać w łeb.
A więc nawet gdyby od jutra System zaczął nam wciskać po cztery nowe ugrupowania narodowe dziennie, z których liderzy będą nam w najbardziej wzruszających słowach tłumaczyć, jak to skrwawiona Ojczyzna błaga nas o to, byśmy stanęli przeciwko żydowsko-ukraińskiej sotni, i tak nic z tego nie będzie, a jak przyjdą wybory, to my znów najpierw pójdziemy na mszę, a potem zagłosujemy na Jarosława Kaczyńskiego.
Tym razem jednak stało się coś, co nawet mnie zaskoczyło. Otóż w ten czarno-czerwony geszeft dał się wciągnąć sam Rafał A. Ziemkiewicz i ogłosił, że „[Jarosław Kaczyński] to jest człowiek z tego samego salonu, co Bronisław Geremek czy Adam Michnik”.
Deklaracja ta, z jednej strony, jak mówię, mnie zaskakuje, bo nawet ja, który o Ziemkiewiczu zdanie miałem od długiego już czasu najniższe, nie spodziewałem się, że on jest aż tak beznadziejnie głupi, żeby się tak wystawić, a z drugiej, naprawdę bardzo cieszy. Ziemkiewicz już od dłuższego czasu wykonywał gesty, które powinny były nas zaniepokoić, a jednak jakimś cudem nie niepokoiły. On wciąż odstawiał ten swój niepojęty cyrk, śmiejąc się nam bezczelnie w twarz, i kiedy wydawało się, że nie ma takiej siły, by ktoś na którymś z jego licznych spotkań, dał mu kopniaka w ten tłusty tyłek, on zrobił coś tak niebywałego.
Biorę pod uwagę, że on coś tam jeszcze ukrywa, jakąś nieznaną nam chorobę, czy równie nieznane interesy. Jednak nie będę dopraszał się wyjaśnienia. Jeśli dalej mam wspinać nazwisko Ziemkiewicz, to tylko a konto owego kopniaka, na który będę czekał z radością w sercu.

Nie wiem, jak jest z kredytami u Ziemkiewicza, Rokity, Wiplera, Libickiego i całej reszty, natomiast, jak idzie o mnie, muszę wytrzymać jeszcze dokładnie półtora roku, i wówczas będę wolny jak wiejski ptak. Bardzo więc proszę o wsparcie do tego czasu, a potem już Wam dam święty spokój.

czwartek, 13 czerwca 2013

Rokita - ostateczna broń czerwonych

Wprawdzie wszystko wskazuje na to, że sprawa, którą od dwóch, czy może już trzech lat żyje cała Polska, a więc Jan Rokita i rzekoma ruina, do jakiej doprowadził go System, była od początku dmuchana, a to, że ona się w ogóle pojawiła, stanowiło zwykłą – którą to już z kolei – prowokację, której ani sensu, ani celu, najpewniej i tak nigdy do końca nie zrozumiemy, mimo to wydaje mi się, że nie zaszkodzi się troszeczkę nad tym wszystkim, na co pozwolono nam zerknąć, zastanowić.
Aby jednak jakoś te krótkie refleksje zacząć, warto chyba najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, co z tego wszystkiego, co nam powiedziano, jest prawdą. Otóż prawdą jest z całą pewnością to, że Rokita swego czasu – w ramach zorganizowanej przez Platforme Obywatelską nagonkę na rząd Prawa i Sprawiedliwości – zarzucił Konradowi Kornatowskiemu współudział w mordzie sądowym, że Kornatowski go za to postawił przed sądem i sąd kazał Rokicie – chyba w całej najnowszej historii, tylko jemu w tak drastycznej wysokości – opublikować za własne pieniądze oświadczenia, w których Kornatowskiego przeprosi. To wydaje się być niepodważalne. Cała reszta natomiast, to już czysta zgadywanka. Czy Rokitę stać na te ogłoszenia, czy nie; czy on musi je publikować, czy mu je może po cichu już dawno darowano; czy wreszcie oni go w tym całym cyrku traktują, jako zwykłe popychadło, czy może coś tam dla niego ciekawego szykują?
I tu znów, jak się zdaje, jedno możemy stwierdzić na pewno: Jan Maria Rokita to ktoś, komu włos z głowy nie spadnie, a już z całą pewnością nie do czasu, gdy z jego aktywności System będzie czerpał korzyści. Nawet jeśli ten sąd faktycznie zażądał od niego tych absurdalnych pieniędzy, i od strony formalnej nic się tam nie zmieniło, to nawet jeśli jakiś komornik wybierze się do Rokity, żeby mu zabrać cokolwiek, to prędzej go zrzucą ze schodów nieznani sprawcy, niż on przekroczy próg jego domu, czy to w Krakowie, czy gdzie on teraz się bawi w tych Włoszech. Kto będzie zmieniał konia, który wygrywa?
Co nam zatem pozostaje? Tylko właściwie jedno. Z całą pewnością byłoby dobrze wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? Po ciężką cholerę System rozkręcił całą tę historię, angażując w to całą scenę polityczną, każąc każdemu – dosłownie każdemu – politykowi, od jakichś durnych palikotowców i samego Leszka Millera z jednej strony, po Jarosława Kaczyńskiego z drugiej, deklarować finansową pomoc dla bezlitośnie pozbawionego przez ów System środków do życia Rokity?
Jak mówię, pewności pewnie nigdy mieć nie będziemy, natomiast ja uważam, że to, czego jesteśmy świadkami, to dalszy ciąg akcji odsuwania od władzy Platformy Obywatelskiej. To jest dokładnie to samo, co się działo na początku lat 2000, kiedy to nagle postanowiono zamknąć rozdział pod tytułem „Premier Leszek Miller” i otworzyć drogę do jak najszybszej wymiany władzy. Wtedy podobnie, nie było dnia, kiedy SLD nie traciło kolejnych procentów, a naród otrzymywał kolejne doniesienia na temat kolejnych skandali, afer i kompromitacji poszczególnych polityków rządzącej partii.
To samo mamy dziś. Każdy dzień przybliża nas do momentu, gdy już niemal każdy Polak, z wyjątkiem tych może tylko, których owa straszna choroba, którą nam w roku 2007 przyniósł Donald Tusk i jego ekipa, już tak zniszczyła, że oni pomrą w tym szaleństwie, będzie wiedział, że nic ich gorszego w życiu nie spotkało, jak te 8 lat, kiedy w Polsce rządziło PO. Mam bardzo silne wrażenie, że jeśli nagle wyciągnięto nam tego Rokitę, to tylko po to, by jeszcze paręset, czy parę tysięcy kolejnych obywateli pomyślało sobie, że ten Tusk to nie dość, że bałwan, to jeszcze skurwysyn bez serca.
A my? Cóż my? Stoimy tu i mamy naprawdę bardzo poważne zmartwienie. No bo jeśli faktycznie System szykuje tę zmianę, a na jej końcu – co wydaje się być oczywiste – znajduje się porażające wręcz zwycięstwo PiS-u, to ja bym chciał znać ich dalsze plany. Obawiam się jednak, że jedyne co nam pozostaje, to działać zgodnie z rozpisanym już scenariuszem, mieć oczy i uszy szeroko otwarte, no i trzymać się mocno foteli, bo już za ułamek chwili może zacząć tak trząść, że kto się odpowiednio nie przygotuje, spadnie na mordę tak boleśnie, że z tego zwyczajnie już nie wyjdzie.

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich dniach zechcieli wspomóc ten blog, czy to przez wpłaty na konto, czy przez Paypala. Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję raz jeszcze.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Gdy wściekłość oczyszcza

Oryginalnie tekst ten miał się już tu pojawić parę tygodni temu, ale wyszło na to, że musiał poczekać na pewne bardzo istotne uzupełnienie, no i od tego uzupełnienia pozwolę sobie tę krótką bardzo notkę rozpocząć. Otóż moje najmłodsze dziecko otrzymało dziś następujący list, podpisany przez niejakiego Tomasza Żyłę, reprezentującego z kolei coś, co nosi nazwę Komunikacyjnego Związku Komunalnego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Proszę rzucić okiem:
Uprzejmie informujemy, że powołane przez Panina/Panią okoliczności i fakty nie stanowią podstawy do anulowania opłaty dodatkowej.
Kwotę w wysokości 128,20 zł prosimy wpłacić w ciągu 7 dni od daty otrzymania niniejszego pisma. Po upływie tego terminu opłata wynosi 163,20 zł”.
Niżej jest już tylko numer rachunku i wspomniany Żyła.
Teraz więc już pozostaje mi tylko opowiedzieć to, z czym czekałem aż do dzisiaj. Otóż było tak, że, jak może niektórzy wiedzą, moja młodsza córka zdawała w maju maturę. Ponieważ do liceum, do którego przez minione lata uczęszczała, musiała dojeżdżać autobusem, zawsze kupowaliśmy jej bilet kwartalny, i sprawę przejazdu miała od początku do końca z głowy. Ponieważ maj to był już miesiąc matur, przez co wystarczyły jej bilety kupowane osobno, biletu okresowego już nie kupowaliśmy. 21 maja miała swój ostatni egzamin – ustny polski. Dzień wcześniej kupiliśmy jej dwa bilety, tam i z powrotem, i zostawiliśmy ją na noc z tak zwaną prezentacją. Uczyła się jej, nie kładąc się spać, całą noc i przedpołudnie, w końcu wystroiła się, jak należy, wzięła notatki plus te bilety i ruszyła do szkoły.
Ponieważ jednak całą drogę do autobusu, a później już w autobusie czytała te kwity, oczywiście zapomniała skasować bilet. Stała z tą swoją prezentacją w jednej ręce, z biletem w drugiej, no i się trzęsła. No i, tak jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wsiedli kontrolerzy i się bardzo oburzyli, że ona nie skasowała tego biletu. Sytuacja była jasna jak słońce. Był dzień matur, ona była odpowiednio wystrojona, w ręku trzymała te notatki i ten bilet, tłumaczyła temu bykowi, że sytuacja ją zwyczajnie zjadła. Na nic. Oczekiwana litość przyjęła jednak szczególny obrót. Otóż ów tak zwany „kanar” nachylił się jej do ucha i szepnął, że jeśli zapłaci teraz, „kary nie będzie”. Dziecko moje powiedziało, zgodnie z prawdą zresztą, że jest bez pieniędzy, na co „kanar” powiedział, że oni mogą tu wysiąść i pójdą do bankomatu. Tam jednak czekała matura, więc bankomat siłą rzeczy również odpadł, no i pozostał mandat.
Oczywiście, zanim od razu płacić, poszliśmy się poskarżyć do Firmy. Ludzie, którzy nas przyjęli, rozbili wrażenie przejętych i pełnych zrozumienia, kazali dziecku dokładnie zrelacjonować zdarzenie i czekać na decyzję. No i śmy się doczekali. W sposób zrelacjonowany powyżej, poinformował nas o niej Żyła.
Ktoś powie, że nie ma się co rzucać. Jak idzie o zachowanie kontrolerów, mamy zapewne słowo przeciwko słowu, w dodatku tamto słowo wsparte słowem świadka, co do reszty natomiast, w ogóle nie ma o czym gadać. Za przejazd autobusem się płaci, a owo płacenie odbywa się w ten sposób, że najpierw się kupuje bilet, a później się go kasuje. O co więc chodzi? Otóż o dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że skoro w ogóle został tu stworzony system odwoławczy, to ja nie bardzo mogę sobie wyobrazić, jakie „okoliczności i fakty” mogą stanowić podstawę do anulowania kary, skoro te, któreśmy opisali jej nie stanowią. Jaki argument trzeba mieć, aby tego typu odwołanie zostało przyjęte? Czy przypadkiem więc nie mamy do czynienia z fikcją?
Ale jest jeszcze coś. I to mi się tu wydaje rzeczą znacznie, ale to znacznie bardziej istotną. Do jakiego zbydlęcenia musiał się dać doprowadzić człowiek, który nawet w sytuacji tak jednoznacznej z punktu widzenia tak zwanej „wspólnoty losów” potrafi wyskoczyć z czymś takim. I to na obu poziomach – tego woła w autobusie i tego woła za biurkiem.
No ale jest jeszcze coś, tym razem, przynajmniej dla mnie, bardzo wzmacniającego moralnie. Otóż wczoraj, pod moim „sportowym” tekstem, jaki zamieściłem w Salonie24, mój kumpel Onyx2 przesłał mi link do starego już pojedynku Agassi – Blake w US Open i skomentował go w następujący sposób:
Agassi przegrywał gładko dwa zero w setach i kiedy już się wydawało, że po nim, zdobył się na coś w sporcie heroicznego. On się po prostu wściekł, po którymś serwie podbiegł na twardo do siatki i wyglądało to tak jakby krzyczał słowami Gandalfa: ‘You shall not pass’. Odbił return, wbił gema na sucho i już nie odpuścił do końca”.
Otóż moje dziecko pojechało na te maturę, i ich zwyczajnie rozwaliło. Ona wprawdzie się do tego nie przyznaje, ale mam nadzieje, że to był ten rodzaj reakcji. Ona tam przyszła tak wypełniona tą złością, że nie dała im szans. I to sprawia, że jestem z niej dumny nawet bardziej, niż chętny, by myśleć o zemście. Bardziej dumny z tego, że ona nie dała się stłamsić, niż zmartwiony tym, że znów dostałem w plecy. Biorę mocno pod uwagę, że było warto.

niedziela, 9 czerwca 2013

Przemysław Wipler, czyli jak pachnie napalm o świcie

Zgodnie z przyjętym tu obyczajem, przedstawiam swój kolejny felieton, jaki ukazał się w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazecie”. Tym razem poświęcony człowiekowi nazwiskiem Wipler.

Gdyby ktoś jeszcze przedwczoraj powiedział, że zainteresuje mnie człowiek nazwiskiem Wipler, powiedziałbym mu, żeby się puknął w czoło, a potem się odczepił, bo w ogóle nie wie, z kim ma przyjemność. Więcej. Gdyby ktoś wypowiedział w mojej obecności nazwisko Wipler, prawdopodobnie zamiast z Prawem i Sprawiedliwością, skojarzyłbym go z którąś mnożących się ostatnio fundacji o egzotycznych nazwach krążących wokół słowa „republikański”. A gdybym był akurat z jakiegoś powodu słabiej przytomny, to pewnie pomyliłbym go z jakimś Staniłko, czy jakąś inną sierotą po Korwinie-Mikke.
Tymczasem Wipler – swoją drogą, ciekawe, że ja nawet dziś nie pamiętam jego imienia – wystąpił z PiS-u jako partii i PiS-u jako klubu parlamentarnego, i fakt ten tak rozbudził całą naszą przestrzeń medialną, że ja sobie nagle uświadomiłem, że ten Wipler to jednak nie byle kto. Co ja mówię, nie byle kto? To ktoś, bez kogo Prawo i Sprawiedliwość może już wkrótce przestać istnieć, a Jarosław Kaczyński udać się na od dawna wyczekiwaną przez cały cywilizowany świat polityczną emeryturę.
Wiem, że wszyscy ci, którzy dziś żyją niemal wyłącznie tym, co zrobił poseł Wipler, świetnie się orientują zarówno odnośnie jego dotychczasowych zasług, jak i wpływu, jaki owa demonstracja będzie miała na stan sceny politycznej w Kraju, i że wiedza ta, ich, jako komentatorów stanu polskiej polityki, stawia w bardzo uprzywilejowanej pozycji. Ja jednak, mimo ograniczonych kompetencji, chciałem podzielić się paroma refleksjami, które wydają mi się dość interesujące. Otóż, moim zdaniem, Wipler to najbardziej ordynarna medialna wydmuszka. To jest ktoś, dla kogo podstawowy sens istnienia, jako członka Prawa i Sprawiedliwości i partii tej posła sprowadzał się do tego, że raz na jakiś czas TVN24 zapraszał do swojego studia Jadwigę Staniszkis, a ona wymieniała jego nazwisko w kontekście jakiejś mitycznej „świetności”, która dziś zastąpi „świetność” niegdysiejszego Kowala, Poncyliusza, Kluzik czy Migalskiego, i w ten sposób, kiedy już wreszcie Jarosław Kaczyński zechce się usunąć, otworzy PiS-owi drogę do przyszłych zwycięstw.
Przyznam, że nie wiem, czy ludzie typu Wipler stają się od czasu do czasu rozpoznawalnym elementem naszej sceny politycznej wyłącznie dzięki medialnej propagandzie Systemu, czy może też w samym Prawie i Sprawiedliwości jest jakaś grupa, która potrzebuje odzyskać utracone po odejściu Poncyliusza z Kowalem pozycje, jestem natomiast pewien co do dwóch kwestii. Pierwsza to taka, że jeśli za Prawo i Sprawiedliwość wezmą się te postupeerowskie niedobitki, nastąpi początek końca wszelkiej nadziei na to, że Polska jeszcze odzyska to co jej ukradziono. Druga rzecz jest już bardzo podstawowa. Do tego nigdy nie dojdzie. III RP, nie tylko zniszczyła to, co choćby i tylko potencjalnie silne. Ona – i to jest dla nas wiadomość dobra – w to miejsce dała Wiplera. Równie dobrze, zamiast niego, moglibyśmy tu widzieć kawałek patyka na sznurku. Przy całym szacunku, to nie jest żadna konkurencja.

Już po wysłaniu tekstu Piotrowi Bachurskiemu i skierowaniu go do publikacji, przeczytałem gdzieś na blogach, że kiedy Wipler postanowił ruszyć własną droga kariery, jego sytuacja finansowa przedstawiała się w taki sposób, że na koncie miał oszczędności, samochód i dom na sumę 880 tysięcy złotych, podczas gdy pod kontem niemal 700 tysięcy złotych długu. Informacja ta zmienia moim zdaniem całą perspektywę. Przede wszystkim sprawia, że z Wiplera nie ma co ani się śmiać, ani tym bardziej z niego szydzić, ani jeszcze tym bardziej jakoś szczególnie mu dokuczać. Oczywiście, kiedy ktoś kto nie umie grać pięknie na skrzypcach, na gitarze, lub nie potrafi pisać tekstów, które przynajmniej niektórym się podobają, wybiera tak niepewną drogę kariery jaką jest polityka, a jednocześnie przy pierwszych sukcesach bierze kredyt w banku na 700 tysięcy złotych, nie po to, by się ratować, ale by sobie kupić ładny dom, a w dodatku to, że bank, mimo jego niestabilnej sytuacji zawodowej, mu przyznaje tak duży kredyt, nie budzi jego podejrzeń, świadczy o tym kimś jak najgorzej. Tego typu zachowanie trochę przypomina to, co zrobił senator Jan Filip Libicki, nabierając tych kredytów, o ile dobrze słyszę nie na 800 tysięcy złotych, ale na grubo ponad milion. A więc wypadałoby się za bardzo nad jednym czy drugim nie rozczulać. Jednak mi jest Wiplera zwyczajnie żal. Dlaczego?
Patrzę mianowicie jeszcze raz świeżym okiem na to, co on zrobił, widzę oczami wyobraźni ten jego piękny dom, piękny samochód, piękną żonę i piękne dzieci, które posłał do zapewne bardzo pięknej szkoły, i nagle próbuję sobie wyobrazić, co on musiał poczuć, kiedy, w sposób ostateczny i nieodwołalny, dowiedział się, że w PiS-ie kariery jednak nie zrobi. Że prawdopodobnie PiS go nie wystawi w wyborach do Parlamentu Europejskiego, i zapewne też nie przyzna mu wygrywającego miejsca w najbliższych wyborach do Sejmu. Powtarzam – tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
Kredyt w wysokości 700 tysięcy złotych dla kogoś, kto nie ma pewnych, i to raczej większych niż mniejszych, dochodów przez najbliższe paręnaście lat, to jest zwyczajnie śmierć. Ja wiem, co z człowiekiem robią kredyty bez porównania mniejsze, gdy walka o to by je spłacić zajmuje nie dziesiątki lat, ale tylko parę, czy w najgorszym wypadku kilka, dlatego, kiedy widzę, kto wie, czy nie większość naszych polityków, czy choćby tylko ludzi z polityką związanych, jak oni się strasznie szamocą z tym ciężarem, jest mi ich zwyczajnie, po ludzku żal.
drugiej strony, nie wiem już po raz który, myślę sobie, że kiedy wreszcie dojdzie do tego wybuchu – a on musi nastąpić, on jest nie do uniknięcia – z prawdziwą przyjemnością będę patrzył, jak płoną banki, a z nimi ci wszyscy, którzy sobie w ten sposób wymyślili ten interes, że stworzą taką sieć wzajemnych uzależnień, że nic już i nigdy im nie przeszkodzi napawać się tą władzą. Władzą dla władzy. Władzą już wręcz metafizyczną. No bo tak to już jest, że kiedy zło zaczyna przekraczać wszelkie wyobrażalne granice, staje się złem właśnie metafizycznym. I tam już nie ma mowy ani o litości, ani o współczuciu, ani o zgodzie. Tam już tylko jest pełne satysfakcji napawanie się widokiem, jak to wszystko skwierczy.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Dziękuję.

piątek, 7 czerwca 2013

O pewnym czerwonym spinaczu biurowym

Kiedy uruchamiałem ten blog, a już w chwilę potem otrzymywałem od Onetu pamiętny laptop, nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że to miejsce to najbardziej mięsista polityka. Od tego czasu jednak tak strasznie dużo się zmieniło, i nie jestem nawet pewien, czy najważniejszym z tego typu zdarzeń była akurat Katastrofa Smoleńska, że polityka nagle zeszła na drugi, a niekiedy nawet na trzeci plan. Co mamy dziś? Życie. Zwyczajne życie.
Dziś miałem lekcję z pewną, kończącą właśnie szkołę podstawową, Karoliną, i okazało się, że ona dostała na zadanie domowe przeczytać i zrozumieć pewną podręcznikową historię i napisać jej streszczenie na 50 słów. Zasiedliśmy więc do tego zadania, no i zaczęliśmy od samego tekstu. Proszę posłuchać.
Otóż 14 lipca 2005 roku pewien młody Kanadyjczyk nazwiskiem Kyle MacDonald wpadł na pomysł, że zorganizuje serię internetowych aukcji, opartych na wymianie różnych przedmiotów, zaczynając od zwykłego spinacza biurowego, w taki sposób, by w ciągu jednego roku zdobyć dom. Myśl – zaznaczam, ze myśl genialna w swojej prostocie – była taka, że jeśli każda kolejna aukcja przyniesie mu choćby bardzo lekki zysk, w ten sposób ów rok powinien wystarczyć.
A zatem, owego 14 lipca, Kyle MacDonald ogłosił chęć wymiany zwykłego, czerwonego, druciano-plastikowego spinacza na coś, co mu się spodoba, i ze wszystkich ofert wybrał pióro w kształcie ryby. Następnie, tego samego dnia, zamienił pióro-rybę na ręcznie zdobioną klamkę. 25 lipca udał się do miejscowości Amherst w stanie Massachusetts, gdzie zamienił klamkę na zwykły biwakowy kocher. 24 września pojechał do San Clemente w Kaliforni, gdzie wymienił kocher na prądnicę Hondy. 16 listopada udało mu się zamienić prądnicę na pustą beczkę po piwie z neonowym znakiem Budweisera. 8 grudnia, zdobywszy już pewną popularność, oddał prądnicę jakiejś kanadyjskiej gwieździe radiowej, i w zamian otrzymał skuter śnieżny. Tydzień później zamienił ów pojazd na jakąś dwuosobową ekstra wycieczkę, miesiąc później wycieczkę zamienił na ciężarówkę do transportu mebli, w następnym miesiącu oddał ciężarówkę za kontrakt nagraniowy z którąś z lokalnych wytwórni muzycznych, w kwietniu, za odstąpienie owego kontraktu, uzyskał roczny czynsz w jakimś mieszkaniu gdzieś w Arizonie, który już dwa tygodnie póżniej zamienił na kolację z Alice Cooperem. Ponieważ Alice Cooper, jak wiemy, to nie byle kto, reszta poszła już bardzo szybko. Tego samego dnia, jakiś miłośnik Coopera oddał mu za ten wieczór w pełni zautomatyzowaną śnieżną kulę zespołu Kiss, on tę kulę natychmiast oddał za rolę w jednym z epizodów serialu telewizyjnego, no i wreszcie niemal po roku, 5 lipca 2006 roku, za ową rolę dostał piętrowy dom w miejscowości Kipling gdzieś w Kanadzie.
Przeczytaliśmy tę historię, napisaliśmy piękny jej skrót na wymagane 50 słów, a ja postanowiłem ją tu opowiedzieć. Mam oczywiście nadzieję, że większość z nas uzna ja zwyczajnie za fantastyczną historię, która jest tak fantastyczna, że nie wymaga żadnego komentarza, ale za to pozostawia każdemu ogromne pole do dowolnych, choćby nie wiadomo jak osobistych, refleksji. Gdyby jednak miał się znaleźć ktoś, kto po przeczytaniu tego zapyta: „I co z tego?”, to ja przepraszam bardzo, ale sam nie wiem, co z tego. Dziś mój kolega Gabriel Maciejewski, który, podobnie jak ja, bardzo walczy o to, by nie zmarnować choćby jednej drobinki z tego, co zostało nam dane, opowiedział nam fantastyczną historię o dwóch szczególnych ludziach, których miał szczęście spotkać w życiu, a których scharakteryzował przy pomocy trzech słów – siła, doświadczenie i mądrość, i przeciwstawił to gniciu. Gniciu szczególnemu, po połączonemu z bezczelną agresją.
A wiec, jeśli ktoś mnie pyta, co z tego, to ja mogę tylko odpowiedzieć: To z tego. Ni mniej, ni więcej. I pozostaje mi tylko wierzyć, że będę dobrze zrozumiany.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przez te minione dwa dni tak wzruszająco zareagowali na moje nędzne apele. Proszę mnie nie opuszczać.

A tu dla wszystkich oryginalny spinacz:





czwartek, 6 czerwca 2013

O śledztwie prawdziwym i fikcyjnym

Jak pewnie wszyscyśmy mieli okazję to zanotować i jakoś tam przeżyć, parę tygodni temu na jednej z ulic Londynu samochód potrącił przechodzącego żołnierza, następnie z samochodu wyskoczył jakiś czarny z nożem, czy maczetą, poderżnął żołnierzowi gardło, następnie, trzymając wciąż w zakrwawionych dłoniach narzędzie zbrodni, wygłosił do kamery przypadkowego telefonu komórkowego mocno religijnie nacechowane oświadczenie, po czym został aresztowany przez wezwaną policję.
I kiedy wydawałoby się, że sprawa jest zamknięta, i ani policja, ani prokurator, ani świadkowie, ani nikt poza spragnionymi sensacji mediami, nie ma tam co szukać, bo wszystko jest widoczne jak na owej zakrwawionej dłoni, śledztwo dopiero wtedy się zaczęło. Kiedy wydawałoby się, że wiemy wszystko, a na dodatek, gdyby komuś się zdarzyło coś zapomnieć, lub gdyby ktoś się zaczął wycofywać z wcześniejszych zeznań, dysponujemy niemal pełnym zapisem filmowym tego, co się stało, okazało się, że londyńska policja sprawę traktuje tak, jakby zakładała, że dopóki nie zbada się każdego kawałka terenu, i nie przesłucha każdego, kto miał, czy to z zabójcą, czy tym nieszczęsnym żołnierzem, czy z samym wydarzeniem cokolwiek wspólnego, nie wiadomo nic.
Dziś słyszę, że od czasu tego zabójstwa, poza bezpośrednim sprawcą, aresztowano w Anglii kilka dodatkowych osób, a to wcale nie jest jeszcze koniec. Jak oni wpadli na tych pozostałych, oczywiście nie wiem, ale myślę, że trochę też dzięki pracy tych szeregowych policjantów, których zdjęcie wkleiłem poniżej. Proszę popatrzeć, i zapewniam, że jeśli ktoś z nas myśli, że to jest jakiś cyrk, jest bardziej niż się można było spodziewać skażony tym naszym wspólnym nieszczęściem. To jest autentyczne zdjęcie ze śledztwa prowadzonego w okolicy, gdzie doszło do morderstwa:



Do czego zmierzam? Myślę, że zdecydowana większość czytelników się już domyśliła, i że właściwie można by było pokazać to zdjęcie i dać sobie wzajemnie czas na tę chwile smutnej refleksji. Jednak, gdyby ktoś potrzebował choćby bardzo ogólnego wyjaśnienia, pozwolę sobie na jeszcze te parę słów komentarza. Otóż pojawiają się głosy, że świat, patrząc na to, co się wyprawia w Polsce w sprawie Smoleńskiej Katastrofy, nie może się pozbierać z zażenowania. Przecież każdy – no dosłownie każdy – w miarę normalnie myślący człowiek wie, co się tam w tamtą sobotę stało w Smoleńsku. Trzeba być kompletnie zaczadzony ową pisowską propagandą, by wciąż, po trzech już latach, zwykłą katastrofę klasyfikować, jako zamach, czy w ogóle jakąkolwiek tajemnicę. Przecież wszystko już było wiadomo 10 kwietnia. Nad lotniskiem w Smoleńsku była mgła, warunki nie pozwalały na lądowanie, tymczasem kpt Protasiuk, być może na życzenie Prezydenta postanowił zaszarżować, no i stało się nieszczęście. A tu ci Polacy wciąż czegoś szukają. Co za wstyd! Jeszcze tego brakuje, żebyśmy tam na te lotnisko wysłali policjantów i kazali im łazić na czworaka po tym błocie i szukać czegoś, czego nawet nikt nie zgubił. Doprawdy – świat się śmieje!
No ale tak nam przyszło dziś żyć. Z jednej strony w nieustannym poczuciu niespełnienia i ciężkiej, strasznej niesprawiedliwości, a z drugiej znosząc nieustanny atak ze strony ludzi złych i występnych, którzy od rana do wieczora powtarzają nam, że jesteśmy nic nie warci. Dziś, już na sam koniec tej krótkiej refleksji, mam do nas wszystkich jedną prośbę. Nie dajmy się i niech nas pocieszy ta jedna myśl, że, choć oczywiście w sposób bardzo niebezpośredni i w dużym stopniu okropnie metafizyczny, po naszej stronie mamy tych londyńskich policjantów. Oni z całą pewnością nas rozumieją.

Jest fatalnie. Chyba gorzej niż kiedykolwiek. Od czasu jak ostatnio szczególnie mocno apelowałem o wsparcie, niestety zaledwie kilka osób zareagowało. Domyślam się więc, że nie tylko mi jest ciężko. Tym bardziej więc dziękuję Edwardowi, Markowi, braciom Szwedom, Remkowi, Jackowi i Radkowi, którzy odpowiedzieli na moje czerwcowo-deszczowe prośby. Jestem poruszony i wciąż, jeśli tylko ktoś ma możliwość, proszę o ten jeden wysiłek. Dziękuję.

środa, 5 czerwca 2013

O tym co niesie światło i człowieku z batem

Dotychczas nie bardzo miałem ochotę na uczestniczenie w rozmowie na temat tego, czy należy zmuszać ludzi do pracy w niedziele, czy odwrotnie – pracy w niedzielę im zabraniać. I wbrew pozorom, moja mała aktywność w tej kwestii nie wynikała ani z tego, że nie mam na ten temat zdania, lub że z jakiegoś powodu wole się z moim zdaniem nie wychylać, ale jest spowodowana tym, co ostatnio przeżywam niemal codziennie, a więc okropną niechęcią do formułowania, a następnie dowodzenia oczywistości.
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, jak okropnie brzmi powyższe zdanie, ale daje słowo, że nie umiem tego, co ostatnio przeżywam, wyrazić inaczej. Niemal wszystko, co się wokół mnie ostatnio dzieje, zrobiło się tak dramatycznie jednoznaczne, oczywiste i proste, że przy moim wręcz chorobliwym unikaniu zajmowania się sprawami, które przecież – w co chcę głęboko wierzę – nie wydają się być dla mnie akurat znacznie bardziej przystępne, niż dla kogokolwiek z nas, mam mocne wrażenie, że jeśli nagle stanę tu i zacznę głosić owe banały, przynajmniej niektórzy się zniecierpliwią. A tego bym bardzo nie chciał.
No i mamy te pracujące niedziele, o których, podobnie jak o tak wielu innych rzeczach eksploatowanych przez wszystkie te lata, nie chciało mi się nawet myśleć, i o których pewnie i dziś bym się nawet nie zająknął, gdyby nie sam mistrz Łukasz Warzecha. O co chodzi z tym Warzechą? Otóż z nim problem jest taki, moim zdaniem, że kiedy problem społeczny, czy jakikolwiek zresztą inny, który jakoś nadaje się do skomentowania, robi się już tak delikatny, że wokół niego kręci się już tylko cała zgraja obłudników, z których każdy patrzy tylko na to, by z jednej strony oczywiście zabrać głos, ale żeby broń Boże nie powiedzieć za dużo, pojawia się Warzecha właśnie i wali co mu leży na sercu. On tu jest trochę jak ta paniusia, która, podczas gdy całe pokolenia politycznych kłamców pracowały nad tym, by zalegalizować aborcję pod jakimś szczytnym pretekstem, przychodzi i wali prosto między oczy, że trzeba rżnąć gówniarzy, bo na świecie i tak jest ich za dużo.
Oczywiście Warzecha jest nasz, więc, przynajmniej jak idzie o aborcję, i przynajmniej na razie, ma poglądy takie jak trzeba, no ale już jeśli idzie o to, by człowieka nie traktować jak bydło, sprawy maja się nieco inaczej. W najnowszym wydaniu tygodnika „Sieci”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Zostawcie w spokoju moje zwyczaje”, zabiera Warzecha głos na temat tych supermarketów i zaczyna standardowo. On akurat lubi chodzić do sklepu w niedzielę, i prosi posłów, by zechcieli mu się ze swoją głupią legislacją w jego upodobania nie wtarabaniać. Jest wolność? Jest? Człowiek może wybierać? Może. Czy komuś co do tego? Nie. Więc sprawa jest jasna. I wszystko byłoby się zachowało w ramach zwykłego liberalnego bałwaństwa, do któregośmy się zdążyli przyzwyczaić, gdyby nie to, że Warzecha na tym nie kończy. Najwidoczniej w zakamarkach jego zakutej pały drzemało coś, co go tak uwierało, że musiał to z siebie wyrzucić. Pozwolę sobie zacytować:
Co do odwiecznego argumentu, że pracownicy wielkich sieci też powinni mieć dzień wolny – przypomina mi to jako żywo biadania organizacji obrony praw człowieka nad wyzyskiem ludzi w Chinach, czy biednych krajach Azji przez zachodnie koncerny. Gdy pod naciskiem taki koncern zamyka swoją fabrykę, miejscowi już nie są wyzyskiwani i niedostają swoich skandalicznie niskich wynagrodzeń. Pozostaje im wówczas umrzeć pod płotem. A umierając, na pewno są przepełnieni wdzięcznością wobec dobrych, białych ludzi, którzy spowodowali zamknięcie wyzyskującej ich fabryki”.
Ktoś powie, że ja na Warzechę ostrzę sobie zęby przez to niedawne ludobójstwo, do jakiego, w wyniku działania wspomnianych „zachodnich koncernów”, doszło w Bangladeszu, na które cywilizowany świat się zwyczajnie wypiął. I owszem, to rzeczywiście jest ciekawe, jak można mieć pretensję do nazywania się człowiekiem, a jednocześnie ledwie parę tygodni po tym, jak ponad tysiąc osób zginęło w tej masakrze, wyjaśniać ich rodzinom, że powinni się cieszyć, że nie zdechli pod płotem. Bo co? Bo przynajmniej nie zasmradzali okolicy, ale dostali kamieniem w łeb i spokój? A więc tak. Tu Warzecha, owszem, wrażenie robi.
Jednak nie o to mi chodzi najbardziej. To co mnie w tym fragmencie poruszyło najbardziej, to może nie brak tej wrażliwości, ale pewien rodzaj zgłupienia, który część z nas doprowadził najwyraźniej do stanu, gdzie nic już dla nas ani nie ma przyczyny, ani skutku. To jest stan, w jakim znajdują się te tysiące osób, odwiedzające bronione tak przez Warzechę centra handlowe, gdzie już tylko się chodzi w kółko i wytrzeszcza oczy na to oślepiające światło, prosząc o więcej, więcej i więcej.
System, jaki nam zorganizowano doprowadził do sytuacji – może jeszcze nie do końca, ale z całą pewnością jesteśmy na dobrej drodze – gdzie mniejszość mająca władzę, zagania konsumencką większość do kieratu, która na zmianę albo haruje, albo żre to siano, a sama, przy pomocy najróżniejszych bardzo przemyślanych manipulacji, sprawia, że ten kierat staje się dla nich jedynym sensem życia i tak naprawdę jedynym rozwiązaniem. Gdzie każdy doskonale wie, że jest tylko albo ten kierat, albo zdychanie pod płotem, i gdzie nagrodą za przyjęcie tej wiedzy bez pyskowania jest owa codzienna porcja siana, plus taki kolorowy pióropusz na łeb od święta.
I na to pojawia się Łukasz Warzecha, bohater naszej najświeższej rewolucji, i tłumaczy nam, że gdyby tak się miało zdarzyć, że ktoś nas od tego kierata zechce odsunąć, nie powinniśmy ani protestować, ani tym bardziej namawiać innych do protestu, bo w ten sposób tylko wszystko zepsujemy i sprawimy, że nie tylko my, ale i inni, Bogu ducha winni, ludzie, wszystko stracą i zostaną jak ten zewłok porzucony pod płotem.
W tej sytuacji muszę jednak zabrać głos i zacząć wykrzyczeć te oczywistości, nawet nie ze względu na nas, bo my akurat tej wiedzy nie potrzebujemy, ale choćby z uwagi na samego Warzechę, który nie dość, że sam tonie, to jeszcze gotów pociągnąć za sobą innych. A więc słuchaj Pan. Ja wiem, że Panu już pewnie nic nie pomoże, ale rzecz się ma tak, że gdyby tym biednym ludziom zabronić chodzenia do pracy w niedzielę i zmusić ich do tego, by zaoszczędzony czas spędzili na integrowaniu się z przyjaciółmi, rodziną, lub choćby z Panem Bogiem, staliby się oni przez to ludźmi i lepszymi, i mądrzejszymi i bardziej świadomymi swojego człowieczeństwa. A jeśli człowieczeństwa, to i obywatelstwa. A jeśli obywatelstwa, to z korzyścią nie tylko dla siebie, ale dla Polski i dla tych wartości, o które sam Warzecha tak starannie ostatnio udaje, że walczy. To jest tak oczywiste, że – podkreślam raz jeszcze – aż wstyd o tym mówić. Ale mówię, bo mam bardzo mocne przeświadczenie, że tego rodzaju zbaranienia tak zostawić nie wolno.
To zatem było do Warzechy. Teraz dość przypadkowy bonus dla stałych czytelników tego bloga. Otóż, jak część z nas wie, mam parę lekcji w pewnej korporacji, gdzie wciąż się przemieszczam piękną, srebrną windą. I w tej windzie panuje taki zwyczaj, że wszyscy do wszystkich mówią „dzień dobry”, „do widzenia”, a często też „miłego dnia”. Niby normalnie, jednak intensywność tych zachowań budzi podejrzenia, że za tym stoi pewien rodzaj korporacyjnego wyćwiczenia, w tym wypadku jak najbardziej sympatycznego i godnego szacunku. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś kto z Warzechą pracował, kiedy pragnął mi jak najkrócej opowiedzieć, co to za typ, opowiedział mi kiedyś, jak to on, Warzecha, ani nie sam mówi, ani nie odpowiada na „dzień dobry” w windzie. Taki jest. Człowiek, który wsiada i wysiada z windy bez słowa. I ja sobie myślę, że to jest coś szalenie charakterystycznego i przy tym fascynującego. Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że kiedy w końcu obejmiemy tę władzę, to na nas będą wołać „lemingi”.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Już prawie leżymy. Dziękuję.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Wojciech Fibak - ukochane dziecko III RP

Możliwe bardzo, że są osoby, które mi w to co mówię nie uwierzą, ale, jak idzie o moje dotychczasowe i obecne życie, nie ma nic takiego, co pragnąłbym zachować w głębokiej tajemnicy. Mam tu na myśli jakiekolwiek swoje zachowanie, dzisiejsze, czy przeszłe, które mogłoby na przykład stać się celem szantażu, czy jakiejś brudnej prowokacji. Oczywiście nie będę ukrywał, że są rzeczy, których się mocno wstydzę i wolałbym ich na sumieniu nie mieć, jednak żadna z nich nie ma takiej rangi, bym mógł tu odczuwać jakikolwiek większy niepokój. Na tyle duży, bym dla ukrycia tego czy owego gotów był do jakichś większych poświęceń.
Mam jednak oczywiście swoją wyobraźnię i ona pozwala mi czasami pofantazjować, jakbym się zachowywał, gdyby moje życie ułożyło się w taki sposób, że każdy dzień stanowiłby walkę o to, by się nie wydało. By to co robię, z jednej strony, trwało jak najdłużej i przynosiło mi odpowiednie korzyści, a z drugiej, żebym zachował ten spryt, tę ostrożność, te przebiegłość, a jednocześnie tę trzeźwość umysłu, by to moje zło miało się jak najlepiej i najbezpieczniej.
Załóżmy że moja pozycja, moje pieniądze, moje towarzyskie powiązania, no i wreszcie osobiste zepsucie pozwalają mi uprawiać biznes stręczycielski na najwyższym poziomie. Wyobraźmy sobie, że ja żyję – i to żyję bardzo dobrze – dzięki temu, że starym dziadom z pieniędzmi na całym świecie dostarczam młodych dziewcząt, i że jestem w tym na tyle dobry, że nie muszę się ani ogłaszać, ani nawet jakoś szczególnie starać, by moja oferta była w odpowiednich kręgach znana i uznana.
Jak taki biznes może działać? No, mogę sobie wyobrazić. Dzwoni do mnie mój kumpel Gabriel Maciejewski i mówi: „Słuchaj. Jutro o 16.30 zgłosi się do ciebie pewna Kaśka, powoła się na mnie, jest sprawdzona. Bierz ją”. Jutro o 16.30 dostaję esemesa od jakiejś Kaśki. Co robię? Jestem ostrożny, boję się prowokacji, więc nie reaguję. Za chwilę dzwoni do mnie Gabriel i mówi: „No co jest?” Ja mu na to: „Okay. Powiedz jej, żeby jutro o 19 spotkała się ze mną w Spencerze”. Następnego dnia czekam w Spencerze, wchodzi jakaś dziewczyna, ja ją starannie oglądam, potem pytam, skąd zna Gabriela i takie tam… nieważne. Chodzi o to, że ponieważ to co robię jest nielegalne i potencjalnie dla mnie zabójcze, uważam jak cholera. Żeby nikt mnie broń Boże nie wystawił. No i tak się ten mój biznes kręci.
I oto dziś dowiaduje się ja, że Wojciech Fibak, człowiek, o którym w środowisku już podobno od pewnego czasu krążyły plotki, że on się zajmuje sutenerstwem na może nie szeroką, ale bardzo wysoką skalę, otrzymał jakiś czas temu esemesa od nieznanej sobie kobiety, że ona ma ochotę się puścić z jakimś bogatym – przepraszam przy okazji wszystkich kibiców Legii Warszawa i przede wszystkim osobiście samego zainteresowanego – staruchem, i że słyszałam, że Fibak jest jej to w stanie zorganizować, on ją zaprasza do siebie do galerii na Krakowskim Przedmieściu, w dodatku zachęca, by zechciała wpaść z koleżanką, prowadzi z nimi swobodną rozmowę, podczas której wprowadza je w najgłębsze szczegóły swojego biznesu, pozwala się od początku do końca nagrać, a kiedy się dowiaduje, że spotkała go najbardziej prymitywna dziennikarska prowokacja, zaczyna beczeć, że on prosi o litość, i że w zamian obiecuje współpracę do końca życia.
Przepraszam bardzo, ale ja tego co się stało nie rozumiem ni w ząb. Oczywiście może być tak, że Wojciech Fibak to wieczny idiota, który ostatnio, z nadmiaru pieniędzy i przez przebywanie w towarzystwie sobie podobnych, zgłupiał jeszcze bardziej i stąd to wszystko. Może się też okazać, że ta prowokacja była przygotowana na tak wysokim poziomie, że na nią dałby się nabrać nie tylko Fibak, ale nawet ktoś od niego nieskończenie bardziej inteligentny i ostrożny. Może wreszcie się niedługo dowiemy, że to wszystko jest zwykły dziennikarski humbug, nie wart nawet splunięcia i to, że ja dziś to wszystko tak starannie rozważam, to wstyd przede wszystkim dla mnie. I, powiem uczciwie, że tę ostatnią opcję biorę pod uwagę szczególnie mocno. Zwłaszcza gdy sobie uświadomię, kto jest redaktorem naczelnym „Wprostu”, który to wszystko przeprowadził.
Myślę jednak, że oni go faktycznie przyłapali, a w związku z tym, wciąż powraca pytanie, czemu on się dał tak fatalnie podejść. Czy to przez to, że on durny, czy że ten Latkowski taki sprytny? Otóż mam na ten temat pewną teorię, którą chciałem się tu podzielić. Moim zdaniem, ani Fibak nie jest taki głupi, ani Latkowski taki chytry. Rzecz najprawdopodobniej polega na tym, że Wojciech Fibak, kiedyś wybitny tenisista, a dziś tak zwany alfons, padł ofiarą świata, w którym przyszło mu żyć, a więc świata, gdzie zarówno występek, jak i bezkarność są na tyle codziennością, że nikt nawet się na jednym i nad drugim nie ma czasu zastanawiać. Mam bardzo mocne przeświadczenie, że gdyby Fibakowi ktoś jeszcze pół roku temu powiedział, że to jego alfonsowanie jest złe i niemoralne, on by najpierw nie zrozumiał, o co chodzi, a potem zacząłby ziewać. A gdyby ktoś, z czyim zdaniem on się liczy, bo przecież nie ja, go przestrzegł, że to się może dla niego źle skończyć, on by najpierw wybuchnął śmiechem, a potem zadzwonił do swojego kumpla Kulczyka i mu to wszystko opowiedział, jako bardzo zabawną anegdotę.
Rzecz w tym, że jakkolwiek osobiście durny i pozbawiony zarówno wyobraźni, jak i instynktu samozachowawczego, jest Wojciech Fibak, to nie on jest tu największym winowajcą. To dzisiejsza Polska, a więc kraj, gdzie pewnej ściśle określonej części społeczeństwa wolno wszystko i nikomu nic do tego, ponosi jako pierwsza odpowiedzialność za ten wstyd. A piszę to wszystko, skromnie przyznając, że prawdopodobnie to, co mi się w tej chwili w głowie zaczyna układać, to i tak nawet nie ułamek tego, z czym mamy do czynienia w rzeczywistości.
Na koniec pozostaje jeszcze jedno pytanie. Czemu oni postanowili się wziąć akurat za Fibaka? Cóż on im takiego złego zrobił, że oni nagle okazali się tacy złośliwi i bezwzględni? W końcu, nie oszukujmy się – kim jest, ewentualnie, kim nie jest, ten Latkowski, byśmy mieli go podejrzewać o to, że on robi to, co mu przyjdzie do jego pustej głowy? Otóż tego prawdopodobnie się nie dowiemy nigdy. I nie musimy się tym jakoś szczególnie martwić. Jest mnóstwo zagadek znacznie ciekawszych. Próbujmy sobie radzić z nimi.

Nie wiem, czy świadomość tego faktu jest tu powszechna, czy jej akurat nie ma w ogóle, ale faktem jest, że od dłuższego czasu wsparcie dla tego bloga z jakiegoś powodu ostatnio praktycznie ustało. Jeśli ktoś sądzi, że my sobie bez niego radzimy, ma tylko częściowo rację. Owszem, radzimy sobie w tym sensie, że – jak widać – żyjemy. Ale na tym koniec. Bardzo więc proszę o to wsparcie. Jeszcze może przez przyszły rok. To powinno wystarczyć. Przepraszam za obcesowość i dziękuję.